Capucci Flavio Tak, dziś również dzieją się cuda


Uzdrowienie niewytłumaczalne z punktu widzenia medycyny



Pobieranie 0.54 Mb.
Strona5/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.54 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22

Uzdrowienie niewytłumaczalne z punktu widzenia medycyny

Komentując historię tej choroby, lekarz (wykładowca patologii klinicznej), który zajmował się chorą przez lata, potwierdza, iż był to ciężki przypadek. „Chociaż w początkowej fazie można by określić go jako łagodną postać tej choroby, późniejsza historia choroby i leczenie chorej wskazują na poważne zaburzenia naczyń (…).

Między październikiem 1977 r. a lutym 1985 r. stwierdza się całkowity i stopniowy zanik teleangiektazji, jak również brak jakichkolwiek objawów krwotocznych. Naszym zdaniem, z literatury przedmiotu oraz z osobistego doświadczenia wynika, iż to wyzdrowienie nie poddaje się dotychczasowym opisom, ponieważ historia naturalna choroby Rendu-Oslera zmierza do zwiększenia liczby i rozprzestrzenienia się teleangiektazji i krwotoków wraz z wiekiem, jak również do występowania powikłań z powodu przetok tętniczo-żylnych w narządach wewnętrznych. Przypadki opisane w literaturze, w których jest mowa o «remisji» odnoszą się zawsze do okresowej przerwy w krwawieniach z nosa lub innych krwotokach, ale nie znaleźliśmy przypadków, w których całkowicie zaniknęłyby teleangiektazje, ani też takich, w których nastąpiłoby całkowite wyzdrowienie”.

Pewien profesor patologii klinicznej Uniwersytetu Autonomicznego w Madrycie, po uważnym zbadaniu zebranej dokumentacji na prośbę Postulacji, stwierdza: „Mogę powiedzieć, że ustąpienie wszystkich zmian chorobowych skóry i błon śluzowych, zauważone u pacjentki w 1985 roku, a także stwierdzone przez lekarza, który wydał wcześniej diagnozę i śledził przez kilka lat rozwój choroby, nie ma naturalnego wyjaśnienia”.


Stracił wzrok

Całkowite i bardzo szybkie wyzdrowienie z zapalenia nerwu wzrokowego (marzec-kwiecień 1979)7

Opisany poniżej przypadek dotyczy niewytłumaczalnego uzdrowienia z poważnego stanu zapalnego nerwu wzrokowego, który w ciągu kilku tygodni doprowadził do prawie zupełnej ślepoty szesnastoletniego chłopca.

Żeby zrozumieć to lepiej, możemy sobie wyobrazić, że siatkówka oka jest jak antena telewizora – antena bardzo skomplikowana – której zadaniem jest odbieranie bodźców świetlnych. Za pośrednictwem nerwu wzrokowego przekazuje je ona do mózgu, gdzie wysoko wyspecjalizowana struktura nerwowa, umieszczona w płacie potylicznym zajmuje się interpretowaniem i integrowaniem niezmiernej ilości informacji zawartej w tych bodźcach. Rezultatem tej skomplikowanej operacji jest to, co nazywamy normalnym widzeniem, pozwalającym nam odróżniać wyraźnie przedmioty znajdujące się w polu widzenia, odbierać barwy i kształty, mieć wrażenie bliskości lub odległości, szacować ich rzeczywiste rozmiary, itd.

Rozwijając dalej to porównanie do telewizji, nerw wzrokowy byłby tu kablem, który łączy antenę (albo nadajnik, w przypadku telewizji kablowej) z telewizorem w domu. I tak jak złe funkcjonowanie kabla odbija się na jakości obrazu, który widzimy na ekranie, w sposób analogiczny dysfunkcja nerwu wzrokowego musi odbić się na jakości i ilości informacji docierającej do mózgu, a więc i na ostatecznym produkcie, jakim jest prawidłowe widzenie.

Wśród chorób uszkadzających nerw wzrokowy zapalenia tego nerwu zajmują ważne miejsce. Tym mianem określa się pewien rodzaj schorzenia, zazwyczaj o charakterze ostrym, które ma bardzo różne przyczyny. Objawy są podobne: pacjent widzi nagle zamazany obraz w oczach, jednym lub obu, często w połączeniu z bólem lub dyskomfortem. Zmniejszeniu ostrości widzenia towarzyszy mroczek środkowy, tzn. ubytek w centralnej części pola widzenia. Jedna z pierwszych oznak tego stopniowego osłabienia wzroku polega zazwyczaj na utracie percepcji kolorów, która może zamienić się nawet w widzenie „czarno-białe”, tak jak w telewizji sprzed nie tak wielu lat, i jak to ma miejsce jeszcze dzisiaj w naszych telewizorach, kiedy nadajnik nie jest dobrze dostrojony albo gdy traci się chwilowo jakość sygnału.
Ostra i postępująca ślepota

Andrés V. był szesnastoletnim uczniem. Urodził się w Stanach Zjednoczonych w 1962 r., w wieku dwóch lat przeniósł się do Wenezueli, kraju swoich rodziców, gdzie normalnie dorastał i uczył się w szkole podstawowej i średniej. Wśród jego przodków nie było innych chorób wzroku niż zaćma u jego dziadków w podeszłym wieku.

W roku szkolnym 1978-79 Andrés wyjechał do Stanów Zjednoczonych, żeby odbyć tam ostatni rok nauki w szkole średniej. Zamieszkał u swojego starszego brata Juana Carlosa, który studiował na uniwersytecie w Daytona (Floryda).

Rok szkolny rozpoczął się zupełnie normalnie. Andrés zaadaptował się dobrze do życia w nowym kraju, jak to widać z listów, które pisał do rodziców i rodzeństwa. Jednakże w lutym 1979 r. zaczął zauważać postępującą i niepokojącą utratę ostrości widzenia. Jego brat Juan Carlos zaprowadził go na badania do okulisty, który zalecił mu noszenie okularów.

W następnych tygodniach zdolność widzenia dalej się pogarszała i to w sposób bardzo szybki. Okulary były bezużyteczne i Andrés musiał używać lupy, żeby móc czytać i pisać, chociaż ten środek również okazał się niewystarczający. W przeciągu czterech tygodni praktycznie oślepł.

Na początku ani on, ani jego brat nie przykładali do tej sprawy wielkiej wagi. Wraz z bardzo szybkim rozwojem choroby Juan Carlos zaczął się jednak martwić o zdrowie swojego brata. Najpierw zabronił mu używać niedawno kupionego motoru, ponieważ nie rozróżniał kolorów ulicznych świateł. W listach, które pisał do rodziny mieszkającej w Wenezueli, troska o wzrok brata stawała się coraz bardziej widoczna. Tym, co naprawdę przestraszyło rodziców był jednak otrzymany pod koniec marca list napisany przez samego Andrésa. W porównaniu z innym, otrzymanym dwa miesiące wcześniej, różnica natychmiast rzucała się w oczy: ogromne litery ostatniego listu nie pozwalały rozpoznać w nim zwyczajnego pisma ich syna. Roberto, ojciec Andrésa, w porozumieniu z żoną, zdecydował się natychmiast wyjechać na Florydę, żeby dowiedzieć się osobiście, co się dzieje i zabrać syna – jeśli to będzie potrzebne – do specjalistycznej kliniki.


Alarmująca diagnoza
Roberto opisał to, co wydarzyło się między 8 a 16 kwietnia 1979 r., które były kluczowymi datami w rozwoju choroby jego syna. Przekażemy wiernie jego relację.

8 kwietnia 1979 r., w Niedzielę Palmową, Roberto wyruszył w podróż na Florydę. Natychmiast pojechał do kliniki Bascom Palmer w Miami, jednej z najbardziej renomowanych na południu Stanów Zjednoczonych. Musiał pokonać wiele trudności, ponieważ zazwyczaj trzeba umawiać się tam na wizytę z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Ponieważ jednak nalegał, bo był to poważny przypadek, w Wielką Środę, 11 kwietnia, Andrés został przyjęty do szpitala w celu wykonania licznych i skomplikowanych badań wzroku. Jego ojciec, który od dziecka używa okularów korygujących wzrok, mówi: „Nigdy wcześniej, przed tym smutnym dniem, nie widziałem tylu urządzeń okulistycznych i tylu specjalistów na raz. Badali mojego syna bardzo dokładnie przez osiem godzin bez przerwy (powiedziałem badali, ponieważ widziałem, jak zajmowało się nim co najmniej pięciu specjalistów)”.

Ostatnim badaniem tego dnia był test na widzenie barwne. W zaświadczeniu, które otrzymali, by mogli zwrócić się do odpowiednich służb, napisana była taka wskazówka: „Prawdopodobnie choroba Lebera”. Potem okuliści powiedzieli mu: „Proszę zabrać syna. Na razie nie możemy mu nic przepisać. Pozostanie na obserwacji. Proszę przywieźć go w maju na kolejne badania. To, co ma, przypomina Lebera”.

Wtedy po raz pierwszy Roberto usłyszał nazwę tej choroby. Szybko też poinformowano go, że choroba Lebera to dziedziczny zanik nerwu wzrokowego występujący głównie u mężczyzn po okresie dojrzewania”. Tak opisuje ją znany podręcznik okulistyki, w którym czytamy dalej: „Wzrok pogarsza się szybko albo w sposób bardzo gwałtowny w stosunkowo krótkim czasie. Często utrata wzroku jest początkowo asymetryczna, następuje najpierw w jednym, a potem w drugim oku. W prawie wszystkich przypadkach widzenie środkowe upośledzone jest w sposób selektywny”. Ta choroba różni się od innych zapaleń nerwu wzrokowego, ponieważ jest „obustronna, dziedziczna, nie ma nawrotów i nie ulega remisji. Kiedy się pojawia, mroczek środkowy (ciemne plamy) nie zanika i pozostaje trwałe uszkodzenie wzroku”.

Zrozumiały jest smutek Roberta na wieść o tym, że choroba, na którą prawdopodobnie cierpiał jego syn, jest nieuleczalna i że straci on bezpowrotnie wzrok.

Tego popołudnia, kiedy poznał przypuszczalną diagnozę, zadzwonił do Nowego Jorku, do przyjaciółki rodziny, która ma syna okulistę. Dzięki jego staraniom uzyskał wizytę w jednej z najbardziej renomowanych klinik okulistycznych w Stanach Zjednoczonych, New York Eyes and Ears Institute. Jej termin został wyznaczony na wtorek 17 kwietnia.


Mobilizacja modlitw
W czasie rozmowy telefonicznej z przyjaciółką z Nowego Jorku Roberto usłyszał słowa pociechy, których bardzo potrzebował:

­­– Nie rozpaczaj – powiedziała mu przyjaciółka rodziny. – Poleć go ks. Escrivie. Zobaczysz, że przez jego wstawiennictwo Bóg ci go uleczy.

„Wszystko, co wówczas wiedziałem o księdzu Escrivie – przyznaje Roberto – to to, że był Założycielem Opus Dei, przeczytałem też, bardzo pobieżnie, jego książkę pt. «Droga». Ale poleciłem mu swojego syna z całego serca”.

Natychmiast zatelefonował do Caracas, żeby przekazać żonie opinię lekarzy z Miami i polecić jej, żeby modliła się do Boga za wstawiennictwem ks. Escrivy. Ta prośba postawiła „w stan gotowości” całą rodzinę, która zmobilizowała się do modlitwy o zdrowie Andrésa. Matka zadzwoniła do swojej przyjaciółki z Opus Dei, która ją pocieszyła i obiecała jej modlić się i prosić o modlitwę w tej samej intencji. Osoba ta również zachęciła matkę Andrésa do uciekania się z mocną wiarą do wstawiennictwa Sługi Bożego, co faktycznie uczyniła. Zaczęła się prawdziwa mobilizacja modlitw.

Minęła Niedziela Wielkanocna i następnego popołudnia, 16 kwietnia, Roberto przybył z Andrésem do Nowego Jorku. Chłopiec nie mógł rozerwać się, oglądając telewizję, bo nie rozróżniał ani kolorów, ani obrazów.

Zjedli kolację z przyjaciółmi, którzy umożliwili im wizytę w nowej klinice. Przy deserze właścicielka domu dała ojcu Andrésa obrazek z modlitwą do Założyciela Opus Dei do prywatnego odmawiania. Roberto pisze: „Odmówiłem ją po powrocie do hotelu z całą wiarą, do jakiej w tamtym momencie byłem zdolny”.


Radykalna zmiana
We wtorek 17 kwietnia o godz. 9 rano stawili się w słynnej nowojorskiej klinice. Tam zbadano Andrésa z taką samą pieczołowitością jak w Miami. Osoba, która załatwiła wizytę w tak krótkim czasie, a która pracuje w klinice, poinformowała później Roberta, że w ciągu dnia lekarze dzwonili kilkakrotnie do Miami, do drugiej kliniki, w celu wymiany zdań i omówienia diagnozy. Oczywiste było, że inaczej oceniali chorobę.

Oddajmy znowu głos Robertowi: „O 3.00 po południu dr Thomas M. (specjalista kierujący zespołem) powiedział mi: «Ten chłopiec nic nie ma w oczach. Jeśli diagnoza z Miami była prawidłowa, to tutaj stał się cud. Proszę go spokojnie zabrać i nic nie robić, bo w ciągu dwóch miesięcy poczuje się doskonale».

„Nie zrobiliśmy nic. Zabraliśmy go do Wenezueli na długie wakacje. Stracił rok szkolny, bo nie mógł się przygotować do egzaminów. Modliliśmy się dalej do księdza Escrivy i na początku września wrócił do szkoły w Stanach Zjednoczonych. Okulary zostały w Miami. Lupę zostawił w domu w czasie wakacji. Z listu, który do nas napisał 30 września 1979 i z jego ocen za pierwszy miesiąc roku szkolnego 1979-80 (…), a także z tych, które teraz otrzymuję, można ocenić, jaki jest od tamtego czasu stan jego wzroku”.

Andrés wyzdrowiał całkowicie. Tamte tygodnie prawie zupełnej ślepoty były tylko złym wspomnieniem, takim jak to, którego się doświadcza, budząc się z koszmarnego snu. Naglące modlitwy, które wznoszono do nieba między 8 a 16 kwietnia 1979 r., uciekając się do wstawiennictwa Założyciela Opus Dei, sprawiły coś, co wydawało się niemożliwe.



Opinia specjalistów
Dyrektor zespołu lekarskiego kliniki w Nowym Jorku stwierdził: „Jeśli diagnoza z Miami była prawidłowa, to tutaj stał się cud”. Choroba Lebera jest rzeczywiście ze swojej natury nieuleczalna i postępująca. Nie można wątpić w wartość badań okulistycznych wykonanych w klinice w Miami, które zostały dobrze udokumentowane i które przeprowadził zespół pięciu specjalistów w czasie ośmiu godzin.

Jedynym faktem w historii choroby Andrésa, który nie jest zgodny z tą chorobą, jest brak wcześniejszych przypadków w rodzinie: choroba Lebera, jak opisuje się ją w książkach, jest dziedziczna, prawdopodobnie związana z formą recesywną chromosomu X. Z powodu braku wcześniejszych takich przypadków w rodzinie, okuliści z Florydy postawili hipotezę, iż jest to prawdopodobnie choroba Lebera, ponieważ objawy, jakie wystąpiły u Andrésa odpowiadały tej chorobie, i ponieważ odrzucono możliwość innych przyczyn zapalenia nerwu wzrokowego (zatrucia, choroby zakaźne, stwardnienie rozsiane, zaburzenia metabolizmu…) z powodu nieobecności innych objawów właściwych dla tych chorób.

Na prośbę Postulacji dwaj doświadczeni okuliści dogłębnie zbadali ten przypadek. Obydwaj doszli do wniosku, że z powodu nieobecności wcześniejszych przypadków tej choroby w rodzinie, nie można w sposób pewny postawić diagnozy, że jest to choroba Lebera, ale na pewno, że jest to ostre i ciężkie schorzenie nerwu wzrokowego o nieznanej przyczynie. Obydwaj podkreślają też, że niewytłumaczalna jest tak szybka ewolucja: w ciągu tygodnia (czas jaki upłynął między badaniami w pierwszej i drugiej klinice) wyniki zmieniają się diametralnie. „W tak szybkim wyleczeniu choroby musiały istnieć jakieś ponadnaturalne przyczyny” – nie wątpi dr Vicente B., doświadczony okulista hiszpański.

Dr José P. przedstawia dwie rozważane możliwości: 1) rzeczywiście chodziło o chorobę Lebera (nietypową z powodu braku wcześniejszych przypadków w rodzinie) i w tym przypadku logiczny jest rozwój choroby prowadzący do zaniku nerwu wzrokowego; 2) nie była to choroba Lebera, a w takim razie należałoby zbadać przyczynę zapalenia nerwu, ponieważ od tego przede wszystkim zależy jej rokowanie. Jak już powiedzieliśmy, nie poznano tej przyczyny. Ze względu na wiek pacjenta specjalista ten – nie posiadając innych danych – przypuszcza, że przyczyna jest pochodzenia toksycznego. „W tym przypadku – mówi – wyzdrowienie może być samoistne, chociaż rzeczywiście wyjątkowe jest to, że nastąpiło w ciągu tak niewielu dni”.

Cokolwiek by to było, ci, którzy przeżyli z bliska tę sytuację, nie mają wątpliwości co do tego, że chodziło tu o specjalną łaskę z nieba. Tak kończy swoją relację ojciec Andrésa: „Nie zabraknie niedowiarków, którzy powiedzą, że chodziło tu tylko o czynniki emocjonalne: to jest teraz modne. Inni, mniej nieufni, będą mogli powiedzieć, że była to «bardzo szczególna łaska». Ale dla mojej rodziny i dla wielu naszych bliskich, a zwłaszcza dla mojej żony i dla mnie, którzy przeżyliśmy te straszne dni, nie było to nic innego, tylko wielki cud, który uczynił dla nas Ojciec Bóg przez wstawiennictwo księdza Escrivy”.

Dlaczego ja?”



Samoistne oderwanie się, bez jakichkolwiek urazów, błony bliznowatej przedsiatkówkowej (6 października 1980)8
Przesłanie, które Duch Święty zechciał ożywić w świadomości Kościoła, posługując się Założycielem Opus Dei jako swoim bardzo wiernym narzędziem, podkreśla jedność życia właściwą życiu chrześcijańskiemu, będącą jakby odzwierciedleniem niewypowiedzianej jedności Słowa Bożego z naturą ludzką – jedności hipostatycznej – która stanowi istotę tajemnicy Wcielenia.

Praca i modlitwa, wiara i apostolstwo, kontemplacja i działanie, serdeczność ludzka i miłość nadprzyrodzona to pary charakterystyczne – między wielu innymi – dla tej jedności życia, którą bł. Josemaría wcielał w swoim życiu i której z całych sił nauczał. „Nie, moje dzieci i jeszcze raz nie!” – nauczał w znanej homilii wygłoszonej w miasteczku uniwersyteckim Uniwersytetu Nawarry w 1967 r. – „Nie można prowadzić podwójnego życia, bo nie możemy stać się schizofrenikami, skoro chcemy być chrześcijanami: istnieje jedno, jedyne życie, ustanowione z ciała i duszy, i takie ma być – z duszy i ciała – święte i pełne Boga” (Rozmowy, 114).

Bardzo konkretnym przejawem tej doskonałej jedności, która występowała u bł. Josemaríi, jedności między tym, co duchowe, a tym co materialne, między łaską a naturą, był jego sposób kochania ludzi. Swoim duchowym synom i córkom mówił, że kocha ich tak, jak kochają matki, które miłują ciało i duszę swoich dzieci: całą ich istotę.

Ta ścisła jedność między ludzką serdecznością a miłością nadprzyrodzoną odzwierciedla się w darach i łaskach, które bł. Josemaría uzyskuje dla tych, którzy uciekają się do jego wstawiennictwa. Przypisywane mu uzdrowienia i łaski przekraczają zawsze sferę czysto materialną, żeby ogarnąć również życie duchowe tych osób. Nierzadko ci, którzy otrzymali łaski za jego przyczyną, obok zdrowia i poprawy stanu fizycznego, otrzymują też wewnętrzny impuls prowadzący ich do zbliżenia się do Boga.

To właśnie jest bardzo widoczne w następnej relacji. Jej bohater nie tylko uzyskał uzdrowienie chorego oka, otrzymał też wielkie światło nadprzyrodzone, które zaprowadziło go potem do podjęcia stanowczej i dojrzałej decyzji o poświęceniu swego życia w służbie Bogu i wszystkim duszom jako wierny Prałatury Opus Dei.


Zaczynając od końca

Santiago C. był młodym adwokatem i wykonywał zawód prawnika w kancelarii swojego ojca. Urodził się Guayaquil (Ekwador) w 1954 r. i miał 27 lat, kiedy wydarzył się cud, który przypisuje wstawiennictwu bł. Josemaríi.

Na wydziale prawa zaprzyjaźnił się z Patriciem, wiernym Prałatury Opus Dei, który zaprosił go do udziału w zajęciach formacyjnych ośrodka kulturalnego Los Esteros. Santiago znał Opus Dei od dziecka, ale dopiero wtedy zaczął regularnie przyjmować formację w ośrodku Prałatury, nie należąc jednak do tej instytucji Kościoła. Tam poznał głębiej postać bł. Josemaríi.

Pewnego dnia w październiku 1980 r. Santiago zaprosił swojego przyjaciela Patricia na wspólny obiad w siedzibie klubu, do którego chodził. Lata studiów dawno już minęły, ale przyjaźń nie została zerwana. Oto jak Patricio opowiada o rozmowie, którą przeprowadzili tego dnia po obiedzie.

„Rozmawialiśmy jak zwykle o wielu sprawach. Wracając, już w samochodzie zauważyłem, że na prawym szkle okularów ma plamę z tłuszczu albo z piwa. Powiedziałem mu to i odparł, że tego nie zauważył. Zdziwiła mnie jego odpowiedź (…). Zapytałem, dlaczego tego nie zauważył i właśnie wtedy opowiedział mi o chorobie prawego oka”.

Patricio myślał, że jego przyjaciel nosi okulary po prostu dla poprawienia jakiejś wady wzroku, tak jak wiele innych osób; tego dnia dowiedział się jednak, że Santiago cierpiał na chorobę, która w każdej chwili mogła spowodować u niego oderwanie siatkówki. Wtedy rozmowa zeszła na łaski, jakie bł. Josemaría uzyskuje dla tych, którzy go wzywają.



  • Codziennie mówię Panu w Komunii, żeby uzdrowił mnie, jeśli chce – powiedział Santiago.

Patricio zachęcił go do odprawienia nowenny do Założyciela Opus Dei z prośbą o uleczenie z tej choroby.

  • Nie wiem – odpowiedział Santiago. – Skoro jest tyle osób o dużo pilniejszych potrzebach niż moje, nie wydaje mi się dobrze…

  • Nie mów tak. Musisz po prostu odmawiać modlitwę z obrazka w tej intencji. A czy wyzdrowiejesz, czy nie, to już sprawa Boga.

Następnego dnia, idąc za radą przyjaciela, poprosił o wstawiennictwo Założyciela Opus Dei. Kilka godzin później, podczas pracy w kancelarii, w konkretnym momencie zauważył, że w prawym oku odrywa się błona umiejscowiona przed siatkówką, i że zaczyna widzieć bardzo wyraźnie. Było to 6 października 1980 r.

Wróćmy jednak do naszej historii, żeby poznać rozwój tej choroby, która została uleczona w tak zadziwiający sposób.


Długoletni rozwój choroby
W 1970 r., kiedy Santiago miał piętnaście lub szesnaście lat, zaczął dostrzegać zakłócenia w widzeniu prawym okiem: widział z trudnością i dostrzegał jakby ciemne pasma poruszające się wewnątrz. Rodzice zabrali go do najlepszego okulisty w mieście, a ten po dokładnym zbadaniu stwierdził silne zapalenie wewnętrzne ze znacznym wzrostem ciśnienia śródgałkowego. Zalecił całkowity wypoczynek. Chory musiał przestać chodzić do szkoły i zrezygnować ze wszystkiego, co mogłoby stanowić wysiłek dla oka: czytania, oglądania telewizji itd. Jednocześnie zaś, podejrzewając, że przyczyna jest pochodzenia zakaźnego, okulista zlecił wykonanie badań laboratoryjnych i wprowadził leczenie oparte na penicylinie i hydrokortyzonie.

Praktycznie codziennie Santiago chodził do lekarza na obserwację rozwoju choroby. Obraz się nie poprawił i do poprzednich dolegliwości doszły silne bóle. Ze względu na możliwość zakażenia migdałków, zostały one chłopcu wycięte. Jednakże sytuacja pogorszyła się, zamiast się polepszyć. „Nic się nie poprawiło – wspomina ojciec chorego – dolegliwości oka pozostały i postępowały (…). Santiago dalej leżał w łóżku, wstając tylko po to, żeby iść do lekarza; wzrok stopniowo słabnął, a jednocześnie zwiększała się ilość czarnych pasm wewnątrz oka”. Wtedy też odkryto – jak wspomina sam pacjent – „pojawienie się grubej błony, utworzonej wewnątrz oka przed siatkówką, przyczepionej do jej wewnętrznej części i ściągającej ją w dół”.

W takiej sytuacji, po nie dającym rezultatu leczeniu dużymi dawkami penicyliny, lekarze z Guayaquil poradzili rodzinie, żeby zabrała chłopca do słynnej kliniki okulistycznej w Bogocie. Pojechał tam w towarzystwie swojego ojca w sierpniu 1970 r. i przebywał tam przez trzy miesiące. Po różnych badaniach postawiono w końcu diagnozę „częściowej zakrzepicy żyły pośrodkowej siatkówki”. Próbowano rozpuścić zakrzep poprzez zastrzyki ze sterydów (substancji o silnym działaniu przeciwzapalnym) wykonywane drogą podspojówkową przy równoczesnym domięśniowym podawaniu ACTH (hormonu pobudzającego wydzielanie kortyzonu przez organizm) i innych sterydów doustnie. Po stwierdzeniu, że te środki są niedostateczne, 8 września przystąpiono do chirurgicznego zmniejszenia nacisku na nerw wzrokowy. Wynik operacji był korzystny i już po dwóch tygodniach widzenie prawym okiem zwiększyło się do 80%. Chociaż choremu wydawało się, że wszystko jest bez zmian, wytłumaczono mu, że z upływem czasu znikną pasma, ale nie będzie mógł odzyskać w pełni zdolności widzenia, ponieważ błona nadal była na swoim miejscu i nie można było jej usunąć bez poważnego ryzyka uszkodzenia siatkówki i całkowitej utraty wzroku w tym oku. Lepiej było poczekać na rozwinięcie się bardziej precyzyjnych technik chirurgicznych.

Ostrzeżono go również, żeby unikał wysiłku fizycznego: nacisk błony był taki, że nawet niewielki wysiłek mógłby spowodować oderwanie siatkówki.

Z tymi złymi prognozami Santiago wrócił w październiku 1970 do Guayaquil. W jego rodzinnym mieście okulista nadal będzie go miał pod opieką, żeby uniknąć powstania nowego zakrzepu i starać się usunąć błonę. „Po roku – pisze zainteresowany – leczenie przerwano. Pasma zniknęły i wzrok znacznie się polepszył; mimo to widziałem wszystko zniekształcone i zamazane”.

Wezwany przez Postulację słynny okulista hiszpański, po przestudiowaniu historii choroby, stwierdził, że choroba, na którą cierpiał Santiago to „zapalenie naczyniówki, które dotknęło przednią i tylną komorę prawego oka, powikłane wtórną jaskrą z częściową zakrzepicą żyły pośrodkowej siatkówki, z wysiękami do ciała szklistego i proliferacją naczyń okołobrodawkowych oraz błon przedsiatkówkowych”. „Ciemne pasma” poruszające się ciągle, które opisywał chory, były obrazem tych wysięków do ciała szklistego, wywołanych przez zahamowanie krążenia w siatkówce, spowodowane z kolei przez zakrzepicę żyły pośrodkowej. Zgodnie z wyjaśnieniami tego uczonego, utworzona błona przedsiatkówkowa była wynikiem bliznowacenia tych nieprawidłowych naczyń. Ponieważ była to tkanka włóknista, błona ciągnęła mocno siatkówkę, co stwarzało niebezpieczeństwo jej oderwania.

Specjalista kończy swój raport, stwierdzając, że „w końcowej fazie rozwoju tych zmian można brać pod uwagę dwa rozwiązania: wyzdrowienie albo utrata funkcji gałki ocznej z powodu krwotoków i jaskry krwotocznej. Wyzdrowienie, to znaczy zniknięcie nowo utworzonych naczyń, a później również tkanki glejowej [błony przedsiatkówkowej], przy zachowaniu prawidłowych funkcji wzrokowych, jest faktem nadzwyczajnym, ale możliwym. Zazwyczaj proces ten kończy się utratą funkcji gałki ocznej”.




1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna