Ciasto z rodzynkami podróż do mongolii



Pobieranie 246.78 Kb.
Strona3/6
Data07.05.2016
Rozmiar246.78 Kb.
1   2   3   4   5   6

Następnego dnia ruszyliśmy dalej na południe. I znowu zdziwił nas widok pierwszej wioski Tsogd-Ovoo. Schludna, czysta, kolorowa. Bardziej przypominała atmosferą północnoskandynawskie eremy aniżeli syberyjską biedę wsi rosyjskiej. Nawet w centralnej Azji, w byłych republikach sowieckich, wioski na stepie czy pustyni przedstawiają obraz nędzy i rozpaczy, mimo że nie mieszkają tam biali kolonizatorzy. Może kilkadziesiąt lat słowiańskiej rusyfikacji umysłów a potem sowietyzacji gospodarki, spowodowały że ludzie w takim Kazachstanie, Kirgizji czy Uzbekistanie, na siłę wstawieni w ramy jakie narzucił biały człowiek, utracili swą dawną tożsamość, szacunek do miejsca w którym żyją, chęci do poprawy.

Potem były nudne godziny jazdy po wyboistej drodze, w ostrym słońcu i zimnym wietrze. Gobi Reserve – potężny, brązowy masyw Ałtaju Gobijskiego oraz stolicę regionu Dalan-Dzadgad zobaczyliśmy na długo przed tym zanim tam dojechaliśmy. Wydawało się, że to mała wioska na tle jakiegoś pagórka i za chwilę do niej dotrzemy. Ale rzut oka na mapy wyraźnie dawał do zrozumienia, że to tylko złudzenie, spowodowane bardzo długą perspektywą pustki stepu. Do miasta zostało nam ponad 30 kilometrów, czyli godzina jazdy. Mieliśmy więc czas na zastanowienie się co nas jeszcze tego dnia czeka. Jednakże podskoki na dziurach były tak znaczne, że nie sposób było czytać, w czasie jazdy, notatek dotyczących tego regionu. Ręce były potrzebne do trzymania się fotela aby z niego nie wyskoczyć. Krótkoskokowe, resorowe zawieszenie Iveco, dawało z siebie co tylko mogło, ale nie projektowano go z myślą o takich drogach, albo raczej bezdrożach.

Przed wjazdem do miasta nasza droga połączyła się z główniejszą, bardziej wyjeżdżoną, biegnącą ze wschodu, z miasteczka Saynschand, do którego dochodzi kolej transmongolska. Widać to właśnie stamtąd importowana do Dalan-Dzadgad wszelkie dobra i turystów. To bliżej niż Ulan Batar. A było co wozić. Po ulicach miasta wałęsało się kilkunastu białych turystów, a w sklepach można było znaleźć pełen asortyment. Od ikry z Rosji, po ogórki konserwowe i pasztet z Polski, całkiem smaczne napoje orzeźwiające z Korei oraz ciekawe, ostre przyprawy, i opieńki w zalewie z Chin. Oczywiście były także standardowe rzeczy typu snikers, pepsi, a także lokalne wyroby piekarnicze i warzywa z tutejszych szklarni.

Dalan-Dzadgad nie zaskoczył nas swoim cywilizowanym wyglądem. W centrum zaprojektowano zielony deptak z ławeczkami i drzewami. Ozdabiały go wykonane w kolorowym betonie figurki dinozaurów, każdy był inny, a naliczyłem ich ponad dwadzieścia. Ten region słynie z odkryć skamieniałych dinozaurów. Jest też znany ze swej kopalni miedzi i złota. Nie dziwi więc wygląd kilku nowoczesnych biurowców i hoteli, asfaltowe ulice i ogólny porządek. Centrum zbudowane z murowanych budynków otacza wianuszek dzielnic filcowych jurt, odgrodzonych od siebie wysokimi, drewnianymi płotami. To nie są slumsy jak w innych krajach Azji, ale normalne domy ludzi tutaj pracujących i nadal przywiązanych do tradycji mieszkania w gerze – jurcie. Nie ma tu śmieci, ani smrodu jak w Indiach. Nie rzadko przed frontem niektórych gospodarstw stoją zaparkowane, nowe Land Cruisery czy terenowe Lexusy. Dalan-Dzadgad ma 13 tysięcy mieszkańców i nie tylko jest stolicą regionu, ale także bramą do największej atrakcji turystycznej Mongolii. Według przewodników fantazyjnie ukształtowane góry, na południe i zachód od miasta to coś wyjątkowego na skalę całego kraju. I z tym się zgadzam. Kwestią sporną pozostaje czy jest tu aż tak pięknie aby tłuc się trzy dni po dziurach z Ulan Batar. No... można przylecieć samolotem.

Aby poznać piękno tego kawałka Mongolii pojechaliśmy czterdzieści kilometrów na zachód, w masyw Dzun-Sajchny, do kanionu Yolyn, który ma zaszczyt być wizytówką Gobi National Reserve. Wygląd z daleka oraz cała ta reklama turystyczna przypominały mi pustynię Wadi Rum w Jordanii, chociaż nie było tu tyle piachu ani tak niecodziennych kolorów.

Na bramie do kanionu zbudowano mizerne muzeum z kiepską wystawą wypchanych zwierząt jakie tu żyły lub jeszcze żyją. Moim zdaniem powinny znaleźć się tu galerie zdjęć pięknych plenerów całego parku Gobi, który jest zbyt duży aby normalni turyści przylatujący tu na dwa dni, mogli go zwiedzić, a zdjęcia byłyby tylko zachętą aby tu wrócić na dłuższy pobyt w przyszłości.

Obok stały jurty z souvenirami jakie zwykle serwuje się bogatym turystom zwożonym tutaj samochodami. Wjazd do kanionu kosztował 7zł za osobę. Dziesięć kilometrów dalej serpentynami pośród całkiem ładnych, zielonych stoków wzgórz, zorganizowano parking dla samochodów. Stało już tu kilka Land Cruiserów i dwa ogórki – UAZy452. Turyści dalej, do głównej atrakcji – kanionu Yolyn, szli lub jechali konno. To około 2.5 kilometra. My przeszliśmy około pięć kilometrów w nadzieli dotarcia do tego czegoś..., co zadośćuczyniłoby naszym wysiłkom dotarcia na południe Mongolii. Ale najładniej było gdzieś w połowie, czyli po tych opisanych w przewodniku 2.5 kilometra. Kiedyś zbierało się w wąskim, skalnym przesmyku coś na kształt lodowca, rozpuszczającego się co roku w okolicy lipca. Ale ocieplenie klimatu temu skutecznie zapobiegło. Wróciliśmy więc do samochodu i poszukaliśmy sobie na nocleg, ładnej polanki pośród gór. Ten kawałek Gobi wydaje się całkiem ładny, ale nie piękny. Nie dorasta do pejzaży Tien-Shanu, ani do kanionu Sharyn w Kazachstanie. Myślę, że coś całkiem podobnego widziałem nawet w Czechach. Kładłem się spać do namiotu smaganego zimnym wiatrem z nadzieją, że kolejne dwa dni łazikowania po górach, dadzą mi wystarczająco dużo wrażeń abym odkrył piękno tego regionu, które nie da się uwiecznić na błonce światłoczułej fotoaparatu. Ono gdzieś tu jest. A dobrym punktem wyjścia aby go szukać jest nocleg na dziko w tych bezludnych górach.

Rano obudziły mnie Land Cruisery wiozące nowy transport turystów do kanionu Yolyn. Noc na 2323m n.p.m. nie była wcale zimna. Niecałe czterysta metrów wyżej sterczały najwyższe szczyty tego łańcucha. Najwyższy w całym Gobi Reserve ma prawie 4000m n.p.m. Ale znajduje się w jego zachodniej części, do której tym razem nie dotrzemy. Aby wyrobić sobie zdanie o Mongolii chcemy bowiem zobaczyć większość w pośpiechu, a dopiero na następnej wyprawie wybrać sobie region, który da radość poznania w szczególe. Wiadomo pieniądz jest panem życia człowieka i nie można mieć wszystkiego, co się chce od razu. Z drugiej strony mam już sporą listę miejsc, do których chciałbym wrócić na dłużej, a ciągle jeżdżę w świat w poszukiwaniu nowych. Sądzę że to lęk przed spotkaniem z kimś kto powie – taki z ciebie wielki podróżnik a w Mongolii nie byłeś!

Dziś wstaliśmy nieco później, godzinę po wschodzie słońca. Jego promienie rozgrzewały już trawę na wschodnich stokach gór, ale nasz obóz był jeszcze w cieniu. Zaparkowaliśmy na nierównej łące porośniętej wysoką, suchą już, jak zboże na koniec lata, trawą. Falowała na wietrze jak złocista pszenica. Patrząc ze szczytu wzniesienia, wyglądała jak poruszane wiatrem płynne złoto mieniące się w słońcu. Namiot tonął w tej trawie jak mała, brudnozielona wysepka. Tylko czubek wystawał ponad szumiące łany. Ten szum wiatru, świergot nielicznych ptaków i cykad, to jedyne dźwięki jakie docierały do uszu w tej dziczy. Czasami tylko przerywały ciszę piskliwe świsty bobaków, takich małych świstaków. Jest ich tu bardzo dużo. Podziurawiły powierzchnię gór jak ser szwajcarski, budując swoje królestwa. Nieliczne w tej okolicy ptaki drapieżne są ich jedynymi wrogami. Tam gdzie ludzi jest więcej, w kanionie Yolyn, potrafią podejść do przechodniów na pół metra. Mieszkają tu także dzikie konie. Te, które zalęgły się tu same, przed wiekami, wyginęły już dawno. Teraz ponownie się pojawiły dzięki projektowi przy wsparciu Zachodu. Żyją tu także dzikie osły i niedźwiedzie. Ale te pierwsze są zbyt mądre aby pokazywać się ludziom, a te drugie zbyt nieliczne. Konie, na równi z kozicami, wspinają się na strome zbocza, aż do skalistych szczytów. My z Tomkiem, zaraz po śniadaniu, także jęliśmy się wspinać rowerami na przełęcz krętą, szutrową dróżką, którą wozi się turystów do kanionu Dugany. Wysokość nad poziomem morza oraz stromizna dały mi popalić. Na przełęcz wjechałem na ostatnim biegu, a z wysiłku miałem mroczki przed oczami. Jednakże warto było. Pejzaż stoków gór w wielu odcieniach zieleni był piękny. Ciemnobrązowe, skaliste szczyty wyrastały z osypisk żwiru porośniętych trawą jak zęby z dziąseł.

Na przełęczy 2406m n.p.m. usypano oczywiście ovoo. Na czubku kupki kamieni, średnicy dwóch metrów, rzucono trzy czaszki zwierząt. Kości bielały w słońcu trawione czasem. Rogi już zaczęły się łuszczyć. Nietrudno w Mongolii natrafić na zewłok zwierzęcia. Codziennie widujemy zdechłego konia lub krowę. Czasami już tylko resztkę bielącego się w trawniku kręgosłupa.

Na stosik kamieni ovoo, zgodnie z tradycją, rzucono złamane, niepalone papierosy i wetknięto w szczeliny banknoty niskiej wartości. Wokół walały się resztki butelek po wódce. Często skrapia się nią ovoo. Zwyczaj oddawania bogom tego co jest nam cenne jest stary jak rasa ludzka, my też to czynimy. Jak często modlimy się o lepszy los, w myślach czyniąc zadośćuczynienie bogu jakimś poświęceniem czy przyrzeczeniem. Może to atawizm, ale wiemy, że w życiu nie ma nic za darmo. Jeśli chcemy czegoś od boga, to musimy zapłacić, na przykład pielgrzymką do Częstochowy, czy Mekki, albo obietnicą że od nowego roku rzucam palenie. Stworzyliśmy sobie bogów na własne podobieństwo aby nadać sens własnej egzystencji. Nie potrafimy przecież wyobrazić sobie absolutu i nadać mu boskie imię. A skoro bóg jest taki jak my, to tak jak nas, można go przekupić.

Wielu Mongolczyków wierzy, że Buddę albo innego boga można przekupić. Tutaj dawni, szamańscy bogowie nadal egzystują w tle postaci Buddy, w ludzkich umysłach. Te banknoty wciśnięte pod kamienie ovoo, są tylko świadectwem, że bogowie są nam potrzebni do spełniania życzeń za które trzeba zapłacić. To co nieosiągalne drogą starań ludzkich, z pewnością jest możliwe w gestii boga. Każdy, prosty człowiek wie, że życzenie kierowane do najwyższego, ma szansę spełnienia tylko wtedy gdy będzie poparte dziesięcioma zdrowaśkami, jakąś celebrą liturgii, albo stoma Tigrikami (waluta Mongolii). Tylko nieliczni potrafią wyzbyć się życzeń do boga, czyli potrafią go traktować nie jak narzędzie, dżina z butelki, złota rybkę, ale jako cel ścieżki duchowej. Zwykle takich widzimy jako prawdziwych mnichów. Tego się po mnichach spodziewamy, aby bezinteresownie chwalili boga. Bo inni czynią to interesowanie. A tu kolejna personifikacja boga. Obowiązek jego czczenia, składania mu ofiar i hołdów, w nadzieli, że bóg jest tak samo próżny jak my i potrzebuje naszych uniżonych pokłonów i świadectw dobrowolnej pańszczyzny, jak powietrza aby żyć.

Nie odkrywam Ameryki. Każda wiara jest zbiorem kolosalnych sprzeczności i absurdów, tak jak ludzka psyche, bo jest jej odbiciem. Przecież wszystkie religie jakie znamy, były tworzone przez setki czy tysiące lat inwencją ich wyznawców i to nie wybitnych jednostek o nieograniczonej świadomości jak na przykład Chrystus, ale bezrozumnego tłumu, prostych potrzeb prostych ludzi, czy oczywistych potrzeb sprytnych, błyskotliwych i żądnych władzy oligarchów.

Takie to suche jak wiór beznamiętnej logiki refleksje drenowały moją świadomość z powodu kilkuset Tigrików wetkniętych w kamienie. Zastanawiałem się, czy gdyby ktoś wetknął w te kamienie 1600 Tigrików i gdybym zabrał ten szmal aby kupić sobie wódkę Czyngis Chan, to czy stanęła by mi w gardle?

Czas było jechać dalej. Kilkanaście kilometrów zjazdu po szutrowej tarce i dotarliśmy do kanionu Dugany. Okazał się być ciekawą alternatywą Yolyn Am. Dugany jest cały przejezdny dla samochodów nie większych od UAZa452. Mniej więcej po środku jego długości znajduje się kamienna, wąska brama. Dnem kanionu płynie strumień krystalicznej, chłodnej wody. Mimo pionowych, wysokich skał, wpadają tu promienie słońca roziskrzając wodę szemrzącą pośród kamieni. Z pewnością po każdej wiośnie dno kanionu zmienia się nie do poznania. Ale liczne samochody wożące tędy turystów zawsze utorowują nową drogę między większymi kamieniami. Już na parę kilometrów przed skalną bramą okolica robi się znacząco piękna. Zielone pagórki żwirowisk zastępują brudno brązowe skały poprzecinane żyłkami jakiegoś jasnego minerału. Nie mogę sobie przypomnieć gdzie widziałem podobne skały. Być może w południowo-zachodnim Iranie.

Tutaj rozłożysta, szeroka dolina zaczyna się zacieśniać. A skały gór jak tłum żołnierzy tłoczy się ciasno wokół skalnej bramy, jakby chcąc zabronić ucieczki strumieniowi z gór na stepy. Z boków dołączają do głównego strumienia małe kaniony. Każdy ma swoją, osobliwą urodę. Sam kanion ma zaledwie parę kilometrów, ale przejażdżka rowerem jego dnem przypominała mi treking w kanionie Samary na Krecie. Tam kanion uwalnia się z gór na otwarte morze. Tu skały rozstępują się szeroko, a płaskim, żwirowym dnem woda wypływa w bezgraniczny, żółto-zielony step, albo też pustynię Gobi. Ujście kanionu przypomina wybetonowane, uregulowane koryto rzeki. Pionowe ściany brązowych skał i płaskie dno żwirowej, szarej posadzki, wyglądają jak zaprojektowane funkcjonalnym umysłem inżyniera.

Powrót rowerami pod górę kanionu, a potem doliny wypełnionej miękką, żwirową tarką wyjeżdżoną przez Land Cruisery, nie był już ani łatwy, ani przyjemny. Teraz wiatr wiał nam w plecy, ale to wcale nie pomagało, bo twarz mieliśmy od zawietrznej, więc muchy do woli właziły nam w oczy, nos i otwarte, łykające powietrze jak ryba wodę, usta. Ale chętnie bym to całe przedsięwzięcie z rowerami powtórzył aby raz jeszcze zafundować sobie taką nagrodę na koniec. Nie ma to jak po kilkugodzinnym wysiłku i trekingu z pięknymi widokami napić się zimnej pepsi. Zwłaszcza, że sumienie nie gryzie, bo przecież całe to jeżdżenie w górę i w dół, to potężny haust zdrowia, więc można doprawić go odrobiną czarnej chemii. Co by to było, gdyby w Iveco nie było lodówki, ani potężnego akumulatora dającego energię na postoju.

Po południu poszedłem na piechotę na południową przełęcz. Nie można tu kupić map, na których byłyby wypisane nazwy tych wszystkich przełęczy. Może są bezimienne, zbyt mało tu ludzi aby nazwy miały jakieś znaczenie. Droga była z początku wyjeżdżona przez samochody, a dalej, aż na przełęcz, oponami pasterskich mopedów z Chin. Dolina zygzakowała pomiędzy stokami gór. W kilku miejscach zmuszony pięknym pejzażem, pstryknąłem zdjęcia. Pięćset metrów przed przełęczą 2464m n.p.m. ścieżka zaczęła piąć się bardziej stromo, potem przekroczyła siodło i zbiegała na niżej położone szczyty pagórków. W oddali, na stromych zboczach maszerowało spore stado kóz i owiec. Rozpoznałem po beczeniu, które echo niosło ponad szczytami. Pasterza nie mogłem zlokalizować. Pewnie siedział gdzieś w cieniu, chroniąc się przed palącym słońcem i ostrym wiatrem, gmerając coś w silniku swojego chińczyka. Okoliczne, łagodne pagórki i długie, spokojne granie wyższych szczytów, to wymarzona kraina na podróże quadem. Aż mnie ręce zaswędziały aby spakować namiot, zapas paliwa i żywności, i puścić się bez patrzenia w GPS, tak przed siebie quadem. Tylko skąd go tutaj wziąć. Mógłbym tutaj spędzić tydzień albo dwa w siodle.

Następnego dnia rano poszliśmy na mały treking, na najbliższy, skalisty szczyt. Wdrapaliśmy się prawie trzysta metrów w górę, po stromym, kamiennym rumowisku. Powiewy wiatru z północy, ze stepu, były chłodne i wilgotne. W tym suchym jak wiór powietrzu, tchnienie stepu czuło się jakby ktoś otworzył drzwi do głębokiej piwnicy w skwarny dzień. Tutaj każdą wilgoć słońce wypala w kilka minut. Nawet namiot zrobił się jakiś sztywny i szorstki.

Wdrapałem się pierwszy na skalną czapę góry. Nie wiem, czy przede mną był tu jakiś biały. Więc jako zdobywca nadałem mu nazwę Rewkozcis, od pierwszych sylab naszych nazwisk. Poczułem się jak nieprzymierzając jakiś Wielicki, albo inny. Wokół jednak roiło się od odchodów bobaków. Mieszkały tu po prostu. A na kolejny szczyt w tym łańcuchu, dwieście metrów dalej, wchodzą też dzikie konie, sądząc po ścieżce jaką wydeptały i zasrały.

Po południu wróciliśmy do Dalan-Dzadgad dla uzupełnienia zapasów paliwa i wody, a potem ruszyliśmy płaską, jak to mongolski step, równiną porośniętą rzadką, twardą i kłującą trawą. W Narodowym Parku Pustyni Gobi spędziliśmy zaledwie dwa dni. Czas nas goni. Zobaczyliśmy rejon, który jest najczęściej odwiedzany przez turystów. Przez nich także okrzyknięty najładniejszym. Ale niewielu ma czas i chęci zobaczyć cały park. Ma on bowiem 270 tysięcy kilometrów kwadratowych, dla przypomnienia Polska ma 325 tysięcy. Muszę przyznać, że im dłużej przebywałem w parku, tym lepiej się tu czułem. Na początku wydał mi się dość pospolitym i nie wartym wysiłku aby tu przyjeżdżać samochodem. Ale po jakimś czasie zacząłem odkrywać inne jego wartości. Przede wszystkim bardzo małe zaludnienie i to że odwiedza go niewielu turystów, sprawia że aż przytłacza spokojem i nietkniętą przez człowieka ciszą. Wydaje się być taki naturalny i dostępny, bo nie trzeba tu pilnować porządku ani wyznaczać ścieżek dla turystów. Można tutaj spacerować lub jeździć czymkolwiek, bez obawy, że ktoś nam w tym przeszkodzi. To miejsce oferuje samotność, tak potrzebną w dzisiejszym przeładowanym hałasem i ruchem świecie.

Jest jeszcze coś. Nie znam map, które by dokładnie opisywały całe góry i puste przestrzenie Gobi. Więc gdziekolwiek człowiek się zapuści, może czuć się odkrywcą. Są tu wydmy piasku jak na Saharze, dzikie góry, tętniące szumiącą, krystaliczną wodą kaniony. Można odkryć dla siebie jakiś zakątek i poczuć się jak w domu.

Trzy godziny jechaliśmy na północny-zachód przez zupełnie płaskie pustkowia. Gdyby trawa była niebieska, można by się czuć jak na morzu – ‘suchym bezmiarze oceanu’ jak pisał poeta litewski - Mickiewicz. Dojechaliśmy do Bayanzag – skalno-piaszczystego klifu. Step obrywał się w tym miejscu jakieś dwadzieścia metrów, tworząc coś na kształt linii brzegowej suchego właśnie oceanu. Jasno pomarańczowy zlepieniec kruszył się całymi, wielotonowymi blokami, a pozostałości stepu wcinały się poszarpanymi, ostrymi półwyspami i wyspami. Klif ten ciągnął się po horyzont, na zachód i wschód. Coś tak spektakularnego na miarę Mongolii musi przyciągnąć pielgrzymki turystów. Wzdłuż klifu, na górze i na dole, zbudowano kilka ger-campów. A przed wejściem na najdłuższy i najwyższy półwysep stało stado handlarzy minerałami oraz marnymi wyrobami ręcznego rzemiosła z barwionego filcu. Obrońcy przyrody powbijali w ziemię paliki ze sznurami aby utrudnić kierowcom Land Cruiserów z turystami, rozjeżdżanie atrakcji turystycznej. Widocznie najazd Zachodu przybrał ostatnio na skali.

Akurat trafiliśmy na zachód słońca. Postanowiliśmy więc zanocować na szczycie klifu. Wcześniej jednak zrobiliśmy sobie długi spacer do najdalej wysuniętego półwyspu. W niektórych załomach pomarańczowego zlepieńca nawiało sporo piachu. Niedaleko stąd na północ, rozciąga się piaszczysta wydma – els. Z poziomu wysokiego klifu można było podziwiać daleki widnokrąg płaskiego jak stół stepu. W dole trwały przygotowania do kolacji i przyjęcia turystów na kempingach. Ktoś przeganiał mopedem zapóźnionego wielbłąda, który odłączył się od stada i teraz truchcikiem biegł ponaglany przez zmotoryzowanego pasterza. A dalej już tylko pustka żwirowej pustyni Gobi. Tam pojedziemy jutro. Tej nocy czeka nas jeszcze przeprawa z silnym wiatrem.

Rano trochę niewyspani, o wschodzie słońca, pojechaliśmy dalej na północny-zachód. Najpierw musieliśmy znaleźć zjazd z klifu. Potem minęliśmy ostatnie jurty i nagle wszystkie ścieżki się skończyły. Postanowiliśmy jechać na azymut po idealnie równym, twardym żwirowisku. GPS podawał 14 kilometrów do pierwszej drogi zaznaczonej na wojskowych mapach. Jednak żwirowisko skończyło się po pięciu kilometrach. Dookoła nas, po horyzont tylko kamienie i żadnej drogi. Bez kompasu czy gwiazd, ciężko było by znaleźć kierunek. Przez szary żwir zaczęły przerastać kostropate, kłujące igłami krzaki o sztywnych jak drewno łodygach. W ich kulistych klombach zatrzymywał się nawiewany piasek. Tak, że każdy krzak tworzył kopiec żółtego piasku zmieszanego z szarozieloną gęstwiną kolczastych łodyg. Te większe trzeba było omijać aby nie rozbiły zawieszenia samochodu. Tyle, że im dalej tym krzaków było więcej. Widocznie żwirowe podłoże dostało w tym miejscu nieco podziemnej wilgoci. W końcu trudno było przebijać się między krzakami. Zaścielały całe podłoże, w każdym kierunku. Już mieliśmy dość skrótów, kiedy atak flory zelżał i na powrót żwir zaczął zwyciężać. Można było pojechać dookoła, przez maleńką wioskę - oazę Bulang. Ale twardy żwir na początku zachęcał do skrócenia drogi.

Nagle pojawiła się słabo wyjeżdżona ścieżka, która doprowadziła nas do maleńkiego źródełka. Obok stała jurta. Liczne ślady wskazywały na hodowlę wielbłądów i kóz. Droga jednak mijała gospodarstwo i zakosami, pomiędzy wysokimi kępami zielonej trawy, czasami wyższymi od Iveco, parła dalej na zachód. Trzymaliśmy się jej aż do kolejnej atrakcji turystycznej – Togrigin Shire. Płaski i stromy płaskowyż, samotna góra z poszarpanymi brzegami, jakby wyspa na piasku, zrobiona z piasku. Z daleka przypominała Uluru – świętą górę Aborygenów, kiedy podjeżdżaliśmy bliżej, do złudzenia przypominała plenery wszystkich kowbojskich filmów, czyli Arizonę. Może w mniejszej skali ale trudno byłoby się zorientować mieszkańcowi Fenix, czy aby nie został cudem przeniesiony do domu. Obok wielkiego masywu ściętego od góry jak stół, stały mniejsze. Brązowo-żółty zlepieniec osypywał się wokół nich tworząc gigantyczną piaskownicę. Na długość, ten łańcuch wzniesień, miał około pięć kilometrów. W zaciszu jednego ze żlebów stał UAZ z turystami. Chyba jeszcze nie zwinęli obozu, bo namioty wciąż były rozstawione mimo przedpołudniowej godziny.

My odbiliśmy przed mongolskim Uluru na północ, w nadziei znalezienia drogi do miasteczka Bogd, oddalonego o jakieś sto kilometrów. Przez ponad godzinę błądziliśmy po żwirowych pagórkach, szukając jakiejkolwiek drogi, która przeprowadziłaby nas przez podmokłe tereny ciągnące się na sześć kilometrów w kierunku naszej podróży. W końcu udało się. Znowu wtedy gdy już całkiem straciliśmy nadzieję i chcieliśmy zawracać aby rozpocząć poszukiwania w innym miejscu.

Droga prowadziła przez wyschnięte, słone bagniska. Dno było grząskie od piachu. Wyścielały ją kupki spiczasto usypanego piachu. Wyglądało to tak, jakby ktoś zamiatał ogromną miotłą podwórko ze śniegu i zamiast go wywieźć, zgarnął na takie kupki na trzy, cztery metry wysokie. Droga lawirowała między nimi jak w labiryncie. Znowu, jak to w Mongolii, obszar po horyzont przesłoniły nam kupki ze słonego, białego piasku. Wreszcie wyskoczyliśmy na żwirową pustynię. Gdzie, po środku niczego, zrobiliśmy sobie późne śniadanie.

Słońce prażyło i wiał zimny wiatr. Zaczynam wierzyć, że to typowa, letnia pogoda w Mongolii. Po niebie płynęły leniwe i ciche jak ta pustynia obłoczki. W oddali pasło się na żwirze stado wielbłądów. Ze żwiru bowiem wyrastały bardzo rzadkie kępki czegoś zielonego. Widać niezwykle wprost odporne na zamiary bogów, aby ten kwitnący przed milionami lat skrzypami, tropikalny dom dinozaurów, zamienić w nic, pustkę, totalne zero. Tutaj jednak w oddali piętrzyły się jakieś niskie góry – masyw Arts-Bogdyn. Mapa mówiła o najwyższym szczycie zaledwie 2477m n.p.m., czyli tylko 700 metrów wyżej niż nasza żwirownia. Słońce nagrzało już tak kamienie, że szczyty gór nabrały pływających spódniczek od drgającego, gorącego powietrza. Nawet sam żwir był ciekawy, bo składał się z gładko szlifowanych kamyczków, różnych minerałów i kolorów. Tutaj nie morze, ale wiatr tak je toczy i szlifuje. Tak sobie to obmyśliłem.

Ale jedźmy dalej. Po kolejnych trzech godzinach jazdy w podskokach na nierównej drodze, zobaczyliśmy pierwszego człowieka tego dnia. Jechał mopedem do miasta. Od jakiegoś czasu zauważałem więcej trawy, więcej stad wielbłądów i gospodarstw składających się z jurty, zagrody dla zwierząt, mopeda, darmowego solara i anteny satelitarnej. Wojskowa mapa donosiła o licznych źródłach, a do Bogd zostało tylko jedenaście kilometrów.

Miasteczko miało jakieś trzy kilometry średnicy. Stało tu sporo opłotowanych jurt oraz kilka bloków posowieckich. Musiał być tutaj jakiś kołchoz przed laty. Kilka sklepów było bardzo nędznie zaopatrzonych, to znaczy były chipsy i coca-cola oraz wódka, ale mleka i chleba, warzyw nie było. Ludzie jednak nie wyglądali ani na zabiedzonych, ani na zmartwionych faktem, że muszą mieszkać na takim bezludziu. Wręcz tryskali uśmiechem i radością życia.



1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna