Dĕjiny Nyského knižectvi



Pobieranie 0.69 Mb.
Strona4/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.69 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22

Opr. Kazimierz Staszków




Nysa - O TAJEMNICACH PAŁACU BISKUPIEGO I REINKARNACJI CZYLI WĘDRÓWCE DUSZ

Na początku XVIII wieku, a więc blisko trzysta lat temu, Nysa jako stolica udzielnego i kwitnącego wówczas księstwa, była jednym z najważniejszych miast na Śląsku. Dotychczasowa rezydencja na nyskim zamku okazała się za skromna na potrzeby i wymagania książąt biskupów. Biskup Karol, arcyksiążę Habsburg postanowił wznieść nową siedzibę, którą dziś znamy jako Pałac Biskupi. Prace nad jego budową rozpoczęto w latach dwudziestych XVII wieku. Niestety, śmierć biskupa a następnie skutki szwedzkiego potopu, na długie lata odsunęły jego realizację. Ukończono ją blisko sto lat później, za panowania równie wielkiego księcia, Franciszka Ludwika.

Pewnego letniego wieczoru, kilka lat temu zadzwonił telefon. Tajemniczy, kobiecy głos poprosił mnie o spotkanie. Umówiliśmy się w jednym kawiarnianych ogródków w rynku. Kiedy tam przyszedłem, przy stoliku czekała już na mnie elegancka dama, o przepięknych miedzianych włosach. Po kilku słowach nasza rozmowa potoczyła się na temat pałacu biskupiego. Posypał się na mnie grad pytań na jego temat oraz czy jest mi coś wiadomo o ówczesnych stawach rybnych. Z toku rozmowy dowiedziałem się, że tajemnicza dama przyjechała do naszego miasta blisko rok temu. Nigdy wcześniej tu nie była. Jednak ilekroć przechodziła obok wspomnianego pałacu, czuła zawsze dziwne mrowienie i wielki niepokój. Próba zwiedzenia muzeum okazała się dla niej tragiczna w skutkach. Wszelkie wizyty u lekarzy różnych specjalności, nie wyjaśniły tych tajemniczych objawów i w żaden sposób im nie zaradziły. Rodzina zaczęła nawet rozpatrywać wyprowadzkę z Nysy. Po kilku miesiącach, jeden z przyjaciół namówił moją rozmówczynię na poddanie się hipnozie, gdyż w tym widział rozwiązanie dręczącego ją problemu. Umówił nawet wizytę u znanego hipnotyzera. Po długich wahaniach, zgodziła się na seans. To, co mi opowiedziała, wprawiło mnie w wielkie zdumienie. Po wybudzeniu się z letargu usłyszała:

- W poprzednim wcieleniu była pani jezuickim mnichem, który nadzorował budowę pałacu za czasów panowania biskupa Franciszka Ludwika. Budowa pałacu dobiegała właśnie końca i wielki książę postanowił spędzić nadchodzące właśnie święta Bożego Narodzenia w nowej rezydencji. Przygotowania do jego przyjazdu dobiegały końca. Miejscowi rybacy prowadzili odłów karpia w stawach hodowlanych. Żeby wybrać najbardziej dorodne sztuki na tę wielką okazję, wybrała się pani, wówczas jako mnich, nad stawy. Rybacy zaczęli wyjmować z sieci ryby, te dorodniejsze odkładając na bok. Chęć obejrzenia połowu była tak wielka, że nieopatrznie zbliżyła się pani do przerębla, nagle lód pod stopami się załamał i wpadła pani do wody. Pomoc rybaków nadeszła za późno i niestety, utonęła pani pod lodem. Jest jeszcze jedna tajemnicza sprawa. Cały czas wspominała pani o klatce schodowej, i ukrytej pod nią tajemnej skrytce.

Po tym seansie dręczące ją objawy ustąpiły i mogła już bez żadnych problemów odwiedzić nasze muzeum. Spotkałem się z nią jeszcze kilkakrotnie. Niestety, na temat tajemnej skrytki pod schodami nie uzyskałem żadnych dodatkowych informacji.

Teraz, po kilku latach od naszego spotkania, zaczynam mieć wątpliwości czy miało ono miejsce, czy przypadkiem nie jest to legenda, która powstała w mojej głowie pod wpływem wrażeń, jakich doznaję podczas moich częstych wizyt w tym wspaniałym gmachu?


Opr. Kazimierz Staszków


Głuchołazy

Głuchołazy - MIASTO Z KOZĄ W HERBIE

Złoto, metal który od niepamiętnych czasów stanowił największy przedmiot pożądania, był powodem wielu wojen, grabieży, morderstw. Wszyscy bez wyjątku, oglądając filmy rodem z dzikiego zachodu zwane westernami, mieliśmy okazję zapoznać się z „gorączką złota”. Nieraz zastanawiałem się, czy podobne emocje przeżywali średniowieczni poszukiwacze złota.


Dawno, dawno temu, kiedy tereny u podnóża dzisiejszych Gór Opawskich porastała nieprzebyta puszcza, a jedynym gospodarzem był tu dziki zwierz, ukryte w ziemi, leżały sobie spokojnie czekając na odkrywcę, spore pokłady złotego kruszcu. Kto je odnalazł i kiedy to miało miejsce – zapytacie? Do dnia dzisiejszego pozostało to nierozwiązaną zagadką. Wieść o tym odkryciu dotarła do biskupa Wawrzyńca, włodarza tych ziem, który postanowił owe skarby zagospodarować i spożytkować na chwałę bożą. Sprowadził z dalekiej Frankonii gwarków, biegłych w sztuce kopania złota i nadał im wspomniane ostępy leśne. Karczując i trzebiąc puszczę, wznieśli osadę górniczą, która dziś zwie się Zlate Hory, a wówczas zwała się Zuckmantel, co oznacza „Skradziony Płaszcz”. Sława o wydobywanym tu złocie lotem błyskawicy rozniosła się po szerokim świecie. Dowiedział się o tym potężny margrabia morawski Władysław Henryk. Nie czekając zbyt długo, najechał zbrojnie na osadę i odebrał ją biskupowi Wawrzyńcowi, przyłączając do swojego księstwa. Przezorny biskup, żeby zapobiec dalszym grabieżom zachłannego margrabiego, wzniósł nad rzeką Białą, na Grodowej Górze warowny gród Ziegenhals, co po polsku znaczy - „Kozia Szyja”. Mieszkańcy tego grodu również trudnili się wydobywaniem złota. Nie dawało to spokoju wszystkim chętnym łatwego zysku chciwcom i różnym typom spod ciemnej gwiazdy, których w owych czasach nie brakowało, tak jak nie brakuje ich i dziś. Aby temu zapobiec, przezorny biskup otoczył gród drewnianą palisadą, w następnych latach zastąpioną grubymi murami. Mimo to rycerze rabusie, których w owych czasach sporo włóczyło się po Śląsku, nie rezygnowali z łatwego ich zdaniem łupu. Zebrawszy się w kupę, napadli na miasto. Na szczęście, mieszczanie dali im odpór, skutecznie broniąc jego bram. Nie powiodły się również następne próby zdobycia grodu. Postanowili więc wziąć je głodem, otaczając niemożliwym do przebycia pierścieniem. Oblężenie przeciągało się i w grodzie zaczynało brakować pożywienia. Mieszkańcy zaczęli już tracić nadzieję, nie nadciągała też pomoc z zewnątrz. Kiedy sytuacja stawała się beznadziejna, burmistrz wpadł na wspaniały pomysł, żeby oszukać wroga i zniechęcić do dalszego oblężenia. Przebrał się w skórę dawno już zjedzonego kozła i skacząc po murach, srogo przy tym mecząc, naśladował to żwawe zwierzę. Widząc to, rabusie zaczęli wątpić w powodzenie wzięcia miasta głodem i po niedługim czasie odstąpili niepocieszeni sądząc, że jego mieszkańcom jeszcze daleko do klęski głodu. Od tego czasu, na pamiątkę tego wydarzenia, miasto przybrało za swój herb głowę wspomnianego kozła. Inny przekaz o tym wydarzeniu podaje, że w skórę kozła miał się przebrać sprytny szewczyk. Któż jednak, po tak wielu latach, potrafi rozwiązać tę zagadkę.

Zauroczony tą piękną legendą udałem się do Głuchołaz, bo taką nazwę nosi dzisiaj ów gród, by odszukać wizerunek tego herbu. Niestety, moje poszukiwania okazały się bezowocne. Dopiero w magistracie odnalazłem kilka zabytkowych krzeseł, których oparcia są przyozdobione wspaniałymi „Kozimi Głowami”.



Ale dlaczego na wstępie tyle opowiadałem o złocie – zapytacie? Otóż jak powiadają obeznani w temacie mędrcy, w okolicach Głuchołaz, podczas trwającej blisko trzysta lat eksploatacji, wydobyto go blisko trzy tony. Z niego to właśnie książęta biskupi bili w nyskiej mennicy wspaniałe dukaty. Zacni uczeni, którzy ostatnio tu obradowali orzekli, że wspomniane trzy tony, stanowią tylko niewielką część ukrytych tu pokładów. Kiedy w 1997 roku okolice miasta spustoszyła wielka powódź, wybrałem się z pewnym moim znajomym, zacnym i szanowanym skądinąd nysaninem, popróbować szczęścia w płukaniu tego cennego kruszcu. Na poszukiwania wybraliśmy zakole rzeki, w którym powódź nagromadziła sporo drobnego żwiru i piachu. Po kilkugodzinnych poszukiwaniach, usiedliśmy na brzegu, żeby ocenić efekty swoich penetracji. Kiedy pokazałem mu moje „skarby”, które stanowiło siedem drobinek złotego piasku, wielkości ziaren maku, w jego oczach zobaczyłem szatański błysk. Myślę, że taką właśnie twarz musiała mieć słynna „gorączka złota”. A tak na marginesie, stwierdzenie wspomnianych wyżej uczonych nie daje mi do dnia dzisiejszego spokoju. Chyba wyciągnę z lamusa moją zaczarowaną patelnię, oczywiście tę specjalną, do płukania złota.
Opr. Kazimierz Staszków


Głuchołazy - O skarbniku rubekalu (rübezahlu) zwanym przez nas liczyrzepą a przez innych karkonoszem
Bardzo dawno temu, całe Sudety oraz góry, które dziś zwiemy Opawskimi, porastała nieprzebyta puszcza. Na tym odludziu nie można było spotkać żadnego człowieka. Jedyną, panującą tu niepodzielnie osobą był skarbnik, zwany przez śląską ludność Rubekalem a przez nas, nie wiadomo dlaczego, Liczyrzepą lub Karkonoszem. Doglądał on ukrytych w okolicy nieprzebranych skarbów. A miał czego strzec. W niedalekich Zlatych Horach i Głuchołazach ukrył spore pokłady złotego kruszcu oraz wspaniałe kryształy granatów. Na górze Chrobrego rozsypał piękne, zbliźniaczone w formie krzyża kryształy staurolitu, zwane łzami dobrej wróżki. Jak przekazuje tradycja miały one powstać na wieść o śmierci Chrystusa. Kiedy dowiedziała się o niej Dobra Wróżka, rozpłakała się rzewnie, a jej łzy zamieniły się w tajemnicze kryształy. W okolicach Sławniowic ulokował wielkie złoże pięknego szarego marmuru śląskiego, które poprzetykał pięknymi okazami kryształu górskiego o wielkiej mocy, którą do dziś wykorzystują uzdrawiacze i radiesteci. Dołożył do tego kalcyt, który zbieracze zwą skamieniałym bursztynem. Jak widzimy, miał czego doglądać. Na swoją siedzibę wybrał jaskinię na wzgórzu leżącym pomiędzy Polskim i Nowym Świętowem. Jak powiadają starzy mieszkańcy, wejście do niej miało się znajdować u jej podnóża, od strony rzeki Białej, z której krystaliczną wówczas wodą gasił pragnienie po ciężkiej pracy. A było to miejsce szczególne. Wnętrze groty pokryte było wspaniałymi kryształami ametystów i stanowiło wejście do podziemnych korytarzy prowadzących do wszystkich, wcześniej wymienionych miejsc. Kiedy pojawili się tu pierwsi ludzie, zamieszkali w jego jaskini. Rubekal zamknął zaklętymi wrotami dostęp do podziemnych korytarzy pozostawiając jedynie mały odcinek, tuż przy wejściu, żeby pierwsi osadnicy mieli schronienie przed zimnem i dzikim zwierzem, który wówczas panował niepodzielnie w przepastnych borach. Mijały lata. Osadnicy pobudowali na szczycie wzgórza wielkie grodzisko i zaczęli zagospodarowywać żyzne ziemie. Rozpoczął się wielki wyrąb lasów. Gwar i hałas zmusił skarbnika do przeniesienia się w niedostępne wówczas Karkonosze i stąd zapewne wzięło się jego drugie imię. Zanim jednak to uczynił, skrzętnie ukrył we wnętrzu wzgórza ametystowy skarb.

Tyle o Rubekalu czy jak inni wolą Karkonoszu opowiada ta stara przypowieść.

Kiedy blisko czterdzieści lat temu współcześni poszukiwacze skarbów, których zwiemy geologami, prowadzili na wzgórzu prace poszukiwawcze, dobrali się odrobinę do tego skarbca. Odkryli wówczas zalegające tu spore pokłady glinki kaolinowej, znakomitego surowca do produkcji najwspanialszych gatunków porcelany. Odkryli również piękne okazy ametystów, tak skrzętnie ukryte przez Rubekala. Miałem wielką przyjemność towarzyszyć im podczas prac poszukiwawczych. Opowiedziałem o tych badaniach jednemu z moich przyjaciół, w owym czasie znanej nyskiej osobistości. Bardzo się tym zainteresował. W jedną z niedziel wybraliśmy się na to wzgórze. Kiedy po kilkugodzinnej penetracji pokazałem mu spory okaz cytrynu, to znaczy kryształu górskiego przepięknie zabarwionego w kolorze cytryny, stąd jego nazwa, z zachwytem w oczach zaczął go oglądać. Ja zająłem się dalszą penetracją odkrywki. Kiedy zbieraliśmy się do powrotu, zapytałem go o kryształ. Ze zgrozą w oczach odpowiedział – jaki kryształ ?! Był to zapewne pierwszy objaw gorączki poszukiwacza.

Rubekal dokonał jednak zemsty na intruzach. Na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku wejście do groty w tajemniczy sposób zniknęło. Kiedy dziś przejeżdżamy przez wzgórze w kierunku Głuchołaz, w jezdni możemy zauważyć wielkie asfaltowe łaty, które są nakładane na ciągle zapadającą się w tym miejscu drogę. Być może powodem tego są tunele, które przed wiekami wykopał skarbnik Rubekal ?

Opr. Kazimierz Staszków
Kamiennik

Kamiennik - O ZAGINIONEJ WSI WECHCZEWICZ
Przy dawnym trakcie z Nysy przez Otmuchów, Ziębice do Świdnicy, pomiędzy wsiami Chociebórz i Osina Wielka, nieopodal słupa granicznego znajdowała się niegdyś bogata wieś Wechczewicz. Jedynym śladem, jaki po niej pozostał do naszych czasów jest krzyż pokutny, który upamiętnia tragiczne wydarzenia, jakie miały tu miejsce przed wiekami.
Działo się to w czasach kiedy zakończył się ostry spór o niepodzielną władzę w ziemi nyskiej pomiędzy księciem wrocławskim Henrykiem IV Probusem a biskupem Tomaszem II. W 1290 roku książę Henryk na łożu śmierci przekazał ziemię nyską w pełne władanie biskupom wrocławskim, co dało początek kościelnemu księstwu nyskiemu, które przetrwało ponad 500 lat - do 1810 roku.

Od tamtego czasu księstwo biskupie zaczęło się bardzo szybko rozwijać i do Nysy - jego stolicy, zaczęły ciągnąć karawany zamożnych kupców, podążające z Europy na wschód. Właśnie prastary trakt, o którym opowiadałem na wstępie, był wówczas jednym z najbardziej ruchliwych szlaków handlowych. Wieś Chociebórz zaczęła się dynamicznie rozwijać, i jej właściciel Wechczewicz za zgodą biskupa Tomasza, nadał swojemu najstarszemu synowi Henrykowi przygraniczny kawałek ziemi, żeby ten założył tam osadę, którą Henryk na cześć ojca nazwał właśnie Wechczewicz.

Wieś zaczęła się szybko rozwijać jako że na odpoczynek zaczęły się tu zatrzymywać wszystkie karawany kupieckie. Henryk po kilku latach stał się bardzo zamożnym gospodarzem. Jego młodsze rodzeństwo z Chocieborza zaczęło krzywym i chciwym okiem spozierać w jego stronę. Henryk wcale się tym nie przejmował, ciężką pracą pomnażał dalej swoje dobra. Kiedy próby pozyskania pieniędzy od brata się nie powiodły, dwaj bracia Henryka – Mikołaj i Jan oraz siostra Helena uknuli spisek i postanowili podstępem zagarnąć jego majątek. Ponieważ zbliżały się święta poprosili brata, żeby urządził rodzinny zjazd w swojej posiadłości. Tak też się stało i cała rodzina spotkała się przy świątecznym, suto zastawionym stole. Jednak przyjęcie nie odbywało się w szczerej rodzinnej atmosferze, gdyż rodzeństwo nie mogło znieść przepychu z jakim podejmował ich brat. Wkrótce doszło do kłótni, podczas której Henryk został podstępnie zasztyletowany. Żeby dokonać tego w tajemnicy przed służbą, podstępem wywabili Henryka z dworu mówiąc, że traktem podąża bogata karawana kupiecka. Zapewne w ten sposób zamierzali zwalić zabójstwo na rabusiów grasujących wówczas po drogach. Bratobójstwo pozostałoby dalej w ukryciu, gdyby nie swary i kłótnie o podział uzyskanego majątku, jakie niebawem rozpoczęły się pomiędzy niegodziwym rodzeństwem. Sprawa się wydała i książę biskup Wacław z Legnicy nakazał pojmać oprawców i srogo ich osądzić. Jak nakazywało ówczesne prawo, niegodziwi bracia wykuli własnoręcznie w twardym granitowym głazie kamienny krzyż, który dziś zwiemy pokutnym, i ustawili go w miejscu zbrodni. Cała trójka ponadto została srogo ukarana i przepędzona.

Wieść o tej niecnej zbrodni szybko się rozniosła i od tego czasu żadna karawana kupiecka nie zatrzymała się już w tym miejscu. Wieś pozbawiona gospodarza zaczęła się obracać w ruinę i niebawem nie pozostał po niej żaden ślad. Jedynie do dnia dzisiejszego o tych smutnych wydarzeniach zaświadcza wspomniany na początku krzyż pokutny.

Historia ta wydarzyła się naprawdę. Opowiadają o niej zapiski pochodzące z 1377 roku.
Jest jeszcze jedno podanie opowiadające o historii tego krzyża. Otóż tym traktem powracali z targu w Ziębicach dwaj kupcy, którzy handlowali tam bydłem rzeźnym. Jednemu z nich udało się sprzedać całe stado i w jego sakwie znajdowało się sporo talarów. Drugiemu się nie powiodło i powracał ze swoim stadem do domu. Zatrzymali się na odpoczynek przy słupie granicznym. Kiedy kupiec, któremu się powiodło oddalił się za potrzebą w niedalekie zarośla, drugi udał się za nim i podstępnie go zamordował, zagarniając jego sakiewkę. Jednak zbrodnia szybko wyszła na jaw i zbrodniarz za karę musiał wykuć w kamieniu krzyż i ustawić go w miejscu przestępstwa. Do końca swojego życia musiał również łożyć na utrzymanie rodziny zamordowanego.

Nie wiem, która z tych historii jest prawdziwa. Obydwie jednak świadczą, że zbrodnia nigdy nie popłaca. Osąd pozostawiam czytelnikom.

Opr. Kazimierz Staszków


Korfantów




1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna