Capucci Flavio Tak, dziś również dzieją się cuda



Pobieranie 0.54 Mb.
Strona19/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.54 Mb.
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   22

Walka z czasem

Lekarz ten pisze: „Natychmiast wyszedłem, żeby pojechać do domu moich rodziców. Towarzyszył mi Carlos M. Wyszedłem pośpiesznie i nie zabrałem ze sobą żadnych przyrządów medycznych oprócz słuchawek lekarskich, ciśnieniomierza i leków stosowanych w nagłych przypadkach. Po drodze odmówiliśmy modlitwę do bł. Josemaríi Escrivy de Balaguera: Carlos odmawiał powoli tekst modlitwy z obrazka, a ja się jednoczyłem w myśli z jego słowami, prosząc o to, co najlepsze dla mojego ojca”.

Modlitwa do bł. Josemaríi była, jak widać, natychmiastową reakcją ze strony bliskich don Luisa od samego początku kryzysu.

Pierwszą osobą, która przyszła do domu chorego była Pilar Ch., jedna z jego córek, mieszkająca w tym samym budynku, co rodzice. Tak opisuje sytuację, którą zastała: „Poszliśmy z mężem zobaczyć ojca, który siedział nieprzytomny na wózku inwalidzkim, podtrzymywany przez Sebastiana, portiera naszego domu. Sprawdziłam mu puls w nadgarstku i na szyi, ale go nie znalazłam; był blady, oczy miały powiększone źrenice, a usta miał otwarte.

Sebastian i mój mąż przenieśli go na łóżko; kiedy go kładli, wydał z siebie odgłos jakby wypuszczał powietrze, albo jakby to było chrapanie, albo coś podobnego, i pomyśleliśmy, że zaczyna oddychać, ale tak nie było; sprawdziłam mu znowu tętno, i znowu go nie wyczułam; przykryliśmy go kocem, żeby go ogrzać i w tej chwili przyjechał mój brat Alberto”.

Pisemne oświadczenie dr Alberta Ch., kardiologa z wieloletnim doświadczeniem, przedstawia stan, w jakim znajdował się chory, kiedy został zbadany. „Pomimo pośpiechu – pisze – dotarliśmy do domu moich rodziców piętnaście czy dwadzieścia minut po telefonie mojej matki. Mój ojciec leżał już na łóżku i najwyraźniej miał zatrzymanie krążenia i oddechu: był zupełnie nieprzytomny, skórę miał bladą, nie poruszał się ani nie oddychał; wydawało mi się tylko, że dostrzegam jakiś odruchowy ruch przepony. Sprawdziłem tętno w tętnicy promieniowej, szyjnej i udowej z wynikiem negatywnym.

Uznałem, że mój ojciec faktycznie zmarł, ponieważ od dłuższej chwili nie dawał wyraźnych oznak życia: całkowita utrata przytomności, brak ruchów oddechowych, tętno niewyczuwalne w żadnym miejscu ciała, przy osłuchiwaniu całkowity brak tonów serca oraz facies cadaverica. Również źrenice były poszerzone.”

Obraz kliniczny odpowiadał więc obrazowi osoby zmarłej. „To jasne – mówi dalej lekarz – że nie mogę z całą pewnością podać dokładnego czasu, w jakim mój ojciec miał zatrzymanie krążenia; szacuję, że było to co najmniej piętnaście lub dwadzieścia minut, a z całą pewnością mogę zapewnić, że więcej niż sześć czy osiem minut, ze względu na czas, jaki zajął mi dojazd”.

W przypadku o takich cechach czynnik czasu jest decydujący dla odzyskania czynności życiowych. Badania naukowe wykazują, że klucz do sukcesu tkwi w tym, by podtrzymać w sposób optymalny funkcje życiowe serca i płuc poprzez ich dotlenienie. Na to ukierunkowane są techniki reanimacji sercowo-płucnej, zarówno podstawowe, jak i zaawansowane. W studium wykonanym na prośbę Postulacji przez nie związanego z tym przypadkiem specjalistę w dziedzinie reanimacji, lekarz ten wyjaśnia, że „możliwość przeżycia zatrzymania sercowo-oddechowego zwiększa się, gdy zdoła się wykonać podstawową reanimację sercowo-płucną w ciągu pierwszych czterech minut i zaawansowaną reanimację sercowo-płucną w ciągu ośmiu pierwszych minut. Odnosi się to przede wszystkim do udokumentowanych przypadków migotania komór”.

W przypadku, który rozważamy, przyczyną zatrzymania czynności serca było najprawdopodobniej migotanie komór; do takiego wniosku doszedł ekspert, z którym się konsultowano. Pierwszej pomocy medycznej udzielono pacjentowi nie wcześniej niż po sześciu lub ośmiu minutach od momentu samego zatrzymania serca, a prawdopodobnie nawet po dłuższym czasie. Wspomniany specjalista wnioskuje: „Rozumiem to tak, że samo zatrzymanie serca mogło nastąpić niedługo przed przybyciem jego syna; jeśli jednak miałbym przyznać, że trwało więcej niż 4-6 minut, o których mówiłem wcześniej, i biorąc pod uwagę okoliczności pacjenta (brak hipotermii, wiek, poprzednie choroby…), to jest dla mnie niewytłumaczalne, jak mógł wyjść z tej sytuacji, zarówno ze względu na czas, jaki upłynął, jak i na skromne środki terapeutyczne, które w tamtej chwili można było pacjentowi zaoferować”.


Wyzdrowienie niewytłumaczalne po ludzku
Mimo iż objawy kliniczne wskazywały na pewną śmierć don Luisa, jego syn próbował wszystkimi dostępnymi sobie środkami uniknąć tego, co zdawało się być już nieuchronne. Nie miał ze sobą żadnego oprzyrządowania, oprócz przyrządów używanych do osłuchiwania i do mierzenia ciśnienia tętniczego krwi; nie dysponował też tlenem. Dlatego jako jedynego środka użył zewnętrznego masażu serca.

Jest to instynktowna reakcja każdego lekarza wobec zatrzymania czynności serca, jeśli nie dysponuje on skuteczniejszymi środkami. Technika ta może dać satysfakcjonujące wyniki, jeśli stosowana jest w najpierwszych chwilach po zatrzymaniu serca. Nie było tak w przypadku don Luisa; mimo to, być może powodowany odruchem o charakterze zawodowym, jego syn natychmiast przystąpił do wykonania masażu. „ Po jakichś pięciu minutach masażu – pisze – dostrzegłem, że pojawiają się na nowo ruchy serca i tętno stało się wyczuwalne: miał bardzo szybkie tętno i bardzo wolne ruchy oddechowe”.

Zdawało się więc, że don Luis wraca do życia. „Jednakże – kontynuuje jego syn – zaraz wystąpiły u niego ruchy miokloniczne, z nadmiernym wyprostowaniem i rotacją wewnętrzną kończyn górnych właściwą dla niedokrwienia mózgu. Ruchy typowe dla niedokrwienia mózgu były bardzo wyraźne, widoczne i stałe”.

Te ruchy wskazują, iż komórki mózgowe pozostawały przez zbyt długi czas bez dostatecznego dopływu krwi i z tego powodu zaczynają podlegać nieodwracalnym uszkodzeniom. Wszyscy obecni mogli to dostrzec, jak zaznacza Pilar Ch., córka don Luisa, która jako pierwsza przyszła do jego domu: „Alberto poprosił nas, żebyśmy wyszli, bo mój ojciec miał oznaki obumarcia czy śmierci mózgu, nie wiem dokładnie; ale był bardzo wyprężony i ręce miał wykręcone. Poszłam z matką i z moim synem Carlosem do innego pokoju”.

To samo zaświadcza Carlos M., przyjaciel Alberta. Poszedł kupić jakieś lekarstwa do najbliższej dyżurnej apteki. „Wykonanie tego zadania zajęło mi jakieś dziesięć minut i kiedy wróciłem ojciec Alberta był oczywiście dalej nieprzytomny, ale zaczynał bardzo ciężko oddychać i bardzo głośno, w sposób jakby przerywany. Z ust wypływała mu piana. Alberto był bardzo zdenerwowany i powiedział mi: „Jeśli z tego wyjdzie, będzie w bardzo złym stanie, bo mózg był przez długi czas niedotleniony”. Pokazał mi, że miał dłonie wykręcone na zewnątrz, i powiedział, że ta nienaturalna pozycja jest oznaką uszkodzenia mózgu”.

Chociaż pacjent przeżył zatrzymanie serca i oddechu dzięki masażowi serca, oznaki uszkodzenia mózgu dawały niekorzystną prognozę. Cytowany już specjalista w dziedzinie reanimacji, oceniając przedstawione dane, wyciąga następujące wnioski:

„Złą prognozę oparłbym na następujących faktach:


  1. Wiek.

  2. Oznaki uszkodzenia mózgu, takie jak drgawki, a zwłaszcza oznaki odkorowania (nieprawidłowy wyprost i rotacja wewnętrzna kończyn górnych).

  3. Początkowy poziom świadomości według skali Glasgow wynosił poniżej 7 (konkretnie V1O1M2, czyli 4).

  4. Zastosowane środki reanimacyjne nie mogły być optymalne w takich okolicznościach”.

Ten sam specjalista, w odniesieniu do skali Glasgow (techniki pomiaru stopnia śpiączki mózgowej), wyjaśnia, że obecnie wiele badań potwierdza jej wielką wartość prognostyczną, kiedy stosuje się ją w pierwszych chwilach. Jeśli początkowy wynik wynosi 7, to 50% pacjentów umiera bądź na stałe nie odzyskuje świadomości; jeśli najlepszy wynik wynosi 3-4, śmiertelność wzrasta do 90%.

Milczące wołanie

Jak powiedzieliśmy, kilka osób modliło się bezpośrednio do bł. Josemaríi od początku kryzysu i prośby te trwały przez całą noc; czasami, w sposób mniej formalny, proszono po prostu o pomoc. Poza tym z pobliskiej parafii wezwano księdza, który udzielił don Luisowi namaszczenia chorych.

Dla lekarza jedno stało się jasne: jego ojciec być może uniknie śmierci, ale po tak długim czasie bez dostatecznego dopływu krwi do mózgu może pozostać nieprzytomny. „Zdałem sobie sprawę – pisze – z powagi stanu, w jakim był mój ojciec i pomyślałem, że jeśli teraz nie umrze, to prawdopodobnie pozostanie w stanie śpiączki. Podałem mu podskórnie fraksyparynę i valium”. Pierwszy lek jest lekiem przeciwkrzepliwym stosowanym przy zakrzepicach; drugi działa rozluźniająco na poziomie centralnym, co zmniejsza drgawki.

Dr Alberto Ch. dodaje z całą szczerością: „Kiedy zobaczyłem ojca w tym stanie, żałowałem, że zacząłem masaż serca, bo pomyślałem, że będzie żył jak roślina. Poprosiłem więc usilnie Boga, za wstawiennictwem bł. Josemaríi, żeby serce znowu się zatrzymało, albo żeby całkowicie wyzdrowiał”.

Było to milczące wołanie pochodzące z głębi duszy syna. Od tej chwili chory pozostał w stanie śpiączki, z przyśpieszonym tętnem. Syn czuwał przy jego wezgłowiu przez całą noc, podając mu w każdej chwili odpowiednie lekarstwa.

Po upływie mniej więcej jedenastu godzin, kiedy nikt się tego nie spodziewał, don Luis obudził się ze śpiączki. Było około dziesiątej rano 2 października. Przebudzenie było tak szybkie, że po kilku minutach odzyskał sprawność umysłową. Pół godziny później syn zrobił mu elektrokardiogram, żeby zbadać stan serca. Ku swemu wielkiemu zdziwieniu nie odnalazł żadnego śladu zatrzymania serca przebytego poprzedniej nocy. Jedyną nieprawidłową cechą wykresu były załamki Q (specyficzne dla powikłań po zawale) odnoszące się do zawału, który chory przeszedł w 1986, i które były już stwierdzone we wcześniejszym elektrokardiogramie. Wykonano również analizę krwi chorego i wszystkie wskaźniki – hematologiczne i biochemiczne – były w granicach normy. Po kilku godzinach don Luis odzyskał świadomość do takiego stopnia, że był w stanie wykonywać proste działania matematyczne. Koszmar się skończył.

„Nie mogę wyjaśnić tego, co się wydarzyło tamtej nocy z 1 na 2 października 1992 – przyznaje dr Alberto Ch. – Moim zdaniem mamy tu do czynienia z wydarzeniem absolutnie nadzwyczajnym i niewytłumaczalnym w sposób naturalny. Nigdy nie słyszałem, żeby podobny przypadek miał rozwiązanie takie, jak u mojego ojca. W moim doświadczeniu – dostatecznie szerokim i bogatym – tak szybka i całkowita poprawa hemodynamiczna i neurologiczna po zatrzymaniu krążenia, jaka wystąpiła u mojego ojca, nie może być wyjaśniona w sposób naturalny, nie widziałem też nigdy podobnego przypadku.

Dlatego przypisuję to nadzwyczajne wyzdrowienie wstawiennictwu bł. Josemaríi Escrivy de Balaguera, który uzyskał je od Pana”.

Po tym zadziwiającym wyzdrowieniu don Luis Ch. zachował dobre zdrowie i prowadził normalne życie w ramach ograniczeń właściwych dla swojego wieku. Zmarł 22 stycznia 1995, mając prawie dziewięćdziesiąt lat. Co więcej, jak pisze jego syn „w ciągu kilku miesięcy czuł się lepiej i był sprawniejszy niż przed zatrzymaniem krążenia, tak że w ciągu trzech czy czterech miesięcy porzucił wózek inwalidzki i chodził sam po mieszkaniu”.

To samo zaświadcza Isabel A., żona lekarza i synowa chorego. „Przed swoim zgonem – przynajmniej pozornym – w nocy 1 października 1992 nie wychodził z domu i poruszał się po mieszkaniu na wózku inwalidzkim (…). Od tamtej pory chodzi normalnie i sam dba o siebie”. Tak pisała w listopadzie 1993, ponad rok po tych wydarzeniach. Dalej zaś pisze: „Przed kilkoma dniami teściowa opowiedziała mi krótko o tym, co się wydarzyło i o jego wcześniejszej sytuacji (…). Spotkała u mnie w domu moją matkę, która zapytała ją o zdrowie męża. Ta odparła po prostu: «Od kiedy zmartwychwstał czuje się dużo lepiej niż poprzednio». To zdanie jest z pewnością najlepszą syntezą tego, co się stało tamtej nocy z 1 na 2 października 1992”.



Nie stracił dłoni
Nagłe odzyskanie czucia i ruchomości w ręce (luty 1993)20
Luis Fernando R. miał 16 lat, kiedy przydarzył mu się pewien poważny wypadek. Był uczniem Colegio Intisana, dzieła korporacyjnego Opus Dei w Quito (Ekwador).

Luis Fernando był zdrowym chłopcem. Tamtego dnia doznał jednak upadku, jak tyle innych, które zdarzają się w każdej szkole z powodu żywotności uczniów. Przypadek chciał, że tym razem upadek miał konsekwencje, mógł pozbawić ucznia dłoni. Wszystko rozwiązało się w najlepszy z możliwych sposobów dzięki wstawiennictwu bł. Josemaríi Escrivy.



Upadek o poważnych konsekwencjach

Był 10 lutego 1993. Skończył się egzamin z chemii i Luis Fernando, uwolniony wreszcie z napięcia po sprawdzianie, rzucił się biegiem przez jeden ze szkolnych korytarzy. W pewnej chwili poślizgnął się i żeby nie upaść, próbował podeprzeć się prawą ręką o otwarte okno sali od angielskiego. Zrobił to tak nieszczęśliwie, że szyba w oknie rozsypała się na drobne odłamki, a jeden z kawałków zranił chłopca poważnie w prawą dłoń.

Sam bohater w wywiadzie dla szkolnej gazety tak opisuje powstałą ranę: „Miałem głębokie rozcięcie, które doszło aż do kości. Przecięty został główny nerw, ścięgno górne i zginacz kciuka. W sumie pięć ścięgien było przerwanych i ręka była podtrzymywana przez kość, która w dodatku była pęknięta”.

Językiem mało precyzyjnym z punktu widzenia anatomii uczeń opisuje jasno poważne urazy, które odniósł. W chwili, w której oparł się na dłoni, była ona rozłożona, przez co jeden z odłamków szkła wbił się jak ostrze noża, przecinając wszystko, co napotkał na swojej drodze, dopóki nie zatrzymał się na kości.

Na szczęście w tamtej chwili w szkole obecny był lekarz, dr Fernando M., który udzielił choremu pierwszej pomocy. Ponieważ uczeń bardzo krwawił, lekarz praktycznie ograniczył się do zablokowania krążenia prawej kończyny górnej poprzez założenie opaski uciskowej. Natychmiast zawiózł go na pogotowie w Szpitalu Miejskim w Quito. „Kiedy jechałem do szpitala – wspomina ranny – starałem się sprawdzić, którymi z palców nie mogę ruszać. Stwierdziłem, że trzema pierwszymi, począwszy od kciuka (…), poruszałem bardzo słabo, prawie wcale. Nie czułem tych trzech palców; pozostałe były w porządku, zarówno jeśli chodzi o ruch, jak i o czucie. Nie czułem bólu, tylko bardzo krwawiłem. Ból zaczął się jakieś dwadzieścia minut po wypadku”.

Po przybyciu do szpitala ranny został natychmiast przyjęty przez dr Luisa P., który potwierdził powagę urazu. Jego raport stwierdza wyraźnie: „Rana zajmowała dłoniową część nadgarstka, od obszaru nadgarstkowego w kierunku łokcia, jakieś 3 cm od zgięcia nadgarstka. Była bardzo głęboka i był w nią wbity kawałek szkła w kształcie trójkąta, który przechodził aż do okolicy grzbietu (…). Gołym okiem było widać przecięcie wszystkich ścięgien rozścięgna dłoniowego oraz odsłonięcie kości promieniowej i łokciowej. Czucie promieniowe i łokciowe było zachowane, podobnie jak krążenie promieniowe i łokciowe: naczynia w tej okolicy były zaschnięte, ale nie zranione. Brak czucia pośrodkowego. Badanie rentgenowskie nie wykazało śladu złamań”.

Po niezbędnych badaniach wstępnych Luis Fernando został zabrany na salę operacyjną, gdzie – pod znieczuleniem ogólnym – został poddany operacji w celu rekonstrukcji tkanek. Interwencja, bardzo pracochłonna z powodu zniszczeń spowodowanych przez odłamek szkła, trwała ponad trzy godziny. W zabiegu chirurgicznym „przystąpiono do oczyszczenia rany. Stwierdzono całkowite przecięcie ścięgien, nerwów promieniowych, zginaczy powierzchownych i głębokich oraz nerwu pośrodkowego. Dokonano zszycia wszystkich ścięgien i nerwu pośrodkowego przy pomocy mikroskopu optycznego. Zamknięto ranę i dynamicznie unieruchomiono rękę”.

Opis operacji fachowym językiem uświadamia nam, że Luisowi Fernandowi trzeba było praktycznie „przyszyć” dłoń, która pozostawała połączona z resztą ręki jedynie przez więzadła stawowe. Dzięki Bogu, zespół naczyń i nerwów łokciowych i promieniowych nie został uszkodzony; w przeciwieństwie do nerwu pośrodkowego, który był – tak jak ścięgna mięśni – całkowicie odcięty.

Operacja została przeprowadzona poprawnie; jednakże odzyskanie ruchomości trzech pierwszych palców, a przede wszystkim utraconego czucia wydawało się problematyczne. Lekarz uprzedził rodziców o możliwości pozostania trwałych uszkodzeń, zarówno czuciowych jak i ruchowych (na skutek przecięcia nerwu pośrodkowego) i upośledzenia funkcji palców (wskutek uszkodzeń ścięgien). Powiadomił ich, że wobec tych możliwych następstw, chłopiec może w przyszłości potrzebować kolejnych operacji. Na razie nadgarstek powinien pozostać unieruchomiony: w pierwszych dniach bandażem elastycznym, a następnie gipsem.

Kilka godzin po operacji

Luis Fernando pisze: „Na kilka minut przed tym, jak się obudziłem [ze znieczulenia], lekarz powiedział, że to szkoda, że moja dłoń zostanie nieruchoma, tak jakbym miał sztuczną dłoń «przyklejoną» do ręki, i że raczej nie odzyskam w niej sprawności”.

Kiedy ranny odzyskał przytomność, dwie lub trzy godziny po opuszczeniu sali operacyjnej, jeden z lekarzy przyszedł go zobaczyć. Poprosił go o poruszenie chorymi palcami, ale chłopiec nie był w stanie tego zrobić. Lekarz stwierdził też całkowity brak czucia w kciuku, palcu wskazującym, środkowym i w zewnętrznej połowie palca serdecznego, czyli w obszarze unerwionym przez nerw pośrodkowy.

Właśnie tym, co najbardziej martwiło lekarzy było przywrócenie czynności z obszaru nerwu pośrodkowego, który – jak pamiętamy – był całkowicie przecięty. Doświadczenie kliniczne ukazuje, że po zeszyciu nerwu pośrodkowego (połączeniu jego dwóch końców) funkcjonalność receptorów czuciowych odzyskuje się dopiero po kilku miesiącach. Stąd zdziwienie lekarzy, kiedy rankiem następnego dnia po operacji dowiedzieli się, że Luis Fernando zaczyna już poruszać palcami i mieć w nich czucie. „Lekarz zaśmiał się z niedowierzaniem – opowiada chłopiec – i powiedział, że chce to sprawdzić. Widząc, że zacząłem poruszać palcami, lekarz powiedział nam: «Powiedz, do kogo się modliłeś? Kto jest tak potężny, że uczynił ci ten cud? Bo ja, który cię operowałem, wiem, co zrobiłem, i w jakim stanie była ręka po operacji»”.

W rzeczywistości już po południu poprzedniego dnia chory zaczął odzyskiwać utracone czucie i ruchomość. Fakt ten miał miejsce kilka godzin po operacji. Około ósmej wieczorem tego samego dnia przyszedł odwiedzić Luisa Fernanda w szpitalu dyrektor szkoły i jego zastępca. Dowiadywali się o wyniki operacji i wicedyrektor zapytał chorego, czy modlił się o swoje wyzdrowienie. Chłopiec odpowiedział, że nie, bo niewiele wcześniej obudził się ze znieczulenia. Pozwólmy jednak, żeby on sam opowiedział o tym, co się wydarzyło:

„Powiedział mi, żebym się pomodlił do bł. Josemaríi i dał mi obrazek, który wziąłem lewą ręką; w tej chwili obrazek otarł się o moją prawą dłoń, poczułem jakby ukłucie i powiedziałem głośno, prawie krzycząc: «Już czuję palce ręki, już je czuję», bo wcześniej ich nie czułem i wydawało mi się, jakbym miał w niej skurcz. Od tej chwili zacząłem odzyskiwać wszystkie funkcje ręki i uważam swoje wyzdrowienie za prawdziwy cud”.

Wiadomość natychmiast rozniosła się po szpitalu, tak że później kilku lekarzy przyszło zobaczyć Luisa Fernanda. „Wszyscy patrzyli zdziwieni na moją rękę, która wyzdrowiała po odniesieniu tak ciężkiego uszkodzenia” – opowiada Luis.

Po pięciu dniach hospitalizacji Luis Fernando wrócił do domu z ręką w gipsie. Kiedy zdjęto mu gips, rozpoczął rehabilitację, która dała wspaniałe wyniki. Obecnie, jak zaświadcza chirurg, który go operował, „nie ma żadnej niesprawności, nie jest też planowana kolejna operacja”.

Specjalista, z którym konsultowała się Postulacja, po uważnym zbadaniu tego przypadku wyciąga następujący wniosek: „Moim zdaniem, był to wypadek, który spowodował poważne urazy (traumatyczne przecięcie nerwu pośrodkowego i ścięgien zginaczy dłoni), które zostały poddane leczeniu na czas i w odpowiedni sposób; jego wynik można uważać za optymalny.

Jednakże, praktyka kliniczna ukazuje, że nawet przy zastosowaniu prawidłowego leczenia przy tym rodzaju uszkodzeń rzadko kiedy uzyskuje się całkowite wyleczenie, takie jak w przypadku Luisa Fernanda. Dlatego uważam, że mamy tu do czynienia z wyzdrowieniem wykraczającym bardzo poza to, co zwyczajne”.

Niemożliwe” o imieniu Josemaría
Normalny poród w poważnym przypadku niezgodności Rh (marzec 1993)21
Był listopad 1993. W tych dniach ks. Alvaro del Portillo, biskup prałat Opus Dei, odbywał podróż duszpasterską po ziemiach Andaluzji w Hiszpanii. Dnia 20 listopada miał spotkanie z kilkoma tysiącami wiernych Prałatury, współpracownikami i innymi osobami biorącymi udział w pracach apostolskich Dzieła. Spotkanie – o charakterze rodzinnym, chociaż brało w nim udział wiele osób – odbywało się w Pozoalbero, ośrodku formacyjnym i rekolekcyjnym położonym blisko Jerez de la Frontera.

W czasie tego spotkania zabrała głos pewna kobieta trzymająca w ramionach kilkumiesięczne dziecko. Warto przytoczyć dialog, jaki nawiązał się między bp. del Portillo i tą matką, która – nawiasem mówiąc – nie należy do Opus Dei i jest nauczycielką w szkole w Puerto de Santa María (Kadyks).

– Ojcze, jestem druga z jedenaściorga rodzeństwa i mój ojciec jest teraz obok ojca. Cała nasza rodzina byłaby zachwycona, gdyby ojciec go mocno uściskał, bo tym uściskiem objąłby ojciec nas wszystkich…

– Już to zrobiłem.

– Bardzo dziękuję, Ojcze. Jestem matką, teraz czworga dzieci, i chcę opowiedzieć Ojcu o cudzie, który uczynił dla nas nasz Ojciec22.

Kiedy urodziłam trzecie dziecko, zostałam immunizowana z wysokim ryzykiem w przypadku zajścia w kolejną ciążę, zarówno dla mojego dziecka, jak i dla mnie. Zaszłam w ciążę i poroniłam. Ponieważ stopień immunizacji we krwi się zwiększył, lekarze zabronili mi mieć więcej dzieci. Pozostawiłam wszystko w rękach Boga i po kilku miesiącach znowu zaszłam w ciążę. Od pierwszego momentu wiedziałam, że sam Bóg zsyła mi to dziecko i od tamtej chwili polecałam je Matce Bożej i naszemu Ojcu. Po mnóstwie badań lekarze uznali, że immunizacja znikła, co było naukowo niemożliwe. Jednakże po trzech miesiącach znowu pojawiło się poważne zagrożenie poronienia. Modliłam się wtedy już tylko do naszego Ojca, kładąc jego obrazek bezpośrednio na swoim brzuchu, twarzą do dziecka i prosząc go usilnie, żeby mi je ocalił, mówiłam mu: przez wzgląd na to, co najbardziej kochasz, ocal mi je! Nazwę go Josemaría, zabierzesz go sobie do Zairu, gdzie zechcesz, ale teraz mi go zostaw.

– Bardzo dobrze, bardzo dobrze.

– Po kolejnych trudnościach, dziecko szczęśliwie się urodziło i z mojej krwi wszystko zniknęło. Tutaj go mam, Ojcze.

Podniosła dziecko, które trzymała w ramionach.

– Bogu niech będą dzięki, Bogu niech będą dzięki! – odpowiedział prałat del Portillo. Błogosławię go z całego serca.

– Nazywa się Josemaría.

– Bardzo dobrze.

I chcę Ojca prosić, żeby go pobłogosławił, bo jestem pewna, że pewnego dnia Bóg przyjmie ofiarę, którą Mu kiedyś uczyniłam. Co Ojciec powiedziałby matkom, które boją się mieć dzieci, i tym, które je mają, a stawiają przeszkody w ich oddaniu się Bogu?

– Córko moja, proszę Pana, żeby je oświecił, ponieważ macierzyństwo jest czymś bardzo pięknym. Macierzyństwo odpowiedzialne, tak samo jak odpowiedzialne ojcostwo, polega na tym, żeby mieć te dzieci, które ześle Bóg, i żeby je dobrze wychować. Unikanie dzieci nie jest rodzicielstwem.

A potem, odwagi… Jesteś tak daleko, że nie mogę zobaczyć dziecka, a chciałbym je ucałować. Na koniec, jeśli to będzie możliwe, przynieś go do mnie, to go ucałuję. Teraz go błogosławię: w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. Amen.

Bądź spokojna, oby tak było dalej. Dziękuj Panu razem z mężem za wiarę, którą was obdarzył: ta wiara, która pozwala pokonywać góry. Tak jak wosk rozpuszcza się w cieple, tak dzieje się z trudnościami. Kiedy działamy z wiarą, znikają, ponieważ Pan jest potężniejszy od nas i jest Ojcem: Ojcem nieskończenie dobrym.






1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna