Dionizos I orfeusz



Pobieranie 158.69 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar158.69 Kb.
DIONIZOS I ORFEUSZ

Prowadzi nas najpierw do Teb w Beocji. U Frygów Zemelo,

czyli Semele, była boginią Ziemi. W greckiej zaś mitologii jest

kobietą śmiertelną, jedną z córek protoplasty Tebańczyków, Kad

mosa. Jej piękność zachwyciła Zeusa, co nie uszło uwagi Hery.

Postanowiła zgotować jej zgubę, i to z jej własnym udziałem.

W postaci staruszki przyszła do Semele. Czy wyraziła podziw dla

wielkiego dostojeństwa jej miłośnika? A może raczej zasiała w jej

sercu wątpliwość, czy miłośnik jest zaiste władcą olimpijskim, jak

jej już powiedział? Różnie mit o tym opowiada, dość, że namówiła

ją, by poprosiła miłośnika o pojawienie się przed nią w całej

swojej wspaniałości. Semele, mniemając, że jest w tym wielce

przebiegła, przy najbliższym nawiedzeniu jej wymogła z góry

obietnicę, że spełni on jedno jej życzenie. Ten przysiągł na Styks,

takiej zaś przysięgi, jak wiemy, żaden bóg nie może złamać. I oto

Semele wypowiada swoje szaleńcze życzenie! Zasmucił się Zeus,

ale cóż – przysiągł!

We wspaniałości i grozie Zeusowej epifanii Semele musiała

zginąć. Nie sprostała blaskowi, a zwłaszcza bijącym, jak grad,

piorunom. Padła porażona, spłonęła. Dopiero później jej syn, już

w mocy swojej chwały, wywiedzie ją ze świata podziemnego

i Semele stanie się boginią. To będzie kiedyś.

Teraz Zeus postanowił uratować swoje dziecię. Było ono, według części tradycji, już wtedy ubóstwione przez zetknięcie się z boskim ogniem bijących w Semele piorunów. Olimpijski władca wydobył dziecię z popiołów spalonej matki i wcisnął je w swoje udo, aby tam doczekało czasu narodzenia. Było bowiem dopiero w szóstym miesiącu życia. Gdy nastała właściwa pora, dziecię wynurzyło się na świat, doskonale ukształtowane. Był to mały Dionizos, bóg „dwa razy urodzony”. Trzeba było jeszcze go ukryć przed nie nasyconym bynajmniej gniewem Hery.

Tradycja mityczna rozmaicie to ukrywanie przedstawia. Według Herodota (2, 146, 2), który w ogóle najwcześniej o sposobie przyjścia tego boga na świat powiadamia nas, Dionizosa sam Zeus zaraz po urodzeniu, zaszytego w swoje udo, „zaniósł do Nysy, która leży powyżej Egiptu w Etiopii”; w Afryce więc umieszcza historyk ową różnie lokalizowaną miejscowość. Jak opowiada jeden z trzech hymnów homeryckich Do Dionizosa, dwudziesty szósty w zbiorze (w. 1-13), wypiastowały maleńkiego w jarach Nysy, chyba nie afrykańskiej, nimfy.


Bluszczem uwieńczonego, głośno wołającego

Dionizosa opiewam. syna Zeusa i Semele

Wspaniałego. Jego z rąk władczego ojca

Nimfy pięknowłose przyjęły i piastowały

Czule w jarach Nysy. Z woli rodzica wzrastał

W wonnych pieczarach, zaliczony do nieśmiertelnych.

Kiedy zaś boginie wychowały go troskliwie, tylekroć

Opiewanego, zaczął przemierzać leśne ostępy

Gęsto spowity bluszczem i wawrzynem. A nimfy

Szły wszędzie, gdzie je wiódł. Las bezmierny trząsł się w ich

krzyku.

Witaj, Dionizosie, o ty z bujnymi gronami!



Pozwól nam się radować jeszcze raz w tej porze,

A od tej pory znowu przez długie jeszcze lata!


Nieraz słyszymy, iż z polecenia Zeusa zaniósł dziecię (w posta

ci koziołka, jak notuje Apollodoros, 3, 4, 3) do nimf Hermes. Albo

może powierzył ledwie urodzonego na wychowanie królowi Ata

masowi i jego drugiej żonie, Ino, nakazując ubierać go w szaty

dziewczęce, aby zmylić Herę. O tych przybranych opiekunach

boga trzeba tu szerzej opowiedzieć. Atamas to syn Ajolosa jako

praojca plemion eolskich, król beockiego miasta Orchomenos.

Pierwszą jego żoną była bogini Nefele, „Chmura”. Następnie

poślubił Ino, córkę tebańskiego Kadmosa, siostrę Dionizosowej

matki, Semele. Hyginus w swojej relacji pomija Nefele, wymienia

zaś (Fabularum liber 239) jeszcze inną żonę, Temisto. Według

przeważającej wersji Nefele urodziła Atamasowi Friksosa i Helle,

Ino zaś Learehosa i Melikertesa.

Podniecana zazdrością wobec bogini, Ino prześladowała dzieci Nefele i pragnęła zgotować im zagładę. Ponoć wyprażyła zbożowe ziarna, czym sprawiła, że nie zakiełkowały, a gdy zaniepokojony tym cudem Atamas wyprawił posłańców do Delf, wracających namówiła Ino, by powiedzieli królowi, że Apollo żąda złożenia w ofierze czy to samego Friksosa, czy oboje dzieci Nefele. Bogini jednak czuwała. Ukazała się we śnie synowi i kazała obojgu uciekać. Nawet zesłała im w tym celu barana o złotym runie. Baran, ledwie go dosiadły, poniósł dzieci na wschód. Właśnie gdy lecieli nad morską cieśniną oddzielającą Europę od Azji, Helle spadła do morza, które odtąd zwane jest na tym obszarze „Morzem Helle”, Hellespontem. Friksos zaś dotarł do Kolchidy, leżącej w Azji na północno-wschodnim wybrzeżu Morza Czarnego. Przyjął go panujący w tej krainie król Ajetes. Ocalony chłopiec w ofierze Zeusowi złożył barana, a jego złote runo zawiesił na dębie w świętym gaju Aresa. Odtąd będzie ono pod strażą Ajetesa. Przybędą dla zawładnięcia nim Argonauci. Wróćmy jednak teraz na dwór w Orchomenos, gdzie Atamas i Ino wychowali Dionizosa.

Dzieje te osaczone są ze wszystkich stron zazdrością. Pod wpływem owej namiętności Hera postanowiła zemścić się na opiekunach syna Semele. Poraziła królewską parę szaleństwem. Tradycja rozmaicie opowiada o tym, co się potem działo, lecz zawsze są to zdarzenia przeraźliwe. Według jednej z wersji szalona Ino wybiegła z domu jako jedna z bachantek Dionizosa i przebywała w ich gronie tak długo, że Atamas pomyślał, iż umarła, i właśnie wtedy poślubił wymienioną przez Hyginusa Temisto, córkę Hypseusa. Także z tą żoną dochował się dwojga dzieci. I oto dowiaduje się po latach, że Ino żyje. Znowu przytomną sprowadza się na orchomeński dwór skrycie albo jawnie. A tymczasem Temisto usiłuje zabić dzieci Ino. Ponieważ postanowiła uczynić to pod osłoną nocy, kazała służebnicom ubrać jej dzieci na biało, a dzieci Ino na czarno, iżby mogła je rozróżnić. Ale jedna służąca (mówiono potem, że była to sama Ino w przebraniu) oszukała panią: odziała dzieci odwrotnie, niż było nakazane. Zapadła noc, w której Temisto nieświadomie zamordowała własne dzieci. Gdy to pojęła, odebrała sobie życie. Niektórzy badacze mniemają, iż cały ten potworny epizod Temisto jest jeno późniejszym wtrętem do tradycji mitycznej. Wróćmy więc jeszcze raz do owego momentu w Orchomenos, gdy Atamasa i Ino ogarnia szaleństwo rzucone przez Herę.

Oto Atamas w obłędzie zabił starszego syna, Learehosa. Różnie o tym mówiono: albo że w zaćmieniu umysłu mniemał, iż wymierza strzałę czy to w jelenia, czy w lwa, albo prościej i straszniej – iż chwycił Learchosa w szalone ręce i roztrzaskał o kamienie. Wtedy Ino z młodszym synem w ramionach uciekła. Szaleniec jednak biegł za nią, zażarty. Wspięła się na urwisko nadmorskie, w rozpaczy rzuciła się z dzieckiem w morze. Ulitowało się wreszcie nad nią możne bóstwo: czy to był Dionizos, czy raczej Afrodyta, różnie mniemano. Dość, że moc boska przemieniła Ino w boginkę morską o imieniu Leukothea, co znaczy: „Biała-Bogini” albo może: „Biegnąca (od theo, „biegnę”)-po-Bieli”, czyli po morskiej pianie. Także Melikertesa ubóstwiono. Odtąd zwał się Palajmon, czyli „Zapaśnik”. A co z nieszczęsnym Atamasem? Uciekł z Orchomenos i osiedlił się w Epirze, na zachodnich zboczach gór Pindos, w krainie zwanej potem Atamanią.

Takie kłębowisko zdarzeń wzniecił niechcący Dionizos, kiedy

go do Orchomenos przyniesiono. Najprawdopodobniej dopiero po

owych burzliwych dziejach zabrano stamtąd boga i powierzono go

bezpieczniejszym piastunkom, nimfom z Nysy. Tu jeszcze raz staje

przed nami pytanie, gdzie ta miejscowość się znajduje. Gdy

sięgamy do leksykonu Hesychiosa, dowiadujemy się, że jest to

łańcuch górski, ale gdzie on jest – któż powie? Spotykamy to

miano w Arabii, w Etiopii, Egipcie, Babilonii, Erytrze (może

chodzi o Morze Czerwone?), Tracji, Tesalii, Cylicji, Indiach, Libii,

Lidii, Macedonii, Syrii, a także na wyspie Naksos. Niewiele więc

nam wyjaśnia uczony Hesychios. Nimfy jednak, to zdaje się być

pewne, bardzo czule się o Dionizosa troszczyły. Owidiusz w Prze



mianach (7, 294-296) opowiada nawet, że kiedy Medea odmłodzi

ła Ajsona, Dionizos, który ujrzał to z wyżyny olimpijskiej, nakłonił

czarodziejkę, aby przywróciła młodość także owym nimfom, wów

czas już pełnym lat, jego opiekunkom niegdyś.

Teraz zbliżamy się do mocy Dionizosa wypiastowanego, doro

słego. Musimy sobie przypomnieć, iż jest to bóg, który do Grecji

przybył z innej strefy. Dlatego opowieści o nim będą dziejami

dokonywanych przez niego podbojów, nieraz spokojnych, nieraz

polegających na pokonywaniu gwałtownego oporu niedowiarków.

Jedną z owych walk stoczonych przez boga było starcie z Likur

gosem, synem Dryanta, królem Edonów w Tracji. Sprzeciwiał się

on oddawaniu czci bogu winorośli, kazał wyrwać wszystkie wino

rośle, jakie się krzewiły w jego kraju, a nawet rzucił się na

wyposażone w tyrsy bachantki, służebnice boga. Srogo ukarał go

za to Dionizos, a karę tę wspomina już Homer w jednej z rzadkich

u tego epika wzmianek o Dionizosie (Iliada, 6, 128-141 ). Gdy

w bitwie pod Troją achajski Diomedes patrzy na przeciwstawiają

cego się mu potężnego Trojanina Glaukosa, zastanawia się, czy

przypadkiem nie jest to istota boska, i tak powiada:
Jeśli jesteś jednym z nieśmiertelnych i przyszedłeś tu z nieba,
Ja nie zamierzam walczyć z niebiańskimi bogami.

Ani bowiem syn Dryanta, mocny Likurgos, długo nie wyżył,

Który z bogami niebiańskimi wojował: kiedyś

Piastunki szalejącego Dionizosa ścigał po świętym

Nysejon. Wszystkie one porzucały na ziemię tyrsy,

Gdy oprawca Likurgos dźgał je wolim ościeniem.

Sam także Dionizos uciekł, pogrążył się w topiel morską.

Tetyda go strwożonego przytuliła do łona;

Tak bardzo go przeraziły groźby owego męża.

Lecz wreszcie się rozgniewali bogowie błogo żyjący,


Kronida oślepił Likurgosa, który też nie żył już długo,
Albowiem był w nienawiści u wszystkich nieśmiertelnych bogów.
Przeto z błogosławionymi bogami nie chcę wojować.
O wiele bardziej zażarta i słynniejsza walka rozgorzała między

Dionizosem i Penteusem, przedstawiona w jednym z największych

utworów teatru greckiego, w przywołanych już przez nas cytatami

Bachantkach Eurypidesa. Penteus był synem Echiona i córki Kadmo

sa, Agawe, i następcą samego Kadmosa na tronie tebańskim. Gdy

wokół miasta odbywały się w borach obrzędy dionizyjskie, zaczął on

głosić, iż nowy bóg jest oszustem, a jego wyznawczynie pomocnica

mi oszustwa albo istotami przez niego łudzonymi. Tebanki tłumnie

biegły ku nocnym tańcom na halach Kitajronu. Penteus robił, co

mógł, żeby im przeszkodzić. Ale nawet zbrojne zastępy nie mogły ich

zatrzymać, nazbyt przemożnie gorzał w nich duch dionizyjski. Nagle

stało się tak, że przed oblicze króla przywiedziono tajemniczego

cudzoziemca, który może był dionizyjskim kapłanem. Penteus wtrącił

go do lochu, lecz boska moc uwolniła więźnia. Nauczony respektu

wobec nieznajomego, władca posłuchał jego rady, by się przebrał za

kobietę i poszedł sam zobaczyć, co owe wyznawczynie czynią w bo

rach. Wdrapał się Penteus na drzewo i podglądał. Menady jednak

wyśledziły króla, ściągnęły go z drzewa i rozszarpały w strzępy,

a wśród zabójczyń były jego siostry i własna jego matka, która

rozpoznała swój czyn dopiero po ochłonięciu z dionizyjskiego szaleń

stwa.


Opowiadano też inne groźne epizody, pokazujące dowodnie, co dzieje się z istotami ludzkimi sprzeciwiającymi się kultowi Dionizosa. Oto w tak swojskiej dla nowego boga Beocji, w znanym mu zapewne z dziecinnych lat Orchomenos, córki Minyasa, chwiejnie w tradycji nazywane: Alkitoe (Alkatoe), Leukippe i Arsippe (Aristippe, Arsinoe), kiedy wszystkie kobiety pobiegły ku tańcom, siedziały w domu i przędły, aczkolwiek ponoć sam Dionizos w postaci dziewczęcia przyszedł do nich i zachęcał, by nie stroniły od boru. Nawet boga nie posłuchały (a chyba boskość choć trochę przeczuły przecież!), więc z woli Dionizosa napełniły ich pokój widma dzikich bestii, na wrzecionach zamiast lnu snuły się winorośle, cały też pokój rozbrzmiał niepojętymi głosami niewidzialnych menad. Córki Minyasa oszalały. Już jako istoty obłąkane rzucały losy, która z nich ma wreszcie złożyć hołd Dionizosowi. Wypadło na Leukippe, jej tedy syna, Hippasosa, rozszarpały w dionizyjskiej ofierze. Ciągle w szaleństwie, wybiegły z domu, czy to po to, by tańczyć z menadami, czy tylko po to, aby swą hańbę gdzieś ukryć. Bogowie przemienili nieszczęsne bluźnierczynie w nietoperze albo w jakieś inne nocne stwory. Także w bogatym Argos trafiali się buntownicy. Słyszymy, że wrogiem nowego kultu był król tego miasta Akrizjos, ojciec słynnej Danae.

Gdy coraz więcej opowiadano o pokonywaniu przez Dionizosa

oporu wrogich mu ludzi, wpatrzono się również w jego lata

wcześniejsze, w dzieciństwo. Pauzaniasz nieraz nam powtarza

legendy lokalne. W Brasjaj więc (albo Prasjaj), miasteczku na

wybrzeżu Lakonii, mówiono (Przewodnik po Helladzie, 3, 24, 3),

że kiedy Kadmosowi Semele urodziła tajemniczego wnuka, kazał

ją i dziecię włożyć do skrzyni i zepchnąć na morze. Właśnie do

Prasjaj fale skrzynię przyniosły. Gdy ją otworzono, Semele była

martwa, a Dionizos żył. I ponoć, według Prasyjczyków, właśnie

wtedy powierzono maleńkiego sierotę rękom Ino.

Nie zawsze jednak napotykał wrogość, nieraz tylko udzielał ludziom darów, ale pobliże boskości i tak mogło być groźne. Tu rozwiera się przed nami attycka legenda o Ikariosie. Był to wieśniak żyjący w Attyce w czasach jednego z pierwszych królów Aten, w porze dionizyjskiego nawiedzenia. Ikarios miał córkę Erigone („Urodzoną-w-Wiośnie”). Dionizosa przybywającego do Attyki przyjął bardzo gościnnie, więc wdzięczny bóg dał mu w darze winną latorośl i bukłaki z winem. Wieśniak na wozie objeżdżał kraj, rozpowszechniając uprawę winorośli. Kiedyś jednak upoił kilku pasterzy tak, że legli jak kłody. Ich towarzysze mniemali, że Ikarios ich otruł. Według Apollodorosa (3, 14, 7) nazajutrz zrozumieli swoją pomyłkę i pogrzebali go. Według Hyginusa (ł30) zostawili nie pogrzebanego. Co jest pewne, to to, że Erigone, pod której pieczą pozostał wiejski dom, daremnie czekała na ojca. Wyruszyła na poszukiwanie, mając u boku wiernego psa, Majrę; obocznym imieniem dziewczyny stało się Aletis, „Wędrowniczka”. To też pewne, że właśnie Majra jej wskazała – czy to grób Ikariosa, czy nie pogrzebane ciało. Dziewczyna z rozpaczy powiesiła się na ocieniającym ojca drzewie. Bogowie miłosiernie przemienili Ikariosa w gwiazdozbiór Bootes („Poganiacz-Wołów”), Erigone według tego mitu w gwiazdozbiór Panny (głoszono też, że stała się nim raczej Astraja, Virgo Astraea, bogini sprawiedliwości, gdy odeszła z ziemi w wieku „żelaznym”), wierną Majrę zaś w Kanikułę, „Psią Gwiazdę”.

Opowiadano też, że po śmierci Erigone, zanim miłosierdzie

przemieniło ją w konstelację, rozszerzyła się jakaś niedola, może

mania samobójcza wśród młodych kobiet. A może był to niszczący

zasiewy skwar, który potem przypisywano „Psiej Gwieździe”?

Ktoś, może sam Aristajos, syn Apollina i Kyrene, opiekun stad,

pasiek i gajów, ale też tropiciel kochanej przez Orfeusza Eurydike,

zapytał Apollina o radę. Apollo nakazał uczcić Ikariosa i Erigone.

W wiejskim obrzędzie, na pamiątkę śmierci Erigone, strząsano

z drzew małe wizerunki dziewczęce. Mówiono również, że Arista

jos wyjednał u Zeusa czterdzieści dni rozkosznie chłodnego wiatru

wśród samego żaru lata.

W jednym z hymnów homeryckich Do Dionizosa, siódmym

w zbiorze, słyszymy o zapierającej dech w piersi przygodzie Dio

nizosa. Autor utworu już w pierwszych wersach sławi jego mło

dzieńczą piękność.
O Dionizosie opowiem, synu chwalebnej Semele,

Jaki on się ukazał na skale nad morzem jałowym.

Urodziwy jak mąż w pierwszym rozkwicie młodości.

Włosy się rozwiewały dokoła jego głowy

Bujne, ciemne. Na mocnych zaś ramionach miał pharos

Purpurowe. . .


Oto nadpłynął chyży statek piratów, których autor nazywa

„tyrseńskimi”; najprawdopodobniej chodzi tu o nie mówiących po

grecku ludzi z Tracji. Ujrzawszy pięknego młodzieńca, zaraz się

zmówili, wyskoczyli z nawy, chwycili Dionizosa i zanieśli na

statek. Co za łup, co za niewolnik, którego można sprzedać! Uznali

go bowiem za syna królów Zeusowego chowu. Nie wiedzieli, że

to ktoś o wiele, wiele większy! Usiłowali go spętać dotkliwymi

więzami, lecz one na ciele nieznajomego pękały. A on sobie

siedział na pokładzie. W jego ciemnych oczach iskrzyło się światło

uśmiechu. Wreszcie sternik pojął. Krzyknął do majtków: „Czy nie

widzicie, że to bóg? Zeus albo Apollo, a może Posejdon. Zgoła nie

do ludzi, lecz do Olimpijczyków jest podobny. Wysadźmy go na

brzeg, nie tykajmy go, bo się może na nas rozgniewać”.

Na to kapitan statku: „Szaleńcze, pilnuj wiatru i żagli! Myślę, że ten mąż chciał dopłynąć do Egiptu albo na Cypr, może do Hyperborejczyków, a może jeszcze dalej. Przecież on wreszcie do nas przemówi, powie nam, jakich ma przyjaciół i jaki dobytek, skoro dajmon nadarzył go nam”. I oto co się dzieje (w. 32-54).


Rzekłszy to, nastawił maszt i żagiel na statku.

Wiatr zadął w żagiel. Majtkowie z obu stron narządzili


Osprzęt. A niebawem ujrzeli dziwne zjawiska.

Najpierw wino słodkie, wonne, po czarnej nawie


Zaczęło płynąć strumieniem. Zapach od niego niebiański
Wionął. Wszyscy majtkowie, widząc to, osłupieli.

I nagle u szczytu masztu, w obie strony, winorośl

Rozpostarła się bujna, liczne z niej zwisały

Grona, a ciemny bluszcz wił się po maszcie w górę

Błogosławiony kwiatami, z mnóstwem dorodnych jagód.

Na wszystkich kołkach do wioseł widziało się wieńce. Piraci,

Kiedy to zobaczyli, do sternika wołali,

Żeby przybił do brzegu. Ale bóg w lwa strasznego

U dziobu statku się zmienił i wielkim głosem zaryczał.

Na środku nawy zadziwił też: kosmatego niedźwiedzia

Uczynił; ten podniósł łapy, zażarty. U burty

Lew się pojawił, spode łba patrząc ponuro. Więc wszyscy

Na rufę uciekli, w trwodze skupili się wokół sternika

Rozsądnego. Lew nagle skoczył na kapitana

I chwycił go. Wtedy majtkowie rzucili się, jeden za drugim,

W jasne morze, przed dolą chroniąc się przeraźliwą,

I stali się delfinami. Litując się nad sternikiem,

Bóg go powstrzymał i uszczęśliwił, mówiąc do niego...


Krótkie słowa, jakie Dionizos zwraca do ułaskawionego sterni

ka, zostały w początkowym wersie skażone przez kopistów. Potem

(w. 56-57) bóg rzecze:
Jam rozgłośnie krzyczący Dionizos, którego powiła
Córka Kadmosa, Semele, gdy w miłości złączyła się z Zeusem.
I autor pięknego hymnu jeszcze pozdrawia boga (w. 58-59):
Witaj, dziecię pięknej Semele! Kto by ciebie zapomniał,
Ten w żaden sposób nie może słodkiej ułożyć pieśni.
Żegluga z piratami była przymusową podróżą Dionizosa. O innych, bardziej jego własnych i o wiele dalszych wędrówkach opowiadano w Grecji już we wczesnych wiekach. Eurypidesowi jest dobrze wiadome, iż bóg, który przybył najprawdopodobniej ze wschodu, wyprawiał się na jeszcze odleglejszy wschód. W prologu Bachantek (w. 13-22) Dionizos, nawiedzając Teby, tak przemawia:
Daleko za mną Lidia, ten kraj złota,

Przeszedłem pola Frygii, skwarnej Persji,

I miasta Baktrii, i ziemię zim srogich

Medyjską, także Arabię szczęśliwą

I całą Azję od morza do morza,

W której się, w pięknie zbudowanych miastach,

Mieszają Grecy z ludźmi innej mowy.

Tu do pierwszego całkiem helleńskiego

Przybyłem miasta, tamtych nauczywszy

Obrzędu, abym stał się jawnym bogiem.


Można by rzec, iż w jego tropy pójdzie Aleksander Wielki. Kiedy zaś poszedł i kiedy horyzont geograficzny Greków ogromnie się rozszerzył, zaczęto i dla boga wykreślać coraz to dalsze i dalsze szlaki. Mówiono o jego wyprawie do Indii. Nieraz też utożsamiano go z różnymi bóstwami owych wschodnich krain. Ten amalgamat różnych mitologii zostanie scalony przez poetę greckiego późnej starożytności, Nonnosa z Panopolis w Egipcie w V wieku po Chr., w bardzo obszernym poemacie Dionysiaka. Jego treść jednak w niewielkim tylko stopniu należy do zajmującej nas teraz mitologii greckiej.

Osoba tak niepokojąca, a tak wyrazista, Dionizos od początków VI wieku przed Chr. często się jawi w sztuce greckiej. Na wazach widzimy go w różnych epizodach: na krzewiącej się winoroślą nawie z hymnu homeryckiego (przepiękna waza Ateńczyka Eksekiasa z połowy VI wieku), pijącego wino z Heraklesem, towarzyszącego Semele albo otoczonego satyrami, sylenami, nimfami, menadami; nieraz obserwujemy na wazach z V i IV wieku, jak wynurza się z Zeusowego uda albo jak w maleńkości powierzany jest na wychowanie nimfom. Czy brodaty, czy promiennie młody, jest tak na wazach, jak w rzeźbie zawsze piękny. Osobliwość zaś jego miejsca w boskości polega także na tym, iż jedyny spośród wielkich bogów olimpijskich miał on matkę śmiertelną (tylko ludzka była też matka Heraklesa, ale ten heros za życia nie był bogiem, stał się nim dopiero na stosie żałobnym, i to nie bogiem z tych największych). Dionizos obraca się we wszechświecie zawsze jako bóg, choćbyśmy nie wiedzieli, odkąd on jest bogiem: czy od momentu, gdy piastującą go w swoim łonie matkę spalił blask nie na ludzką miarę, czy od chwili „drugiego” urodzenia się maleńkiego z macierzystego uda Zeusa? Co niewątpliwe: on bogiem, a spopielona matka w Hadesie. Czy było możliwe, żeby zapomniał o niej? Tradycja grecka uznała, że nie zapomniał.

Już pod koniec Teogonii (w. 942) czytamy, że oboje, Dionizos

i Semele, są teraz bogami, a Pindar oznajmia w drugiej Odzie



Olimpijskiej (w. 25 i n.):
Żyje wśród bogów olimpijskich

Ta, co umarła w łoskocie

Gromu, długowłosa

Semele. Zawsze

Pallas ją miłuje,

Bardzo ją kocha Zeus Ojciec

I uwieńczony bluszczem syn.
O tym, co się stało, zwięźle opowiada anonimowy epigramat,

który Antologia Palatyńska (3, 1 ) wzięła z inskrypcji w Kyzikos:


Pięknowłosą Kadmosa i Harmonii córkę,

Którą w samym porodzie zabił Zeusowy grom,

Wyprowadza znad Acherontu syn, miłośnik tyrsu,

Ten, co bezbożną pychę Penteusa starł.


Potwierdzają tę tradycję Diodor Sycylijski, Apollodoros, Plutarch, Pauzaniasz, a wcześniej odwołuje się do niej Arystofanes, gdy w komedii Żaby, wystawionej w roku 405 przed Chr., ukazuje żartobliwie wędrówkę Dionizosa do podziemia już nie po matkę, lecz po dopiero co zmarłego ulubieńca, Eurypidesa. Scenę tamtego wielkiego, synowskiego zstąpienia w otchłań umieszczano rozmaicie, bo też pewnie rozmaite, po różnych stronach rozrzucone, były zejścia do podziemia, a przy tym ukryte. Opowiadano, że sam Dionizos nie mógł znaleźć drogi. Pokazał mu ją niejaki Prosymnos (u Pauzaniasza – Polimnos, co jednak jest może pomyłką kopisty) za obiecaną zapłatę. Kiedy Dionizos wrócił z otchłani, jego przewodnik już nie żył, lecz zapłatę otrzymał: wystrugany z gałęzi figowej fallus wetknięty w grób.

Pauzaniaszowi, jak nas w Przewodniku po Helladzie (2, 37, 5-6) informuje, niemało opowiedziano o jednym z miejsc zstąpienia, Bagnie Alkyonijskim (w Argolidzie, w pobliżu Bagna Lemy): „Zobaczyłem tak zwane Źródło Amfiaraosa oraz Bagno Alkyonijskie, przez które pono Dionizos zszedł do Hadesu, żeby wyprowadzić stamtąd Semele, jak mówią Argejczycy, dodając, iż to zejście wskazał mu Polimnos. Bagno Alkyonijskie jest zaiste otchłanne, nie słyszałem o nikim, kto by zdołał dosięgnąć jego dna. Nawet Neron, który kazał sporządzić sznury, jedne z drugimi powiązane, na długość wielu stadiów, i spuszczać w dół ołowianą kulę przyczepioną do nich, nie pomijając niczego, co mogłoby pomóc temu doświadczeniu, nie zdołał się jakiegokolwiek dna domacać. To również usłyszałem, że chociaż rozlana tu woda wydaje się każdemu spojrzeniu w każdej porze cicha i spokojna, jednak ktokolwiek próbuje przepłynąć ją, zostaje wciągnięty, zatopiony i wypluty przez topiel. Obwód jeziora nie jest wielki, mierzy jedną trzecią część stadium. Brzegi jego są obrośnięte trawą i krzewami. Obrzędów, jakie się nad nim co roku odbywają nocą, nie wolno mi [albo: byłoby bluźnierstwem, uch hosioin) rozgłaszać dla wszystkich uszu”.

To znaczy, że są tajemne, jak zresztą, w dużej mierze, samo też zejście Dionizosa do podziemia. Co można było wyjawić, to na przykład taki szczegół, jaki znamy dzięki scholiaście komentującemu Żaby Arystofanesa: Hades po długich pertraktacjach zgodził się wypuścić Semele, jeśli w zamian za nią Dionizos przyśle mu swoje szczególne ukochanie z powierzchni ziemi. A on niczego na ziemi tak nie kochał, jak bluszczu, winorośli i mirtu. Przysłał mirt, i dlatego ludzie wtajemniczający się w jego misteria wieńczą głowę mirtem. To są drobiazgi, a ważne jest to, co zwięźle streszcza Apollodoros (3, 5, 3): „Wyprowadziwszy swoją matkę z Hadesu i nazwawszy ją Thyone [«Otrzymującą-Ofiary»], wzniósł się z nią do nieba” . Ten sam mitograf w innym miejscu swego dzieła, wcześniej (1, 3, 2), wspomina innego wędrowca do podziemia, też powiedzionego tam miłością, którego musimy napotkać, gdy idziemy śladami Dionizosa. Grecki erudyta, wyliczając potomstwo Muz, pisze:

„Kaliope urodziła Ojagrosowi, a rzekomo Apollinowi, Linosa,

którego zabił Herakles, i Orfeusza, który uprawiał grę na kitarze,

a śpiewem poruszał kamienie i drzewa. Kiedy jego żona Eurydike

umarła ukąszona przez węża, zszedł do Hadesu, pragnąc wyprowa

dzić ją na górę, i nakłonił Hadesa, żeby ją wypuścił. Ten obiecał,

że tak uczyni, jeśli Orfeusz nie odwróci głowy aż do chwili

powrotu do domu. Nieposłuszny jednak, odwrócił się i zobaczył za

sobą żonę, która wtedy musiała odejść z powrotem. Ten to Orfeusz

wynalazł też misteria Dionizosa, a rozszarpany przez menady

został pogrzebany w Pierii”.

Genealogię Orfeusza podawano rozmaicie. Jako matkę wymieniano nie wyłącznie, lecz najczęściej, Kaliope (dosyć często też Polihymnię), ojca zaś upatrywano raczej w Ojagrosie, trackim królu, który może był bogiem rzeki, niż w Apollinie. Orfeusz więc przyszedł na świat w Tracji, skąd powszechnym zdaniem dzisiejszej nauki nawiedził Grecję kult dionizyjski. Nie można ani wykluczyć, ani wykazać, iż jest on osobą historyczną, założycielem tego, co nazywamy orfizmem, prorokiem przeistoczonym w micie. Nie spotykamy jego imienia ani w Iliadzie i Odysei, ani w hymnach homeryckich, ani w epice przypisywanej Hezjodowi. Mityczną chronologię Orfeusza określa uczestnictwo jego w wyprawie Argonautów, poświadczone najstarszą wzmianką o nim, jaką mamy: nie jest to wzmianka literacka, lecz wizerunek na znajdującej się dziś w muzeum delfickim, a pochodzącej ze skarbca Sykiończyków (zbudowanego około r. 525 przed Chr.), małej metopie (płycie z fryzu doryckiego), przedstawienie pieśniarza z lirą w rękach, jak stoi na okręcie Argo, a zachowana inskrypcja głosi: Orphes. Imię to, powiedzmy na marginesie, nie ma uświęconej przez dykcjonarze etymologii, jeśli jednak sami szukamy dla trackiego muzyka współbrzmień na obszarze mowy greckiej, nasuwają się chyba dwa rdzenie: ten, który jest zawarty w wyrazie orphanos, „sierocy”, i ten, który uznacza ciemność – orphne, „ciemność nocy”, „noc”.


. ..a nieprzeliczone

Latały ptaki nad jego głową

I ryby w górę z ciemnego

Wyskakiwały morza do taktu pięknej muzyki..


Tę wieść, zawartą w jednym z fragmentów Simonidesa z Keos

(VI wiek przed Chr.) potwierdzają i rozszerzają późniejsi poeci.

Według tego, co powiada Ajgistos w Ajschylosowym Agamemno

nie (w. 1629-1630) ów śpiewak „wiódł za sobą wszystkie rzeczy

pięknem swojego głosu”. W Bachantkach Eurypidesa chór zasta

nawia się (w. 556-564), dokąd Dionizos prowadzi swoje menady.
Czy do Nysy, zwierząt

Karmicielki, tyrsem wiedziesz

Poświęcone ci orszaki, Dionizosie,

Czy ku korykijskim szczytom?

A może na porosłe gęstym

Lasem stoki Olimpu,

Gdzie Orfeusz, do wtóru kitary,

Śpiewem przyciągał do siebie drzewa,

Przyciągał zwierzęta z boru?
Tego samego autora Ifigenia w Aulidzie dodaje (w. 1211-12 I 2),

w błaganiu królewny podstępnie sprowadzonej na zagładę, do

orszaku orfejskiego jeszcze skały.
Gdybym ja, ojcze, moim głosem, jak Orfeusz,

Mogła nakłaniać skały, by szły za mną...


Dosyć stara, poświadczona przynajmniej w V wieku przed Chr.,

jest tradycja o miłości Orfeusza i Eurydike, po raz pierwszy

wyraźnie w Eurypidesowej Alkestis (w. 357-362), w słowach Ad

meta do umierającej za niego żony:


Gdybym miał mowę i śpiew Orfeusza,

By córkę Demeter lub małżonka córki

Pieśniami zaczarować, a ciebie wyrwać z Hadesu,

Zszedłbym tam, i ani pies Plutona, ani

Wsparty na wiośle przewoźnik dusz, Charon,

Nie zatrzymaliby mnie, aż wywiódłbym cię na światło.


Jak więc Dionizos po matkę, Orfeusz zstąpił do podziemia po

żonę. Zdaje się, że w epoce klasycznej i jeszcze w III wieku przed

Chr. rozmaite krążyły pogłoski o tej wyprawie. Była chyba wersja,

że pomyślnie wyprowadził żonę do słonecznego świata, jak też

wersja zupełnie przeciwna, że nawet nikogo z podziemia nie

prowadził, gdyż wypuszczono ku niemu tylko „pozór”, phasma,

żony. W końcu jednak zapanowała taka tradycja, jaką krótko

streszcza Apollodoros, a przedstawiają zwłaszcza poeci łacińscy:

przypisywany, z dużym prawdopodobieństwem, młodemu Wergi

liuszowi poemat Culex (Komar), Wergiliuszowe Georgiki, które

przywołamy, i Owidiuszowe Przemiany ( 10, 1-85).

Najwcześniejszy utwór, w którym spotykamy imię żony Orfeu

sza, to poemat bukolicznego poety greckiego, Moschosa z Syrakuz

(II wiek przed Chr.), Epitaphios Bionos, lament nad śmiercią poety

też bukolicznego, Biona, w którym to utworze autor chciałby tak

wskrzesić poprzednika, jak niegdyś Persefona (w. I 23-124) „dała

słodko grającemu na formindze Orfeuszowi powrót Eurydike”;

zdaje się, iż Moschos jeszcze wierzył, że tracki śpiewak zdołał ją

wyprowadzić. Imię zaś, które tu po raz pierwszy brzmi dla nas, jest

dosyć banalne, znaczy: „Szerokowładna”, więc krótko mówiąc –

księżniczka. Była dryadą. Teraz, gdy śledzimy dzieje roztopione

w tylu przejawach przyrody, w poruszeniach zwierząt, drzew i gła

zów, odpowiednia jest pora do uporządkowania rodzajów istot,

które już nieraz spotykaliśmy, nimf. Szczególnie zwróciły naszą

uwagę osobliwe nimfy „Jesionowe”, Meliai.

Ogólnie trzeba powiedzieć, że są to żeńskie bóstwa przyrody, wyrażające boską moc, jaka przenika góry, wody, lasy, drzewa, a także różne miejsca, regiony, miasta. Ich miano, nymphe, może być też słowem pospolitym, oznaczającym „dziewczynę”. Łatwo się więc domyślić, że wszystkie nimfy są młode i ładne. Wszystkie też przepadają za muzyką i tańcem. W przeciwieństwie do bogów są śmiertelne, aczkolwiek żyją bardzo długo, a nigdy się nie starzeją. Uważane są za córki Zeusa, nie wiemy jednak, w jakim stopniu dosłowności mamy to pojmować. Tyle się mówi, iż dopuszczane są nieraz na boskie zgromadzenia olimpijskie. Różne są rodzaje nimf. Dryady (dryades) zrazu były boginkami dębów (dryes), potem stały się nimfami wszelkich drzew. Odmianą dryad są hamadryades („razem-z-dębami”), umierające wtedy, gdy drzewo pada albo więdnie. Alseides są nimfami całych gajów (alse), naiades (od nao, „płynę”) – wód lądowych, oreades – gór (ore) i grot. Zaliczono do nimf również okeanidy, córki Okeanosa i Tetys, oraz nereidy, córki Nereusa, jak też boginie różnych miejscowości, po założeniu grodów czczone nieraz jako małżonki ich fundatorów. Nimfy są przeważnie życzliwe dla ludzi, obsypują łąki kwiatami, u boku Apollina i Hermesa pomagają pilnować stad, wspierają, zwłaszcza jako nimfy źródeł, spragnionych i chorych. Mogą jednak też zwodzić prostodusznych, nie gorzej niż satyry i syleny. Widuje się je w orszaku Pana albo Artemidy i w nocnych korowodach dionizyjskich. Mogą wywieść wędrowca na bezdroża, a nawet porazić go szaleństwem.

Jedną z takich słodkich, ale i groźnych istot była Eurydike. Orfeusza kochała wiernie. Jeśli wierzyć wersji podanej przez Wergiliusza w Georgikach (4, 453-527), wąż ukryty w wysokiej trawie ukąsił ją śmiertelnie w stopę wtedy, gdy nieprzytomnie uciekała przed chcącym ją zniewolić Aristajosem, synem Apollina i Kyrene, ojcem Akteona, tak, tym opiekunem stad, ogrodów i pasiek, który wydawał się nam tak łagodny. Przeczytajmy tu (od w. 460) opowieść zawartą w Georgikach. Nad umarłą Eurydike płaczą góry i rzeki, zwłaszcza trackie. Orfeusz schodzi do podziemia przez tę samą jaskinię na lakońskim przylądku Tajnaron, w którą też pogrąża się Herakles idący po Cerbera. Many (manes), to łacińskie określenie duchów umarłych, najczęściej wywodzone przez etymologów od starołacińskiego przymiotnika manus, „dobry”; byłaby to więc nazwa eufemistyczna, zjednująca życzliwość, jak w grece nazwanie Erynii Eumenidami (pod tym też imieniem spotkamy je tu u Wergiliusza: przebywają one w podziemiu, wymierzając kary przestępcom; zarazem jednak ścigają występnych na ziemi). W jednym tylko momencie widzimy tu przykład ciężkiego winowajcy, Iksjona, który według Pindara (druga Oda Pytyjska, w. 31 i n.) pierwszy z ludzi zabił swego krewnego, według zaś Genealogii (znanych nam we fragmentach) Ferekydesa z Aten (V w. przed Chr.) – zgładził teścia, aby nie zapłacić ceny za żonę; usiłował targnąć się na Herę, za co nasłano nań widziadło Hery, z którym pono spłodził Centaurów albo ich przodka; w Tartarze przykuto go do wiecznie obracającego się koła. Pierścień rzeki Styks jest dziewięciokrotny, a całą opłyniętą nią dziedzinę Wergiliusz nazywa Avernus (od greckiego a-ornos, „bez ptaków”, z powodu trujących wyziewów), co właściwie jest mianem jeziora w Kampanii Neapolitańskiej, jednego z zejść do Hadesu.
Zapłakały siostrzane dryady, lamentem

Napełniły wyżynę gór. Szczyty Rodope

I Pangeju i ziemia wojenna Rezusa,

Geci, Hebrus, ateńska Orytyja - łkały.

A on, by ukołysać swoją chorą miłość,

Szedł samotny, z cytarą, i w pustce nad morzem

Ciebie, małżonko słodka, kiedy dzień się budził

I gdy gasnął, opiewał, tylko ciebie. Wreszcie

Wszedł w wąwozy Tenaru i wyniosłe Disa

Bramy, i zaciemnione czarną trwogą bory,

Gdzie są Many i groźny król, i serca, które

Nie ulegają ludzkim błaganiom. A jednak,

Na dźwięk tej pieśni, z głębi Erebu powstały

Cienie, wiotkie obrazy, duchy, tłum niezmierny,

Niby ptaki, co tłoczą się pośród gałęzi,

Pod liśćmi, kiedy burza wygnała je z gór.

Szły matki, szli mężowie, cienie bohaterów

Wielkoduszych, szli chłopcy i młode dzieweczki,

Synowie przed oczyma rodziców na stosach

Spaleni, wszyscy, których więzi czarne bagno

I obmierzłe sitowie Kocytu, to gnuśne

Rozlewisko posępnej wody, i stygijski

Dziewięciokrotny pierścień. Osłupiały domy

Podziemne i najgłębsze czeluście Tartaru,

Eumenidy i żmije, które się w ich włosach

Kłębią sine. Troistą paszczę rozwarł Cerber

I przestało się kręcić Iksjonowe koło.
W powrocie przetrwał wszystkie próby. Z odzyskaną

Eurydike, kroczącą z tyłu (Prozerpina

Tak nakazała), wracał do świata, gdzie wiatr

Wieje wśród pól, i nagle, już na samym progu

Światłości dziennej, wielka tęsknota (szaleństwo

Zaiste przebaczenia godne, gdyby Many

Potrafiły przebaczać) zaćmiła mu zmysły

I stanął, obłąkany, spojrzał w tył. Niestety,

Stracone wszystkie trudy, złamane układy

Z bezlitosnym ciemności władcą. Grzmot potrójny

Przetoczył się nad mrokiem Awemu. Krzyczała:

„Cóż to jest za szaleństwo, które mnie zgubiło

I ciebie, Orfeuszu? Wyrok mnie okrutny

Wzywa z powrotem. Oczy mrużą się i gasną.

Żegnaj! Noc mnie już niesie ogromna, gdy ręce

Ku tobie, już nie twoja, wyciągam bezsilne”.

I jak znika rozwiany dym, tak jego oczom

Zniknęła, już daleka. Już nie zobaczyła,

Jak on daremnie chwyta cienie i jak wiele

Chciałby powiedzieć. Już mu więcej nie pozwolił

Na przeprawę przez moczar przewoźnik podziemny

Co miał czynić Orfeusz, dokąd pójść, gdy żonę

Po raz drugi utracił? Jakim teraz płaczem

Mógłby jeszcze poruszyć i Many, i bóstwa?

Ona, zimna, płynęła już w stygijskiej łodzi.
Ludzie mówią, że miesiąc za miesiącem. całe

Siedem miesięcy, tam, gdzie podniebne urwisko

U pustynnych Strymonu brzegów, pod mroźnymi

Gwiazdami płakał, swoje dzieje opowiadał.

Koił tygrysy, pieśnią wlókł za sobą dęby.

Tak płacze Filomela w topolowym cieniu,

Gdy jej pisklęta wieśniak nieczuły wyciągnął

Z gniazda, takie młodziutkie, bez piór: ona szlocha

Całą noc i zawodzi, siedząc na gałęzi;

Wszędzie słychać jej skargę. Nie szukał miłości

I żaden śpiew weselny już go nie przyciągnął.

Sam przez hyperborejskie lody, Tanaidę

Śnieżną i łęgi szronom rypejskim na zawsze

Poślubione wędrował, nad porwaną płacząc

Eurydike i darem utraconym Disa.

Wreszcie niewiasty, taką wiernością wzgardzone,

W kraju Cykonów, kiedy święcono obrzędy

I odprawiano w nocy Bachusowe orgie,

Rozszarpały młodzieńca, strzępy jego ciała

Rozrzuciły daleko po polach. Gdy zdartą

Z marmurowego karku głową miotał Hebru

Eagryjskiego bystry nurt, sam głos, sam zimny

Język przyzywał, resztą tchnienia, Eurydike,

O, biednej Eurydike! I wzdłuż całej rzeki

Imieniem Eurydike brzegi rozbrzmiewały.
W opowieści, jaką czytamy w Komarze, który może być mło

dzieńczym utworem Wergiliusza, są jeszcze ważne szczegóły.

Dowiadujemy się, że im obojgu nie wolno było, aż do wyjścia na

ziemię, ani odwrócić głowy, ani odezwać się choćby słowem. Nie

słychać, żeby on złamał drugi zakaz, ona zaś, jak nas Komar

zapewnia (w. 289-293), ściśle ustrzegła obu; ale Orfeusz nie tylko

obejrzał się za nią, lecz chciał ją pocałować.
Ona, doznawszy przedtem surowości Manów,

Szła wyznaczoną drogą, wstecz nie spoglądała

I nie zniszczyła daru bogini słowami.

Lecz ty okrutny, okrutniejszy, Orfeuszu,

Złamałeś wolę bogów, czułych ust szukając.
Na zadziwiającej, choć znanej nam tylko z rzymskiej kopii

w Neapolu, płaskorzeźbie greckiej z kręgu Fidiasza, Eurydike stoi

między Orfeuszem a Hermesem, który według owej attyckiej

wersji towarzyszył jej jako Psychopompos. Orfeusz i Eurydike

chcieliby zostać razem, patrzą ku sobie, ona opiera rękę na

ramieniu męża. Daremnie. Drugą jej rękę trzyma Hermes. Orfeusz

wróci sam na ziemię. Georgiki przedstawiły błądzenie po krainach

północnych (mityczne Rhipaei Montes), do których według Gre

ków zaliczała się i Tracja, ale samotnik powędrował i dalej, aż nad

Tanaidę (Don). Przyjęta w Przemianach (10, 72-85) wersja o tym,

że próbował jeszcze raz dostać się na tamten świat, ale Charon

odpędził go, oraz że unikając odtąd kobiet pierwszy wśród Traków

wymyślił homoseksualizm, należy do ubocznych, chyba późnych

dodatków do głównej tradycji, takich jak i to, że lirę Orfeuszową

bogowie przemienili w gwiazdozbiór, a może nawet to, co opowia

da Wergiliusz, iż odcięta jego głowa wołała, inni mówią: nadal

śpiewała cudownie i długo płynęła po morzu, aż do wyspy Lesbos,

gdzie ją pogrzebano.

O wiele częściej głoszone jest, iż zginął rozszarpany przez

trackie kobiety, według Wergiliusza: w kraju Cykonów (Kikones).

Trudno dociec, czy dlatego że wybrał pono inwersję, czy za samo

to, że stronił od kobiet, czy wreszcie z tego powodu – co jest

wersją najwięcej dającą do myślenia – że zaniedbywał obrzędy

dionizyjskie, które one praktykowały jako menady; byłoby to

sprzeczne z tym, co przeczytaliśmy u Apollodorosa ( 1, 3, 2), iż

właśnie on „wynalazł misteria Dionizosa”.

Widzimy, że przez wieki trwała w świecie antycznym rozbież

ność interpretacji, brak stanowczej odpowiedzi na pytanie, czy

Orfeusz praktykował i rozwijał misteria Dionizosa, które znamy

głównie jako ekstatyczne orgia menad w górach, czy misteriom

owego boga przeciwstawiał swoje, odmienne. W VI (albo może

już w VII) wieku przed Chr. pojawili się w greckich krajach,

głównie w Attyce i w południowej Italii, głosiciele nauki, dotyczą

cej tych samych tajemnic życia po śmierci, na których skupione

były doktryny, tak niedokładnie nam znane, misteriów eleuzyń

skich, a zarazem nowego pojmowania natury ludzkiej, tak ciała,

jak i duszy. Nauczyciele ci powoływali się na to, co niegdyś głosił

Orfeusz. Skąd zaś on znał owe tajemnice? Poznał je wtedy, gdy

nawiedził podziemie, zaprowadzony tam miłością.

Przechował się zbiór osiemdziesięciu siedmiu greckich hymnów

orfickich, zwróconych do różnych bogów i bogiń; pochodzą one

z czasów dosyć późnych, najprawdopodobniej już z wieków cesar

stwa rzymskiego, lecz przetrwały w nich, obok elementów no

wych, także składniki pierwotnej doktryny. Bardziej zbliżyć się do

dawnych wyznawców orfizmu pozwalają nam znajdowane przez

archeologów w grobach orfickich złote płytki z inskrypcjami, po

uczającymi, jak należy postępować na tamtym świecie; jak na

przykład ta, uważana za starą (V-IV wiek przed Chr.):


Pamięci (Mnamosynas) to jest mogiła. Kiedy ci przyjdzie umrzeć,
Przed tobą domy Hadesa niezłomne: po prawej
Jest zdrój, a nad nim cyprys stoi biały;

Tam, zstępując w dół, orzeźwiają się dusze umarłych.

Do tego zdroju nie podchodź od razu blisko,

Najpierw bowiem napotkasz wodę, która płynie

Chłodna z jeziora Pamięci, a są tam strażnicy,

Oni z przemyślnego serca dobędą takie pytanie:

Czego właściwie szukasz w mroku zgubnego Hadesa?

Powiedz: Jam syn Brzemienia (Barens) i gwiaździstego Nieba,

Pragnieniem spalony konam, dajcie mi co rychlej

Chłodnej wody, która płynie z jeziora Pamięci.

Przecież się ulitują, bo król podziemny tak każe,

Przecież dadzą, abyś pił z jeziora Pamięci,

Przecież niemałą przejdziesz drogę, świętą, po której
Inni też kroczą wsławieni mystowie i bakchanci.
Doktryna orficka, o ile ją możemy poznać z różnych rozproszonych w literaturze greckiej śladów, głosiła, że Tytani, wypuszczeni z podziemia, rozszarpali i pożarli ukochanego syna Zeusowego, urodzonego przez Persefonę, Zagreusa (co ma pono znaczyć: „Wielki-Łowca”), jeszcze jako boskie dziecię, ale Zeus ocalił serce dziecięcia i wszczepił je w Semele, aby urodziła drugiego Zagreusa, inaczej mówiąc: drugiego Dionizosa, który przyjdzie na świat jako już „potrójnie urodzony”. Tytanów zaś spalił piorunem, a z ich popiołów stworzył rodzaj ludzki, który ma w sobie element „tytaniczny”, zły (owo „Brzemię”, Barea, jak przed chwilą dowiedzieliśmy się z płytki orfickiej), oraz skarb prawdziwie boski, dziedziczony po ciele Zeusowego dziecięcia, które Tytani wchłonęli w siebie. Najprawdopodobniej obcował z tą doktryną dionizyjsko-orficką, tak szerzącą się w południowej Italii, wspomniany już przez nas prorok apolliński z Samos i z italskiego Krotonu, Pitagoras, kiedy nauczał, że trzeba duszę wyzwolić z „ciała-grobu” (soma-sema).

Orfeusz jednak, będąc prorokiem, był zarazem poetą, co jest

czymś na pewno niższym, ale też mającym swoją cenę. Wiele

świadectw uwydatnia tę okoliczność, iż właśnie dzięki cudownej

muzyce i śpiewowi tak wzruszył zwłaszcza Persefonę, że zgodziła

się na wypuszczenie Eurydike z podziemia. W Komarze jest obraz

(w. 277-285) jednoczący całą tradycję o głębokim związku jego

sztuki z przyrodą.


Los, przedtem sprzyjający, robił go zuchwałym.

Stawały rącze rzeki, stada dzikich zwierząt

Otaczały go, idąc za tym błogim głosem

Orfeusza. Dąb nawet wyrwał korzeń z gleby

I szedł [luka w tekście] i szemrzące lasy

Chciwą korą chwytały słowa jego śpiewu.

Nawet zaprzęg podwójny Luny zdołał wstrzymać,

Gdy jechała przez niebo: konie chciały słuchać,

Więc słuchałaś, dziewico, mącąc prawa nocy.
Była to poezja na pewno odmienna od epiki Homerowej. Być

może Grecy nieraz rozmyślali o różnicy między obiektywną sztuką

epicką a tamtą, nieznaną zresztą w epoce historycznej, poezją. Jeśli zaś było przeciwieństwo między Dionizosem a Orfeuszem, to może przejawiło się ono także w tym, że pod patronatem boga powstał nowy rodzaj poezji obiektywnej (nie orfejskiej, która jednak w dziejach Europy też będzie wracać). Obecność Dionizosa w sztuce rozgrywa się najbardziej w tym miejscu u stóp ateńskiego Akropolu, które do dziś nazywamy „teatrem Dionizosa”. Już wspomnieliśmy o tym, że w miesiącu Elafebolionie (marzec-kwiecień) jedną z głównych uroczystości najważniejszego święta ku czci Dionizosa, Wielkich Dionizjów, stanowiły odbywające się w tym teatrze przedstawienia teatralne. Ruiny, jakie dziś tu widzimy, pochodzą z okresu trochę późniejszego od epoki najświetniejszego rozkwitu teatru ateńskiego, V wieku przed Chrystusem. Wcześniej był na ich miejscu teatr o podobnym kształcie, ale w przeważającej mierze drewniany.

Widownia antycznego teatru składała się z półkolistych, wspinających się w górę rzędów ław, które otaczały leżący w dole okrągły plac gładko brukowany, zwany orchestrą, czyli „miejscem tańca”. Na orchestrze, naprzeciw półkola ław, znajdował się drewniany barak, po grecku.skene, z którego wyłaniali się aktorzy. Aktorzy występowali tylko trzej naraz, ale w różnych częściach sztuki ten sam aktor mógł odgrywać różne postacie, wyobrażone różnymi maskami; występowali aktorzy zawsze w maskach. Wy-chodzili z baraku i po odegraniu części sztuki, czyli jednego z „epizodów”, z powrotem do baraku wchodzili. Przez niemal cały zaś czas trwania przedstawienia znajdował się na orchestrze chór, czyli zespół ludzi – również w maskach – którzy, wykonywali rodzaj powolnego tańca i do wtóru muzyki wygłaszali między poszczególnymi epizodami poetyckie teksty związane z akcją utworu.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Atenach dwa i pół tysiąca lat

temu. Jest pora wiosny, w gaju u stóp Akropolu, podówczas

o wiele bujniejszym niż dziś, barwi się mnóstwo przeróżnych

kwiatów. Liście drzew często roztrąca nad naszymi głowami ptak.

W dniach Wielkich Dionizjów odbywają się w tutejszym teatrze

przez kilka dni, od rana do wieczora, spektakle, każdego dnia

cztery przedstawienia. Idziemy więc ścieżką przez gaj do teatru,

siadamy w którymś rzędzie ław. Nad nami jest błękitne niebo,

blisko nas zieleń, a z jednej strony szara skała Akropolu. To, jakie

widowisko przed nami się roztoczy w teatrze, zależy od tego, czy

właśnie jest dzień tragedii, czy dzień komedii.

Powiedzmy najpierw o komedii. Powstał ten gatunek literacki z połączenia dwóch elementów. Jednym z nich były doryckie tradycje żartów ludowych wesołków, z czasem całych scenek obyczajowych i mitologicznych, które miał doprowadzić do mistrzostwa Epicharm z Syrakuz na Sycylii w V wieku przed Chrystusem. Pono już w początkach owego V wieku przeniesiono te tradycje do Attyki. Z nimi połączyły się satyryczne, dramatyzowane śpiewy, jakie już dawniej intonowano w Attyce podczas uroczystych procesji ku czci Dionizosa. Ten bóg, w co nie wątpili jego czciciele, bardzo lubił żarty. Właśnie z owego drugiego, attyckiego źródła wywodzi się nazwa gatunku literackiego: komodia czyli „pieśń (ode) w wesołym pochodzie (komos)”. W wielkim dla kultury ogólnoludzkiej V wieku ateńskim, aż do jego schyłku, rozwijała się komedia „staroattycka”, ze wspaniałą twórczością Arystofanesa; potem przyjdzie okres komedii „średniej” (IV wiek) i „nowej” (druga połowa IV i początek III wieku) ze znakomitym Menandrem, w którego „mieszczańskich” fabułach już się rozlega śmiech jakby Moliera i Molierowskie zamyślenie nad życiem.

Ta więc żartobliwa twórczość kwitła też pod błogosławień

stwem Dionizosa. Ale zdaje się, że z głębszą warstwą jego tajem

nic związana jest inna dziedzina dramatu, sztuka tragiczna. W każ

dym z dni poświęconych tej dziedzinie odgrywano w teatrze Dio

nizosa tetralogię jednego autora, obejmującą trzy tragedie, związa

ne z sobą tematem albo nie związane, oraz pogodny dramat

satyrowy. W tym dramacie występował chór przebrany za satyrów,

towarzyszy Dionizosa, jak pamiętamy. Rozkwitnął ów gatunek

spektaklu w tym samym V wieku, był on jakby odetchnieniem po

tragediach, roztaczał bowiem tematy mitologiczne pogodnie,

z akcją rozgrywającą się w otwartej przestrzeni – na łące, w lesie.

Najważniejszymi jednak przedstawieniami podczas Wielkich Dio

nizjów były tragedie. Pierwszego z trzech wielkich tragików, Aj

schylosa (525-456) pamiętano jako patrona tej dziedziny sztuki.

Dwaj jego główni następcy to Sofokles (496-406) i Eurypides

(480-406).

Prehistoria owego gatunku literackiego nie jest dla nas całkiem

jawna, ale sporo nawet w półmroku możemy wyśledzić. W samej

greckiej nazwie tragodia błyska nam jeden z tropów. Znaczy ona: „pieśń (ode) kozłów (tragoi)”. Słyszymy, że już w epoce archaicznej należały do obrzędów ku czci Dionizosa śpiewy chórów i tańce wieśniaków, którzy pono występowali przebrani w skóry koźle, imitując satyrów. W Atenach śpiewali oni pieśni zwane dytyrambami, dithyramboi; termin ów w epoce klasycznej określał pieśni kultowe na cześć Dionizosa, nie żartobliwe, lecz podniosłe, pełne i entuzjazmu, i wzburzenia, przedstawiające cierpienia i radości boga. Arystoteles twierdzi, iż przodownik chóru, który rozpoczynał taką pieśń, był zapowiedzią aktora tragedii, i że tragedia wyłoniła się z dytyrambu. Jak się powoli w rękach pierwszych tragików, przed Ajschylosem, kształtowała forma tragedii attyckiej, to nie należy do naszego tematu. Raczej poświęcimy jeszcze uwagę związkowi całej tej wielkiej dziedziny sztuki z kultem Dionizosa, jak i temu, co chciałoby się nazwać esencją greckiego teatru tragicznego.

Przede wszystkim trzeba rzec, iż tragedia była dziełem sztuki, a zarazem obrzędem. W teatrze ateńskim doby klasycznej grywa no ją wyłącznie podczas świąt Dionizosa, głównie na wiosenne Dionizje Wielkie, czyli miejskie. Lecz współzawodnictwo tragiczne odbywało się też w święto Lenajów, wiejskie, przypadające w końcu grudnia. Przy obu okazjach spektaklom towarzyszyły procesje i ofiary. Niezależnie od przemian w konstrukcji teatru, najpierw drewnianego, potem kamiennego, stale było w najważniejszym miejscu widowni siedzisko dla kapłana Dionizosa, a pośrodku orchestry znajdował się ołtarz boga. Maski, jakie nosili uczestnicy chóru, czyli choreuci, oraz aktorzy, także trzeba uznać za elementy obrzędowe. Maska odgrywała w kulcie dionizyjskim ważną rolę.

Jak nas pouczają malowidła na wazach, były takie ryty, na

przykład mieszanie wina, którym patronował Dionizos tylko w po

staci maski, wielkiej, zawieszonej na drewnianym słupie. Podawa

no jej pierwszy haust nowego wina. Poniżej brodatej głowy wisiała

długa szata. Od góry zdobiono maskę i na dole spowijano słup

pędami bluszczu, ulubionej, obok winnego krzewu i mirtu, rośliny

Dionizosa. Nie jest on jedynym bóstwem, które czczono w postaci

maski. Znamy takie emblematy innych bóstw, na przykład Artemi

dy i Demeter. Wydaje się jednak pewne, że ten element kultowy

należał tylko do bóstw przedstawiających żywioły, związanych

z ziemią. Ludzie odprawiający obrzęd ku czci takich bóstw nieraz

sami też przywdziewali maski. Tu już zaczynamy rozumieć genezę

jednej z głównych cech greckiego teatru. Maski choreutów i akto

rów wyrażały bliskość ludzi wobec Dionizosa, który – właśnie jak

Artemida (zwłaszcza jako patronka położnic) i Demeter – nieraz

przemierzał ziemskie szlaki, a nie przebywał, jak bogowie wyłącz

nie olimpijscy, tylko w strefie nadziemskiej.

Oprócz niewątpliwych momentów łagodności Dionizos objawia się ludziom w przerażającej, a przynajmniej oszołamiającej dziwności, w szaleństwie przekraczającym granice zwykłego ludzkiego doświadczenia. Także w ogłuszającej wrzawie ekstatycznych krzyków bachantek i jego samego. Już wiemy, że Dionizos to Bromios, „Rozgłośny”. Cały bór rozbrzmiewa wołaniem towarzyszących mu nimf i menad. Menady „szaleją”, mainontai, i stąd się wywodzi ich miano. Szaleństwo to zaś ma dwa przejawy: jednym jest wrzawa, drugim kamienne, nieruchome milczenie, które nagle zapada po rozdzwaniającym cały bór krzyku. Menada, która obłędnie wirowała, staje nieruchoma, patrzy w nas natarczywym, nieruchomym spojrzeniem: właśnie spojrzeniem maski. Horacy, nazywając menadę Ewias, Ewiadą (greckie Euas, od triumfalnego wołania bachicznego: euoi! - łac.: evoe!), tak opisze jej chwilę znieruchomienia (Carmina, 3, 25, 8-12):

...Nie inaczej na szczytach gór

Bezsenna słupieje Ewiada

Patrząc na Hebrus daleki, na białą śniegiem

Trację, przemierzaną stopami

Barbarzyńskimi Rodope. . .
Domyślamy się – w tej alternacji wiru i znieruchomienia –

świadomości czegoś niewypowiedzianego, nie do wypowiedzenia.

Jakby nam się na chwilę odsłaniała jakaś niepojęta esencja bytu?

Nie próbujmy nazwać. Raczej spojrzyjmy teraz na to od strony

sztuki, a nawet ściślej – od strony cech literackich dionizyjskiego

teatru. Niemal każda z tragedii attyckich ujawnia nierozwiązalność

wewnętrznych antynomii życia, świata; takie utwory jak Ajschylo

sowa Oresteja są tu tylko częściowo wyjątkiem, bo dokonujące się

pojednanie nie zmienia przecież przeszłości: przeszłość, jak Mojra,

jest nieporuszona.

Ze świadomości – znamiennej dla sztuki tragicznej – że sprzecz

ności, jakie przenikają życie, są nierozwiązalne, wynika szczególne

znieruchomienie, jakiego świadkami jesteśmy u kresu każdej z wiel

kich tragedii attyckich. Sztuka grecka zna dwa rodzaje znieruchomie

nia: ten właśnie, który wynika z rozpoznania nierozwiązalności, i ten,

który się roztacza w godzinie południa, gdy bóg pastwisk, Pan, gra na

swojej fletni, jak to będzie się działo w jednym z przypisywanych

Platonowi epigramatów (Antologia Palatyńska, 9, 823).


Niech umilknie lesisty stok, gdzie żyją dryady,

Zdroje bijące ze skały, beczenie przychówka stad,


Bo oto sam zaczął Pan na swojej dźwięcznej grać fletni,
Przytknąwszy wilgotne wargi do dwóch złączonych trzcin,

A dookoła niego już tańczą żwawymi stopami


Nimfy znad strumieni i te, których domem jest bór.
W finałach wielkich tragedii są oba te rodzaje nieruchomości,

łączą się one z sobą. Dlatego tragedia grecka jest ciężka jak głaz,

a zarazem piękna. Arystoteles powie w Poetyce (6, 2), że „przez

litość i trwogę tragedia dokonuje oczyszczenia takich doznań”–



ten ton toiuton pathematon katharsin (jest to kategoria odmienna

od „oczyszczenia” apollińskiego, ale nie sprzeczna z nim). Próbuję

to, przynajmniej w jakimś przybliżeniu, tak określić: w nierozwią

zalność poeci tragiczni wpatrują się w milczeniu. Tragedia jest

sztuką milczenia i formy, milczącej formy. Przyszłe wieki będzie

urzekała albo zdumiewała formalność tragedii greckiej.

A rozgrywały się na dionizyjskiej orchestrze i scenie, pośród

bezmiernej wiosny śródziemnomorskiej, dzieje walk pod Troją,

dzieje Atrydów, wędrówki Argonautów, zdarzenia tebańskie, trudy

Heraklesa, Tezeusza, przygody Odyseusza. Niektóre z tych zda

rzeń zostały już wcześniej przedstawione przez Homera albo

przynajmniej epizodycznie czy aluzyjnie dotknięte przez niego.

Z pewnością należały do materii poezji epickiej. Wszystkie oparte

były na wspomnieniu dziejów epoki mykeńskiej, wyzłoconej, jak

już o tym wspomnieliśmy, rozjarzonej – urzekającym nas do dziś

czarem – przez nostalgię pokonującą przepaść „ciemnych wie

ków”, jakie oddzielały tamte czasy od archaicznej i klasycznej

Grecji. Wielka materia epicka, przetworzona w dramaty, napełniła

teatr dionizyjski. Dlatego odwiedzenie przez nas tego teatru jest

trafnym wstępem do wędrówki po szlakach różnych cyklów

greckich mitów heroicznych.

(Zygmunt Kubiak, Mitologia Greków i Rzymian, Warszawa 1997)







Pobieranie 158.69 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna