Ciasto z rodzynkami podróż do mongolii



Pobieranie 246.78 Kb.
Strona6/6
Data07.05.2016
Rozmiar246.78 Kb.
1   2   3   4   5   6

Zatrzymaliśmy się na nocleg nad słonym jeziorem Telmen. Zachodni wiatr nawiał na piaszczystą plażę białą sól i szumiał w słomkowej, wysokiej trawie. Zachodzące na pomarańczowo słońce oblewało krajobraz ciepłym kolorem i powstrzymywało, deszczowe, granatowe chmury na wschodzie. Mimo to było zimno jak diabli. Rano w namiocie zamarzł mi tusz w długopisie kiedy pisałem te słowa przed świtem. Przypomniałem sobie mijane wczoraj wioski i miasteczko Tsavdan. Były biedniejsze i jakieś takie bardziej brudne od tych ze środkowej Mongolii. Te na południu były ubogie, te na północnym zachodzie po prostu biedne. Jednakże w sklepach można było kupić prawie wszystko, a bardzo dużo produktów ‘made in Poland’. W Toson Tsengel próbowaliśmy skorzystać ze sponsorowanych internet cafe. Ale jak zwykle koczowały tam tabuny dzieciaków grające w internetowe, międzynarodowe gry komputerowe, których ideą przewodnią jest strzelanie do wszystkiego co się rusza a na drzewo nie ucieka. Ludziom z zachodnich fundacji pomocowych wydaje się, że idea internetu w każdej wiosce cywilizuje zacofany naród, jak kiedyś działania pod hasłem ‘elektryczność w każdej wiosce’, ale internet dla ludzi na wsi tylko poprawia wskaźniki. A w tych jaskiniach internetu kipiących od emocji małoletniego hazardu, jedynie zwyżkują wskaźniki ogłupienia i demoralizacji. Kiedyś łatwo było cywilizować doprowadzając linię elektryczną do wioski i już. Dziś otwieranie okna na świat przez internet bardziej globalizuje, eksportuje głupotę z Zachodu, niż rozwija. Może już czas aby tak zwana opinia publiczna z Zachodu zaczęła traktować globalizację jako proces niosący więcej złego niż dobrego, nie tylko z powodu wpatrzonych w ekran komputera małolatów z Mongolii.

Rano słońce było rozmazane za chmurami. Siny blask żółtego światła na dawał ciepła. Wiatr całkiem ustał. Butelka z wodą do mycia zębów zawierała miksturę lodu i wody, trudno było umyć nią twarz. Na szczęście mieliśmy samochód. Nie wiem czy moje liche zdrowie wytrzymałoby teraz jazdę motocyklem. Ale lokalni pasterze śmigali w ten mroźny poranek na swych chińskich mopedach, za okrycie mając deel – powłóczystą sukamene związaną w pasie kolorową szarfą, a na głowie czapkę kroju wędkarskiego i okulary przeciwsłoneczne.

Dziś przejechaliśmy w dwanaście godzin coś koło 240 kilometrów. Zrobiliśmy tylko cztery, krótkie postoje. Jazda polegała na bezustannym wpatrywaniu się w drogę aby zobaczyć nagłe, większe dziury, które groziły utratą zawieszenia. Obijaliśmy się w kabinie jak ziarenka w grzechotce trzymanej niemowlęcą ręką. Albo jak kartofle na chłopskiej furmance zdążającej przez pola na targ. Nie było chwili spokoju, cały dzień trzeba było trzymać się czegoś ręką, aby nie wylecieć z fotela. Nie mogłem nawet trafić palcem w odpowiedni klawisz na klawiaturze komputera. Niby byliśmy już do tego przyzwyczajeni po tylu dniach spędzonych na mongolskich drogach, ale mimo to mogliśmy tylko kląć w duchu z bezsilności.

Krajobraz za oknami samochodu nieco rekompensował obijanie się o ściany kabiny. Szaroróżowa poświata od słońca, wzbijanego wiatrem kurzu i odległości, skrywała i rozmywała kontury pojedynczych szczytów, rozsianych rzadko na suchym stepie. Czasami były to łagodne pagórki, zalesione od północy, a czasami skaliste zwaliska o różnych barwach. To już tereny nie dla turystów przylatujących samolotami do Ulan Batar. Ten kawałek Mongolii – północno-zachodnia część, to już samo ciasto bez rodzynków. Dlatego bardziej mnie cieszył każdy ciekawy pejzaż, albo takie piękne miejsce, gdzie znaleźliśmy nocleg.

Szukaliśmy osłony od północnego, lodowatego wiatru, więc z map wyczytałem jakieś bezładnie rozsiane na płaskowyżu osypiska kamieni albo samotnie sterczące skały. Niedługo potem pokazały się nam na horyzoncie przed nami. Dzień miał się ku końcowi, a że jechaliśmy na zachód, słońce oślepiało nas i widzieliśmy jedynie czarne kontury na tle pomarańczowego horyzontu. Kiedy się jednak zbliżyliśmy ujrzeliśmy ciekawy krajobraz megalitycznych skał sterczących z płaskiego pustkowia. Czuby skał były pokruszone przez czas, a odłamane głazy rozsypane wokół. Skały oddalone były od siebie o kilkaset metrów, a droga prześlizgiwała się między nimi i uciekała na zachód. Przytuliliśmy się do jednej ze skał, chroniąc przed porywistym wiatrem. Zanim słońce znikło za horyzontem, wdrapałem się na szczyt najbliższej ze skał. Roztaczał się stamtąd widok na całe te pustkowie, które przez ostatnie trzy lub cztery godziny trawiliśmy kołami Iveco. Na południu, bardzo daleko, płaskowyż, za rzeką Harnjn, zamykały góry nieznanej nazwy. Tonęły w szarobrunatnych chmurach. Na północy brązowy, masywny łańcuch Khan Khikhij odcinał się na tle błękitnego nieba. Widnokrąg sięgał na kilkadziesiąt kilometrów wokół. W oddali było widać więcej sterczących z suchej trawy i żwiru skał. Z tej perspektywy wyglądały jak kipiąca, mleczna czekolada. Wystrzeliwały szpicami w górę z płaskiej powierzchni stepu. Jak okiem sięgnąć ani żywego ducha, ani jurty, samochodu, konia czy wielbłąda. Nie słychać było nawet nawołujących się stad orłów. Często je widujemy jak całymi gromadami, po kilkanaście sztuk, siedzą na ziemi i zrywają się powoli i ociężale na dźwięk nadjeżdżającego samochodu, niczym gołębie na wrocławskim rynku. Cały ten krajobraz dookoła skały, na której stanąłem, skąpany był w ciepłym, pomarańczowym świetle zachodzącego słońca. Ciepło jednak nie było. Lodowaty wiatr z północy był tak silny, że bałem się stanąć na krawędzi urwiska, aby mnie nie zepchnął. Mroził też uszy i ręce jak mroźny, listopadowy poranek. A to przecież początek września.

Tak jak pisałem, tylko te zapierające dech, monumentalne krajobrazy ratowały nudę tłuczenia się samochodem po niewyobrażalnie dziurawych drogach. Wjechaliśmy w zupełne pustkowia, porównywalne z pustynią Gobi. Dziś minęliśmy tylko dwie wioski, a jutro mamy przed sobą tylko jedną, a i tak nie wiadomo czy zdążymy do niej dojechać. Widujemy nieliczne jurty, skupione wokół źródeł słodkiej wody. Tutaj pasterze chodzą za swoimi stadami konno. Być może benzyna do mopedów jest tutaj trudniej dostępna.

Przyzwyczajenie jest nienawistną, a jednocześnie wspaniałą cechą człowieczej natury. Pamiętam jaka nudna wydawała mi się Mongolia na południe od Ulan Batar. Teraz bezludne, surowe plenery wydają mi się oczywistą codziennością. Nie chciałbym wracać stąd samolotem i wylądować w sercu przeludnionej, hałaśliwej i ciasnej Europy. Dobrze, że wracamy na kołach, a wylądowanie w Europie zamortyzuje Ałtaj, stepy środkowej Syberii i Ural. Może jeszcze załapiemy się na piękną, rosyjską jesień w europejskiej części Rosji. Ale mimo to powrót do Europy zawsze kojarzy mi się z obowiązkową wizytą u dentysty.

Rano poczekaliśmy ze złożeniem namiotu aż wzejdzie słońce i trochę się ociepli. Zimne, szare żwirowisko wokół naszego obozu nabrało żółtej barwy. Mimo zmarzniętych dłoni, oczy widząc pierwsze promienie słońca, dawały nadzieję na ciepły dzień. Pamiętam te wczesne poranki z podróży motocyklowych, kiedy zgrabiałymi rękami pakowałem graty do sakw, a lodowatą wodą obmywałem twarz, kiedy pierwsze godziny jazdy w zimnie skutkowały brakiem czucia w stopach i dłoniach, kiedy szukałem pierwszej lepszej daby – baru, aby wypić gorący czaj. To było tak niedawno, a jeszcze w tym roku czeka mnie to samo w Nepalu. Trzeba mieć zdrowie do podróżowania. Zawsze to samo powtarzam. A kiedy już mam dość mówię sobie – za stary na to jestem, to już ostatni raz.

Ten zimny nocleg nie jest ostatnim w tej podróży. Tomek mówi, że zawsze możemy spać razem z nim w Iveco, jest tam sporo miejsca. Ale co własny dom, to własny, poza tym trzeba być twardym.

Czas ruszać w drogę, wyjeżdżamy na dziurawą drogę i kierujemy się na zachód. Nie od razu mieliśmy co podziwiać za oknami. Dopiero po dwóch godzinach zbliżyliśmy się do ogromnego jeziora Chjargas i wtedy, od północnej strony, z mglistego powietrza wyłoniły się góry Khan Khikhij. W Polsce góry kojarzą się nam z sosnowym lasem, kosodrzewiną, daleką panoramą przedgórza pól, łąk i kolorowych dachów wsi. Tutaj tego wszystkiego nie ma. Widać jedynie żwirowy płaskowyż po którym jedziemy. Prawie zupełnie brak na nim roślinności. Nie ma więc jakichkolwiek zwierząt. A góry to lita skała i piargowe usypiska. Gdyby były monochromatyczne, nudziły by się po pięciu minutach, ale są różnobarwne. W tym akurat miejscu, te pierwsze pagórki i szpice mają odcienie beżu i brązu. Ich tło stanowią zielonkawe, piargowe usypiska. Dalej wznoszą się ciemne, brązowe szczyty, każdy w innymi odcieniu, jakby konkurowały ze sobą, aby się wyróżnić i zwrócić na siebie uwagę. Między nimi zdarzają się czerwono-brunatne, albo żółte jęzory żwiru. Powyżej już tylko błękit nieba, nieskalany żadną chmurką.

Zatrzymaliśmy się nad słonym jeziorem Chjargas. Turkus wody błyszczał falami w ostrym słońcu. Wydawało się, że można wyskoczyć z samochodu w krótkim rękawku i pójść na plażę. Ale lodowaty, północny wiatr odmrażał uszy w pięć minut. Od razu traciło się ochotę na jakiekolwiek spacery. Słońce przez szybę grzało jak diabli, ale lekkie uchylenie drzwi mroziło rękę, która je trzymała aby wiatr ich nie wyrwał z zawiasów.

Woda ogromnego jeziora falowała i biła o żwirowy brzeg. Przy samej plaży wszystko było białe od nawianej soli. Z daleka wyglądało na szron, ale słońce nie mogło go stopić. Brak zabudowy, lasu i bliskich gór, powodował, że można było okiem ogarnąć całe jezioro. Jak na morzu, jednym spojrzeniem ogarnia się kilkadziesiąt kilometrów widnokręgu przed sobą.

To było szybkie śniadanie. Ja zjadłem jajecznicę usmażoną ze śledziem z puszki. Dodałem trochę lichej, polskiej musztardy z mongolskiego sklepu i gotowe. Zawsze byłem antytezą smakosza. Zjem wszystko byle było to coś co już znam. Jem jaja co dzień od lat i nie odczuwam potrzeby poszukiwania innych smaków. Ani wyrafinowanej kuchni europejskiej, ani lokalnych dziwadeł. Nie jestem podróżnikiem, który ceni sobie okazje próbowania egzotycznych smaków. Nie szukam też polskiej kuchni za granicą, ani Mc’Donalds’a. Po prostu jaja, warzywa lub mięso, codziennie to samo przez całe lata. Gdybym miał wybór ostatniego posiłku przed szubienicą, to zażądałbym jajecznicy z frytkami i majonezem. Tego na co dzień jeść mi nie wolno, bo fryty kiepsko się mieszają z białkiem jajek w żołądku.

No ale my tu o żarciu, a tymczasem słone jezioro, po kilku godzinach tłuczenia się po dziurach, zostało w tyle. Dojechaliśmy do miejscowości Naranbulag. Tam zatankowaliśmy wodę i uzupełniliśmy zapasy. Na środku wsi stoi mały budynek – dystrybucja wody przywożonej beczkowozem z jakiegoś źródła. Takich źródeł jest w pobliżu kilka. Mam je zaznaczone na wojskowych mapach, z podaniem ilości litrów na godzinę, ile z nich wycieka. Wioski zwykle kupują wodę. Każdy przywozi sobie w kance po mleku trochę wody do domu i za nią płaci. To suchy i pustynny kraj. Wodę sprzedaje się zwykle rano. My przyjechaliśmy po południu. Ale obok rozlewni wód, stała cysterna z otwartym, górnym deklem. Więc sobie nabraliśmy wody ile potrzeba. Przy tej okazji o mało nie zanurkowałem głową w dół, do cysterny. Sądziłem, że ktoś nas powstrzyma, zażąda zapłaty, albo czego innego. Ale tylko się przyglądali nie rozumiejąc po co biały wlewa kilka konewek wody w otwór, w ścianie samochodu. Pisałem już o tym, że poziom domyślności pośród ludzi z dzikich krajów jest równy zero. Gdyby to ode mnie zależało, to zamiast budować im studnie, albo łączyć z internetem, wysłałbym Piotra Gąsowskiego na roboty przymusowe do telewizji w Ulan Batar. Niech robi program Rebusy i niech go puszczają w TV na całą Mongolię, zamiast tych durnych zapasów nadan. Nauka kojarzenia, kompilacji wniosków, to jak dać komuś wędkę zamiast ryby. No ale Unia Europejska z natury o podejściu humanistycznym, domniema że taki Mongolczyk to zupełnie jest taki jak Europejczyk, tylko miał gorszy start. Ale ludzie się od siebie różnią, nie ma sprawiedliwości. Różnią się od siebie czasami na korzyść białego, a czasami na jego niekorzyść. Ale akurat w kojarzeniu białe jest sto razy lepsze. Jestem dumny z tego, że potrafię rozwiązywać rebusy, nawet jeśli nie potrafię tak szybko się uczyć i adaptować do nieznanego jak ludzie z Mongolii.

Dziś na ten przykład zatrzymał nas policjant na stepie. Całe szczęście, że akurat trzeźwi byliśmy. Popatrzył w mój paszport i tablicę rejestracyjną, a potem ładuje się bezceremonialnie od strony pasażera i każe się wieźć naprzód. Na początku sądziliśmy, że chce aby go podrzucić do najbliższej jurty bo nie miał żadnego transportu, ale okazało się, że chce naszym samochodem dogonić ciężarówkę co to ją dopiero puścił. Pościg trwał długo, bo Iveco nie daje rady na dziurach. Jednak w końcu bezceremonialnie zajechałem drogę wielkiej wywrotce, jakbym był jakimś brudnym Harrym, a policjant pożegnał nas pospiesznie i przesiadł się do ciężarówki. To trzeba umieć chwytać okazję, aby być niezmotoryzowanym policjantem na stepie szerokim, gdzie bez transportu jesteś trupem.

Parę godzin później, w mieście Ulangum, spotkaliśmy Francuza – trampa, co to z plecakiem przemierza całą Azję w poprzek. Narzekał, że Mongolia to taki kraj, gdzie jazda na ‘stopa’ jest niezwykle trudna. Powinien chyba kupić sobie policyjna pałkę i mundur, a dalej jakoś pójdzie.

Przed Ulangum zobaczyliśmy ośnieżone do połowy szczyty Tirgin – 3965m n.p.m. oraz Kharkhiraa – 4037m n.p.m. To już początek Ałtaju Mongolskiego. Widać z tego, że zima już puka do bram Mongolii, choć to początek września. Białe czapy, gdzieś tam hen w górze, były groźnym tłem dla wiosek Burgaasatyn Ortoo i Tarialan. W Ulangum, leżącym niedaleko ogromnego, słonego jeziora Uvs, nie było ich widać. Zatrzymaliśmy się w mieście na dłużej. Trzeba było wydać ostatnie, mongolskie pieniądze, bo może już jutro wjedziemy do Rosji. Poza tym odwiedziliśmy internet cafe.

Teraz, na koniec wyprawy, takie miasteczko jak Ulangum wydało mi się całkiem normalne, a nawet schludne i nowoczesne. Nazywam to syndromem Taftan – przygranicznego miasteczka, wioski na granicy pakistańsko-irańskiej. Jego wygląd, obiektywnie rzecz biorąc, jest sto razy bardziej przygnębiający niż Ulangum. Ale w zależności od kierunku podróży, z zachodu, czy ze wschodu, albo dołuje psychikę turysty, albo podnosi go na duchu. Mongolia znaczy brak cywilizacji, inny niż brak cywilizacji w Pakistanie, ale jakże to piękny brak cywilizacji.

Nocowaliśmy na 900m n.p.m. a mimo to rano było mroźno. Skierowaliśmy się na przełęcz Ulan i już na 1200m n.p.m. zauważyłem zamarznięte strumienie górskie. Musieliśmy wjechać prawie tysiąc metrów stromym kanionem o łagodnie nachylonych ścianach. U wylotu kanionu stał terenowy kamper z Europy. Jeszcze spali, zatrąbiliśmy na przywitanie i pojechaliśmy dalej. Przez pierwsze dwa dni w Mongolii zobaczyliśmy kilkanaście pojazdów podróżników z Zachodu, a przez całą resztę tylko dwa. Może wszyscy kręcą się po środkowej Mongolii, tam jest najwięcej do zwiedzania. Chociaż ja uważam, że ten region jest najmniej ciekawy i reprezentacyjny dla tego kraju.

Wspinaliśmy się na przełęcz wzdłuż potoku. Jego wilgoć dała życie trawie i drzewom, które wyścielały dno kanionu. Ale już kilkanaście metrów od wody wegetacja zanikała, żwirowiska tylko z rzadka porastały najwytrzymalsze kępy traw. Wreszcie wjechaliśmy na 1860m n.p.m. Z pagórka powyżej przełęczy, od strony wschodniej, można podziwiać piękną panoramę na kanion i dalej na jezioro Uvs, będące granicą Tuwy. Cztery lata temu zaaresztowało nas tam wojsko ochrony pogranicza, ponieważ chcieliśmy bez odpowiednich pozwoleń przejechać z Tuwy do Ałtaju, wzdłuż granicy Mongolii. Teraz, stojąc na lodowatym wietrze, patrzyłem przez rozsunięte szczyty gór na przedpole Tuwy. Tak od lat układam puzzle Azji w swojej pamięci. W różnych podróżach zapoznaję się z krainami, które przylegają do siebie granicami, przenikają podobnym językiem, łączą tą samą kulturą i historią. Z czasem udało mi się poukładać już tyle puzzli, że wyłania się z tego całkiem zrozumiały, ale jeszcze nie kompletny obraz Azji. Zaczynam ten kontynent rozumieć. Pewnie subiektywnie, na swój sposób, ale tego właśnie szukałem.

Dalej pojechaliśmy w dół z przełęczy, przez bezimienną dolinę, na następną przełęcz, a dalej szczytami i kanionem nad jezioro Uureg. Tak po kawałku, podskakując na dziurawej drodze, poznawaliśmy te góry. Na przełęczach można było okiem ptaka spojrzeć dalej, zobaczyć więcej, mogłem przełożyć sobie na obraz trójwymiarowy, plątaninę poziomic z dokładnych map. Ciekawiło mnie badanie gdzie kończy się stok jednej góry, a zaczyna drugiej, czy z kolejnej przełęczy, na którą się wdrapaliśmy, będzie można ujrzeć jeszcze z wysoka granatową wodę jeziora Uureg.

Regularnymi zakosami kanionu, wyrzeźbionego w łupkowatej, brązowej skale, zjechaliśmy ponownie na 1300m n.p.m. Otworzyła się przed nami rozległa na dziesiątki kilometrów dolina. Łagodnie opadała w prawo, w stronę jeziora. Na jego brzegu wyrastał skalisty półwysep, na który chcieliśmy dojechać. Wydawał się blisko, mógłbym pomyśleć, że dojdę do niego na piechotę. Ale przyzwyczaiłem się już w Mongolii do tego aby nie oceniać odległości oczami. Wystarczyło spojrzeć na mapę w komputerze aby pojąć odległość jaka dzieliła nas od skalistego półwyspu i jeziora. Policzona bezwzględnie przez komputer wynosiła ponad 20 kilometrów. Może gdybym tu pomieszkał przez parę lat, to nauczyłbym się oceniać prawidłowo odległości na oko.

Jezioro widziane z bliska okazało się o wiele mniej ciekawe niż z daleka. To także pewna prawidłowość pejzaży Mongolii. Zachwycają kolorystyką i fantazją kształtu tak bardzo, że chciało by się ich dotknąć ręką, pojechać, pójść, dotrzeć do nich blisko i zatopić się w ich pięknie. Rodzi się nadzieja, że przyjemność oglądania ich z daleka jest niczym w porównaniu z przyjemnością czerpaną z obcowania z bliska. Ale kiedy tylko zaczniemy się zbliżać do tego wynalezionego, jedynego punktu w całym widnokręgu, traci on na swoim pięknie, zaczyna być szary i podobny do pleneru, z którego wyruszyliśmy. Kiedy tylko się odwrócimy, możemy spostrzec, że tam skąd przed chwilą przyjechaliśmy jest równie pięknie, bo widzimy to z daleka, jako kompozycję całości. Z perspektywy kilkudziesięciu kilometrów te nieruchome makiety wspaniałych pejzaży gór czy pustyni Mongolii, są najpiękniejsze. Oglądane w szczególe tracą wiele. Dlatego warto ciągle oglądać się za siebie aby złapać tą fatamorganę.

Kiedy jedzie się godzinami po pustkowiu, żwirowisku, kiedy obraz za oknem samochodu przypomina kopalnianą hałdę urobiska w Wałbrzychu, to za godzinę lub dwie, kiedy się człowiek obejrzy za siebie z jakiejś niewysokiej przełęczy, to te żwirowisko może wydać się piękne, bo razem z otoczeniem gór tworzy, z daleka widziane tylko, niepowtarzalną kompozycję barw i kształtów. Piszę tu truizmy, ale ja dopiero po kilkunastu dniach w Mongolii przypomniałem sobie o nich i przestałem gonić od mirażu do mirażu, jak spragniony wody wędrowiec na pustyni. Dlatego też udało mi się zwalczyć pokusę zobaczenia z bliska jeziora Achit, parę godzin drogi od jeziora Uureg. Kiedy zjechaliśmy z przełęczy Bajrmyn, Achit otoczone zupełnym pustkowiem jak otuliną ochronną przed górami, wyglądało w drgającym od słońca powietrzu jak zdjęcie z powierzchni Wenus. Zimne barwy turkusu, zieleni, bieli odcinały się na tle ciemnobrązowych i czarnych gór w tle. Skaliste wzniesienie, tuż przy wodzie, od strony północnej jeziora, przypominało te z pustyni Gobi. Ciemnobrązowe skały piętrzyły się obsypane pomarańczowym piaskiem pustyni. A za nimi soczysty turkus chłodnej wody. Wysoko, na błękitnym niebie, błyszczały mleczne, śnieżne czapy wysokich na 4000m n.p.m. szczytów. To był jeden z najpiękniejszych pejzaży jakie widziałem w tej podróży. I już chciałem namówić Tomka i Iwonę aby zobaczyć to z bliska, ale się powstrzymałem. Może lepiej aby pozostał w pamięci krajobrazem z Wenus.

Wcześniej, jeszcze zanim wciągnęliśmy się w szalonych podskokach na przełęcz Bajrmyn 2552m n.p.m., przystanęliśmy na chwilę przy balbach. Tak tu zwą kamienne słupy, często z wyrzeźbionymi wizerunkami postaci ludzkich lub innymi rysunkami, z VIII wieku. Stoją one wetknięte na sztorc w grunt wokół kurhanów – miejsc szczególnej mocy albo mogił znamienitych przodków dzisiejszych Mongolczyków. Wyrosły na powszechnej, przed tysiącleciami, tradycji ludów północnej Azji. Można je spotkać w wielu krajach, również w Europie. Jedne z największych są w Chakasji, ale o nich pisałem w innym miejscu. Sterczą w tej skostniałej od zimna i braku wody ziemi, smagane wiatrem, śniegiem i prażone słońcem przez tyle lat. Miały kumulować w sobie pamięć o ważnych ludziach i zdarzeniach. Pamięć, która była istotna dla ludzi, których już dawno nie ma. Dziś piszemy książki, robimy reportaże telewizyjne o ważnych wydarzeniach historycznych, o ważnych osobach, które mają bezpośredni udział w tworzeniu wielkiej historii. Akumulujemy potem te zapiski w archiwach, w nadziei że przetrwają wieki, w nadziei że na przykład prawda o Katyniu będzie dla kogokolwiek ważna po stuleciach. A czy robiąc zdjęcie balbowi – sterczącemu kamieniowi obok kurhanu, z niewyraźnym rysunkiem rzeźby, zastanawiamy się nad historią, którą ten zimny głaz miał zapamiętać?

Dziś spotkaliśmy wiele kamiennych kurhanów. Jesteśmy w mongolskim Ałtaju. Tradycje ludów kirgisko-tureckich przeniknęły tutaj już bardzo dawno temu. Ludy tureckie, stojące na wyższym poziomie rozwoju niż plemiona pradawnej Mongolii, przyniosły na te ziemie wraz ze swymi zbrojnymi najazdami wiele ze swej kultury. Dziś można zaobserwować trend odwrotny. Wioski Kazachów mongolskich, z rejonu jeziora Achit wyglądają jak typowe sioła w Kazachstanie. W porównaniu do wiosek typowych dla Mongolii to obraz chaosu, rozpadu i braku jakiejkolwiek myśli urbanistycznej, nie mówiąc o odpowiedzialności za przyszłe pokolenia. To typowe dla ludów wyrosłych z tradycji koczowniczej, ludów plemion tureckich. Dlatego takim zaskoczeniem były dla mnie schludne wioski i miasta mongolskie. Kazachowie mimo że o twarzach prawie takich samych jak Mongolczycy, przedstawiają już zupełnie inną kulturę, lub jej brak. Są otwarci i ciekawi, prostolinijni i przyjacielscy. To zaprzeczenie postawy Mongolczyków. W ich wioskach, w dolinie jeziora Achit, można zobaczyć meczety, a na obrzeżach wsi, tradycyjne, rozbudowane cmentarze. Domy budują z cementowej, szarej cegły, ale także używają gerów – jurt.

Do jeziora Achit spływają dwie rzeki z gór – Alman-Gadasny i Buch-Muren. Tworzą szerokie na kilkanaście kilometrów rynny zieleni w tym suchym pustkowiu. Trudno się przez nie przedostać. Dużo tam wody i drzew. Nie łatwo odnaleźć odpowiednią drogę, bo coroczna pora deszczowa zmienia grunt z suchego w bagno, lub odwrotnie. Krążyliśmy przez długi czas pośród bardzo wysokich kęp trawy i tłukących o boki samochodu gałęzi wierzb i innych kolczastych krzaków. Udało się nam nawet zakopać i tylko dzięki blokadom dyferencjałów Iveco wyszło z tego o własnych siłach. Zawsze powtarzałem, że blokady są ważniejsze od wyciągarki, bo zwykle nie ma o co zapiąć liny. Na koniec było wodowanie. Droga wiodła kamienistym dnem potoku przez kilka kilometrów. Oprócz tego wmusiliśmy pokonywać kilka brodów w poprzek. Tak właśnie wyobrażałem sobie podróż po Mongolii i tak pewnie wygląda cala jej północ w okresie czerwcowych i lipcowych deszczów.

W końcu udało się nam odnaleźć drogę do wyjścia z tej ogromnej doliny jeziora Achit. A wyjście to głęboki kanion, pnący się w górę pomiędzy czarnymi skalami i brązowymi, żwirowymi osypiskami na 2100m n.p.m. Dnem tego kanionu płynie rzeczka Hawtsalyn i mai wszystko wokół na zielono. Rzeczka bierze początek z kilku jezior na płaskowyżu. Nad jednym z nich postanowiliśmy zanocować. Było jeszcze wcześnie, a do granicy Rosji tylko 30 kilometrów. Ale było także przepięknie. Spokojna tafla wody dawała żywność i schronienie wielu ptakom wodnym. Bezustannie przelatywały i hałasowały ponad naszymi głowami. Nie było tu drzew tylko żwirowiska przechodzące najpierw w zieloną trawę, a potem granatową wodę. Rano słyszałem żurawie, a po południu widzieliśmy dziewięć czarnych bocianów. Tomek mówi, że oglądanie bocianów przynosi dzieci, oby nie. Ale czarne bociany to chyba przynoszą czarne dzieci.

Wieczorem pojechaliśmy jeszcze do przygranicznej miejscowości Tsagan-nuur. To muzułmańska – kazachska wioska, w której oprócz dwóch nędznych sklepików w rozlatujących się barakach, nie ma nic. Zaszliśmy do jednego z nich. Na pólkach stały tylko podstawowe produkty. Kupiliśmy mongolski szampan na wieczorną imprezę. To na uczczenie ostatniego noclegu w Mongolii. Na etykiecie napisano, że wyprodukowano ten napitek zgodnie z najlepszymi tradycjami francuskimi. Smakował jakby był zrobiony z pestek brzoskwiń. Sprzedawca wyglądał tak jak jego sklep. Zmęczoną twarz zdobił złoty ząb, jakby na chybił trafił, krzywo wbity w dolną szczękę.

W nocy nawiedziło nas dwóch mężczyzn na mopedzie. Szukali krów i zapraszali na słoną herbatę w gościnę. Ależ to był dzień pełen wrażeń.

Poranek, mimo dużej wysokości – 2100m n.p.m., nie okazał się bardzo zimny, a jak tylko słońce wyszło zza gór, zaczęło mocno przygrzewać.

Szybko dojechaliśmy na granicę Rosji. Nawet niezła szutrówka na wysokim nasypie, pozwalała na spokojną jazdę. Granica przebiega tutaj na przełęczy Durbet 2483m n.p.m. Mongolskie posterunki celników są o dobre pięć kilometrów przed przełęczą, a rosyjskie dopiero 20 kilometrów za, w miejscowości Taszanta. Po stronie mongolskiej można jeszcze skorzystać z usług brudnych barów prowadzonych przez Kazachów. Kręcą się też cinkciarze, a w sklepach, zlokalizowanych w rozlatujących się barakach, można wydać ostatnie mongolskie Tigriki.

Aby wjechać na nowo wybudowane przejście trzeba uiścić opłatę za tak zwaną dezynfekcję wozu, albo za płatne drogi, sam nie wiem. Wychodzi tego prawie 40zl za samochód. Budynki celne tak i po stronie mongolskiej, jak i po rosyjskiej, postawione są na metrowej wysokości, betonowych palach. Nie wiem co to za nowatorska technologia, czyżby była tutaj wieczna zmarzlina? Taką zabudowę stosuje się właśnie na terenach objętych wieczną zmarzliną, aby uniknąć jej rozgrzewania przez szerokie fundamenty i ciepłą w zimie, podłogę domów. Kiedy wieczna zmarzlina zacznie się roztapiać, budynek zacznie osiadać, nawet cale metry w dół.

Opuszczenie Mongolii poszło sprawnie i szybko. Natomiast celnicy rosyjscy mieli akurat przerwę obiadową, więc przyszło nam czekać prawie dwie godziny przed bramą zamkniętą na kłódkę. Wcześniej musieliśmy zapłacić 10zl za dezynfekcję opon samochodu.

Kiedy wreszcie celnicy wrócili z obiadu, mogliśmy rozpocząć pracochłonną i mozolną procedurę biurokratyczną przejazdu przez granicę wielkiego mocarstwa. Wypełnianie papierków, sprawdzanie paszportów i dokumentów wozu po sześć razy. To wszystko musiało trwać, mimo że na granicy było ledwie parę samochodów. Jeszcze kilka kilometrów za bramą przejścia ponownie spisano w jakimś baraku nasze dane z paszportów do komputera.

Pierwsze wrażenie po wjeździe do Rosji z Mongolii jest dość zasadnicze i nazywa się ‘równy asfalt’. Chociaż żaden Europejczyk z Zachodu, równym by go nie nazwał. Zobaczyć asfalt po przejechaniu Mongolii to jak ujrzeć ląd po przepłynięciu oceanu. Nagle świat znowu wydaje się mały i dostępny. Prędkość samochodu oszołamia. Ale podobnie jak to jest kiedy wjedzie się z Nepalu do Indii, od razu poraża biurokracja która jest kręgosłupem wielkich mocarstw. Kończy się swoboda fiskalna, więc już jest dużo mniej zagranicznych samochodów. Obywateli wielkich mocarstw zmusza się do kupowania produktów rodzimych, nawet jeśliby były drogie i nic nie warte. W Nepalu czy Mongolii, zachodnie społeczności sponsorują wiele rzeczy mających na celu ucywilizowanie zapyziałych narodów i gospodarek. Solary będące na obowiązkowym wyposażeniu każdej jurty na pustkowiach Mongolii, w Rosji stanowią rarytas dostępny jedynie dla policji albo armii.

Dojechaliśmy do pierwszego miasteczka na czujskim trakcie, jak zwie się starożytna droga przez rosyjski Ałtaj. Kosz-Agacz jest ostoją cywilizacji w tym rejonie. Krajobraz przez pierwsze 70 kilometrów Rosji, w porównaniu do Mongolii, w ogóle się nie zmienił. Kosz-Agacz jest właśnie takim małym miasteczkiem, które stanowi centrum cywilizowanego życia dla lokalnych pasterzy. Tyle, że Kosz-Agacz różni się dramatycznie od podobnych mu miasteczek w Mongolii. Takiego ruchu na ulicach, reklam sklepów, asfaltu, tłumu ludzi i całego tego harmideru małomiasteczkowego, nie widzieliśmy od tygodni. Chyba ostatni raz w Ulan-Batar.



Zaraz za Kosz-Agacz wpadamy w kanion jak z folderów reklamowych Ałtaju. Potężne szczyty w okolicy 4000m n.p.m. błyszczą świeżym śniegiem. Skaliste stoki ciemnobrązowej barwy upstrzone są czerwienią i ciemną zielenią traw. W dole szumi szeroka rzeka Czuja. Jej mleczny turkus przypomina rzeki spływające z lodowców Norwegii. Wzdłuż jej wijącego się koryta rosną drzewa wystrzelające żywymi kolorami jesieni, czystą żółcią, czasami pomarańczem czy czerwienią. Pomiędzy nimi stoją iglaki z soczystą zielenią. Po prostu złota jesień jak z marzenia o raju. W zakolach rzeki jest dużo miejsca na trawiastych łąkach, aby zatrzymać się na nocleg. Jest tu trochę wędkarzy. Zauważyłem także Toyotę z zachodniej Europy. Można robić zdjęcia byle jak, a każde z nich jest godne folderu turystycznego. Czyż można wymarzyć sobie ładniejszy krajobraz? Już prawie pomyślałem, że warto pojechać do Mongolii choćby dla jesieni w Ałtaju czy Sajanach.

No ale właśnie przyszedł czas na podsumowania. Zrobiliśmy koło i dotarliśmy po około miesiącu do miejsca gdzie już byliśmy. Czy Mongolia jest warta odwiedzenia? Sądzę, że ten kto przeczytał powyższy tekst sam potrafi odpowiedzieć na to pytanie. Moim celem było jak najwierniej oddać w opisie to co widziały moje oczy. Starałem się w subiektywnych sądach nie oddalać się za daleko od istoty rzeczy i pokazać ją z wielu stron. Tak jak już pisałem wcześniej, Mongolia to idealna kraina dla podróży własnym środkiem transportu. Idealna kraina dla podróżników lubiących oddalić się jak to tylko możliwe od hałaśliwej cywilizacji. Dla tych, którzy lubują się w odnajdywaniu własnych ścieżek, chcą czuć wolność bycia osamotnionym pośród totalnej pustki, pośród przyrody nie mającej sobie równej w Europie. Ja czułem się tu wspaniale i zamierzam powtórzyć to jeszcze kilkukrotnie. Pustka Mongolii zbliża ludzi do ich własnego wnętrza. To idealne miejsce do podroży dla samotników.

1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna