Cześć 1 Duśka



Pobieranie 1.04 Mb.
Strona1/12
Data04.05.2016
Rozmiar1.04 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12

Cześć 1 Duśka 1

Cześć 2 Triss 17

Cześć 3 Triss 36

Czec 4 Triss 58

Cześć7 Melka 98

Cześć 1 Duśka



Fallus Chuch Virginia
Oczy wszystkich były skierowane na monetę. Bud złapał ja i przykrył drugą ręką. Powoli odsłonił złoty krążek, na którym widniał wizerunek.... Panna młoda wygrała - jednak San Diego!! Na twarzy Harma na ułamek sekundy pojawił się grymas zawodu, który jednak szybko zniknął - w końcu to chodziło nie o kogo innego jak o Sarah - kobietę, którą kochał, kobietę dla której już raz porzucił wszystko. Londyn mógł zaczekać - ona nie!!!!

Harm popatrzył na twarz Mac. Biła z niej prawdziwa radość. Kochał ją i wiedział, że jej szczęście jest również jego szczęściem. Spojrzał jej głęboko w oczy i obydwoje powiedzieli równocześnie: "I love You".


Nagle Harm, który stał przodem do drzwi, spostrzegł wchodzącego Vukovica.

W ostatniej chwili ściągnęła go Jen. Vic był przekonany, że powodem jest zmiana decyzji pułkownik Mackenzie. Czuł, że wreszcie zrozumiała co on może jej zaoferować. Spojrzenia Harma i Vica skrzyżowały się.

Od chwili, gdy pierwszy raz ją zobaczył, wiedział że będzie jego. W końcu jeszcze żadna mu się oparła. Musiał przyznać przed sobą, że po dzisiejszej scenie w biurze miał pewne obawy, ale widocznie pani pułkownik potrzebowała trochę więcej czasu, aby zrozumieć to, co on wiedział już od jakiegoś czasu - taka kobieta jak Mac potrzebowała prawdziwego mężczyzny... właśnie kogoś takiego jak on.
Vicka dostrzegł też Bud. Uśmiechnięty podszedł do niego i spytał:

- Słyszałeś najświeższe wieści?

Vic dumnie wypiął pierś i z zaciekawieniem spojrzał na Robertsa...

- Wiesz co Bud, muszę przyznać że bardzo cię polubiłem i będzie mi ciebie brakowało.

- Wybierasz się gdzieś?

- Już nie musisz udawać, że nie wiesz o co chodzi. I jeszcze jedno - wiem że przyjaźnicie się z Harmem, ale Mac to dorosła kobieta i sama podjęła decyzję, więc "no hard feelings".

- A cóż ja mógłbym mieć za złe pani pułkownik? Wręcz przeciwnie, wreszcie podjęła właściwą decyzję...a raczej: podjęli...obydwoje...

- Obydwoje? W sumie tak, przecież Harm też wyjeżdża.


W tym samym momencie Harmowi zadzwonił telefon, więc puścił Mac, by go wyłączyć.
Dumny wzrok Vica prześlizgnął się z twarzy Buda na Mac, która stała rozpromieniona, szczęśliwa, z oczami błyszczącymi jak nigdy dotąd.

- Bud, przepraszam, ale muszę porozmawiać z Mac – powiedział Vukovic i ruszył w kierunku Mac, witając się po drodze ze wszystkimi. No właśnie - dopiero teraz zauważył że byli tu wszyscy...Mac wiedziała jak ogłaszać dobre wieści.

W tym momencie Mac po raz pierwszy poczuła rozpaczliwy brak fizycznej bliskości Harma, który odszedł na bok, rozmawiając przez telefon. Bardzo chciała, by trzymał ją za rękę, obejmował tak jak przed chwilą. Wciąż pamiętała ciepło jego silnego ramienia, które raz na zawsze mogło odgrodzić od niej Vukovica.

- Witam, pani pułkownik - jego ton był ohydnie... plastikowy.

Vukovic zauważył Harma rozmawiającego przez komórkę. Zapewne załatwiał ostatnie formalności związane z wyjazdem. Nareszcie ten pilot, któremu wydawało się że jest świetnym adwokatem, przestanie kręcić się wokół Mac. Może i jest świetnym pilotem, ale jako prawnik nigdy mu nie dorówna. Harmowi brakowało tego czegoś, co z niego czyniło wspaniałego adwokata, który dobro klienta stawia ponad wszystkim. W końcu prawo było nad wyraz jasne w tej kwestii - każdy jest niewinny dopóki nie udowodni mu się winy. Pomimo, iż Mac nie akceptowała jego metod, a przynajmniej takie sprawiała wrażenie, wiedział że tak naprawdę bardzo jej to imponuje.

Spojrzenie Mac, przed chwilą jeszcze ciepłe, zamieniło się w bryłkę lodu. Jej powitanie było bardzo chłodne, a już na pewno nie takie jakiego oczekiwał...gdy spojrzał w jej oczy, zrozumiał że coś jest nie tak...czyżby to miało jakiś związek z Harmem?

W tym momencie Harm skończył rozmowę, podszedł do Mac, objął ją w pasie i powiedział:

- Kochanie, zgadnij, kto dzwonił?

- Kochanie...?!! Harm chyba zupełnie zwariował, pomyślał Vukovic (tak, pomyślał!)
i czemu on ją obejmuje, jakby... jakby coś ich łączyło? Co prawda spóźnił się nieco na tę imprezę, ze względu na gumę, którą złapał na autostradzie, no ale czy to możliwe aby obydwoje byli już pijani? Zarówno Harm jak i Mac zachowywali się jak zakochane nastolatki. Nie, to niemożliwe. Zapewne za dużo wypili i teraz robią sobie z niego żarty....
Mac, kiedy poczuła, że silne ramiona Harma znowu ją obejmują, wtuliła się w nie jeszcze mocniej i spytała:

- Czyżby to Mattie dzwoniła?

Harm przeniósł wzrok z ukochanej na Vica i uniósł jedną brew w łobuzerskim uśmiechu.
-O, widzę, że i pan do nas dołączył, poruczniku.

A potem zwrócił się do Mac:

- Tak, kochanie, to była nasza Mattie.

Sarah zadrżała ze wzruszenia i poczuła przyjemne ciepło, słysząc z ust Harma "nasza". Dzielenie z nim czegokolwiek było zawsze jej największym pragnieniem, choć dopiero zaczynała odkrywać prawdę o swoich myślach.

Vic miał już dość tego ciągłego gadania o Mattie. Ileż można? W końcu za jej stan odpowiadał nie kto inny, jak sam słynny Harmon Rabb. Naopowiadał biednemu dziecku o swoich wyczynach i małej zachciało się zostać pilotem. Pomimo, iż jego poczucie humoru było zawsze przez wszystkich doceniane, ta farsa zaczynała go już męczyć:
- Mac czy chciałaś mi coś powiedzieć...?

- Co proszę? Po pierwsze dla ciebie nie Mac, a pułkownik Mackenzie, a po drugie co pan tu właściwie robi? - Jej głos był lodowaty jak nigdy dotąd, a spojrzeniem mogłaby zabijać. Vukovic zdecydowanie nie pasował do jej wizji tego wieczoru.

Poczuł jak robi mu się coraz cieplej, serce zaczęło mu bić jakby właśnie przebiegł kilka kilometrów. To już dawno przestało być śmieszne. Czuł jak krew zaczyna mu uderzać do głowy. Przecież to niemożliwe, to nie może być prawdą…Powoli kawałki układanki zaczęły zlepiać się w jedną całość. W całość, która jeszcze przed chwilą nawet nie przeszłaby mu przez myśl. A więc jednak! Zdołał się opanować i powiedział:

- Mam nadzieję, że wiecie co robicie...

Harm popatrzył się na Mac, potem na Vica i zdziwiony spytał:

- Co dokładnie masz na myśli? Kariera to nie wszystko. W życiu są ważniejsze sprawy - im szybciej to zrozumiesz tym lepiej dla ciebie.

- Mam na myśli wasze gierki, rzecz jasna. Po co to całe przedstawienie?
Vic jeszcze nie do końca wierzył w myśl, która zakiełkowała w jego głowie...chciał to usłyszeć. A nuż się mylił?

- To nie żadne przedstawienie. Zaprosiliśmy tu dziś wszystkich, którzy są bliscy nam obojgu. - Zwrócił głowę w stronę Mac i szepnął jej na ucho: "swoją drogą nie mam pojęcia co on tutaj robi...to ty go zaprosiłaś?" Mac spojrzała mu w oczy z lekkim wyrzutem - jak w ogóle mógł tak pomyśleć. Ona była ostatnia osobą na sali, która chciała tu dziś widzieć Vica.

Vic odpowiedział:

- Rozumiem, przyjęcie pożegnalne - ostatni raz widzicie się w tym gronie. Pewnie będziecie za sobą tęsknić.

Obydwoje spojrzeli na siebie.

- Na pewno będziemy tęsknić za JAG. Na szczęście niektóre osoby zabieramy ze sobą – powiedziała Mac.


- A niektórych nie, więc chyba nie będzie aż tak źle – dodał Harm.

- Ale 9 lat to kawał czasu. Zżyliście się ze sobą. Dobrze, że są telefony i samoloty - Vic się nie zrażał, choć coraz mniej rozumiał z całej sytuacji. Ale nie opuszczała go myśl przewodnia - ta, z którą tu jechał: naciesz się nią, dziś jest twój ostatni dzień, Harmonie Rabbie, a mój pierwszy.

- Każde z nas zabiera ze sobą to co ma najcenniejszego, reszta jakoś sama się ułoży. Dopiero gdy powiedziała to na głos, Mac uświadomiła sobie wagę tych słów - w końcu ma to, czego szukała przez tyle lat. Jest w ramionach mężczyzny, którego pokochała od pierwszego spojrzenia, od tego pierwszego uścisku dłoni.


  • Myślę, że przyzwyczaimy się do nowych ról.– Harm mimowolnie uśmiechnął się czule do Mac.
    Vic nie chciał widzieć tej czułości, więc nie zwrócił uwagi na wzrok, jakim Harm patrzył na swoją przyszłą żonę. Lecz w tym momencie Bud zastukał w kieliszek i powiedział:

  • Chciałbym wznieść toast!
    - Jedną chwilkę - mruknął do Buda Vic i podszedł do baru by zamówić krwawą mary.

Ale Bud nie usłyszał i kontynuował:

  • Za tych dwoje, którzy w końcu zrozumieli to, o czy my wiedzieliśmy już od dawna. Zdrowie przyszłych małżonków!
    W tym momencie usłyszeli piosenkę "100 years". Harm zwrócił twarz w kierunku Vica:

- Przepraszam cię, ale chciałbym zatańczyć z moją narzeczoną.

Z wrażenia krwawa mary wypadła Vicowi z dłoni i zaznaczyła się stylową czerwienią na śnieżnobiałym mundurze.


Impreza w barze później potoczyła się gładko. Vic nie odzywał się prawie w ogóle, ewentualnie tylko zdawkowe "tak", "proszę", "dziękuje". Mac przez chwile zrobiło się go żal - chorobliwa ambicja w końcu go zgubiła. Nie chciała póki co jednak myśleć o Vukovicu - później będzie musiała wrócić do tego tematu, może jutro?...
Na razie zaczęła rozmyślać o tym, co się właściwie stało. O tych 9 dziwnych latach i dzisiejszym dniu, który odwrócił jej życie do góry nogami. Wszystko stało się tak nagle, spontanicznie, chyba trochę za szybko. Mac zaczęła mieć wątpliwości. Spojrzała na Harma, który prowadził samochód. Wyglądał niesamowicie, był niesamowity - jej Harm. Nareszcie!! Patrząc na niego na chwilę się uspokoiła, ale tylko na chwilę.
- Sarah? czy coś się stało? - jego głos był ciepły, wyczuła w nim jednak nutkę niepokoju. Sarah... wcześniej tak jej nie nazywał. Spodobało jej się to "Sarah" w jego wykonaniu.

- Nie, nic się nie stało. A właściwie to tak myślę o dzisiejszym dniu, o tym, jak to się wszystko potoczy. To dzieje się tak szybko. I...zawsze chciałam o to zapytać... Dlaczego nigdy wcześniej nie mówiłeś do mnie "Sarah"?. Wolisz Mac?

- Sam nie wiem... pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? < flash back > przedstawiłaś się jako Mac i jakoś samo tak wyszło. Byliśmy przyjaciółmi...nadal jesteśmy! Zapomnijmy już o tym. To przeszłość. Teraz liczy się to, co będzie dalej. Straciliśmy 9 lat. Nie chce żebyśmy stracili niepotrzebnie kolejne 9 kłócąc się ze sobą. - złapał ją za rękę. Ona odwzajemniła ten uścisk.

Samochód zaparkował przed domem Mac. Harm wysiadł, żeby otworzyć jej drzwi.


- Wejdziesz? - zapytała.
Harm spojrzał jej głęboko w oczy. W jego spojrzeniu było tyle czułości. Mac poczuła, jak jej serce drży. Nie myślała teraz o tym, że muszą się przepakować, przebukować bilety, albo odwołać loty, że trzeba załatwić tyle formalności. W tej chwili jej świat kończył się w jego oczach. Patrzyła w nie dłuższą chwilę, próbując wyczytać z nich to wszystko, czego nie umiała dostrzec przez tyle lat.

- Mac, wiesz, że nie musisz pytać. Jeśli tylko Ty tego chcesz...

Przez chwilę zastanawiała się, o czym on mówi. Czuła, że jego bliskość sprawia, iż traci kontakt z rzeczywistością.

- Harm... - mówiąc te słowa spojrzała na niego z przyciemnionymi w półmroku oczyma, w których on widział wszystko: szacunek, oddanie, miłość i coś jeszcze - strach! - Harm boję się... – zauważył, że mimo ciepłego wieczoru jej ciało drży z zimna. Bo to co się działo było jak sen. Mac bała się, że jak tylko się zbudzi znajdzie się w San Diego. Z dala od przyjaciół, z dala od niego. Przytulił ją do siebie, żeby ją uspokoić. Tylko w tych ramionach mogła schować się przed wszystkimi problemami, nie było na ziemi miejsca, gdzie mogłaby czuć się bezpieczniej. Poczuła, jak rozchodzi się w niej fala ciepła. Pocałowała go. Harm wiedział już, że tej nocy nie spędzi samotnie w łóżku. Tej nocy stanie się coś na o czekał od tak dawna.


- Wejdź - powiedziała Mac ze świetlikami w oczach – wiesz, ze chcę. Chwyciła go za rękę i wprowadziła do budynku. Chciała jeszcze coś powiedzieć, ale Harm jednym ruchem porwał ją w ramiona. Kiedy stanęli pod jej drzwiami, Sarah czuła, że zaczęło jej się kręcić w głowie. Oblała ją fala gorąca.
Drżącą dłonią szukała klucza. Wreszcie spojrzała na niego niepewnie:
- Zgubiłam klucz- sama była zdziwiona, bo nigdy dotąd jej się to nie przydarzyło.
Ale tego wieczora wiele rzeczy działo się po raz pierwszy.

- Jak to zgubiłaś klucz?! - spojrzał na nią zaskoczony.


- To chyba musiało stać się w barze, jak wyciągałam chusteczkę, niechcący musiały mi wypaść.
- Zatem musimy wrócić do baru. Może jeszcze gdzieś tam są.
Mac niezbyt spodobała się ta propozycja. Obawiała się, że w barze może być jeszcze Vukovic.

- Może lepiej pojedźmy dziś do ciebie, a jutro zadzwonię po ślusarza - spojrzała na niego słodko i dotknęła czule jego policzka.


Harm w tej chwili mógłby dla niej zrobić wszystko. Nawet jechać na koniec świata, byleby tylko ona była przy nim.
Pojechali do niego. Otworzył drzwi do swojego mieszkania i zaprosił ją, by weszła do środka. Ogarnął pokój wzrokiem. Wszędzie poustawiane były kartony. Na łóżku w wielkim nieładzie leżała koszula i spodnie, które zdjął przebierając się w pośpiechu w galowy mundur.
- Ale tu bałagan - zaśmiała się tuląc się do niego - czy jako twoja przyszła żona mam już zacząć sprzątanie?
Podeszła do łóżka, podniosła jego koszulę i wtuliła w nią twarz. Zobaczyła, że pod koszulą leży bilet Harma. Wzięła go do ręki.
- Chciałabym móc go wyrzucić.
- Tym zajmiemy się jutro - powiedział zbliżając się do niej. Objął ją delikatnie swymi silnymi ramionami. Przytuliła twarz do jego ramienia.
- Kocham cię – szepnęła.

Ich usta się spotkały i połączyły w namiętnym pocałunku. Zdjęła z niego marynarkę. Harm spojrzał jej w oczy i odczytał w nich pragnienie. To było coś, na co tak długo czekali. Zaczął delikatnie całować ją po szyi. Mac podała się tej pieszczocie.


-Sarah... - wymamrotał jej imię, nie odrywając ust od jej szyi. Poczuł się jak nastolatek na pierwszej randce. Tylko ta niesamowita kobieta w oszałamiającej czerwonej sukience nie była spanikowaną i szalona nastolatką. To była Mac...Nie Mac- to była jego Sara, ta o której marzył. Nie Marine, nie partnerka, ale kobieta z jego snów. Nigdy wcześniej nie mógł wytłumaczyć jej dlaczego zawsze mówił do niej Mac. Bo jak powiedzieć swojemu najlepszemu przyjacielowi, że z Sarą spędza całe swoje życie w marzeniach poza rzeczywistością. Że dokładnie wie, jak wyglądała ich pierwsza, 2 3, 10 randka. Ich pierwszy pocałunek, ich pierwsza wspólna noc. Wiedział dokładnie jak ma wyglądać ich ślub, jak przenosi ją przez próg ich nowego domu i jak nazwą swoje pierwsze dziecko. Jak miał wytłumaczyć koleżance z pracy, że nazwanie je po imieniu grozi zerwaniem tamy miedzy marzeniami i rzeczywistością. I, że jeśli to się stanie nie będzie juz umiał żyć i pracować z nią tak ja dawniej. Ileż razy budził się w nocy wtulony w poduszkę, kiedy wydawało mu się , że to Sara. Ileż razy w ciemne burzliwe wieczory rozmawiał z nią w basku świec. Jak wytłumaczyć, że on, pewny siebie i zawsze zdobywający to, co chce pilot, śni na jawie i nie potrafi powiedzieć kilku sensownych słów w towarzystwie miłości jego życia.
Ale teraz, obejmując drżącą i rozpłomienioną Sarę wiedział już, że wreszcie będzie mógł wszystko to powiedzieć. Powoli dotykał jej ciała, odkrywając jego miękkość i ciepło. Przesunął dłonią po jej plecach mocniej przytulając ją do siebie.

Jego usta smakowały jej ciało.

Chciał ją przytulić i znowu pocałować, gdy usłyszał ciche pukanie do drzwi. Harm nie mógł uwierzyć, ze ktoś im przerywa tę chwilę - postanowił to zlekceważyć.
- Harm, chyba powinieneś otworzyć.
Zrezygnowany Rabb skierował się do wejścia. Otworzył drzwi. Na korytarzu stał Vukovic.

- Co ty tu robisz? - Harm był wściekły. Nie dość, że w takim momencie to jeszcze kto! Pojawił się w biurze parę tygodni temu i nie można o nim zapomnieć ani na chwilę, choćby nie wiem, gdzie się było.


- Szukam Sary. Jest może u Ciebie?
- Czego chcesz od niej? - jakoś nie mógł się zdobyć na uprzejmość w obecności tego typa.
- Harm kto to? – dobiegł ich z głębi mieszkania głos Mac.

Sarah pospiesznie chciała się w coś ubrać, więc zarzuciła na siebie koszulę Harma i szybko ją zapięła.

-Mogę? - Vic wlazł do środka słysząc głos Sary. Spojrzał na nią jak wryty - Widzę, że nie marnujecie czasu.

- Vic. Co tu robisz? – Mac była wyraźnie zniesmaczona.


- Sam już nie wiem. Byłem u ciebie w mieszkaniu, ale Cię nie zastałem, więc pomyślałem, że może tu będziesz. I widzę, że się nie myliłem.
- Vic. Nie wiem czy zauważyłeś, ale jesteśmy zajęci - powiedział Harm, któremu coraz mniej podobało to, że Vic wszedł do jego mieszkania nie proszony.

Dopiero teraz dostrzegł, że Vic jest podpity.

Widok Vica w takim stanie wzbudził w Mac najgorsze wspomnienia. Tak, jakby Coster nagle ożył i chciał pozbawić ją Harma, tak jak kiedyś Daltona.
- Przepraszam, że przeszkadzam - uśmiechnął się chytrze i zmierzył wzrokiem Mac.
Harmowi nie podobał się ten wzrok, nigdy nie przepadał za Viciem.
- Najlepiej będzie jak sobie pójdziesz
- Vic, porozmawiamy jutro jak zadzwonisz - Sara obróciła się i poszła w stronę sypialni.
Vic, zrozumiał, że nie zdziała już dzisiaj nic. Harm zamknął za nim drzwi. Miał nadzieję, że już nigdy nie będzie musiał go oglądać. Poszedł do sypialni, Sara leżała w kuszącej pozie.

Harmowi przypomniał się Paragwaj, kiedy zobaczył Mac w wannie. Była taka piękna...

Zatrzymał się w progu i patrzył na nią przez dłuższą chwilę. Wciąż trudno było mu uwierzyć, że to wszytko dzieje się naprawdę. Wtedy nie był pewien uczuć Mac. Teraz wiedział, że go kocha. Podszedł powoli do łóżka. Jego ręka zaczęła gładzić jej skórę. Była gładka w dotyku niczym jedwab.
- Na czym to skończyliśmy? – zapytał przewrotnie.
- Chyba, chciałeś mi coś powiedzieć – Mac odpowiedziała w tym samym tonie.
- Kocham cię, Saro – Jego głos spoważniał, nie było w nim już tej zaczepki. Patrzył jej prosto w oczy, nie unikał spojrzenia tak jak kiedyś, gdy zaczynali mówić o sobie.
Mac westchnęła. Ich twarze przybliżyły się. Tak długo na to czekała. Na te słowa. Pocałowała go. Z początku delikatnie, nieśmiało. Lecz ten pocałunek stawał się coraz bardziej namiętny. Ręce Harma wcześniej tak ostrożne, teraz były coraz śmielsze.

Zaczęły wędrować po całym ciele. Usta szukały drugich ust i odnajdywały je. To była miłość w czystej postaci. Tęsknota 9 lat. W tej chwili próbowali nadgonić to wszystko co stracili. Czas przestał istnieć. Liczyła się tylko ta chwila. Tu i teraz. Nie było jutra, nie było przeszłości. Byli tylko oni i ich miłość, która w końcu znalazła ujście. Ani Harm, ani Mac w tej chwili nie myśleli. Oni odczuwali. Smakowali siebie kawałek po kawałku. Centymetr po centymetrze. Kumulacja dziewięciu lat pragnień miała się za chwilę spełnić...

To był czas poza czasem, kiedy nic i nikt inny poza nimi nie miało znaczenia. Może minuta, może 10, może rok. Trzymając Mac w ramionach uśmiechnął się i spojrzał na jej twarz wyrażającą czystą radość.
Niezniszczalny wewnętrzny zegar Mac przestał działać. Nawet ona nie wiedziała ile czasu upłynęło. Ogarnęło ja to cudowne uczucie skrajnego rozluźnienia, o którym zawsze marzyła, ale nigdy do końca go nie doświadczyła. To był smak miłości, coś, co zdarzało się tylko z mężczyzną, którego kocha się bardziej niż siebie. To nie był zwyczajny seks. Starała się odsunąć od siebie nachodzące ją porównania do wszystkich tych mężczyzn w jej życiu, którzy w jednej sekundzie okazali się pomyłką. O tak teraz to wiedziała. Różnica była ...była nie do opisania. Tak jakby po latach patrzenia na lody przez szybę nagle dostać ich wielki, najlepszy puchar. Choć może to dobre móc to porównać - przemknęło jej przez myśl- żeby móc docenić tą chwile. Ten moment, który już nigdy nie powtórzy się w taki sam sposób. Zawsze będzie cudownie, w to nie wątpiła, ale noc taka jak ta pozostanie w jej pamięci na zawsze.
- O czym tak intensywnie myślisz kochanie? Ile czasu nam jeszcze zostało? – usłyszała ciepły głos Harma.

W tym momencie spojrzała na niego. W jej oczach był blask, jakiego Harm wcześniej nigdy nie widział. Zrozumiał, że teraz w jej myślach jest tylko on, a czas nie gra roli. Zabiegana, zapracowana Mac ustąpiła miejsca spokojnej, kochającej Sarze. Jego Sarze...

Harm złożył na jej ustach kolejny już tego wieczora pocałunek...teraz świat mógłby się skończyć, a on by nawet tego nie zauważył. "Bo to jest właśnie pełnia szczęścia" - uświadomił to sobie w tym momencie, jak Mac oderwała swoje usta od jego, spojrzała mu głęboko w oczy i powiedziała:

- Teraz już wiem, jestem pewna. Odkąd cię poznałam, kochałam tylko ciebie.

Harm czekał na te słowa. To nie było tak, że tylko on nigdy nie potrafił określić własnych uczuć, Mac także miała z tym ogromne problemy. On tez się doczekał na te trzy słowa. Teraz juz nic go nie krępowało, nie miał żadnych wątpliwości, że rano pragnie się obudzić w łóżku koło tej kobiety.
W tym samym czasie, kilkanaście kilometrów od nich wściekły i zawiedziony Vic wracał do domu. Nie mógł w to uwierzyć - pierwszy raz w życiu jakaś kobieta dała mu kosza! Kiedy wjechał na skrzyżowanie nagle zrezygnował z powrotu do domu i skręcił na trasę prowadzącą do baru. Czuł, że musi się napić i zapomnieć o upokorzeniu, jakiego doznał ze strony tej kobiety. Zaparkował przed barem. Ze złością trzasnął drzwiami od auta i wszedł do środka.

- Podwójną whisky – rzucił od niechcenia.


Barmanka zapamiętała tego przystojnego wojskowego. Był tu wieczorem razem z innymi, coś świętowali. Podała mu szklankę, Vic wypił jednym haustem i powiedział:
- To samo jeszcze raz.

- Uuu...co spowodowało u takiego przystojniaka tyle złości? Złość piękności szkodzi!


- Cóż - odezwał się Vic z kwaśną miną - kobieta moich marzeń właśnie się zaręczyła.

- Czyżby to była ta w czerwonej sukience z tym przystojnym.. ohh przepraszam...nie powinnam...


- Nie szkodzi...ona po prostu jeszcze nie poznała moich możliwości. Ale jutro też jest dzień! Jeszcze jedną proszę.
- Chyba ma pan już dość - kelnerka zmierzyła wzrokiem mocno już pijanego Vukovica.
- Nie, jeszcze nie na tyle, by zrobić to, co zamierzam.
Vukivic spojrzał na klucze do mieszkania Mac, które trzymał w ręce i uśmiechnął się chytrze.

"Nie mogę zmarnować takiej szansy" - pomyślał Vic. "Bez Rabba Mac będzie z pewnością mniej oporna i z pewnością przemyśli to, co jestem gotów jej zaoferować".


Vukovic opróżnił szklankę, rzucił pieniądze na stół i chwiejnym krokiem wyszedł z baru. Barmanka, widząc to, wybiegła za nim:
- Wezwę panu taksówkę!
- Obędzie się. Mam samochód.
- W takim stanie nie może pan prowadzić! Mógłby pan zrobić krzywdę i sobie albo komuś innemu!
- Teraz nie myślę o tym. Proszę mnie zostawić w spokoju, klienci czekają. Żegnam!
Z tymi słowami wsiadł do auta i z piskiem opon wyjechał z parkingu.
Barmanka popatrzyła za znikającym za zakrętem autem. Miała złe przeczucia…

Jechał w kierunku apartamentu Mac. Na liczniku było widać 150km/h, ale on nie zwracał na to uwagi. Pędził przed siebie. Przed nim na skrzyżowaniu zapaliło się pomarańczowe światło. Vic docisnął pedał gazu. Był pewien, że zdąży. Wjechał na skrzyżowanie równocześnie z nadjeżdżającą z prawej strony ciężarówką. Gwałtownie odbił kierownicą w lewo, dzięki czemu uniknął zderzenia z kolosem, ale połączenie siły hamowania z nagłym skrętem spowodowało, że samochód Vica zaczął dachować po czym wpadł do rowu. Kierowca ciężarówki zahamował. Cały roztrzęsiony opuścił kabinę, zobaczył leżący w rowie do góry nogami samochód. Wrócił do ciężarówki i przez stację wezwał najpierw pogotowie a potem policję.


Vic wsiadając do samochodu nie zapiął pasów. Obijając się o wnętrze samochodu stracił przytomność. Leżał pijany, połamany i przygnieciony przez wbity dach. Po chwili na miejsce dotarła pomoc. Strażacy jak najszybciej starali się wyciągnąć rannego. Okno było wybite, ale drzwi ani drgnęły. Wycięli drzwi o wiele za późno, poniósł zbyt wiele obrażeń. Gdy trafił do karetki odzyskał na chwilę przytomność. Próbował coś powiedzieć, ale słowa nie chciały przecisną się przez usta:
- Rabb, ty sk***synie...
Po tych słowach jego powieki zamknęły się raz na zawsze...
Robertsowie wrócili do domu. Dzieci już spały w łóżkach. W domu było cicho.
- W końcu po tylu latach są razem - rzekła Hariett.
- Ciekawe jak długo ze sobą wytrzymają
- Bud nawet tak nie mów. Oni są po prostu dla siebie stworzeni.

NASTĘPNY DZIEŃ


mieszkanie Harmona Rabb'a

Mac obudziła się. Przez chwilę nie mogła sobie uświadomić gdzie się znajduje. To było mieszkanie Harma. To było jego łóżko, a on sam spał obok niej. Czyli to jednak nie był sen. Ulżyło jej. Spojrzała na swojego ukochanego. Spokojnie oddychał. Od czasu do czasu coś tam pomrukiwał - "jej Harm".


Mac skierowała wzrok poza krawędź łóżka. Tam piętrzyły się pieczołowicie pozaklejane kartony - dokładnie opisane - Wielka Brytania - LONDYN. Jej skórę przebiegł dreszcz. Bo właśnie przypomniała sobie, że wczorajszy dzień to nie tylko chwile, które spędziła z Harmem w łóżku. To także wszystko to, co było przed tym. Nowe rozkazy, potem przyjęcie w barze i to kretyńskie rzucanie monetą. Ona chciała żeby wypadło San Diego - bała się przyznać, ale nie chciała wyjeżdżać z USA. To wcale nie chodziło o jej stanowisko, tylko o wszystko inne, o poczucie bezpieczeństwa. O wiele lepiej rozumiała teraz Hariett, która nie chciała opuszczać Waszyngtonu. Ona też najchętniej zostałaby w Falls Church. Dobrze, że wypadło San Diego - przynajmniej zmienia tylko stan, a nie kontynent.
Dla niej lepiej, ale co wczoraj czuł Harm, gdy okazało się, że przegrał? To, że ją kocha jest oczywiste, przez ostatnie kilka godzin, przynajmniej parokrotnie to potwierdził słowami i nie tylko...
A jednak Mac miała ogromne wątpliwości. W końcu to chodziło także o jego karierę, przyszłość. Harmon Rabb tak po prostu nie rezygnuje ze swoich ambicji. To nie byłoby w jego stylu. Z reszta co on by robił w tej Kalifornii? Do tego, jakby wyglądało gdyby Mac była jego przełożoną? Jakaś chora sytuacja. Jedyne co jej przyszło do głowy to to, że Harm zrezygnowałby ze służby. Kolejny raz, dla niej... Tego nie chciała na pewno. Nie mogła na to pozwolić. Do tego niepokoiło ją, że Harm rezygnując z armii, mógłby ponownie zacząć pracę dla CIA. Tego by nie zniosła.
Zatopiona w swoich myślach nie zauważyła, że Harm obudził się i teraz to on bacznie się jej przygląda. Dopiero delikatny pocałunek w ramię przywołał Mac do rzeczywistości.
- O czym tak intensywnie myślisz od rana? - Harm przyciągnął ją do siebie i zaczął całować.
- Harm, chciałam z tobą porozmawiać, bardzo poważnie - może zrobię kawę i śniadanie?
Mac wyglądała na potwornie poważna, do tego miała smutna i bladą twarz. Harm nie lubił kiedy tak wyglądała, on także zaczął się denerwować.
- Co się stało kochanie?
- Chciałam porozmawiać o wczorajszym wieczorze, o rzucie monetą, o Londynie i San Diego.

Patrzył na nią z wielkim skupieniem. Znała dobrze ten wzrok, niejednokrotnie czuła, jak jego zatroskane, uważne spojrzenie przewierca się przez nią. Nie mogła uwierzyć, że wcześniej nie dostrzegała w nim tej miłości i czułego zaangażowania.


- Coś jest nie tak?
Spuściła głowę.
- Nie uważasz, że to niedorzeczne? Pozwalamy, żeby rzut monetą decydował o naszej przyszłości! Harm… - uwielbiał, kiedy wymawiała jego imię, tyle wkładała w nie czułości i pieszczoty - Nie chcę żebyś dla mnie rezygnował z kariery. Wczoraj wszystko było takie spontaniczne, nie myśleliśmy… Dziś przemyślałam to co się wydarzyło i uważam że powinieneś jechać do Londynu!
Harma zmroziło, bo wydawało mu się że usłyszał "powinieneś"!
- Sam?
- Harm, co Ty będziesz robił w San Diego? Pomyślałeś o tym na spokojnie?
- Tak, pomyślałem, choć nie do końca mi się to podoba. Wiesz, że do 20 lat i możliwej emerytury zostało mi 7 miesięcy.
- Tak…co chcesz przez to powiedzieć?
- Mac, oboje wiemy, ze nie mogę dzisiaj lecieć z Tobą do San Diego, tak samo, jak ty nie mogłabyś polecicie ze mną do Londynu.
- Tak, wiem…
- Wszystko musi się ułożyć i Creswell musi znaleźć następcę na moje miejsce. To potrwa minimum 3 miesiące.
- Wiem, mam nadzieje, że nie dłużej.
- Właśnie. A potem ja mam prawie pięć miesięcy zaległego urlopu do wykorzystania. Mogę przyjechać do Ciebie do San Diego, a później spokojnie przejść na emeryturę. Znajdę w San Diego pracę, będę z Mattie. Potem zobaczymy.
- A jak będziesz w Londynie to ja przygotuje ślub.
- Nie chce cię martwic, ale moja mama na pewno będzie chciała ci w tym pomóc…

Leżeli obok siebie i patrzyli w sufit. To wszystko działo się tak szybko. Poważne problemy, które miały zadecydować o całym ich dalszym życiu trzeba było rozwiązywać w ciągu kilku sekund. Ich zawód wymagał tego, aby działać szybko i szybko podejmować odpowiednie decyzje. Byli do tego szkoleni. Ale te sprawy nigdy nie dotyczyły ich osobiście. Ta osoba, która leży teraz obok nie jest klientem. Obiektywny obraz przykrywają emocje. Mac pierwsza przerwała ciszę:

- Harm, trzy miesiące osobno - to jak wieczność - pojadę z Tobą, nie chcę żebyśmy się właśnie teraz rozstali - nie możemy!!! Ja wezmę urlop i ....
Po policzkach Mac potoczyły się łzy. Wiedziała, że to będzie trudna rozmowa, ale nie spodziewała się, że aż tak. Jednak to był sen - to wszystko co się stało. Teraz niestety trzeba stawić czoła chorej rzeczywistości. Harm usiadł obok i przytulił Sarę, nie chciał żeby przez niego płakała, nigdy!!!
- Saro, wszystko będzie dobrze - wszystko się ułoży! Nic nas nie rozdzieli, za bardzo cię kocham, żebym pozwolił ci odejść! - uśmiechnął się do niej. Mac też trochę ochłonęła, chociaż najchętniej schowałaby się gdzieś z Harmem, z dala od wszystkich przeszkód.
- Harm musisz mi cos obiecać!
- Powiedz tylko co?
- Musisz mi obiecać…

W tym momencie zadzwonił telefon. Harm poszedł odebrać. Długo stał ze słuchawką w ręku nie odzywał się. W końcu powiedział:


- Dobrze przekażę jej.
- Co masz mi przekazać?
- Lepiej będzie, jak usiądziesz. - Harm wziął dłonie Sary w swoje ręce. - Dzwonili z biura.
Sarę nagle ogarnęło złe przeczucie. Czuła, że to, co za chwile usłyszy nie będzie dobrą wiadomością.
- Vic miał wypadek. - Sara poczuła jak robi się jej słabo - Wczoraj wieczorem, gdy wyszedł stąd, wrócił do baru. Wypił zbyt dużo i potem zamiast taksówką, pojechał samochodem. Chciał uniknąć zderzenia z ciężarówką, ale wpadł w poślizg i dachował. Zmarł w drodze do szpitala.
Sara czuła jak pod powiekami zbierają jej się łzy. Harm przytulił ją mocniej. To wszystko ją przerastało. Zbyt wiele do udźwignięcia dla jednej osoby.

Pozwolił jej się wypłakać. Sara powoli zaczęła się uspokajać.


- Wczoraj jak tu był nie sądziłam, że...
- Wiem, ale tego nikt nie mógł przewidzieć - Harm otarł łzy z jej twarzy.
- Odwiozę cię do domu. Może powinnaś przełożyć lot?
Sara zerknęła na zegarek Harma. Tak, teraz musiała patrzeć na zegarek. Od wczoraj cały jej świat wywrócił się do góry nogami. Uświadomiła sobie, że nie wie, która jest godzina. Musi być naprawdę zagubiona, nigdy dotąd jej się to nie zdarzyło. Do odlotu samolotu pozostało tylko kilka godzin, a ona nie ma kluczy do mieszkania. Popatrzyła na Harma. On także powinien zacząć szykować się do wyjazdu. Nie może przecież tak nagle porzucić stanowiska. Musi tam pojechać przynajmniej do czasu gdy nie znajdą na jego miejsce zastępstwa. Spojrzała mu w oczy.
- Co z Nami będzie? - spytała z nadzieją w oczach.

- Wszystko będzie dobrze. Nie pozwolę, aby ktoś mi ciebie odebrał - taką odpowiedź chciała usłyszeć - lepiej już chodźmy, jeśli nie chcesz spóźnić się na samolot.


Jadąc samochodem Mac zadzwoniła po ślusarza. Musiała jeszcze tyle rzeczy ustalić przed odlotem. Wykonać kilka telefonów i pożegnać się z Harmem. Nie chciała tego robić. Odkładała tą chwilę jak najdłużej, ale wiedziała, że Harm nie może odprowadzić jej na lotnisko. Dopiero co go zdobyła, a już musiała się z nim rozstać. Nie wiedziała na jak długo. Teraz wszystko było takie niepewne. W milczeniu odbyli całą drogę. Każde z nich pogrążone we własnych myślach, choć obydwoje myśleli o tym samym.

Ślusarzowi zajęło tylko chwilę by dostać się do mieszkania Mac. Gdy weszli do środka w jej mieszkaniu tak jak u Harma na podłodze pełno było kartonów gotowych do zabrania. Zdała sobie sprawę, że w tej chwili coś w jej życiu się kończy, ale też coś nowego się zaczyna. Harm podszedł do niej i ujął jej dłoń.


- Żałuje, że nie mam pierścionka. Gdybym ci go dał wszyscy w San Diego wiedzieliby, że należysz do mnie. - uśmiechnęła się do niego - Ale nie mogę cię tak puścić bez niczego. Chce żebyś pamiętała o mnie, chcę żeby inni wiedzieli, że kogoś masz. - Harm zdjął swój sygnet i włożył go na palec Sary.
- Jest może trochę za duży ale...
- Nie Harm. Jest idealny - pocałowała go - Kocham cię, Harm.

- Muszę już iść.

W oczach Mac znowu pojawiły się łzy.
- Wiem. - westchnęła - Dzwoń codziennie. Nawet w środku nocy.
- Będę.
Stali tak objęci, bo żadne z nich nie chciało wykonać kroku w stronę drzwi.
- Obiecaj mi, że w Londynie nie zakochasz się w żadnej kobiecie.
- Obiecuje ci że będę kochał tylko Ciebie. Zawsze kochałem tylko ciebie.
Pocałował ją na do widzenia i wyszedł. Nie chciał stąd odchodzić, ale wiedział, że gdyby ta sytuacja zaczęła się przeciągać prawdopodobnie nie wyszedłby wcale z jej mieszkania.
Lotnisko międzynarodowe Dulles, Waszyngton
"Czy ja mam w ogóle jej zdjęcie?" - pomyślał Harm siedząc w poczekalni na lotnisku - "oczywiście z wyłączeniem tych z uroczystości galowych..."
- Panie Kapitanie! - Harm, wyrwany z zamyślenia obejrzał się i ujrzał Buda, który szedł w jego stronę.
- Bud! Co ty tu robisz? Przecież żegnaliśmy się wczoraj?
- Harriet pomyślała, że przyda się to panu - powiedział i wręczył mu białą kopertę
- Co to jest?
- Proszę sprawdzić!
Harm otworzył i ujrzał zdjęcia zrobione przez Buda w ten ostatni wieczór w barze: on i Mac objęci, szczęśliwi… Na kolejnym cała czwórka, na tym Mac i Harriet...ale najwięcej było zdjęć jego i Mac...takich...szczęśliwych...Harm uśmiechnął się do Buda i serdecznie go uściskał:
- Lepszej niespodzianki nie mogłeś mi zrobić!
W tym momencie zapowiedziano odprawę pasażerów udających się do Londynu. Bud i Harm jeszcze raz uścisnęli sobie dłonie i obiecali szybki kontakt.
Bud poczekał, aż Harm zniknie za bramką i wyszedł z lotniska.
Harm tymczasem wygodnie usadowił się w samolocie. Nagle poczuł, że coś ciężkiego spada mu na stopę.
- Bardzo przepraszam, nie chciałam - usłyszał znajomy głos i z zaciekawieniem obejrzał się.
- Katherine Gale! - Harm nie wierzył własnym oczom!
- Pan Kapitan? To znaczy, Harm?? Ale spotkanie!

- Co ty tutaj robisz? zapytał Harm, mocno zdziwiony.


- Ja też mogłabym zapytać cię o to samo!! Chwilowo będę pracować w Europie, trochę w Londynie, trochę w Paryżu. Ale niespodzianka! Mam nadzieję, że to nie będzie nasze jedyne spotkanie.
Harm nie wiedział co myśleć o tym dziwnym zbiegu okoliczności. Akurat teraz! Życie lubi płatać przeróżne niespodzianki. Jeszcze dwa dni temu był sam, a teraz ma narzeczoną, i to jaką!! Na sama myśl uśmiechnął się czule i pogładził klapę marynarki, w której spoczywało zdjęcie jego i Mac.
- Kate, skoro już się widzimy, powiedz mi co słychać u mojego starego "przyjaciela" Webba? - nie mógł sobie odpuścić tego, by nie wiedzieć co u Claya, poza tym miał zamiar poinformować go o nowościach w życiu jego i Mac.
- U Webba? A wiesz, ciągle gdzieś lata, teraz akurat siedzi w San Diego.
- SAN DIEGO?? – Harmowi zrobiło się gorąco!

O nie, tego było już za wiele. Harm chciał natychmiast wysiąść, ale samolot zaczął juz ruszać. San Diego to duże miasto. Mogą się nigdy nie spotkać z Mac.


- Wiesz może nad czym pracuje Webb?
- Przykro mi, ale się nie orientuję.
Harm był zły na siebie, że nie uparł się aby zostać z Mac i razem z nią pojechać do San Diego. Ale zdawał sobie też sprawę, że nie mógł tak nagle zrezygnować z Londynu. "Uspokój się, Rabb" - ganił w myślach sam siebie. „Przecież Mac nie jest dzieckiem, umie zadbać o siebie, a Webb to zwykły dupek. Może nawet mieszkać drzwi w drzwi z Mac, a i tak nic się nie stanie. No bez przesady, nie drzwi w drzwi, ale tą sama dzielnicę przeżyje. Webb i tak jest skończony w jej oczach!!” Jednak niepewność pozostała, a Londyn wydawał się być oddalony nie 6000 mil a przynajmniej 6000 galaktyk. Uświadomił sobie, że to, co tak naprawdę go gnębi, to nie lęk przed tym, że straci Mac, ale że spotkanie z Webbem odnowi w niej dawne rany, wywoła łzy, ból. A jego wtedy nie będzie przy niej. Serce ścisnęło mu się w piersi.
-A co u Ciebie? - Gail wyrwała go z zadumy - czyżby kolejna sprawa wymagała podróży aż do Europy? A może znów kogoś szukasz? - uśmiechnęła się porozumiewawczo.

To pytanie sprowadziło Harma na ziemię.


- Moją zgubę już znalazłem. - powiedział z nieukrywana duma w głosie - Nawet się zaręczyłem. I jeśli wszystko pójdzie dobrze, to po moim powrocie z Londynu weźmiemy ślub.
- Harmon Rabb usidlony - kto by pomyślał… A szczęśliwą przyszłą panią Rabb będzie...
- Sara MacKenzie, pułkownik Sara MacKenzie.
Chociaż w głębi serca wiedziała jaka będzie odpowiedź, Kate wyglądała jakby dostała obuchem w głowę.

- A co tam u twojej mamy słychać? – ponieważ Kate zamilkła Harm starał się podtrzymać rozmowę.


- Jest zdrowa. Ostatnio wypytuje dużo o ciebie.
- Pozdrów ją ode mnie.

Ale Kate już ochłonęła i wróciła do tematu:


- Jak... jak to się stało?? to znaczy... moje gratulacje! ojej... - była zupełnie zaplątana - zaskoczyłeś mnie. Twoje śluby zawsze są takie... niespodziewane!

Wyglądała jak kłębek nerwów, który zaraz spadnie z fotela i potoczy się między siedzeniami. Dobrze, że zapięła pasy.


San Diego
Tymczasem Mac wchodziła do swojego nowego mieszkania. Było mniejsze od poprzedniego. Cóż, będzie musiała znaleźć coś większego, jeśli maja zamieszkać razem z Harmem. Może rozejrzy się za domem. Na początek musi jej wystarczyć to, co ma teraz. Spojrzała na pierścionek, który zawiesiła na łańcuszku, żeby go nie zgubić. Minęło zaledwie kilka godzin a ona już za nim tęskniła.

Usiadła na łóżku. Powróciły wspomnienia wczorajszej nocy. Zadrżała wspominając ciepło i miękkość jego ciała. Chwile, które spędzili razem przypominały jej pierwszy taniec z Harmem. To było na jakimś bankiecie. Oboje byli wtedy spięci i niepewni, choć znali kroki (och, czy to był walc??). Nie znali siebie i denerwowali się, patrząc sobie w oczy i ucząc się siebie nawzajem. Uśmiechnęła się do swoich wspomnień.

Przez chwilę zastanawiała się co teraz Harm może robić, zaczynała się znowu rozklejać. "Weź się w garść, marine!!! Nie możesz cały czas o nim myśleć - musisz zacząć działać”. Z takim nastawieniem rzeczywiście zebrała się do pracy. Na szczęście nie byłą sama, miała tu paru znajomych. Poza tym z Waszyngtonu lada dzień przyjedzie ekipa - nie będzie źle. Trzy miesiące to rzeczywiście nie wieczność.
Biuro JAG

Mac szła schodami do swojego nowego biura. Sama nie wiedziała czego się spodziewać. Ta niepewność bardzo ja cieszyła. Nowe stanowisko, nowe wyzwanie - to lubiła najbardziej! Zastanawiała się, co spotka ją na początku.
- Pani pułkownik! Witam serdecznie.

Uśmiechnęła się na widok Gunny'ego, który akurat bawił przez kilka dni w San Diego.


-Spocznij. Co ty tutaj robisz? - zapytała zdziwiona.
- O to samo mógłbym zapytać Panią.
- Od dzisiaj zaczynam tu pracę - nie bez dumy odpowiedziała Mac i lekko się uśmiechnęła – Gunny, ostatni raz widzieliśmy się chyba w... Paragwaju!
- W Paragwaju. My zawsze spotykamy się w dziwnych okolicznościach - stwierdził Gunny konspiracyjnie.
- Co masz na myśli?
- Teraz też pomagam panu Webbowi, jeśli wie pani co mam na myśli.
Mac zadrżała. Miała wrażenie, że się przesłyszała, przecież to niemożliwe!

- Clay jest w San Diego?


- Tak Saro JESTEM - usłyszała zza pleców. Odwróciła się. Przed nią stał we własnej osobie Clayton Webb.
Sara poczuła, że robi jej się słabo. W jednej chwili powróciły dawne wspomnienia: ból, rozpacz, przerażenie, Paragwaj i to, co działo się po nim.
Jednak nie dała po sobie nic poznać (w końcu jest Marine).
Starała się by jej spojrzenie było jak najbardziej chłodne i obojętne.
- Więc żyjesz? – zapytała sarkastycznie.

- Mam to szczęście...


- Znowu jakaś tajna misja? Mam nadzieję, że twoja obecna partnerka nie sądzi, iż jesteś teraz, no nie wiem, np. w Londynie? - Mac nie potrafiła powstrzymać się od złośliwości.
- Obecnie moją partnerką - ale tylko w sprawach służbowych - jest Kate Gale... pamiętasz ją? W sumie trafiłaś w dziesiątkę. Właśnie dziś poleciała z Waszyngtonu do Londynu. Osobiście ją tam wysłałem.
- Dziś? Do Londynu? - Mac w jednej chwili poczuła, że ziemia usuwa jej się spod nóg.

- Coś nie tak? - zapytał Webb przyglądając się jej uważnie. - Jeśli uważasz, że jestem Ci winien jakieś wyjaśnienia, to jestem tu wystarczająco długo, by znaleźć dla ciebie czas.

- Nawet o tym nie myśl! Dla mnie sprawa jest zamknięta. Nie chcę do tego wracać. Poza tym mam tu sporo pracy. Najlepiej będzie jak zacznę od zaraz. Panowie wybaczą. - Mac chciała uniknąć dalszej rozmowy, więc skłoniła przepraszająco głową i ruszyła dumnie przed siebie, próbując opanować emocje. Zrobiła zaledwie parę kroków, gdy usłyszała zza pleców złośliwy głos Webba:
- A co u Harma?!

Wzięła głęboki oddech.


-Wszystko dobrze. - odwróciła się w stronę Webba - Teraz pracuje w Europie i wyglądał na bardzo zadowolonego, kiedy żegnał mnie przed wyjazdem na lotnisko. A swoja drogą, jeśli chcesz zaproszenie na ślub to musisz podać mi jakiś stały adres – dodała złośliwie.

- Hehe! Harmon Rabb się żeni?! Kto by pomyślał! Która go zechciała?!? - Webb wyglądał na rozbawionego.


- Tak się właśnie składa, że to ja jestem jego wybranką - powiedziała Mac z duma i wielkim uśmiechem na twarzy.

Webb zmrużył oczy.


- No tak, to było do przewidzenia. Mam nadzieję, że nie będziesz żałować. Zawsze na niego leciałaś. Ale coś nie widzę pierścionka na twojej ręce.
Mac z wściekłością wyjęła łańcuszek zza koszuli i pokazała sygnet Harma.
- Może to nie jest pierścionek z brylantem, ale przynajmniej nie ma na nim śladów krwi.

Webb słysząc to speszył się i chciał coś powiedzieć, ale Mac, rzucając mu spojrzenie pełne pogardy, wyminęła go i poszła do biura.

Mac była mocno poruszona. Skąd Webb wziął się w San Diego? Przez chwilę myślała, że musiał to ukartować. Tylko po co? Od ich ostatniego spotkania minęło już tyle czasu. Nie odzywał się, nawet nie dzwonił. W sumie nie chciała go już znać po tym co jej zrobił, ale przecież związek z Webbem to nie były tylko złe chwile...


Londyn
Gdy samolot wylądował w Londynie było już po północy. Harm chciał czym prędzej zadzwonić do Mac. Upewnić się, że wszystko jest w porządku, i przede wszystkim że do tej pory jeszcze nie spotkała się z Webbem.
- Tylko dwie torby bagażu? - spytała Kate, która nadal szła obok niego.
- Widzisz, nie zamierzam tu zostać dłużej niż trzy miesiące.

- Ja w zasadzie też nie zabawię tutaj długo. Ale dobrze wiedzieć, że mam tutaj kogoś...ekhmm...znajomego...

- Sama w obcym kraju - uśmiechnął się do niej - Szczerze mówiąc też nie mam tu zbyt wielu znajomych. Możemy się kiedyś umówić na lunch. - To jest mój numer telefonu. Jakoś się zdzwonimy – wręczył jej wizytówkę.
Pożegnali się przed lotniskiem. Kate, była z początku zła na Webba, że wysłał ją do Londynu, teraz jednak ta perspektywa nie wydawała się taka zła. Zwłaszcza gdy ktoś taki jak Harm jest w tym samym mieście.
Harm wypakował swoje rzeczy w przyznanej mu kwaterze. Przez tą zmianę czasu nie chciało mu się spać. Wyciągnął komórkę i zadzwonił do Mac. Jeden sygnał, drugi, trzeci...czemu nie odbiera?
San Diego
Mac stała w holu i rozmawiała z Gunnym, gdy zadzwonił telefon.
- Przepraszam cię na chwile. - wyjęła słuchawkę. To był Harm.

Już chciał się rozłączyć, kiedy usłyszał aksamitny głos Sary:

- Cześć Harm. Już w Londynie?

- Mhm, właśnie wszedłem do mojego nowego mieszkania. Tak chciałbym mieć Cię przy sobie...

Westchnęła. Tak dobrze było znowu słyszeć jego głos.
- W tej chwili o niczym innym nie marzę.

Mac zobaczyła Webba, który szedł w jej kierunku.

- Mac...(Harm westchnął przeciągle)...A ty gdzie teraz jesteś? Zapewne już w biurze? - uśmiechnął się pod nosem - jego Sara - zawsze gotowa do działania.

- Właściwie to już kończę.


- Mac! Zaczekaj! - krzyknął za oddalająca się Sarą Webb - Widzę, że już skończyłaś pracę. Możemy wrócić razem, będziemy mogli porozmawiać.
Mac miała nadzieje, że nie usłyszał tego Harm.

- Kochanie? - zapytał Harm niespokojnie - Kto to był? Hej, przeszkadzam Ci w czymś?? - Nagle poczuł, że jest tak bardzo daleko od niej. Męski głos proponujący Sarze wspólny lunch nie wzbudził w nim zazdrości, tylko smutek i tęsknotę. Niepokoił się, choć sam jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Martwił się, że nie jest przy niej, nie czuwa nad jej bezpieczeństwem, nie może zajrzeć jej w oczy.

- Nikt ważny - sama nie wiedział dlaczego kłamie. Po prostu na razie nie chciała, aby dowiedział się, że spotkała tu Webba. Sama da sobie z nim rade.

- Wiesz że Webb jest w San Diego? – wypalił Harm. Sam nie wiedział, czemu tak nagle, przecież chciał ją na to jakoś przygotować.

- Saro więc jak, idziemy? - Webb czekał na jej odpowiedź. Mac spojrzała na niego tak, jakby chciała go zabić wzrokiem. Webb zrozumiał, że raczej nie ma co liczyć na miłą pogawędkę.
- Harm, musze ci cos powiedzieć. Widzisz, właśnie go spotkałam.

-Webba? - Harm liczył, ze jednak nie jego, nie teraz. On w Londynie, a ta szpiegowska gnida kręciła się koło jego ukochanej.

Serce mu zamarło. Sam kiedyś powiedział, że tam, gdzie pojawia się Webb, pojawiają się też kłopoty. Nagle ogarnął go paniczny, choć niemal bezpodstawny strach przed utratą ukochanej.

- Niestety jego, to on zaprosił mnie na lunch…


-Co?? - krzyknął zdumiony - Czy on cię szpieguje??

- Mam nadzieje, że nie. To po prostu dziwny przypadek. Nie martw się nie pracujemy razem. Gunny też tu jest. - próbowała zmienić temat. Przeczuwała, że jeśli rozmowa na temat Webba zacznie się przeciągać to może dojść między nimi do kłótni.

-Saro - jego głos był czuły i niespokojny - Pójdziesz z nim na lunch??

- Nie!!! Nigdy!!! - chyba zareagowała zbyt gwałtownie - Wiesz, że mam tu jeszcze tyle do roboty. Musze się urządzić w nowym domu i zadzwonić do Chloe.


Mac próbowała odwrócić uwagę Harma. Chciała go uspokoić. Pokazać, że to przypadkowe spotkanie z Webem nie ma znaczenia.

Ale z drugiej strony to przecież Clay. Mac była bardzo ciekawa co u niego słychać. A lunch to tylko lunch, nie miała zamiaru iść z nim do łóżka!!


- Mac? - jesteś tam jeszcze? - zapytał Harm.
- Jestem, jestem, przepraszam.
- Idź z nim na ten lunch, w końcu to tylko posiłek - Harm wycedził te słowa prawie przez zęby. Ale nie chciał jej ograniczać, nie chciał wyjść na zaborczego i zazdrosnego. Sara jest już dużą dziewczynką.
-Chciałabym być teraz przy tobie... - szepnęła.

- Będę już kończył. Muszę się trochę przespać. - spojrzał na zegarek. Dochodziła 2 w nocy.

Serce ścisnęło jej się na myśl o tym, że dzieli ich tyle tysięcy mil, że on jest tam sam i będzie musiał zasnąć w pustym łóżku, w obcym mieście.
- Saro, jeszcze jedno. Rzeczy z mojego byłego domu kazałem wysłać, na twój nowy adres. Chyba nie masz nic przeciwko temu?

- Oczywiście, że nie - ucieszyła się, że zmienił temat. - Kocham cię, Harm - powiedziała Mac na tyle głośno, by Webb usłyszał to wyraźnie.


- Ja ciebie też!
Harm odłożył słuchawkę i poczuł ogromną pustkę. Brak Mac, Londyn wszystko to zaczynało go przerastać. Do tego jeszcze ten Webb!!!
Mac natomiast kołatała się po głowie jedna myśl: czy spotkał Katherine Gale? „Ale chyba by mi powiedział” - zganiła samą siebie i postanowiła nie myśleć o tym. Ale jak tu nie myśleć o problemach, skoro bezpośredni związek z nimi nazywa się Webb i właśnie ją woła:
- Sara! - podszedł do niej szybkim krokiem - co z naszym lunchem? Nie bój się, nie zjem Cię. Chciałem tylko porozmawiać...

- Właściwie już zgłodniałam...Gunny? Dołączysz się do nas? Idziemy na lunch z panem Webbem.


- Z miłą chęcią, pani pułkownik. Tak dawno się nie widzieliśmy, powspominamy trochę.
Webbowi zrzedła mina. Był zły na Sarę o to zaproszenie Gunnego, ale cóż, robić dobrą minę do złej gry to część jego pracy. Uśmiechnął się do niego i wszyscy wyszli z budynku do pobliskiej restauracji.
Dzięki obecności Gunnego Mac poczuła się swobodniej, bezpieczniej. Pośmiali się trochę, Gunny opowiadał po trosze, co działo się z nim od Paragwaju. Webb siedział cicho i nic się nie odzywał. Czekał, aż Gunny w końcu pójdzie. Chciał zaprosić ją na kolację, musiał z nią porozmawiać...wtedy, w domku nad morzem, kiedy tajemnica wyszła na jaw, nie wyjaśnili sobie wszystkiego. Teraz miał okazję wszystko naprawić. Ale to Mac wstała pierwsza od stolika mówiąc, że dziś jest jej pierwszy dzień i ma dużo zajęć w nowym biurze. Webb zerwał się i powiedział:
- Odprowadzę cię.
- Dziękuję, obędzie się. Do biura mam kilka kroków.
- Pozwól sobie towarzyszyć, Saro!
- Razem odprowadzimy panią pułkownik, muszę jeszcze obmówić parę ważnych spraw z panem, panie Webb – Gunny znowu wybawi Mac z opresji.
Rozstali się pod budynkiem biura, Mac chłodno, aczkolwiek uprzejmie pożegnała Webba, uściskała Gunnego i wbiegła po schodach. Kiedy zajęła się pracą, zapomniała o całym świecie, dopiero pod wieczór ogarnęła wszystko i zmęczona, ale szczęśliwa, myśląc o tym, co porabia teraz Harm, pojechała do swego nowego mieszkania.

W nowym domu Mac panował totalny chaos, a na dodatek jutro miały przyjść rzeczy Harma, co sprawi, że będzie tu jeszcze gorszy bałagan. Po całym dniu pracy i jeszcze tym spotkaniu z Webbem nie miała już na nic siły. Udało jej się jakoś znaleźć koszulę nocną. Jedyne o czym teraz marzyła to wygodne łóżko. Wślizgnęła się pod kołdrę. Zanim spłynęły na nią marzenia senne, jej myśli po raz kolejny powędrowały do mieszkania Harma, gdzie spędziła ostatnią noc w jego ciepłych ramionach.




Londyn
Harm położył się i próbował zasnąć. Bezskutecznie. Zaczynał martwic się o Sarę. Nie chodziło o to, że mogłoby wrócić coś z Webbem. Raczej o to, że nie brzmiała przez telefon jak jego szczęśliwa Sara. Była przygaszona i zmartwiona. Jakaś smutna. I wtedy przyszedł mu do głowy pewien pomysł. Już wiedział, co zrobić gdy tylko wstanie. A że chciał to zrobić jak najszybciej przekonał sam siebie, że im szybciej zaśnie tym szybciej nadejdzie ranek.

Nad Londynem zaczęło świtać. Tego ranka wyjątkowo nie było mgły.

Harm obudził się w niezłym humorze. Taksówkarz pomógł mu rozwiązać problem nieznajomości topografii Londynu i tylko lekko spóźniony dotarł do biura. Ale za to kurier do Mac został wysłany i teraz pozostało odczekać tylko ośmiogodzinną różnicę czasu aby usłyszeć jej głos, kiedy zobaczy niespodziankę.
Fallus Chuch, BIURO JAG

Bud zapatrzył SIĘ na puste biuro Harma i Mac.


- Mi też będzie ich brakowało - powiedział Sturgis.
- Tak, będzie tu bez nich pusto...
- Generał wzywa pana do siebie – to była Coates, której słowa były skierowane do Buda.
- Jennefer, ty jeszcze tutaj? Myślałem, że miałaś jechać z panią pułkownik do San Diego?
- Jadę jutro. Dziś wpadłam tu tylko, żeby zabrać swoje rzeczy, i pożegnać się ze wszystkimi.
- Zatem trzymaj się i pozdrów panią pułkownik od nas!
- Na pewno jej przekażę.
Sturgis spojrzał na biuro. Wszystko wydawało się być takie samo, a jednak było trochę inaczej. Tak jakby coś odeszło bezpowrotnie.
W tym momencie do biura wszedł AJ, który właśnie wrócił z Włoch, gdzie złożył dłuższą wizytę córce.
- Co macie takie miny? - spytał Sturgisa i Buda - Coś się stało?
- Pan jeszcze o niczym nie wie? - spytał Bud zdziwiony - Chyba lepiej będzie jak pan usiądzie.
- Bud co się dzieje?
- Harm i Mac zostali przeniesieni.
- To jeszcze nic strasznego.
- Tylko, że Harm został przeniesiony do Londynu…
- A Mac do San Diego - dokończył Sturgis
- Rozumiem, że generał nie mógł już z nimi wytrzymać, więc rozdzielił ich dość sporą odległością? – AJ nie mógł ukryć rozbawienia.
- Tak tylko, że to wywołało odwrotny skutek – Bud nadal był śmiertelnie poważny.
- I jak się domyślam, Harm znowu wpadł na jakiś szalony pomysł?
- Powiedzmy. Zrezygnował z nowego stanowiska. – powiedział Sturgis takim tonem, jakby miała to być najbardziej naturalna rzecz na świecie.
- I poprosił Mac o rękę. A ona się zgodziła. Postanowili, że razem przeniosą się do San Diego. – dokończył Bud jednym tchem.
AJ spoglądał to na Buda to na Sturgisa. Nie był pewny czy to, co przed chwilą usłyszał jest prawdą, ale żaden z nich nie wyglądał tak, jakby mieli żartować.
- Przez 9 lat chodzili wokół siebie. Przez tyle lat traciłem na nich nerwy. A wystarczyło tylko wysłać jedno z nich na inny kontynent, by w końcu ich połączyć raz na zawsze. Genialne! Generał jest genialny! Że też sam na to nie wpadłem!
Sturgis i Bud spojrzeli na siebie. Nie takiej reakcji się spodziewali.
- Generał jest u siebie? Musze z nim pomówić - AJ wstał i udał się do biura generała.



  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   12


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna