Capucci Flavio Tak, dziś również dzieją się cuda


Choroba dziedziczna i nieuleczalna



Pobieranie 0.54 Mb.
Strona4/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.54 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22

Choroba dziedziczna i nieuleczalna

Bohaterka tej historii, pochodząca z Kostaryki, lecz zamieszkała w Hiszpanii, nazywa się Sofia S. Miała dwadzieścia trzy lata, kiedy zaczęły pojawiać się u niej pierwsze oznaki dziedzicznej i postępującej choroby znanej pod nazwą „choroby Rendu-Oslera”, którą dotknięte są naczynia krwionośne. Charakterystyczne dla tej choroby jest pojawianie się naczyniaków albo teleangiektazji (nieprawidłowe poszerzenie małych naczyń włosowatych) zarówno na skórze, jak i w błonach śluzowych (tkankach pokrywających wnętrze układu pokarmowego, oddechowego itd.). Na skórze łatwo zaobserwować jest czerwone plamy w kształcie gwiazdy, które łatwo krwawią. Kiedy te zmiany pojawiają się na twarzy, są bardzo widoczne. Jedyny sposób ich leczenia polega na wypalaniu azotanem srebra, albo też – co jest bardziej wskazane – na usunięciu przez elektrokoagulację centralnego punktu naczyniaka. Nie ma terapii, która byłaby w stanie usunąć przyczynę choroby, która – jak powiedzieliśmy – jest dziedziczna. Zmiany chorobowe trzeba leczyć jedną po drugiej: to tak, jakby w wysypce wywołanej odrą trzeba było leczyć po kolei wszystkie pojawiające się niezliczone krostki.

Bardzo typowe dla tej choroby, już w jej początkach, są liczne i trudne do opanowania krwotoki z nosa. W cięższych przypadkach dotknięta zostaje wątroba i śledziona. Nierzadkie jest też tworzenie się przetok tętniczo-żylnych, to znaczy nieprawidłowych połączeń pomiędzy krwią tętniczą i żylną – niebezpiecznych zwłaszcza wtedy, gdy powstają w jakimś narządzie wewnętrznym ze względu na krwotoki, które mogą wywołać.

Od lekarza do lekarza

Pierwsze objawy choroby pojawiły się w roku 1969. Przy okazji silnego przeziębienia Sofia udała się do lekarza, który w czasie badania odkrył liczne miejsca z teleangiektazją na czaszce i na twarzy. Po kilku miesiącach, w kwietniu 1970 r., znowu poszła do lekarza, ponieważ obszar skóry zajętej przez te czerwone plamki znacznie się poszerzył: pojawiły się na twarzy, na ramionach i rękach. Badanie lekarskie potwierdziło, że występowały też w innych miejscach ciała. W takiej sytuacji dr José R., profesor patologii i medycyny klinicznej, odesłał pacjentkę do dermatologa, który doszukiwał się przyczyn tego stanu w możliwym schorzeniu wątroby, lecz na próżno.

Choroba rozwijała się dalej, dlatego też we wrześniu tego samego roku chora udała się do gabinetu profesora Felipe D., wykładowcy dermatologii, który w historii choroby pisze o obecności licznych „naczyniaków gwiaździstych” nie tętniących w różnych miejscach ciała, zwłaszcza na twarzy. Wobec podejrzenia, że może tu chodzić o chorobę Rendu-Oslera, lekarz kazał zrobić przy okazji następnej wizyty biopsję jednego z naczyniaków, a poza tym zbadać wątrobę i śledzionę.

30 października 1970 r. profesor D. sformułował następującą diagnozę: „Badanie kliniczne wskazuje na łagodną postać «choroby Oslera» (dziedziczna krwotoczna teleangiektazja) (…). Wcześniej występowały krwotoki z nosa, istnieje też duże prawdopodobieństwo wcześniejszych przypadków tej samej dolegliwości w rodzinie”. Po przestudiowaniu wyników biopsji doszedł do wniosku, że obraz histopatologiczny rzeczywiście odpowiada chorobie Rendu-Oslera. Poza tym odkrył na spodzie jednej stopy rozszerzenia naczyń żylnych mogące wskazywać na ukrytą przetokę tętniczo-żylną, której rozwój należałoby śledzić. Późniejsze badania potwierdziły trafność tego sądu.

Kiedy Sofia została poinformowana, na jaką chorobę cierpi, dowiedziała się też, że jest ona nieuleczalna. Mimo wszystko zdecydowała się udać do innych lekarzy. W lipcu 1971 r. została zbadana w Klinice Matki Bożej Niepokalanej należącej do Fundacji Jiménez-Díaz (Madryt), gdzie potwierdzono trafność poprzedniej diagnozy.

W 1972 r. lekarz, który opiekował się chorą stwierdził, że stan głębokiego naczyniaka na spodzie stopy pogorszył się: należało usunąć go jak najszybciej, ponieważ groziło to koniecznością amputacji stopy. Operacja odbyła się w Barcelonie, a przeprowadził ją pewien specjalista w chirurgii naczyniowej. Dzięki Bogu ogólny wynik był pozytywny, tak że konieczność amputacji, której się obawiano została wykluczona.

Choroba rozwijała się dalej bez remisji. W kwietniu 1975 r., ponad dwa lata po operacji stopy, lekarz zanotował w historii choroby: „Zaostrzenie się dolegliwości naczyniowych: szersze rozprzestrzenienie się ich na twarzy i ramionach (…). Również na klatce piersiowej”.

Sofia była już pogodzona ze swoją chorobą: „Przyzwyczaiłam się do myślenia o tym, że umrę” – wyznaje z prostotą; i przyznaje, że „nie wierzyła za bardzo w rzeczy nadprzyrodzone o nadzwyczajnym charakterze”. Dlatego nie modliła się o swoje uzdrowienie, przekonana o tym, że chodzi tu o chorobę nieuleczalną, jak potwierdzili jej wielokrotnie różni lekarze, których odwiedzała.



Skarb przyjaźni

W tym momencie naszej historii ważną rolę odgrywa María Luisa, przyjaciółka Sofii, która z naturalną w takiej sytuacji troską śledziła losy choroby. Ta przyjaciółka była mocno przekonana o tym, że można uzyskać od Boga nadzwyczajne łaski poprzez modlitwę. Już w chwili operacji stopy, wobec możliwości jej amputacji, modliła się gorąco o to, żeby do niej nie doszło, i tak się stało.

26 czerwca 1975 r., zaraz po otrzymaniu wiadomości o świętej śmierci Założyciela Opus Dei, María Luisa wybrała go sobie na orędownika przed Panem, tak jak wiele innych osób na całym świecie. „W tej samej chwili – napisała – po modlitwie za niego, poprosiłam go z całego serca, żeby wyleczył Sofię z choroby.

„W kolejnych dniach – kontynuuje swoje świadectwo – uciekałam się do niego z tą prośbą bezpośrednio, bez żadnej konkretnej modlitwy. Potem, kiedy ukazał się obrazek z modlitwą do prywatnego odmawiania, odmawiałam ją z wiarą i ufnością”.

Szybko zaczęły być widoczne skutki tej żarliwej i ufnej modlitwy, ponieważ choroba zaczęła stopniowo ustępować. „W lipcu 1975 r. – wspomina María Luisa – polepszyła się znacząco zwracająca uwagę plama na prawej powiece i druga na lewym policzku. Ustąpiły same, tak że nie trzeba było wypalać tych teleangiektazji, co sugerował [specjalista]”.

Pacjentka poddawała się okresowym badaniom lekarskim w celu kontrolowania rozwoju choroby. W grudniu 1976 r. lekarz zanotował w historii choroby: „Objawy choroby Rendu-Oslera (…) trwają niezmienione: wydaje się, że nie rozwinęły się bardziej”.

W październiku 1977 r. pojawiły się jednak nowe czerwone plamy i wystąpiło kilka krwotoków z nosa, był to jednak ostatni ostry epizod choroby. Od tego czasu w sposób stopniowy, ale stały, ustąpiły wszystkie objawy. „Przestały krwawić znamiona na skórze – opowiada María Luisa – nie pojawiały się nowe i pomału zaczęły znikać istniejące. Zaczęły też ustępować bardzo silne bóle głowy, na które cierpiała, a krwotoki stały się dużo rzadsze (…). Pod koniec roku 77. albo na początku 78. zostało jej tylko jedno znamię, między brwiami”. Poza tym „Sofia zdała sobie sprawę, że czas trwania krwotoku – który zazwyczaj był długi – wrócił do normy; zmierzyła go nawet, żeby się upewnić”. Jej wyzdrowienie było więc ewidentne, chociaż nie natychmiastowe. W przeciągu trzech lat od momentu, w którym jej przyjaciółka zaczęła uciekać się do wstawiennictwa Założyciela Opus Dei zniknęły wszystkie objawy choroby, chociaż chora nie poddawała się żadnemu leczeniu.

„W ciągu tych trzech lat – relacjonuje dalej María Luisa – mówiłam często Sofii, że wyzdrowiała dzięki wstawiennictwu Sługi Bożego, ale nie mogła w to uwierzyć”. Opowiada też o pewnym wydarzeniu, które ukazuje, do jakiego stopnia jej przyjaciółka pogodziła się z myślą, że jej choroba jest nieuleczalna. Około roku 1979 lub 1980 obydwie spotkały się u lekarza, do którego María Luisa często chodziła, a którego Sofia nie znała. Powiedziała ona, że cierpi na chorobę Rendu-Oslera, a wspomniany lekarz, widząc, że nie posiada żadnej z charakterystycznych dla tej choroby plam, odpowiedział jej, że to niemożliwe. Nawet wtedy niechętnie przyjmowała rzeczywistość uzdrowienia. „Wzmogłam swoją modlitwę do Sługi Bożego – pisze María Luisa – a poza tym dziękowałam mu”.

W 1985 r. Sofia znowu udała się do lekarza. Nie zrobiła tego wcześniej, ponieważ do tej pory tego nie potrzebowała, a poza tym lekarz, który się nią zajmował, wyjechał z miasta w 1977 i wrócił dopiero w 1984 r. Powód wizyty nie miał nic wspólnego z poprzednią chorobą, ponieważ miała tylko katar. Towarzyszyła jej przyjaciółka María Luisa, która tak opisuje scenę, której była świadkiem. Lekarz „wyciągnął historię jej choroby (…) i zdziwiony zapytał, jakiemu świętemu się polecała, ponieważ była całkowicie wyleczona (…). Wyjaśnił mi, że moja przyjaciółka cierpiała na nieuleczalną chorobę i że tylko cud może być wyjaśnieniem uzdrowienia”.

Słysząc słowa lekarza, który się nią zajmował przez kilka lat, Sofia w końcu przekonała się, że jest zdrowa. I pisze w relacji przesłanej do Postulacji: „Chciałabym wyrazić swoją wdzięczność wobec sługi Bożego ks. Josemaríi Escrivy de Balaguera za łaskę, której mi udzielił, wysłuchując osoby, która modliła się o moje uzdrowienie. Teraz ja również mam do niego wielkie nabożeństwo i uciekam się do jego wstawiennictwa”.






1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna