Capucci Flavio Tak, dziś również dzieją się cuda


Niebezpieczeństwo niezgodności Rh między matką i dzieckiem



Pobieranie 0.54 Mb.
Strona20/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.54 Mb.
1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   22

Niebezpieczeństwo niezgodności Rh między matką i dzieckiem

Uczestniczka tego dialogu nazywa się Valentina F. i w chwili, gdy otrzymała od Boga za wstawiennictwem bł. Josemaríi łaskę, że jej dziecko urodziło się zdrowe, miała 34 lata. Dziesięć lat wcześniej wyszła za mąż za Emilia F., również nauczyciela w tej samej szkole. Stanowili szczęśliwe małżeństwo, zostali wychowani po chrześcijańsku i gotowi byli stworzyć wielodzietną rodzinę, jeśli zechce tego Bóg.

Na te plany padł cień, kiedy odkryto, że mąż ma grupę krwi z Rh (D) dodatnim, a żona z Rh ujemnym. Istniała niezgodność serologiczna, która mogła mieć poważne konsekwencje dla ciąży i narodzenia dzieci. Zanim jednak opowiemy dalej tę historię, trzeba zatrzymać się, by krótko wyjaśnić, co taka niezgodność oznacza z punktu widzenia medycyny.

Kiedy jakaś osoba zaraża się chorobą zakaźną, system immunologiczny produkuje specjalne białka („przeciwciała”), których zadaniem jest neutralizowanie i niszczenie drobnoustrojów („antygenów”) powodujących chorobę. Na tej naturalnej reakcji każdego zdrowego organizmu opiera się leczenie prewencyjne chorób zakaźnych poprzez szczepienia: wszczepienie maleńkiej ilości antygenu powoduje pojawienie się przeciwciał, które uniemożliwiają zarażenie się daną chorobą, ponieważ niszczą drobnoustroje chorobotwórcze, kiedy tylko przenikną one do organizmu uodpornionego na taki atak. Dzięki szczepieniom ochronnym można zapobiegać wielkiej liczbie chorób i unikać ich, do takiego stopnia, że niektóre z nich (dla przykładu choroba Heinego-Medina, ospa) praktycznie zanikły.

Coś podobnego dzieje się, kiedy kobieta o grupie krwi z Rh ujemnym pocznie dziecko, które ma Rh dodatnie odziedziczone po ojcu. Czerwone krwinki albo erytrocyty płodu, w których umiejscowiony jest czynnik Rh, wchodząc w kontakt z organizmem matki (a to zazwyczaj ma miejsce w czasie porodu), są postrzegane przez system immunologiczny matki jako ciała obce i wywołują tworzenie się przeciwciał anty-Rh. Dlatego po porodzie matka zostaje immunizowana na czynnik Rh. Ponieważ do immunizacji dochodzi w czasie porodu, pierwszemu dziecku z dodatnim Rh nie zagraża żadne niebezpieczeństwo; jednakże w czasie kolejnych ciąż przeciwciała wytworzone przez matkę dostają się do układu krążenia płodu, powodując hemolizę, zniszczenie jego czerwonych krwinek. Oczywiście, im większy jest stopień immunizacji matki na czynnik Rh, tym większą szkodę odniesie płód. Ponieważ stopień immunizacji jest proporcjonalny do liczby ciąż z dodatnim Rh, niebezpieczeństwo wzrasta wraz z kolejnymi ciążami. Dziecko może się urodzić z chorobą hemolityczną noworodków, która charakteryzuje się żółtaczką (żółtym zabarwieniem skóry i śluzówek) i mniej lub bardziej poważnymi zmianami w różnych organach, zależnie od intensywności hemolizy. W skrajnych przypadkach choroba ta powoduje nawet śmierć dziecka w łonie matki. Oczywiście, kiedy płód ma ujemne Rh, te schorzenia nie występują.

Kiedy rodzi się dziecko z tą chorobą, trzeba starać się natychmiast zmniejszyć ilość bilirubiny we krwi (bilirubina jest produktem zniszczenia czerwonych krwinek), odpowiedzialnej za żółtaczkę i za uszkodzenia w różnych organach. W najpoważniejszych przypadkach niezbędna jest transfuzja wymienna, to znaczy całkowita wymiana krwi noworodka. Nawet wtedy nierzadko występują poważne uszkodzenia różnych organów.

Jedyny sposób zapobiegnięcia chorobie hemolitycznej noworodków polega na odczuleniu matki po urodzeniu dziecka z dodatnim Rh. Osiąga się to – mimo iż nie we wszystkich przypadkach jest to skuteczne – poprzez podanie zastrzyku z globuliną gamma anty-D, rodzajem białka, którego własnością jest neutralizowanie antygenów (w tym przypadku antygenów Rh), które przedostały się z krwi płodu do krwi matki.

W praktyce lekarskiej istnieje pewien specyficzny dowód na zdiagnozowanie, czy matka jest, czy nie jest immunizowana na czynnik Rh. Jest to tzw. „test Coombsa” (bezpośredni lub pośredni), pozwalający ocenić potencjalne zagrożenie dla dziecka.



Coraz bardziej skomplikowana historia choroby

Pierwsza dwójka dzieci (a dokładniej dziewczynki, bo chodzi tu o córki) Valentiny i Emilia urodziła się w 1985 i 1987 r., po ciąży bez problemów. W obydwu przypadkach, zaraz po urodzeniu dziewczynek, Valentina poddała się szczepieniu globuliną gamma anty-D w celu uniknięcia immunizacji, ponieważ obydwie córki miały dodatnie Rh.

Natomiast trzecia ciąża, w 1988 r., okazała się problematyczna, ponieważ matka – pomimo szczepienia otrzymanego po poprzednich porodach – zaczęła wykazywać objawy izoimmunizacji: pośredni test Coombsa dał pozytywny wynik. W sierpniu urodziło się dziecko, które musiało być natychmiast hospitalizowane, ponieważ wykazywało wysoki poziom bilirubiny we krwi. Po upływie trzech dni, po otrzymaniu odpowiedniego leczenia, chłopcu nie groziło już niebezpieczeństwo. Jednakże matka została immunizowana, dlatego też lekarze tym razem jej nie zaszczepili. Ostrzegli też małżeństwo o poważnym ryzyku dla matki i ewentualnego potomstwa, jakie niosłaby ze sobą kolejna ciąża. Valentina i jej mąż, żarliwi chrześcijanie, odmówili stosowania jakichkolwiek środków antykoncepcyjnych i wzmocnili swoje zaufanie w Bogu.

Na początku 1992 Valentina znowu zaszła w ciążę. Już od drugiego tygodnia zaczęła mieć komplikacje, które skończyły się poronieniem. Została przyjęta na Oddział Położnictwa i Ginekologii szpitala w Kadyksie, gdzie wykonano wyłyżeczkowanie jamy macicy. Stopień immunizacji na czynnik Rh zwiększył się w sposób alarmujący, ale wiara małżonków nie zmalała. Obok środków nadprzyrodzonych zastosowali też środki ludzkie będące w ich zasięgu; żona nalegała, żeby podano jej trzecią dawkę globuliny gamma anty-D, chociaż teoretycznie – jak się okazało w ciąży, która dopiero co tragicznie się zakończyła – nie wywołałaby ona pozytywnego skutku. Tak też zrobiono.

Biorąc pod uwagę trudności napotkane przy trzeciej ciąży oraz samoistne poronienie, które wystąpiło później, lekarze gorąco zalecali Emiliowi i Valentinie, żeby nie mieli więcej dzieci. Rozważali nawet hipotezę sterylizacji żony, którą zainteresowani zdecydowanie odrzucili, jako głęboko niemoralną i przeciwną nauczaniu Kościoła. W przeciwieństwie do tego odnowili swoją decyzję całkowitego oddania się w ręce Boga.

Urodziny Josemaríi

W ten sposób dochodzimy do czerwca 1992, niespełna trzy miesiące po przebytym poronieniu. Valentina znowu zachodzi w ciążę. Przed poddaniem się testowi Coombsa w celu oceny stopnia immunizacji na czynnik Rh oddała dziecko, które nosiła w swoim łonie, pod opiekę bł. Josemaríi Escrivy, który kilka tygodni wcześniej, 17 maja, został wyniesiony na ołtarze. Oznajmiła o tym lekarzowi, który opiekował się nią w czasie ciąży i dlatego dobrze znał jej sytuację. W swoim oświadczeniu pisze: „Powiedziałam lekarzowi, że mam zamiar prosić dzieci (dzieci, które uczyła w szkole), żeby się modliły, aby badania dały negatywny wynik. Odpowiedział mi, żeby się modliły o to, żeby dziecko było zdrowe, bo negatywny wynik był niemożliwy”.

Rzeczywiście, z punktu widzenia medycyny nie było możliwe, żeby kobieta z taką historią choroby, jak u Valentiny, w wysokim stopniu immunizowana na czynnik Rh w czasie czterech poprzednich ciąż, z których ostatnia skończyła się poronieniem, mogła okazać się nagle wolna od jakiejkolwiek immunizacji. To, o co prosiła, było po prostu niemożliwe, jak stanowczo stwierdził lekarz.

Cała rodzina uczestniczyła w pełni w tych troskach i modliła się z ufnością do bł. Josemaríi. Jedna z sióstr Valentiny, wówczas studentka ostatnich lat medycyny, która z bliska śledziła te wydarzenia, pisze: „W tym długim okresie – długim nie tyle ze względu na czas, co przez swoją intensywność: tak się zapisał w mojej pamięci – powtarzałam nieustannie w ciągu dnia: «Ojcze, pokaż co możesz! To jest coś niemożliwego! Zrób jeden ze swoich cudów»”.

Na przekór wszystkim tym przewidywaniom test Coombsa dał wynik negatywny. Był to znak, że immunizacja na czynnik Rh znikła, to coś niewytłumaczalnego z punktu widzenia medycyny. Jak zauważa jeden ze specjalistów, którzy zbadali tę historię, „z punktu widzenia medycyny nie ma to wytłumaczenia. Co więcej, jest to wbrew podstawowym zasadom immunologii. Kiedy jakaś osoba wytwarza przeciwciała na jakiś określony antygen – w tym przypadku antygenem jest grupa Rh erytrocytów – po wejściu w kontakt z tym antygenem pojawia się większa odpowiedź immunologiczna, przez co zwiększa się liczba przeciwciał wobec tego antygenu i, mówiąc potocznie, zwiększa się intensywność odrzucenia”. To właśnie mierzy test Coombsa. Fakt, iż nagle dał on wynik negatywny, po historii takiej, jak ta, którą się zajmujemy, z punktu widzenia nauki miał tylko jedno wyjaśnienie: że w przeprowadzeniu testu popełniono błąd i dlatego trzeba go powtórzyć.

Dokładnie taka była reakcja specjalistów zajmujących się tym przypadkiem. „Kiedy zadzwoniłam do mojego lekarza – mówi Valentina – który jest osobą bardzo opanowaną, wykrzyknął i powiedział, że to niemożliwe”.

Analogicznie zareagowała jej siostra, która – jak powiedzieliśmy – kończyła studia na medycynie i miała świeżo w pamięci – również ze względu na własne zainteresowania – wiedzę w tej specyficznej materii. Wspominając chwilę, w której Valentina oznajmiła jej, że test Coombsa wyszedł negatywnie, pisze: „Moją pierwszą reakcją był głęboki żal, bo pomyślałam, że odczynniki w laboratorium były w złym stanie i dlatego dały błędny wynik. Było mi szkoda, że moja siostra wzmaga w sobie fałszywą nadzieję na to, że immunizacja znikła (…). Powiedziałam jej poważnie, że wynik może być mylny, i żeby nie robiła sobie nadziei. Ponagliłam ją, żeby powtórzyła badania w innym laboratorium, które nie byłoby związane z tym poprzednim. «To, co dla ciebie jest naturalne – powiedziałam jej – nie ma medycznego wyjaśnienia. To tak, jakbyś mi powiedziała, że jesteś pewna, że widziałaś latającego osła»”.

Nie raz, ale trzy razy powtórzono test: w Kadyksie, Sevilli i Barcelonie, i we wszystkich trzech laboratoriach wynik był taki sam: negatywny.

Ale Bóg jakby chciał wypróbować wiarę matki, kiedy wszystko odbywało się z absolutną normalnością, Valentina zaczęła mieć objawy podobne do tych, które poprzedzały przebyte ostatnio poronienie. Towarzyszyła jej wtedy inna siostra, która natychmiast dała jej obrazek bł. Josemaríi. „Wzięłam go, popatrzyłam na jego spojrzenie i położyłam go sobie na brzuchu zdjęciem (…) na dół, twarzą do dziecka (…). Modliłam się tylko do niego, mówiąc: «Ojcze, przez wzgląd na to, co najbardziej kochasz, ocal mi je. Modlę się do ciebie, żebyś to uczynił, pomóż mu przeżyć» (…).

Bóle trwały dalej; zaczęłam razem z matką i siostrą odmawiać modlitwę z obrazka; kiedy skończyłyśmy odmawiać ją pierwszy raz, poczułam intensywne ciepło w brzuchu, minęły bóle wywołane skurczem i krwotok. Od tamtej chwili nie miałam żadnych objawów. Następnego dnia poszłam do lekarza, który stwierdził, że stan zarówno mój, jak i dziecka, jest całkowicie normalny”.

Josemaría urodził się 8 marca 1993 w sposób całkiem normalny. Mimo, że test Coombsa dał kilkakrotnie negatywny wynik – ostatnie badania robiono w październiku – w szpitalu wszystko było przygotowane do wykonania transfuzji krwi dziecku, gdy tylko się urodzi. Nie było jednak takiej potrzeby. Stwierdzono, że noworodek ma rzeczywiście dodatnie Rh. Test Coombsa zarówno we krwi matki, jak i we krwi w pępowinie nadal był negatywny.

Niewytłumaczalna „przerwa”

Ginekolog, który opiekował się Valentiną w czasie ostatnich ciąż, po przeczytaniu świadectwa napisanego przez swoją pacjentkę, zgadza się: „To prawda: to było niemożliwe”. I przedstawia na piśmie swoje zdanie w następujący sposób:

„Istnieją trzy fakty sprawiające, że przebieg piątej ciąży jest nadzwyczajny:


  1. negatywny wynik pośredniego testu Coombsa po izoimmunizacji trzeciej i czwartej ciąży oraz po poronieniu i wyłyżeczkowaniu jamy macicy

  2. brak uszkodzenia płodu o Rh (+) u pacjentki

  3. ponowne pojawienie się izoimmunizacji w kolejnej ciąży.

Muszę wyjaśnić, że w swoim długim doświadczeniu klinicznym nie znałem podobnego przypadku”.

Jakby dla zagwarantowania, że w przebiegu tej ciąży i tego porodu była wyraźnie obecna moc Boża wzywana przez wstawiennictwo bł. Josemaríi, następna ciąża Valentiny znowu miała zwyczajny przebieg. Płód miał dodatnie Rh i dlatego w czasie ciąży test Coombsa dał pozytywny wynik. W czerwcu 1995 r. urodziła się dziewczynka z silną żółtaczką, której trzeba było całkowicie wymienić krew (transfuzja wymienna) i poddać ją różnorakiej opiece; również matka po tym ostatnim porodzie miała sporą anemię.

W widoczny sposób sprawy wróciły do „normalności”. Prawdziwie „anormalna” była ta dziewięciomiesięczna przerwa, w oczekiwaniu na narodzenie chłopca Josemaríi, w której wydarzyło się to, co „nie mogło się wydarzyć”. Ale przecież dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych.

Pewien biegły konsultowany przez Postulację, po uważnym zbadaniu tego przypadku, wyciąga następujące wnioski: „Matka mówi, że po szczęśliwym przebiegu ciąży i porodu jej syna Josemaríi myślała, że coś takiego będzie miało miejsce przy szóstej ciąży, przez co nie przyszło jej do głowy modlić się specjalnie o wstawiennictwo bł. Josemaríi Escrivy de Balaguera. I to właśnie, moim zdaniem, wystarczyło, by stwierdzić, że «przerwa» czy pauza, w której nie występowała izoimmunizacja, ma charakter nadzwyczajny, a przynajmniej niewytłumaczalny naukowo.

Chcę podkreślić, że podstawową sprawą w tym cudzie – dla mnie – jest odstęp czasu, pauza czy przerwa, albo jak by to nazwać, w negatywizacji przeciwciał anty Rh u matki, i w związku z tym, w krwi pępowiny dziecka, tym bardziej, że dziecko miało Rh+”.

Josemaría jest dzieckiem zdrowym i żywym, przynosi radość całej rodzinie. Matka twierdzi, że ciąża i poród tego dziecka były „przerwą” w jej trudnościach w czasie ciąż, i przypisuje to bez żadnej wątpliwości wstawiennictwu bł. Josemaríi Escrivy. „Przykro mi bardzo – pisze – że ta nowa córeczka [ta, która urodziła się po Josemaríi] musiała tyle cierpieć, żeby potwierdzić cud Josemaríi. Dzisiaj jest on dzieckiem wesołym i inteligentnym, najbardziej towarzyskim ze wszystkich moich dzieci; jest, jak to się mówi, radością naszego domu”.



Oddał mu pocałunek

Ostre zapalenie mięśnia sercowego, które rozwiązuje się w ciągu dwóch dni (maj 1993) 23

Między 22 maja a 31 sierpnia 1974 bł. Josemaría Escrivá odbył podróż po Ameryce Południowej: Brazylii, Argentynie, Chile, Peru, Ekwadorze i Wenezueli. Nie była to podróż dla przyjemności czy wypoczynku, lecz katecheza, jak Założyciel Opus Dei nazywał częste podróże, które odbywał w latach 70. po różnych krajach Europy i Ameryki w celu utwierdzania w wierze wiernych Opus Dei i wielu tysięcy innych osób. Były to trudne lata posoborowe i w niektórych miejscach szerzyło się fałszywe mniemanie, iż Kościół zmienia istotne aspekty doktryny i norm moralnych, które do tamtej pory uważane były za nienaruszalne. Wobec niebezpieczeństwa, jakie dla ludu chrześcijańskiego stanowiło upowszechnienie się tych idei, bł. Josemaría nie wahał się udać w wiele wyczerpujących podróży apostolskich po całym świecie, żeby utwierdzać w wierze i w moralności Kościoła tysiące osób.

Ta krótka wzmianka wydawała się odpowiednia przed przedstawieniem pewnego faktu o charakterze nadprzyrodzonym przypisanego wstawiennictwu Założyciela Opus Dei, ponieważ osoba, która otrzymała tę łaskę – Brazylijczyk o imieniu Paulo F. – poznał bł. Josemaríę właśnie w czasie takiej katechezy, kiedy miał 16 lat. Wśród licznych spotkań odbyło się też kilka z młodymi; w jedynym z nich uczestniczył ten chłopiec i miał okazję ucałować bł. Josemaríę. Ten pocałunek, jak zobaczymy, był bardzo ważny w jego życiu.

Choroba o niezwykle szybkim przebiegu

Był rok 1993. Paulo, już w wieku 34 lat, był mężczyzną cieszącym się dobrym zdrowiem. Jednakże na początku maja zaczął doznawać ataków kaszlu, któremu towarzyszyły trudności w oddychaniu (duszności) występujące przy wysiłku. Nie zwrócił większej uwagi na te objawy, aż do 18 dnia tego samego miesiąca, kiedy zauważył silne zmęczenie i ból w okolicy przedsercowej. Pod koniec dnia udał się do dyrektora Szpitala Incor (Instytut Serca w São Paulo), który rozpoznał u niego arytmię serca wywołaną prawdopodobnie – jak w pierwszej chwili pomyślano – przez zmartwienie pacjenta spowodowane stanem zdrowia jednej z jego sióstr, która w tych dniach przeszła operację chirurgiczną.

Kiedy jednak stan arytmii nie mijał, lekarz zarządził przyjęcie pacjenta na ostry dyżur do szpitala, gdzie stwierdzono u niego ostre migotanie przedsionków. Pierwsze badania wykazały nieregularne i szybkie tętno (140 uderzeń na minutę) i podniesione ciśnienie tętnicze. Pacjenta poddano kardiowersji i natychmiast odzyskał właściwy rytm serca.

Jednakże po tej interwencji chory znalazł się w stanie wstrząsu: nagły spadek ciśnienia tętniczego (przyrządy nie były w stanie go zmierzyć), zaburzenia oddychania z sinicą i znaczną utratą stopnia świadomości. Nie było innego wyjścia, jak wykonanie intubacji dotchawicznej, aby pomóc pacjentowi w oddychaniu; równocześnie rozpoczęto aktywnie przeciwdziałać poważnemu niedociśnieniu, które zagrażało bezpośrednio jego życiu.

Mając taki obraz kliniczny, lekarze zdiagnozowali wstrząs kardiogenny, to znaczy wstrząs wywołany drastycznym upośledzeniem czynności serca. Przyczyna pozostawała w tej chwili nieznana; późniejsze badania wykazały, że spowodowany był on ostrą infekcją wirusową mięśnia sercowego (prawdopodobnie infekcją wywołaną przez wirus Coxackie grupy B), którą zaraził się w poprzednich tygodniach. Rozpoznanie ostrego zapalenia mięśnia sercowego zostało w pełni potwierdzone wynikami cewnikowania serca z angiokardiografią, które wykonano choremu w dniu przyjęcia do szpitala.

Mimo iż zastosowano wszystkie środki terapeutyczne wskazane w takich przypadkach, sytuacja Paula pogarszała się z nadzwyczajną prędkością, do takiego stopnia, że lekarze rozważali możliwość wykonania przeszczepu serca albo zastosowania sztucznego serca.


Propozycja w beznadziejnej sytuacji
Oddajmy głos matce Paula, która 19 maja po południu towarzyszyła synowi w szpitalu. Serafín, jej mąż, poszedł trochę odpocząć.

„O godzinie 16 zostałam wezwana przez zespół lekarzy dr K., którzy zaproponowali mi wykonanie przeszczepu serca mojemu synowi Paulowi. Towarzyszyła mi moja siostra María, jej córka Marisa i córka przyjaciółki Claudia, która pracuje w Szpitalu Klinicznym. Odpowiedziałam, że oddaję się w ich ręce, ale że chciałabym podpisać zgodę na przeszczep razem z mężem, który poszedł do domu odpocząć.

Natychmiast zaczęłam prosić o wstawiennictwo ks. Josemaríę Escrivę, powtarzając akt strzelisty, który on tak lubił odmawiać: Panie, chcę tego, czego Ty chcesz. A ponieważ nie miałam tyle męstwa, co ten Sługa Boży, dodałam do modlitwy: Ale pomóż mi chcieć tego, czego Ty chcesz. Ja nie chciałam przeszczepu: bałam się jego konsekwencji. Chciałam, żeby mój syn wyzdrowiał.

Mój mąż przyszedł o godz. 18.00 albo trochę później, przyszły też dwie przyjaciółki: Claudia i Teresita. Wezwali nas lekarze. Przygotowywali pismo o zgodzie [na przeszczep], a jednocześnie poinformowali nas, że potrzebny jest pewien lek wpływający na krzepnięcie krwi, którym nie dysponują w Incor. Musielibyśmy przywieźć go ze Szpitala Einsteina albo ze Szpitala Dobroczynności Portugalskiej. Moje przyjaciółki zaofiarowały swoją pomoc w wykonaniu tego zadania. Lekarze powrócili do przygotowań.

Po kilku minutach zauważyłam ruch zespołu lekarskiego, który został wezwany na Oddział Intensywnej Opieki do łóżka mojego syna. Pobiegłam w drugą stronę i spotkałam jakiegoś lekarza, bladego jak płótno. Zapytałam go: «Umarł?» Lekarz, nie wiedząc kim jestem, odpowiedział mi: «Jeszcze nie, ale niewiele mu brakuje».

Po powrocie zobaczyłam, że lekarze rozmawiają z moim mężem i mówią mu, że wykonanie przeszczepu jest niemożliwe, ponieważ nasz syn ma niewydolność wątroby i licznych narządów. Pozostawało tylko czekanie. Czy zacznie reagować? Wszystko wskazywało na to, że śmierć nastąpi jeszcze tej samej nocy. Pozwolono nam zostać dłużej w szpitalu, do 23.30”.

Rzeczywiście, stan chorego znacznie się pogorszył. Do załamania funkcji serca wywołanego zapaleniem mięśnia sercowego dochodziły – jedna po drugiej – niewydolności innych narządów. Najpierw załamało się działanie nerek, które doprowadziło do bezmoczu; potem pojawiły się objawy niewydolności wątroby; na końcu badania wykazały alarmujące obniżenie wskaźników krwi związanych z krzepnięciem, co zapowiadało powstanie rozsianych skrzeplin wewnątrznaczyniowych. Wszystkie te objawy dawały bardzo złe rokowania.

Literatura medyczna, którą brano pod uwagę, ukazuje, że śmiertelność w przypadkach niewydolności wielonarządowej (multiorgan failure, MOF), która obejmuje więcej niż trzy narządy (w tym przypadku niewydolność obejmowała cztery: serce, nerki, wątrobę i układ krwiotwórczy) wynosi 80%, kiedy taka sytuacja trwa przez 24 godziny, a 100%, kiedy jej trwanie przekracza cztery dni. W przypadkach nieśmiertelnych powrót do zdrowia jest powolny i w dotkniętych narządach zazwyczaj pozostają uszkodzenia.

Tak więc sytuacja Paula była krytyczna. Myśl o przeszczepie serca została całkowicie odrzucona: stan chorego uniemożliwiał wykonanie tego rodzaju operacji. Jego stan można było uznać za terminalny: przewidywany był rychły śmiertelny koniec. Potwierdza to również raport kliniczny opiekującego się nim lekarza: „Wieczorem opuściłem szpital, oczekując, że pacjent umrze następnego dnia. Zasugerowałem rodzinie, żeby wróciła do domu i dałem im do zrozumienia, czego się spodziewam”.

Ze swej strony matka Paula pisze: „Poszliśmy do domu, płacząc i oddając się w ręce Boga”. A Claudia, jedna z towarzyszących jej przyjaciółek, pisze w swoim świadectwie: „To były godziny całkowitej rozpaczy. Prosiliśmy o cud”. I dodaje: „Doszło nawet do tego, że powiedziałam, że cuda nie są dla nas”.


„Ojcze, odwzajemnij mu tamten pocałunek!”
Kiedy tylko rozeszła się wiadomość, że Paulo jest w bardzo ciężkim stanie, krewni i przyjaciele zaczęli prosić Boga o jego wyzdrowienie. Kilka osób robiło to, modląc się przez wstawiennictwo bł. Josemaríi, ponieważ rodzina chorego miała kontakt z pracą apostolską Prałatury Opus Dei w São Paulo. Jedni odmawiali modlitwę umieszczoną na obrazku, inni modlili się własnymi słowami, nie trzymając się żadnej określonej formuły; ale wszyscy modlili się z wiarą i ufnością, pewni, że również dzisiaj Pan dokonuje cudów, jak napisał bł. Josemaría: „Tak, dziś również dzieją się cuda. My również dokonywalibyśmy ich, gdybyśmy mieli wiarę!” (Droga, 583).

Ktoś położył na wezgłowiu łóżka, obok chorego, obrazek Błogosławionego i medalik Najświętszej Maryi Panny.

Wśród osób, które modliły się z największą intensywnością, znajdowali się oczywiście jego rodzice. Jak już powiedzieliśmy, w tych dniach operowano jedną z ich córek, dlatego też rodzina dzieliła swój czas między dwa szpitale, żeby towarzyszyć chorym. Przy łóżku Paula prawie zawsze był jego ojciec. Kiedy lekarz potwierdził ciężki stan jego syna, nie zniechęcił się: dalej prosił bł. Josemaríę o jego uzdrowienie, a zarazem – jako dobry chrześcijanin – poprosił o udzielenie mu sakramentu namaszczenia chorych, co pewien ksiądz uczynił w nocy z 18 na 19 maja.

Pośród tego wielkiego smutku w pamięci Serafína, ojca Paula, pojawiło się pewne wspomnienie: wspomnienie ze spotkania z bł. Josemaríą w 1974 r. Jak powiedzieliśmy, w czasie swojego pobytu w São Paulo, Założyciel Opus Dei spotykał się z różnego rodzaju ludźmi. Pozwólmy, aby opowiedział to sam Serafín:

„Pod koniec jednego ze spotkań z młodymi zobaczyłem, że mój syn całuje naszego Ojca w policzek, kiedy ten już szykował się do wyjścia. Dlatego w swoich modlitwach zacząłem prosić, żeby wstawił się przed Bogiem, żeby ucałował go i przywrócił mu zdrowie”.

Następnego dnia, 20 maja, obraz kliniczny zaczął się zmieniać w sposób zadziwiający i nieoczekiwany. „Przyszliśmy do szpitala o 6.30 – wspomina matka – i otrzymaliśmy wiadomość, że organizm Paula reaguje w cudowny sposób: nie było potrzeby przeszczepu i pozostawało czekać na rozwój wydarzeń”.

Rzeczywiście, w sposób niewytłumaczony – gdyż spodziewano się zgonu tej samej nocy – nerki zaczęły funkcjonować, ciśnienie tętnicze zaczęło wzrastać, a stan układu krzepnięcia poprawiał się. Niebezpieczny stan nieodwracalnej niewydolności wielonarządowej (multiorgan failure) był powoli przezwyciężany. Dwa dni później usunięto choremu rurkę dotchawiczą, ponieważ oddychał już samodzielnie. Tydzień później opuścił oddział intensywnej opieki i został przeniesiony do oddziału chorób wewnętrznych, w celu kontynuowania leczenia.

Ocena specjalistów

„Jako lekarz śledzący cały przebieg choroby pacjenta – pisze opiekujący się nim specjalista – uważam ten przypadek za wyjątkowy, o niezwykłym przebiegu. Nie zaobserwowałem czegoś podobnego w ciągu dwunastu lat doświadczenia jako kardiolog w instytucji, która zajmuje się licznymi przypadkami i najróżniejszymi pacjentami z chorobami serca. Podsumowując, jest to przypadek pacjenta, który po osiągnięciu ciężkiego stanu, który w sposób uzasadniony pozwalał przewidywać tragiczny rozwój, po kilku dniach wraca w pełni do zdrowia; i – co również nie jest zwyczajne – jego stan jest aż do tej pory prawidłowy, bez następstw”. Tak pomyślne rozwiązanie uważano do tego stopnia za nadzwyczajne, że „przypadek tego pacjenta był przedmiotem prezentacji w czasie posiedzenia anatomiczno-klinicznego zorganizowanego w tej instytucji (…) 24 listopada 1993 r., a omówienie przypadku zostało opublikowane w czasopiśmie «Arquivos Brasileiros de Cardiologia» w maju 1994 r.”.

Kilku specjalistów w dziedzinie kardiologii badało ten przypadek w celu znalezienia naturalnego wyjaśnienia dla jego pomyślnego rozwiązania. Jeden z nich, wybitny specjalista z jednego ze szpitali w Madrycie, mówi: „W przypadku, którym się zajmujemy, prawdopodobieństwo śmierci było bardzo wysokie: moim zdaniem pacjent był odpowiednio leczony i jego stan kontrolowano również prawidłowo, uzyskując korzystny przebieg, aż do wyzdrowienia. Jednakże, patrząc z perspektywy mojego doświadczenia, lekarza zajmującego się intensywną terapią, muszę powiedzieć, że korzystny wynik w tym przypadku jest naprawdę zadziwiający i niezwykły”. Jego zdaniem, nadzwyczajność polega nie tyle na wyzdrowieniu z choroby, ile na zadziwiająco niezwykłym sposobie, w jaki do niego doszło.

To samo twierdzi inny specjalista, tym razem z Rzymu, którego poproszono o zbadanie tego przypadku. Oto jego słowa: „Myślę, że istnieją wystarczające przesłanki dla stwierdzenia, że wstrząs osiągnął fazę nieodwracalną, albo że był bardzo jej bliski: stan śpiączki (…), niewydolność oddechowa, bezmocz, martwica wątroby i znaczny wzrost wydzielanych enzymów oraz zaburzenia krzepnięcia (…). Poza tym, ze względu na ciężki i gwałtowny przebieg zapalenia mięśnia sercowego, trzeba by oczekiwać jakichś trwałych uszkodzeń. Jednakże badania wykonane sześć miesięcy później wykazują absolutną prawidłowość anatomiczną i czynnościową [serca]. Podzielam więc zdziwienie kolegów, którzy śledzili z bliska ten przypadek: nie wydaje się możliwe wytłumaczenie go w sposób wyczerpujący w świetle aktualnej wiedzy naukowej”.

Pozytywne rozwiązanie tego ostrego zapalenia mięśnia sercowego, które rokowało śmierć w bardzo krótkim czasie, jest w oczywisty sposób łaską otrzymaną za wstawiennictwem bł. Josemaríi, który będąc osobą ogromnie wdzięczną podczas swojego życia na ziemi, jest nią również w niebie. W 1974, w czasie krótkiego pobytu w Brazylii, otrzymał serdeczny pocałunek od 16-letniego chłopca; odwzajemnił go w maju 1993, dokładnie rok po swojej beatyfikacji, uzyskując dla niego u naszego Pana całkowite i nieoczekiwane wyleczenie z bardzo ciężkiej choroby. Uwagę zwraca zwłaszcza zbieżność czasowa prośby ojca Paula do bł. Josemaríi o odwzajemnienie pocałunku, który otrzymał od jego syna w 1974, i zatrzymanie się procesu, który wydawał się nieodwracalny, i który zazwyczaj prowadzi do śmierci.

„Jestem pewien, tak jak nasz lekarz – kończy ojciec Paula – że mamy tu do czynienia z cudem; i przypisuję tę łaskę «pocałunkowi» naszego Ojca i wszystkim prośbom i modlitwom przyjaciół i krewnych”.

Na zakończenie tej relacji przytaczamy zdanie z oświadczenia Claudii, jednej z przyjaciółek matki Paula; tej samej, która – w chwili rozpaczy – powiedziała, że cuda są zawsze „dla innych”, a nigdy „dla nas”:

„Minęło pięć lat – pisze – i codziennie spotykam go [Paula] w klubie, jak się gimnastykuje i uprawia sport, patrzę na niego i jestem szczęśliwa, bo wiem, że cuda istnieją również dla nas”.



W ciągu jednej nocy

Natychmiastowe wyleczenie z porażenia nerwu promieniowego (luty 1994)24
19 listopada 1493 r., w czasie swojej drugiej podróży do Ameryki, Krzysztof Kolumb zarzucił po raz pierwszy kotwicę u brzegów wyspy Puerto Rico. Górzysty kształt i lśniąca zieloność jej lasów tak mocno zwróciły jego uwagę, że opisał to w swoich listach. Kiedy wziął w posiadanie wyspę Borinquen – tak nazywali ją jej mieszkańcy – nadał jej nazwę San Juan Bautista, podczas gdy stolica, założona w 1508 r. przez Juana Ponce de León, pierwszego kolonizatora, została nazwana Puerto Rico. Dopiero później, z powodu niewyjaśnionych kaprysów historii, miasto i wyspa zamieniły się nazwami.

Portorykańczycy lubią pieszczotliwie nazywać swój kraj cudowną wyspą, albo po prostu wyspą. I naprawdę zasługuje ona sobie na to miano. Puerto Rico, tropikalne ze względu na swoje położenie geograficzne, jest centralnym ogniwem łańcucha wysp łączącego Półwysep Floryda z Wenezuelą i zamykającego swoim łukiem Morze Karaibskie. Jednak dzięki ciągłym wiatrom pasatowym, które docierają do niej z północnego zachodu, jej klimat jest bardzo umiarkowany, a także najzdrowszy i najprzyjemniejszy w całym archipelagu. Na przykład średnia temperatura roczna na północnym wybrzeżu wynosi około 26 stopni Celsjusza, i słupek rtęci prawie wcale się nie odsuwa od tej wysokości w ciągu całego roku. Ten łagodny klimat w połączeniu z naturalnymi opadami i dużą liczbą cieków wodnych tłumaczy, dlaczego Puerto Rico stało się już słynne z jakości swojego tytoniu, kawy i cukru. W ostatnich czasach doświadczyło silnego rozwoju przemysłowego, technicznego i urbanistycznego. Dla tysięcy turystów, którzy je odwiedzają, nadal jest cudowną wyspą.

W tym rajskim zakątku rozgrywają się wydarzenia przedstawione w kolejnej relacji opowiadającej o nadzwyczajnej łasce otrzymanej za wstawiennictwem bł. Josemaríi Escrivy. Zanim ją przedstawimy warto wspomnieć o fakcie z pozoru nieistotnym, mającym jednak duże znaczenie dla tej historii: Puerto Rico było ostatnim krajem, do którego dotarło Opus Dei za życia swojego Założyciela. W rzeczywistości pierwsi wierni Dzieła zamieszkali w San Juan 17 czerwca 1969 r., przywożąc ze sobą jego błogosławieństwo i zachętę. W czasie swojego ziemskiego życia bł. Josemaría traktował więc Puerto Rico w pewien sposób jako swojego beniaminka.
Perła Południa
Rozwój pracy apostolskiej Opus Dei w Puerto Rico spowodował, że w 1983 r. erygowane zostały ośrodki w innym mieście wyspy, Ponce, bardziej znanym wśród jej mieszkańców jako Perła Południa, ze względu na położenie na południowym wybrzeżu kraju. W Ponce znajduje się Ośrodek Akademicki Guajiles, w którym mieszkają studenci z różnych miejsc kraju. Tak jak we wszystkich korporacyjnych pracach apostolskich przeznaczonych dla studentów, Opus Dei oferuje mieszkańcom Guajiles – poza rodzinną atmosferą, która ułatwia naukę – możliwość otrzymania głębokiej formacji chrześcijańskiej.

I tak dochodzimy do początku naszej historii. Był sierpień 1993 r. Wśród mieszkańców Guajiles był Alberto, 24-letni młody mężczyzna, dobry sportowiec, który cieszył się wspaniałym zdrowiem. Pierwszego dnia tego miesiąca samochód, którym jechał z innymi osobami z ośrodka, miał wypadek. Alberto złamał sobie lewą kość ramienną w jej części środkowej. Zdjęcia RTG wykazały, że było to złamanie wieloodłamowe (to znaczy, z odłamkami oderwanymi od kości). Chory wykazywał utratę czucia w lewej ręce i częściowe porażenie przedramienia, a także prawie całkowite porażenie ręki. Już wtedy przypuszczano, że mógł zostać uszkodzony nerw promieniowy, odpowiedzialny za ruchy ręki.

Po dwóch tygodniach prowizorycznego unieruchomienia przy pomocy szyny, ręka została na półtora miesiąca włożona w gips: jest to zwyczajny czas zrastania się tego rodzaju złamań. Po zdjęciu gipsu stwierdzono dalsze istnienie porażenia wiotkiego lewego nadgarstka i związanego z nim braku ruchów ręki, co było oczywistym przejawem uszkodzenia nerwu promieniowego. Poza tym pacjent odczuwał silne bóle, zwłaszcza przy próbach ruchu ręką, miał też rozległy obrzęk zapalny ręki i nadgarstka.

Ponieważ obraz kliniczny się nie poprawiał, dwa i pół miesiąca po wypadku Alberto udał się do Oddziału Rehabilitacji Ruchowej Szpitala Damas w Ponce. Zbadał go ordynator oddziału, aby ocenić stopień porażenia ręki i wprowadzić odpowiednie leczenie. W tym celu wykonano elektromiografię, specyficzne badanie służące do określenia stopnia funkcjonalności nerwów ruchowych. Badanie to, jak widać w raporcie klinicznym, ustaliło istnienie „poważnego uszkodzenia aksonalnego w mięśniach unerwionych nerwem promieniowym, z brakiem potencjałów czynnościowych. Wnioski te wskazują na negatywną prognozę, jeśli chodzi o odzyskanie sprawności ruchowej”.

Po przełożeniu słownictwa medycznego na język potoczny, orzeczenie to oznaczało, że z powodu uszkodzenia nerwu promieniowego Alberto raczej nie odzyska sprawności w ręce. Literatura medyczna odnotowuje, że 10% przypadków złamania zamkniętego kości ramiennej wywołuje porażenie nerwu promieniowego. Większość tych uszkodzeń (90%) to zaburzenia czynnościowe, które w związku z tym ustępują samoistnie, nawet bez leczenia, w ciągu trzech do sześciu miesięcy. U pozostałych 10% wywołane porażenie jest trwałe, z powodu istnienia neuronotmesis, to znaczy z powodu fizycznego uszkodzenia włókien nerwowych. Ten fakt znacząco zaciemnia prognozę: doświadczenie kliniczne uczy, że proces odzyskania sprawności postępuje bardzo powoli i trwa długie miesiące; nierzadko, nawet przy właściwym programie rehabilitacji i w przypadku osób młodych, pozostawia następstwa na całe życie. Taki był przypadek, którym się zajmujemy, tak jak wykazała elektromiografia i jak to zostanie potwierdzone później w czasie zabiegu chirurgicznego.

I tak, w nadziei na to, że porażenie jest czynnościowe, spowodowane możliwym uciskiem nerwu, Alberto został operowany 24 listopada 1993 r. Zabieg wykazał, że nerw promieniowy został zamknięty wewnątrz blizny kostnej utworzonej w procesie zrastania się złamania. Stwierdzono też, że od chwili wypadku jeden odłamek kości był wbity w nerw. Chirurg uwolnił nerw od licznych uciskających go przyległości i usunął odłamek kości, który go przebijał.

Operacja nie przyniosła żadnej poprawy: Alberto nadal odczuwał bóle, a przede wszystkim, nie był w stanie poruszać lewą ręką. Założono mu szynę w celu uniknięcia opadania ręki i ułatwienia odzyskania w niej sprawności. Jednocześnie Alberto rozpoczął program rehabilitacji, który przynajmniej miał pozwolić na zachowanie ruchomości stawu nadgarstkowego.

Dwa miesiące później, 2 lutego 1994 r., poddał się kolejnym badaniom elektromiograficznym nerwu. Sam pacjent zaświadcza o wynikach badań: „Fizjoterapeuta zbadał mnie znowu i po zastosowaniu stymulacji elektrycznej stwierdził, że nerw jest poważnie uszkodzony i że nie odzyskam już ruchomości ręki”.

Do tej pory Alberto nie modlił się o swoje wyzdrowienie, być może ufając środkom sztuki medycznej. Teraz był poważnie zaniepokojony takim rozwojem wydarzeń. W tym wieku nie jest łatwo zaakceptować myśl o całkowitym i trwałym kalectwie ręki.
Owocna nowenna
W styczniu 1994 r. pewien portorykański ksiądz, mieszkający w Ośrodku Akademickim, który w czasie wypadku jechał tym samym samochodem, odbył podróż do Rzymu. Tam powiedział o Albercie ks. del Portillo, ówczesnemu biskupowi prałatowi Opus Dei, który zapewnił go o swojej modlitwie o pełne wyzdrowienie studenta i dał mu obrazek bł. Josemaríi z relikwią ex indumentis (z ubrania). Po powrocie do Puerto Rico ksiądz wręczył obrazek studentowi i zachęcił go do modlenia się z wiarą o wstawiennictwo Założyciela Opus Dei.

W połowie lutego Alberto zaczął się modlić do bł. Josemaríi, odmawiając modlitwę z obrazka. Powtarzał ją przez dziewięć lub dziesięć dni, dotykając poza tym co wieczór relikwią blizny po operacji. Pewnego ranka po przebudzeniu zdał sobie sprawę, że może poruszać ręką. Pozwólmy, żeby on sam o tym opowiedział:

„Pewien ksiądz z Dzieła, mój przyjaciel, był w tych dniach w Rzymie i przywiózł mi obrazek bł. Josemaríi z relikwią. Natychmiast zacząłem odmawiać modlitwę i pewnej nocy, przez sen, poczułem w ręce ból, na który z powodu zmęczenia nie zwróciłem uwagi. Następnego ranka chciałem poruszyć ręką i – nie mogłem w to uwierzyć – udało się. Mogłem wykonać wszystkie ruchy, które wskazują na wyzdrowienie nerwu promieniowego, tak jak mi powiedział neurochirurg”.

Łatwo sobie wyobrazić zdumienie osób mieszkających razem z Albertem w Ośrodku Akademickim Guajiles, kiedy zobaczyły go tego ranka bez szyny, którą zwykle nosił dla podtrzymania ręki i kiedy stwierdziły, że wykonuje normalnie wszystkie ruchy, których wcześniej nie mógł zrobić. Największe zdziwienie wykazywali lekarze, gdyż niewytłumaczalne jest całkowite wyleczenie porażenia powstałego na skutek przyczyny organicznej (fizyczne uszkodzenie części nerwu), nie poprzedzone jakimiś oznakami wskazującymi na rozpoczęcie procesu poprawy czynnościowej.

W rzeczywistości bowiem, kilka dni przed niespodziewanym wyleczeniem, ordynator Oddziału Rehabilitacji Ruchowej zajmujący się tym przypadkiem, po kolejnym zbadaniu chorego, postawił następującą prognozę: „W mojej opinii, opartej na danych klinicznych, elektrodiagnostycznych i naukowych, u tego nieszczęśliwego młodego człowieka pozostanie znacząca 40% niesprawność lewej kończyny górnej, i całkowite kalectwo – 25%, zgodnie z Zasadami Oceniania Trwałego Inwalidztwa. To kalectwo spowoduje trudności w wykonywaniu czynności manualnych wymagających siły i dokładności, i uniemożliwi wykonywanie ćwiczeń sportowych, w których zawsze brał udział”.

Sam zainteresowany tak opisuje reakcję lekarza, kiedy ten zobaczył go zdrowego: „Kiedy poszedłem do szpitala i fizjoterapeuta zobaczył, jakie ruchy mogę wykonywać ręką, powiedział, że musi uznać, że to był cud. Jestem pewny, że ta łaska została mi udzielona za wstawiennictwem bł. Josemaríi”.

Cztery lata później sytuacja Alberta jest dalej całkowicie normalna. Zarówno cała kończyna górna, jak i ręka poruszają się normalnie, a młody człowiek uprawia wszelkiego rodzaju sporty i działania bez najmniejszych przeszkód.
Dawali jej trzy miesiące życia
Zadziwiające wyzdrowienie z poważnej choroby trzustki (grudzień 1996)25
W historii choroby Rosy L., mieszkającej w Rzymie mężatki i matki dwojga dzieci, figurują dwie ważne operacje chirurgiczne: histerektomia wykonana w 1990 r. i usunięcie raka piersi w 1994 r. Z powodu tych dwóch wcześniejszych schorzeń regularnie poddawała się dokładnym badaniom lekarskim.

Choroba, z której wyleczyła się w sposób nadzwyczajny rozwinęła się w ciągu roku 1996, a konkretnie – jak wynika z historii choroby – począwszy od maja. Przed tą datą badania lekarskie dawały zawsze prawidłowe wyniki: nie było oznak ponownego rozwijania się żadnej choroby nowotworowej, wskaźniki krwi utrzymywały się w normie (z wyjątkiem niewielkiej anemii), a prześwietlenia klatki piersiowej nie wykazywały żadnego podejrzanego obrazu.

W maju pacjentka zaczęła odczuwać ostre bóle brzucha. Gastroskopia wykazała istnienie niewielkiego, gojącego się już wrzodu dwunastnicy, który nie mógł być odpowiedzialny za obraz kliniczny. W późniejszych badaniach bóle te opisano w następujący sposób: „Obraz bólów nadbrzusza w linii pośrodkowej, przenikających do pleców, nie związanych z posiłkami i nie reagujących na przyjęcie ranitidyny ani omeprazolu”. Wykluczone zostało więc wrzodowe pochodzenie tych objawów. Bólom towarzyszyły niespecyficzne objawy ze strony układu pokarmowego. Zastosowano leczenie czysto objawowe.

W sierpniu kolejne badania wykazały nasilenie się anemii przy jednoczesnym zwiększeniu ilości płytek krwi. Ilość leukocytów była prawidłowa, podobnie jak i inne parametry, które zwykle bada się we krwi (glukoza, bilirubina, transaminazy, itd.). Tylko niektóre elektrolity (chlor i sód) miały wartości niższe od prawidłowych.



Cztery miesiące stopniowego pogorszenia
Na początku września utrzymywanie się objawów i stopniowe pogorszenie ogólnego stanu wraz z alarmującą utratą wagi kazały lekarzom przeprowadzić tomografię komputerową total body (CT – komputerowa tomografia osiowa całego ciała), w poszukiwaniu możliwych przyczyn choroby. Badanie to ujawniło przede wszystkim nierównomierne pogrubienie głowy trzustki. W obszarze okołożołądkowo-przełykowym, wzdłuż mniejszej krzywizny żołądka, badaniem CT stwierdzono istnienie niewielkich guzków; po zastosowaniu kontrastu, zostały one zinterpretowane jako adenopatie typu przerzutowego, to znaczy jako formacje nowotworowe prawdopodobnie wtórne wobec guza głowy trzustki.

Oprócz tych obrazów, CT wykazała obecność dużej ilości płynu w jamie opłucnej po lewej stronie klatki piersiowej oraz niewielką ilość płynu w worku osierdziowym. Sytuacja była tak alarmująca, że radiolog zdecydował się opóźnić o jeden dzień wystawienie raportu, żeby porozmawiać wcześniej na osobności z mężem chorej. Została natychmiast hospitalizowana. W chwili przyjęcia do kliniki jej waga wynosiła 48 kg. Nakłucie klatki piersiowej pozwoliło na usunięcie z opłucnej 600 cm3 krwistego płynu z licznymi leukocytami, chociaż nie wykryto komórek o pochodzeniu nowotworowym.

Wobec wyników CT lekarze bez wahania postawili diagnozę raka głowy trzustki z przerzutami. Skonsultowano się z kilkoma onkologami, którzy zgodzili się z tą diagnozą. Nie uważano za konieczne wykonanie biopsji domniemanego guza, gdyż wydawało się to zbędne i niebezpieczne, ponieważ przy tego rodzaju zabiegach istnieje zawsze niebezpieczeństwo rozsiewania się nowotworu. Lekarze dawali chorej trzy miesiące życia, natychmiast też rozpoczęto leczenie nowym środkiem chemioterapeutycznym o nazwie gemcitabina.

Mąż Rosy, pragnąc zrobić wszystko, co tylko możliwe, by uratować życie swojej żony, skontaktował się ze specjalistą z Mediolanu, który z kolei doradził mu zwrócenie się do pewnego szwajcarskiego profesora doświadczonego w leczeniu tego typu nowotworów. Ta nowa konsultacja również potwierdziła przekonanie, że chodzi tu o guza trzustki, chociaż brakowało całkowitej pewności, którą – jak powiedzieliśmy – mogło dać tylko badanie histologiczne. Zdecydowano więc kontynuować rozpoczęte leczenie.

Chora otrzymała już jedną serię chemioterapii (trzy dawki w ciągu tygodnia) i przewidziane były jeszcze dwie kolejne, z tygodniowymi przerwami między jedną a drugą. Jednakże ogólny stan chorej ciągle się pogarszał: waga spadła poniżej 40 kg i znowu pojawił się w dużej ilości obfity płyn w jamie opłucnej, co wykazało prześwietlenie klatki piersiowej 22 października. W takiej sytuacji lekarze przerwali chemioterapię.

Tydzień później badania wykazały pogorszenie stanu płuc oraz kolejny obfity płyn w jamie opłucnej: usunięto 600 cm3 krwistego płynu. Zdecydowano się kontynuować leczenie w oparciu o kortykoidy i rozpoczęto odżywianie pozajelitowe w domu chorej poprzez kroplówkę dożylną.

18 listopada nowa tomografia komputerowa wykazała istnienie tworów guzkowatych u podstawy prawego płuca, które radiolog określił jako „odpowiadające przerzutom”. W głowie trzustki stwierdzono „zaokrąglony twór o maksymalnej średnicy do 4 cm, prawdopodobnie wypełniony płynem”. Podobny obraz widoczny był na ogonie trzustki, a jego rozmiary wynosiły do 6 cm.

22 listopada usunięto z jamy opłucnej kolejne 600 cm3, których zawartość stanowił znowu głównie krwisty płyn; analiza komórek płynu z jamy opłucnej wykazała obecność pewnej liczby limfocytów i komórek zawierających żelazo. Badania krwi wykazały istnienie poważnej niedokrwistości ze zmienną liczbą leukocytów. Z powodu objawów infekcji rozpoczęto leczenie antybiotykami drogą doustną. W połowie grudnia, kiedy objawy nie ustępowały, antybiotyki zaczęto podawać drogą domięśniową, a jednocześnie rozpoczęto podawanie enzymów trzustkowych. Wydarzenia zdawały się przyśpieszać.



Modlitwa do bł. Josemaríi
W tych miesiącach cierpienia mąż chorej czuł się umocniony dzięki solidarności, jaką okazywali mu jego przyjaciele, wśród których było kilku wiernych Prałatury zamieszkałych w Rzymie. „Mój przyjaciel Andrés – pisze – który jako jeden z pierwszych dowiedział się o chorobie mojej żony (…), napisał do mnie 19 września następującą kartkę: «Drogi Franco, modlę się uzdrowienie twojej żony. Proszę o to przez wstawiennictwo bł. Josemaríi. Ta relikwia może ci pomóc się modlić. Rób to z dużą wiarą!»”.

Franco podziękował za obrazek z relikwią bł. Josemaríi ex indumentis i umieścił go na stoliku nocnym, obok łóżka chorej. Poza tym pewien ksiądz odprawił Mszę świętą w tej samej intencji w krypcie kościoła prałackiego Najświętszej Maryi Panny Królowej Pokoju, tuż obok świętych szczątków bł. Josemaríi.

Ze wszystkich stron docierały do mnie wyrazy solidarności i serdeczności – kontynuuje swoją relację mąż – ale lekarze zajmujący się moją żoną dawali jej bardzo małe nadzieje na przeżycie. A moja wiara w sprawy Boże nie była tak duża, żeby pozwoliła mi oczekiwać nadzwyczajnej interwencji, która spowoduje wyzdrowienie”.

Dokładnie pod koniec grudnia, kiedy sytuacja wydawała się pogarszać, zdrowie Rosy zaczęło się nagle polepszać. Franco, jej mąż, wskazuje dokładnie na chwilę, w której stwierdzono zmianę: „Kilka dni przed Bożym Narodzeniem moja żona wyraziła pragnienie przyjęcia Komunii. Przyszedł do naszego domu proboszcz naszej parafii (…) i moja żona przyjęła Komunię świętą. Od tamtej chwili poprawa była szybka i stała, jak potwierdzają wyniki badań krwi i tomografii komputerowej, które wykazują, że stan kliniczny pacjentki ciągle się poprawiał”.

Rzeczywiście, w ciągu kilku dni chora odzyskała kilka kilogramów wagi, dlatego też lekarze powstrzymali się od przepisywania kolejnych leków. Piętnastego stycznia została poddana kolejnej tomografii komputerowej, która wykazała znaczną poprawę obrazu klinicznego, zarówno jeśli chodzi o płuca, jak i o trzustkę. W trzustce widoczny był jeszcze twór guzkowaty o średnicy 2,2 cm.

4 marca obraz radiologiczny płuc był praktycznie prawidłowy; tego samego dnia echografia wykazała trzustkę o wyglądzie atroficznym, ale bez żadnych śladów tworu guzkowego odnotowanego jeszcze w ostatniej tomografii komputerowej. Również wyniki badań laboratoryjnych wyraźnie się poprawiły.

Mąż chorej poinformował o tym nadzwyczajnym i nieoczekiwanym wyzdrowieniu księdza z Opus Dei, który odprawił wcześniej Mszę świętą przy grobie bł. Josemaríi, tymi słowami: „Wasze modlitwy (…) i wstawiennictwo bł. Josemaríi dokonały cudu! Moja żona (i ksiądz to widział) jest wyleczona z choroby, którą lekarze określali jako «nieuleczalną». Chciałbym mieć taką wiarę jak wasza, żeby być w stanie docenić całą wielkość podarunku, który dał mi Pan. Dziękuję wam z całego serca”.

Wyzdrowienie niewytłumaczalne z punktu widzenia medycyny
Postulacja zleciła kilku lekarzom kliniczne zbadanie tego przypadku. W świetle poprzednich badań i raportów dochodzą oni do wniosku, że ciężką chorobą, na którą cierpiała Rosa L., mógł być tylko nowotwór trzustki albo ostre zapalenie trzustki; nie można mieć naukowej pewności, gdyż nie wykonano biopsji masy guzowej widocznej w głowie trzustki.

Eksperci, z którymi się konsultowano, biorąc pod uwagę rozwój choroby, podtrzymują opinię, że chodziło tu o ostre zapalenie trzustki, błędnie zdiagnozowane i leczone jako rak. Pewien radiolog po uważnym zbadaniu obszernej dokumentacji podkreśla, że po pierwsze, „prześwietlenie trzustki jest dość trudnym obszarem badań i często nie można się tu wypowiadać z absolutną pewnością. Po drugie – dodaje – moje badania są wykonywane «a posteriori», to znaczy, dysponuję wszystkimi danymi klinicznymi, kiedy historia choroby pacjentki już się zakończyła”. I kończy: „Przy braku badań histologicznych nie można wykluczyć w sposób pewny istnienia nowotworu. Jednakże, z punktu widzenia radiologii, obraz ten wydaje się bardziej odpowiadać zapaleniu trzustki. Oczywiście można stwierdzić, że w tym przypadku mieliśmy do czynienia z bardzo ciężką postacią zapalenia trzustki i z jego naprawdę zadziwiającym rozwojem. Nawet przy zastosowaniu właściwego leczenia całkowite zniknięcie (…) zmian chorobowych w płucach i stan trzustki po zakończeniu choroby jest bardzo daleki od zwyczajnego doświadczenia klinicznego”.

Ze swej strony internista prowadzący końcowe badanie przypadku, po uważnym przeprowadzeniu rozpoznania różnicowego pomiędzy prawdopodobnymi hipotezami – zapalenie trzustki, rak trzustki, przerzuty operowanego wcześniej raka piersi – wypowiada się na korzyść zapalenia trzustki, czyli choroby, która nie została rozpoznana, a więc również nie była leczona. Wniosek z jego badań jest istotny:

„W każdym razie można stwierdzić, że przebieg choroby w kierunku całkowitego wyleczenia jest nadzwyczajny, jakakolwiek byłaby diagnoza. Jeśli był to rak trzustki, jeden z najagresywniejszych nowotworów, byłoby to absolutnie niewytłumaczalne przy obecnym stanie wiedzy medycznej. Jeśli byłoby to zapalenie trzustki, które należałoby uważać – jak już zostało powiedziane – za poważne, bez zastosowania od początku specyficznego dla niego leczenia i środków zazwyczaj stosowanych w tych przypadkach, jego przebieg jest zdumiewający. Po zastosowaniu pewnych środków – niewystarczających jak na tak poważny przypadek – przyrost masy ciała i poprawa ogólnego stanu w ciągu kilku dni są również bardzo niezwykłe. Jeśli postawiono by tę diagnozę, najprawdopodobniej pacjentka byłaby leczona na oddziale intensywnej terapii”.

Dnia 30 czerwca 1997 r. mąż chorej pisze: „Obecnie, po ostatnich badaniach i wykonaniu CT (ostatnia 25 bieżącego miesiąca) Rosa wydaje się być rzeczywiście wyleczona z «nieuleczalnej» choroby, jaką zdiagnozowali lekarze”. I dodaje, że przy ostatnich badaniach lekarskich profesor śledzący rozwój choroby u jego żony zwrócił się do niego ze słowami, których nigdy nie zapomni: «Mamy tu do czynienia z wydarzeniem o charakterze cudownym»”26.

Choroba zawodowa
Wyleczenie przewlekłego zrakowaciałego popromiennego zapalenia skóry (listopad 1992).
Choroba, z której został uleczony dr Nevado jest jedną z chorób, które zazwyczaj określa się mianem „chorób zawodowych”, to znaczy, nabytych wskutek wykonywania zawodu. Stanowią one bardzo różnorodną grupę, o zróżnicowanym przebiegu i ciężkości, takich jak pylica, charakterystyczna dla pracowników kopalni węgla; różnego rodzaju zatrucia, na które mogą zachorować pracownicy przemysłu chemicznego; zmiany nowotworowe będące konsekwencją zanieczyszczenia substancjami radioaktywnymi itd.

Szczególnie groźną chorobą jest przewlekłe popromienne zapalenie skóry (radiodermitis), typowe dla osób poddających się przez lata działaniu promieni Roentgena bez odpowiedniego zabezpieczenia, jak to ma miejsce w przypadku niektórych lekarzy. Obecnie choroba ta jest coraz rzadziej spotykana; przed laty występowała jednak często u pediatrów, którzy podtrzymywali dziecko przy badaniu go przy pomocy radioskopii i wśród chirurgów urazowych, którzy składali złamania przy pomocy promieni X.

Taka właśnie była przez wiele lat sytuacja Manuela Nevado Reya. Urodzony w 1932 r. w Herrera de Alcántara (Cáceres, Hiszpania) w wiejskiej rodzinie, studiował medycynę na Uniwersytecie w Salamance, gdzie zakończył studia w 1955 r. W tym samym roku rozpoczął specjalizację w dziedzinie chirurgii ogólnej i urazowej w prestiżowym ośrodku chirurgicznym w Santander. W tym mieście poznał swoją przyszłą żonę, Consuelo Santos, i rozpoczął pracę z aparatem rentgenowskim, jakiego chirurdzy urazowi używali wówczas przy diagnozowaniu i nastawianiu złamań. Nazywali go zwykle „kulą Siemensa” ze względu na jego okrągły kształt i nazwę producenta.

Aparaty rentgenowskie z tamtych lat nie posiadały odpowiednich środków zabezpieczenia przed promieniami Roentgena, zwanymi również promieniami X. Między źródłem promieniowania a ekranem chirurg urazowy umieszczał chorą kończynę i manipulował nią swoimi rękami w celu nastawienia fragmentów kości i złożenia złamania. Ponieważ rozdzielczość ekranu była bardzo mała, lekarze musieli używać aparatu nastawionego na maksymalną moc i przedłużać czas naświetlania. Nie stanowiło to poważnego zagrożenia dla pacjenta, w przeciwieństwie do lekarza, który nastawiał jedno złamanie po drugim, wciąż pod działaniem promieni Roentgena. Najbardziej wystawiona na ich działanie była zazwyczaj lewa ręka, którą podtrzymywał uszkodzoną kończynę pacjenta przed źródłem promieniowania.

Lekarze zajmujący się tym przypadkiem dokonali wyczerpującej oceny etiologii, przebiegu i rokowania tej choroby. Jej przyczyną jest wchłanianie przez skórę dawek promieni Roentgena nie do pogodzenia z normalnym rozwojem tkanki skórnej. W rzeczywistości wiadome jest, że promieniowanie po wchłonięciu nie jest wydalane, lecz gromadzone i ostatecznie powoduje w komórkach nieodwracalne zaburzenia. Choroba znana pod nazwą „radiodermitis” (popromienne zapalenie skóry) jest przewlekła i postępująca. Jedynie w jej fazie początkowej, jeśli chory przestanie wystawiać się na działanie promieniowania, może wyleczyć się samoistnie.

W dermatologii rozróżnia się trzy stadia tej choroby. W pierwszym, najłagodniejszym („proste przewlekłe zapalenie popromienne skóry”) skóra pozbawiona jest owłosienia, jest sucha i delikatna z powodu zaniku naskórka, jest wrażliwa na niewielkie urazy, miejscami przebarwiona i z niewielkimi punktami krwotocznymi, które nadają jej wygląd „plam węglowych”. Poza tym skóra łatwo się łuszczy, znikają linie papilarne i mogą pojawić się niewielkie owrzodzenia.

Druga faza („postępujące przewlekłe zapalenie popromienne skóry”) charakteryzuje się pojawieniem się brodawek i owrzodzeń, które stopniowo się pogarszają, mimo iż pacjent oddali się już od zagrożenia, jakie stanowi promieniowanie. Pojawiają się płytki hiperkeratozy (zgrubienia naskórka) oraz bolesne zrogowacenia, zwłaszcza po bokach palców i na opuszkach. Z powodu bólów wywołanych przez owrzodzenia zmniejsza się sprawność ręki. Pojawiają się zjawiska rozrostu z naroślami (brodawki o cechach guza), teleangiektazje (nieprawidłowe poszerzenia naczyń włosowatych), zanik i zwłóknienie skóry właściwej.

W „zrakowaciałym przewlekłym zapaleniu popromiennym skóry” (trzecia faza choroby) zmiany wrzodowe albo zrogowaciałe stają się złośliwe i dają początek nowotworom skóry, zwłaszcza kolczysto- i podstawnokomórkowemu rakowi nabłonkowemu. Taka sytuacja ma zwykle miejsce bardzo późno, dwadzieścia lub dwadzieścia pięć lat po nadmiernej ekspozycji na promieniowanie Roentgena. Jeśli nie usunie się ich chirurgicznie, w końcu powstają przerzuty – początkowo drogą limfatyczną, a następnie drogą układu krwionośnego – zagrażające życiu pacjenta.

Leczenie tej choroby jest bardzo złożone. Oczywiście bardzo ważne jest oddalenie się od źródła promieniowania, kiedy choroba zaczyna się rozwijać, co jest bardzo trudne, gdyż oznacza porzucenie przez zainteresowanego specjalizacji, do której się przygotowywał. Powiedzieliśmy już, że te schorzenia były częste w przeszłości, kiedy ochrona przed promieniami rentgenowskimi była niewystarczająca; na szczęście obecnie – przynajmniej w krajach rozwiniętych – postęp techniczny i bardziej wymagające w tej kwestii prawodawstwo sprawiły, że przypadki zaawansowanego przewlekłego zapalenia popromiennego skóry są rzadkie.

Kiedy w chorobie występują zmiany typu rakowego albo przedrakowego, doradza się radykalne zabiegi chirurgiczne w celu uniknięcia ich dalszego rozwoju: amputację palców ręki, a nawet większych fragmentów kończyny górnej, zależnie od stopnia zajęcia węzłów chłonnych, a nawet usunięcie węzłów okolicy łokciowej albo pachowych.

Dr Felipe C., autor wyczerpującego studium na temat dostępnej bibliografii dotyczącej tej choroby kończy je następującymi słowami: „Nie został opisany żaden nadzwyczajny przypadek samoistnej remisji u pacjentów cierpiących na zaawansowane przewlekłe zapalenie popromienne skóry spowodowane zbyt długim napromieniowaniem. Takich danych nie ma też na temat pacjentów, u których rozwinął się rak naskórka na wcześniejszych zmianach chorobowych spowodowanych przez radiodermitis”.
Po trzydziestu latach rozwoju choroby

Dr Nevado przyzwyczaił się do częstego używania kuli Siemensa już od czasu, kiedy zaczął robić specjalizację w chirurgii ogólnej i urazowej. Po rocznym pobycie w Santander przeniósł się do Badajoz w celu odbycia służby wojskowej. Jako żołnierz-lekarz został skierowany do Szpitala Wojskowego w Badajoz, gdzie pracował jako internista i zajmował się chirurgią urazową. Tam nadal posługiwał się radioskopią przy nastawianiu złamań, usuwaniu ciał obcych i przy różnych zabiegach, które musiał wykonywać. Po zakończeniu służby wojskowej zatrudnił się w Szpitalu Publicznym w Badajoz, na oddziale chirurgii urazowej, gdzie pozostał do 1962 r. Było to sześć lub siedem lat intensywnej pracy, w czasie których przeprowadzał różnego rodzaju zabiegi chirurgii ogólnej i urazowej; zainteresowany szacuje, że średnia ilość zabiegów wynosiła około 3000 rocznie.

W 1962 r. przeniósł się do Almendralejo (Badajoz), gdzie pracował do 1980 r. jako dyrektor medyczny i ordynator oddziału chirurgii ogólnej i urazowej w szpitalu prowadzonym przez siostry mercedariuszki. W tym szpitalu wykonywał wszelkiego rodzaju zabiegi chirurgiczne i w dalszym ciągu używał radioskopii na sali operacyjnej, chociaż z mniejszą intensywnością niż w poprzednich latach. Przestał to robić w 1982 r., kiedy rozpoczął pracę zawodową w Publicznym Ośrodku Opieki Zdrowotnej w Zafra (Badajoz).

Pierwsze zmiany chorobowe spowodowane przewlekłym popromiennym zapaleniem skóry pojawiły się w 1962 r., czyli w tym samym roku, w którym się ożenił. Jego żona, absolwentka wydziału nauk humanistycznych i pielęgniarka-instrumentariuszka pamięta dokładnie, że już wtedy jej mężowi wypadało owłosienie z grzbietu palców obu rąk, a także występowały u niego niewielkie obszary rumieni, zwłaszcza na środkowych palcach lewej ręki. Te zmiany chorobowe odpowiadają opisanej wcześniej pierwszej fazie radiodermitis. Chociaż obydwoje znali pochodzenie tych zmian, nie przywiązywali do nich wówczas dużego znaczenia.

Z biegiem lat zmiany chorobowe na rękach rozwinęły się, ukazując objawy właściwe dla drugiej fazy choroby: rumienie o różnym nasileniu, hiperkeratoza, zmiany brodawkowe, różnej wielkości owrzodzenia. Mimo to dr Nevado do 1982 r. nadal używał radioskopii w sali operacyjnej. Na prośbę Postulacji przeprowadzono badania dotyczące promieniowania wchłoniętego przez ręce dr Nevado w czasie jego długiej działalności zawodowej. Przy wykonywaniu tych badań, na podstawie oświadczeń zainteresowanego i innych świadków, biorąc również pod uwagę dane techniczne stosowanego urządzenia (słynnej „kuli Siemensa”), specjaliści doszli wniosku, że między 1955 a 1962 r. w Szpitalu Publicznym w Badajoz dr Nevado otrzymywał rocznie dawkę siedmiokrotnie wyższą od rocznego limitu, który dzisiaj uważa się za maksimum dopuszczalne dla personelu narażonego na działanie promieni Roentgena.

Konsekwencje tej intensywnej ekspozycji na promieniowanie dały się zauważyć zwłaszcza w późniejszych latach: powiedzieliśmy już, że popromienne zapalenie skóry jest chorobą o powolnym rozwoju. W 1982 r., kiedy przestał pracować w szpitalu w Almendralejo, zmiany chorobowe na obydwu rękach były bardzo uciążliwe i powodowały silny i ostry ból przy pocieraniu. Siostra Carmen Esqueta, mercedariuszka miłosierdzia, pracowała u jego boku jako pielęgniarka na sali operacyjnej: od 1962 do 1967 r. w szpitalu w Almendralejo i później, począwszy od 1988 r., w szpitalu w Zafra. Jej świadectwo jest bardzo cenne, ponieważ odnosi się do dwóch okresów w życiu zawodowym dr Nevado oddalonych od siebie o dwadzieścia lat. Zakonnica wspomina, jak ręce chirurga zmieniały swój wygląd: podrażnienia skóry, utrata czucia, egzemy, a w końcu owrzodzenia. „Nadszedł moment – wspomina – kiedy nie był w stanie umyć sobie rąk mocnymi środkami dezynfekującymi i szorować ich szczoteczką, tak jak robią to chirurdzy przed operacjami. Poza tym chirurdzy zakładają sobie zazwyczaj gumowe rękawiczki z talkiem w środku. Dr Nevado w tym okresie, o którym mówię, nie tolerował również talku. Zakładał sobie wysterylizowane rękawiczki z lnu, a na nie rękawiczki gumowe”.

Dolegliwości były tak intensywne, że koło 1984 lub 1985 r. musiał poświęcić się tylko chirurgii małej, która ze swej natury ma mniej rygorystyczne wymogi aseptyczne. Mimo to w 1992 r. musiał porzucić nawet te drobne zabiegi, gdyż nie był w stanie ich wykonywać ze względu na zły stan swoich rąk. Posłuchajmy świadectwa jego żony, która przez długi czas pomagała mu na sali operacyjnej:

„Kulminacyjny punkt choroby miał miejsce na kilka miesięcy przed listopadem 1992, kiedy to musiał zrezygnować z zabiegów chirurgicznych. Jednak już od ponad roku cierpiał z powodu owrzodzeń i ran skóry. Wrzody były umiejscowione na palcach; ten na palcu środkowym zajmował cały środkowy paliczek (…), był bardzo głęboki, o „nietypowym” charakterze. Jeszcze przed wrzodami przy operacjach chirurgicznych trzeba było używać bandaży. Mój mąż był przekonany (…), że jego choroba jest nieodwracalna i że oznacza koniec jego specjalizacji chirurgicznej”.

Rozwój zmian chorobowych, którym w pierwszej chwili pacjent nie przypisywał dużej wagi, martwił go coraz bardziej, ponieważ obawiał się, że będzie musiał porzucić działalność zawodową. Jednakże, jak to zwykle robią lekarze, kiedy chodzi o ich własną chorobę, nigdy nie poszedł formalnie na badanie do żadnego ze swoich kolegów. Rozmawiał o swojej sytuacji z dwoma zaprzyjaźnionymi lekarzami, z których jeden, dermatolog, badał go kilkakrotnie i śledził rozwój zmian chorobowych. Innym razem, przy okazji rozmowy z profesorem dermatologii na Uniwersytecie Estremadury, ekspert ten zaproponował mu usunięcie zmian chorobowych i wykonanie przeszczepu skóry; poza tym przedstawił swoją opinię, iż w przeciwnym razie istnieje ryzyko, iż będzie trzeba wykonać jakąś amputację.

Tej samej rady udzielił mu jego syn Manuel, lekarz anatomii patologicznej; zgodził się z nim, ale odłożył to na później. Syn, zamieszkały w jednym z miast w prowincji Madrytu, dodaje, że jesienią 1992 r. widział się z ojcem, który odbywał podróż do stolicy i stwierdził, że zmiany chorobowe na rękach były bardzo intensywne. „Najbardziej zwracało uwagę – pisze – duże, podłużne owrzodzenie o średnicy do dwóch centymetrów, na grzbiecie i boku środkowego palca lewej ręki, o nacieczonych brzegach (…). Oczywiście z punktu widzenia klinicznego i makroskopowego (…) mieliśmy tu do czynienia z poważnym przypadkiem przewlekłego popromiennego zapalenia skóry o wielu latach rozwoju. Wobec braku wyników biopsji nie mogę stwierdzić w sposób zdecydowany, że chodziło tu o raka naskórka, chociaż wygląd makroskopowy na to wskazywał”.

Dr Isidoro P., dermatolog i przyjaciel chorego, który obserwował rozwój jego choroby oświadczył w czasie procesu: „W roku 1992, kiedy oglądałem ręce dr Nevado w dniu święta św. Józefa (19 marca), choroba przejawiała się guzami brodawkowymi, które z klinicznego punktu widzenia były rakami naskórka (…). Nie tylko podejrzewałem możliwość pojawienia się raka naskórka, ale jestem pewny, że go miał. Chociaż nie wykonano biopsji dla potwierdzenia tej diagnozy, moje doświadczenie kliniczne mówi, że bez wątpienia istniały takie guzy rakowe”.

Wobec opisu klinicznego dokonanego przez tych ekspertów i przez samego zainteresowanego opinie lekarzy, którzy badali ten przypadek są zgodne. Dr Nevado w roku 1992 cierpiał na zrakowaciałą postać swojej choroby skóry. Przechodził trzecią fazę radiodermitis.

W ten sposób dochodzimy do uzdrowienia. Wydawało się, że chory pogodził się z możliwymi fatalnymi konsekwencjami choroby, ale zdecydował się nic nie robić; tak przyznał w czasie procesu kanonicznego, nie dając dalszych wyjaśnień. Jednocześnie nie ukrywa, że zaczął się bać, iż wystąpią przerzuty domniemanego raka.
Uzdrowienie
Na początku listopada 1992 r. dr Nevado odbył podróż do Madrytu w celu uzyskania pewnych informacji w Ministerstwie Rolnictwa. Chciał poznać sytuację winnic po przystąpieniu Hiszpanii do Wspólnoty Europejskiej, gdyż jego rodzina posiadała rozległe uprawy winorośli i pragnął się dowiedzieć, czy lepiej było przeznaczyć ziemię na inne uprawy.

Ponieważ osoba zajmująca się tymi sprawami była wtedy nieobecna, dr Nevado został przyjęty przez inżyniera rolnictwa Luisa Eugenia B. Urzędnik ten, po omówieniu z nim tematu i wręczeniu kserokopii regulaminów, które mogły być dla niego użyteczne, zdał sobie sprawę, że jego interesant ma bardzo czerwone ręce, a zwłaszcza palce, „jak z żywego ciała”. Zapytał o to, a dr Nevado opowiedział mu, że cierpi na przewlekłą i nieodwracalną chorobę spowodowaną nadmierną ekspozycją na działanie promieni RTG. Powiedział mu też, że od pięciu miesięcy nie przeprowadzał operacji, bo owrzodzenia na rękach sprawiają wiele dolegliwości.

„Pragnąc jak najszczerzej pomóc mu choć trochę – pisze Luis Eugenio B. – dałem mu obrazek z modlitwą (…) do Założyciela Opus Dei, Josemaríi Escrivy de Balaguera, beatyfikowanego przed kilkoma miesiącami (…) i zachęciłem go, żeby oddał się pod jego opiekę i prosił go o wyleczenie rąk. Przyjął chętnie obrazek, podziękował mi za zainteresowanie i po wymienieniu wizytówek pożegnaliśmy się”.

Dr Nevado, zdziwiony i wdzięczny, opowiedział swojej żonie o tym wydarzeniu i więcej do tej sprawy nie wrócił. Jednakże zaraz zaczął prosić o łaskę uzdrowienia przez wstawiennictwo bł. Josemaríi. Mówi: „Robiłem to od tamtej pory, a kilka dni później – było to pod koniec listopada albo na początku grudnia – pojechałem w podróż do Wiednia, żeby wziąć udział w kongresie medycznym. Tam zrobiło na mnie wrażenie to, że we wszystkich kościołach, które odwiedziłem, napotykałem obrazki bł. Josemaríi. Posłużyło mi to do tego, żeby modlić się więcej o jego wstawiennictwo, tak jak mi polecono. Modliłem się nieformalnie, polecałem się jego wstawiennictwu, nie trzymając się dokładnie modlitwy z obrazka. Ale ją również kilka razy odmówiłem”.

Rzeczywiście, 12 listopada 1992 r., prawie dwa tygodnie po podróży do Madrytu, dr Nevado pojechał do Wiednia, gdzie brał udział w kongresie medycznym. Jego żona, która mu towarzyszyła, pamięta, jak zwróciły ich uwagę obrazki z wizerunkiem Założyciela Opus Dei w kilku kościołach w Wiedniu i książki bł. Josemaríi pozostawione do użytku wiernych.

„Zdziwiliśmy się bardzo, zarówno mój mąż, jak i ja – potwierdza w zeznaniu procesowym – napotykając na tyle obrazków bł. Josemaríi we wszystkich kościołach, które odwiedziliśmy i rozmawialiśmy o powszechności nabożeństwa do niego. Wydaje mi się, że komentowaliśmy też to, jak mało my go doceniamy, chociaż mamy go tak blisko, w porównaniu z tym, jak rozpowszechnione jest nabożeństwo do niego”.

Nie ma wątpliwości co do tego, że ta podróż do Wiednia ożywiła wiarę, z którą chory polecał się od kilku dni wstawiennictwu bł. Josemaríi. Po powrocie z Austrii, już w mieście, w którym mieszkał, dalej modlił się do Założyciela Opus Dei. Podsumowuje to słowami: „Od dnia, w którym dano mi obrazek, od chwili, w której poleciłem się wstawiennictwu bł. Josemaríi Escrivy, stan moich rąk się poprawiał i mniej więcej w ciągu dwóch tygodni zmiany chorobowe zniknęły i stały się takie jak teraz, całkiem wyleczone”.
Całkowite i trwałe wyleczenie, żeby dalej pracować
Tylko osoby najbliższe dr Nevado wiedziały o powadze zmian chorobowych, jakie miał na rękach. Poza żoną i dziećmi byli to zaprzyjaźnieni lekarze, którzy go badali i ci, którzy normalnie pomagali mu na sali operacyjnej. Zainteresowany mówi: „Nie widziało ich wielu ludzi, bo wstydziłem się tego i robiłem, co mogłem, żeby je ukryć”. Żona zauważa: „Nie ukrywał swojej choroby, ale też nie obnosił się z nią. Nie zrobiono zdjęć jego rąk, nie zastosowano też żadnego specyficznego leczenia; tylko środki łagodzące do skóry albo antyseptyczne do ran”.

Podobnie wiadomość o wyzdrowieniu nie wyszła poza ten niewielki krąg osób. Taka rezerwa – normalna u niego – tłumaczy dlaczego np. jedna z pielęgniarek-instrumentariuszek zdała sobie ze zdziwieniem sprawę, że wyzdrowiał, dopiero kiedy zobaczyła go na sali operacyjnej, na początku 1993 r., kiedy powrócił do wykonywania zawodu. „Od stycznia tego roku zaczął znowu operować – opowiada ta osoba – i mnie przypadło pomaganie mu jako instrumentariuszka. Kiedy zobaczyłam go przy operacji, miło się zdziwiłam, ponieważ zagoiły się całkowicie poważne owrzodzenia, które wcześniej było widać, i widoczne było, że nie ma już żadnych zmian na skórze grzbietu ręki. Nie pytałam go, jak się wyleczył z tak poważnej choroby, którą miał przez tyle lat”.

Jednakże dr Nevado nie zapomniał o inżynierze rolnictwa, który dał mu obrazek bł. Josemaríi. Ponieważ wymienili wizytówki, zadzwonił do niego kilka dni przed Bożym Narodzeniem 1992 r. Osoba ta zeznaje: „Powiedział mi, pełen radości, że zmiany chorobowe na jego rękach zupełnie zniknęły. Przypisywał swoje wyzdrowienie wstawiennictwu bł. Josemaríi Escrivy de Balaguera. Powiedział, że jego zdaniem (…) wyzdrowienie nie ma żadnego medycznego wytłumaczenia.

W tej rozmowie telefonicznej – opowiada dalej inżynier – powiedział mi też, że na początku, kiedy dałem mu obrazek bł. Josemaríi, nie miał dużej wiary w skuteczność swojej modlitwy. Ale jego wiara wzrosła w czasie podróży do Wiednia, którą odbył kilka dni później z żoną. W Wiedniu uczestniczył codziennie we Mszy świętej w różnych kościołach; zauważył, że zarówno w katedrze, jak i w kilku innych kościołach było dużo obrazków bł. Josemaríi w różnych językach. Po doświadczeniu tej powszechności nabożeństwa do Założyciela Opus Dei jego wiara w niego wzrosła i zaczął go prosić o uzdrowienie, przekonany, że może je u Pana uzyskać”.

Wyzdrowienie było do tego stopnia całkowite, że obecnie dr Nevado może szczotkować i myć palce przed wykonaniem operacji w sposób całkowicie zwyczajny, stosując mocne środki dezynfekujące (jodyna itp.), których używa się w takich sytuacjach i nie doznaje z tego powodu żadnych dolegliwości ani obrażeń. Poza tym, kiedy kilkakrotnie przypadkowo skaleczył się jakimś narzędziem, rany zagoiły się, nie pozostawiając śladu, tak jak u absolutnie zdrowej osoby. Pełen radości mógł powrócić do wykonywania zawodu, który zmuszony był porzucić. „Nie ma powikłań, które uniemożliwiałyby mu wykonywanie zawodu – poświadcza żona – ani blizn; ani też uszkodzeń typu neurologicznego (siła, czucie, ruchomość itd.)”.

Dr Manuel Nevado jest bardzo wdzięczny bł. Josemaríi za wielki cud, który uzyskał u Boga. On sam tak interpretuje swoje uzdrowienie: „Widzę niewątpliwą spójność między tym, co mi się przydarzyło a duchowym przesłaniem bł. Josemaríi: wcześniej prawie go nie znałem, ale potem czytałem jego książki i jestem pod wrażeniem jego nauczania, skupionego na uświęcającej wartości pracy. Całe swoje życie poświęciłem pracy, oddając swoją wiedzę i wszystkie swoje siły służbie cierpiącym. Swoje wyzdrowienie interpretuję nie jako nagrodę, ale jako odpowiedzialność: wezwanie do tego, żeby pracować więcej”.





1   ...   14   15   16   17   18   19   20   21   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna