Dĕjiny Nyského knižectvi


Korfantów - O OBRAZIE SŁYNĄCYM CUDAMI I SZWEDZKIEJ GÓRCE



Pobieranie 0.69 Mb.
Strona5/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.69 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22

Korfantów - O OBRAZIE SŁYNĄCYM CUDAMI I SZWEDZKIEJ GÓRCE

Nieopodal Przydroża Małego znajduje się wzgórze zwane Szwedzką Górką. Wznosi się na nim kościółek pielgrzymkowy oraz sanktuarium maryjne, zaliczane do wyjątkowych na Opolszczyźnie.


O tym jak powstało opowiada piękna legenda, która mówi że na początku XVII wieku Śląsk nawiedziła wielka epidemia dżumy. Jej skutki były tak przerażające i ogromne, że wiele miast i wsi całkowicie opustoszało. Mieszkańcy, którzy ją przeżyli, w różny sposób starali się za ocalenie podziękować Bogu. Włościanie z Przydroża Małego - na wzgórzu znajdującym się nieopodal wsi, które zwano wówczas Mogiłą zapewne z powodu grzebania na nim ofiar wspomnianej zarazy.- na wiekowej lipie zawiesili kapliczkę z malowanym na drewnie obrazem Matki Bożej Nieustającej Pomocy. W ten sposób chcieli zapewne podziękować Matce Boskiej za ocalenie i powierzyć Jej opiece wszystkich zmarłych.

Nadeszły czasy, które historycy zwą wojną trzydziestoletnią, a my znamy ją jako Szwedzki Potop. Kiedy na Śląsk wkroczyły oddziały szwedzkie pod dowództwem samego Karola Gustawa, nie bez powodu na swój warowny obóz obrały to wzgórze. Dominowało ono nad okolicą i z tego miejsca mogły kontrolować wszelkie ruchy przeciwnika. Po niedługim czasie żołdacy spostrzegli kapliczkę , zaczęli z niej szydzić i w okrutny sposób ją bezcześcić, urządzając między innymi zawody strzeleckie, do których przystąpiło 30 wyborowych strzelców. Jednak wszystkie kule, które wystrzelili w kierunku obrazu, odbijały się rykoszetem, raniąc i zabijając wielu oprawców. Wobec takiego obrotu sprawy, dowódca nakazał lancknechtom załadować podejrzany obraz na furmankę i odwieźć go do Nysy, w której znajdowała się kwatera głównodowodzącego. Postanowiono, że tam zostanie publicznie spalony na rynku. Zamiary te zostały pokrzyżowane w przedziwnych okolicznościach. Otóż kiedy furmanka przejeżdżała przez dzisiejsze Rynarcice, konie bez powodu się zatrzymały i w żaden sposób nie chciały ruszyć z miejsca. Nie pomogło nawet to, że woźnica okrutnie okładał je batem. Wówczas dowódca konwoju nakazał zniszczyć obraz, pomny nieszczęsnych zawodów strzeleckich wezwał pikiniera i rozkazał posiekać obraz na drobne kawałki. Kiedy żołnierz zbliżył się do obrazu i zamachnął się na niego zbrojną w metalowe ostrze długą piką, z pogodnego nieba uderzył nagle potężny piorun, zabijając go na miejscu. Konie, spłoszone potężnym grzmotem, wpadły w szał i poniosły furę ze znajdującym się na niej obrazem z powrotem na Szwedzką Górkę. Zatrzymały się dopiero pod wiekową lipą, gdzie zaczęły spokojnie skubać trawę. Przerażeni takim obrotem sprawy Szwedzi odstąpili od swoich niecnych zamiarów, zostawiając cudowny obraz w spokoju. Na pamiątkę tych wydarzeń okoliczni mieszkańcy wznieśli w tym miejscu drewnianą kaplicę, w której umieścili cudowny obraz. Po niedługim czasie zaczęły przybywać w to miejsce pielgrzymki a obraz zasłynął licznymi cudami. Dla upamiętnienia tego wydarzenia miejsce to zaczęto nazywać Szwedzką Górką, która to nazwa przetrwała do dnia dzisiejszego.


Niestety, cudowny obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy nie zachował się do naszych czasów, jednak Szwedzka Górka nadal słynie ze swoich cudownych właściwości. Warto to sprawdzić 15 sierpnia, w dniu Wniebowzięcia NMP. Wtedy to odbywają się pielgrzymkowe spotkania wiernych, tych z bliska i tych z daleka.

Opr. Kazimierz Staszków



Łambinowice - O SKRZATACH I SUSŁACH

Dawno, dawno temu tereny, na których dziś rozpościera swoje posiadłości łambinowicka gmina, porastała nieprzebyta puszcza zwana Przesieką. Nie wiadomo kiedy i skąd przywędrowały tu skrzaty. Na swoje mieszkanie wybrały pagórek, który porastały wiekowe dęby i srebrzyste buki. Te maleńkie istoty o dużych głowach ubierały się zawsze w czerwone kubraczki, przez co zwane były również krasnoludkami. W obranym na siedzibę pagórku zaczęły drążyć długie korytarze łączące komnaty, magazyny i spichlerze. W ten oto sposób powstało w niedługim czasie królestwo, w którym niepodzielnie rządziły skrzaty, czy jak wolą inni – krasnoludki.

Nie wiadomo jak potoczyłyby się losy tego królestwa, gdyby nie osadnicy przysłani tu przez księcia nyskiego, biskupa wrocławskiego Tomasza. Rozpoczęli oni intensywne karczowanie wiekowej puszczy i zakładanie pierwszych osad. A ponieważ ziemia była tu bardzo urodzajna, w ślad za nimi przybywali nowi i w niedługim czasie powstała wieś Klucznik. Kiedy skrzaty zobaczyły, jak pracowity i dobry lud zagościł w ich królestwie, zaakceptowały intruzów. Zawsze, w cudowny niemal sposób, przychodziły im z pomocą w trudnych chwilach życia. W czasach nieurodzajów i klęsk żywiołowych niejeden zrozpaczony kmieć odkrył na swoim progu a to worek zboża, a to bochen chleba. Czasami znajdujący się w potrzebie gospodarz znalazł zawiniątko z talarami i mógł zapłacić nałożone na niego różne niesprawiedliwe podatki i daniny. Po niedługim czasie nawiązały się pomiędzy nimi dobrosąsiedzkie stosunki i bywało, że jedni i drudzy służyli sobie zawsze w potrzebie pomocą. Bywało, że powalony ciężką chorobą gospodarz lub jego rodzina zaniemogli a natychmiast zjawiał się mały, odziano na czerwono lekarz, który poił chorych tajemniczymi miksturami. Nigdy się nie zdarzyło, żeby po takiej kuracji chory nie wydobrzał.

Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie niesforna skrzacia młodzież, która lubiła psocić i urządzać różnorakie figle swoim sąsiadom. A to wybrali jajka z kurnika, a to spijali mleko pasącym się na pastwiskach krowom. Szczególnie upatrzyły sobie pewnego myśliwego, który na polowaniu zranił jednego z nich. Zawsze, kiedy miał on na muszce dorodnego jelenia lub dzika, rozlegał się trzask łamanych gałęzi lub głośny gwizd, który płoszył zwierzynę. Sprawa zaszła tak daleko, że zrozpaczony myśliwy odebrał sobie życie. Po tej tragedii dobrosąsiedzkie stosunki bardzo się popsuły i o powrocie do dawnych czasów nie było już mowy.

W tym czasie na Śląsk wkroczyły wojska króla pruskiego Fryderyka, który swoje królestwo postanowił powiększyć na drodze wojennej. Kiedy ustały wojny zwane śląskimi, wojowniczy król uznał, że właśnie to miejsce nada się na poligon, na którym jego żołnierze będą się ćwiczyć w wojennym rzemiośle. Jak pomyślał, tak też uczynił. Niebawem w to ciche i ustronne miejsce ściągnęła artyleria i rozpoczęła szkolić się w strzelaniu. Konflikt z włościanami oraz ciągły i nieznośny huk armat dopełniły reszty. Wobec tego skrzaty postanowiły raz na zawsze opuścić niegościnną wieś. Poprosiły zaprzyjaźnionego gospodarza, aby gdy zapadnie zmrok, podjechał największym wozem pod pagórek na dębową polanę. Kiedy się zjawił, załadowali na furmankę cały swój dobytek i usadowiwszy się na niej, zasmuceni, opuścili swoje królestwo na zawsze. Kazali się odwieść w krainę bazaltowych pagórków, która rozciągała się w okolicach Graczy. Nim zapiał kur, wyładowali swój dobytek i bez słowa zniknęli w kamiennych szczelinach. Żegnając się z woźnicą król skrzatów przepowiedział - nadejdzie czas kiedy poligon przybliży się niebezpiecznie do wsi. Wówczas po wsi Klucznik nie pozostanie żaden ślad. Po tych słowach zniknął w ciemnościach, udając się za swoim ludem. Kiedy gospodarz powrócił do swojego domostwa, słońce świeciło już wysoko na niebie. Zsiadając z wozu, dostrzegł sakiewkę, w której znalazł sporo złotych dukatów. Przysługa oddana skrzatom pozwoliła mu na bardzo dostatnie życie aż do śmierci.

Opuszczone korytarze zajęły niebawem susły, które są mistrzami w drążeniu podziemnych tuneli. Stały się one zmorą dla pruskich artylerzystów. Bardzo często dosiadający konia dowódca zapadał się pod ziemię w wydrążonych przez nie norach wraz z koniem. To samo działo się z ciężkimi armatami i działami, które z wielkim trudem żołnierze musieli wydobywać z zapadlisk.

Przepowiednia króla skrzatów spełniła się po ostatniej wojnie. Kiedy poligon przejęło wojsko polskie, wieś Klucznik została włączona w jego obręb. Mieszkańców przesiedlono do innych miejscowości a opuszczone domy stały się celem dla szkolących się w strzelaniu żołnierzy. Dziś po wsi i susłach nie ma już żadnego śladu. Jestem ciekaw, czy ktoś widział tam ostatnio susła, bo o skrzaty nie mam odwagi się zapytać.

Opr. Kazimierz Staszków

Otmuchów - O OTMUCHOWSKIM ZAMKU, NIESZCZĘŚLIWEJ MIŁOŚCI I PIĘKNYM SOKOLE.
Dawno, dawno temu, na ziemie śląskie wdarła się Złota Orda, dowodzona przez wielkiego wodza Batu-chana, wnuka słynnego władcy mongolskiego Czyngis-chana. Po jej przejściu nie pozostawało nic prócz popiołów, gruzów i mogił. Ich zwycięski marsz na ówczesną Europę powstrzymał dopiero książę śląski i krakowski Henryk, syn św. Jadwigi Śląskiej, stając na ich drodze z rycerstwem śląskim i niedobitkami rycerstwa małopolskiego na Legnickim Polu. Odbyła się tam wielka bitwa, w której rycerstwo polskie zostało pokonane. Książę Henryk poległ na polu bitwy. Walczył z tak wielką odwagą i determinacją w obronie wiary chrześcijańskiej, że potomni nadali mu przydomek Pobożny. Straty, jakie rycerstwo polskie zadało niezwyciężonym dotychczas Tatarom, powstrzymały ich marsz i zmusiły do odwrotu.

Nadszedł czas odbudowy. Książę biskup Tomasz z zacnego i możnego rodu Rawiczów, uznając wielkie zasługi rycerza Henryka w walce z Tatarami, powierzył mu otmuchowski zamek, czyniąc jednocześnie kasztelanem. Czasy były bardzo ciężkie. Kasztelan Henryk z wielkim trudem dźwigał zamek i przynależne do niego wsie z ruin. Jego jedynym towarzyszem był wspaniały sokół, dzięki któremu kasztelan mógł polować i zdobywać pożywienie. Po pewnym czasie o wyczynach łowieckich sokoła zaczęto głośno mówić, a jego sława rosła daleko poza granice kasztelanii. Bawiąc pewnego razu na dworze księcia biskupa w Nysie, kasztelan ujrzał piękną szlachciankę, baronową Emmę, do której zapałał wielką miłością od pierwszego wejrzenia. Niestety, dumna i wyniosła Emma, odrzucała jego zaloty i składane wciąż wyrazy wielkiej miłości. Kiedy nic już nie dawało mu nadziei, że pozyska rękę pięknej Emmy, powrócił na otmuchowski zamek i niezwykle cierpiąc, oddał się pracy. Jedyną przyjemnością były dla niego łowy z sokołem, jedynym przyjacielem, którym oddawał się z wielką pasją. Tak w samotności i wielkiej tęsknocie za ukochaną upływały dni. Pewnego razu na zamku pojawił się posłaniec z zapytaniem, czy kasztelan nie zechciałby przyjąć baronowej Emmy, która strudzona polowaniem, jakie odbywało się w okolicy, zapragnęła odpocząć i posilić się w jego zamku. Niestety, spiżarnie zamkowe świeciły pustkami, gdyż ostatnio jakoś zwierzyny w okolicznych lasach brakowało, a samotny kasztelan nie dbał o gromadzenie zapasów. W akcie rozpaczy, nie widząc innego wyjścia, porwał miecz i jednym zamachem obciął głowę sokołowi, jedynemu towarzyszowi w jego zamkowej samotni. Ze łzami w oczach nakazał służbie go upiec. Przyjmując piękną i nadal dumną Emmę, chwycił ją za ręce i ze łzami w oczach, których potoku nie potrafił wciąż zatrzymać powiedział:

- ofiarowałem Ci o piękna pani to, co było do tej pory najbliższe memu sercu!!!

Po tych słowach rzewnie się rozpłakał.

Kiedy piękna Emma poznała całą prawdę, jej serce z wielkiego wzruszenia zmiękło, a po niedługim czasie odbyły się ich zaręczyny i wspaniały ślub, o którym w okolicy długo opowiadano i wspominano. Patronował im w czasie wesela sam książę biskup Tomasz.

Jak powiada baśń - żyli potem długo i szczęśliwie.

Po wielkich zniszczeniach spowodowanych najazdem tatarskim, a działo się to w XIII wieku, ziemia śląska oraz ziemia księstwa nyskiego, z wielkim trudem dźwigały się z gruzów i popiołów. Czasy, jakie potem nastały, potomni nazwali „Złotym Wiekiem”

Po pożogach i klęskach, jakie ostatnio ponownie dotknęły ziemie dawnego księstwa, z wielką nadzieją oczekuję, że i my doczekamy takich czasów.

Opr. Kazimierz Staszków
Otmuchów - JAK HUSYCI PODSTĘPEM ZRABOWALI BISKUPI SKARBIEC.

Dawno, dawno temu, kiedy na stolcu księstwa nyskiego zasiadał biskup Konrad z Oleśnicy, Europa ogarnięta była wojnami husyckimi. Wszystkie krucjaty przeciw zbuntowanym Czechom ponosiły druzgocące klęski. Natomiast wojska dowodzone przez słynnego rycerza Jana Żiżkę, w odwecie za spalenie Jana Husa na stosie, niezwyciężone, wszędzie gdzie się tylko pojawiły, siały grożny postrach. Do krucjaty przeciw tej armii przystąpił książę biskup Konrad. W odpowiedzi, armia husycka wyruszyła z wyprawą odwetową na Śląsk. Pierwszy raz najechała ziemie księstwa w 1428 roku, paląc i pustosząc wszystko co im stanęło na drodze. Dowodzone przez Prokopa oddziały najechały również otmuchowski gród, paląc i rabując miasto i podgrodzie. Nie powiodła się wówczas próba zdobycia zamku, w którym biskup Konrad ukrył skarb książęcy. Po raz drugi armia husytów nadciągnęła pod Otmuchów w 1430 roku, z bezwzględnym postanowieniem zrabowania biskupiego skarbca. Obrońcy skutecznie odpierali wszystkie ich brawurowe ataki. Wówczas oblegający go, postanowili zdobyć zamek podstępem. Rozpoczęli potajemne pertraktacje z dowódcą obrony Mikołajem von Alzenau. Ten, jak się okazało tchórzliwy i przekupny, słabego charakteru dowódca, za pieniądze i obietnicę bezpiecznego opuszczenia zamku przez załogę, poddał im warownię.

W ręce agresora dostał się cały niemal skarb księstwa nyskiego, jako że w obawie przed nadciągającą heretycką armią, przezornie ukryto na zamku wszystkie cenniejsze precjoza kościelne. Przejmując zamek, oddziały husytów zapanowały niepodzielnie nad okolicą.

Zdrada jednak nie popłaca, a judaszowe srebrniki potrafią bardzo boleśnie parzyć biorące je dłonie. Przekonał się o tym tchórzliwy dowódca obrony zamku. Niedługo potem go schwytano i postawiono przed sądem biskupim w Nysie. Za jego haniebny czyn spotkała go surowa kara, skazano go na śmierć przez ścięcie. Jego głowa spadła , ścięta katowskim mieczem. Działo się to na nyskim rynku, ku przestrodze dla innych, którzy chcieliby w podobny sposób dorobić się majątku.

Zastanawiam się, czy użyto wówczas tego samego miecza, którym wedle tradycji ścięto księcia opolskiego Mikołaja II. Miecz ten możemy dziś obejrzeć w nyskim muzeum.

W średniowieczu uważano otmuchowski zamek za niemożliwy do zdobycia. Było to zapewne przyczyną, że w nim właśnie biskupi wrocławscy przechowywali swoje kosztowności, pieniądze i cenniejsze przedmioty. Jednym słowem otmuchowska warownia pełniła wówczas funkcję skarbca biskupiego. Ta informacja do dnia dzisiejszego nie daje spokoju licznym rzeszom poszukiwaczy skarbów. Ciągle słyszymy niesamowite opowieści o tajemniczych tunelach, ciągnących się od zamku nieskończenie daleko. Czy husyci zabrali wszystkie ukryte tu skarby? To pytanie zadaje sobie każdy, kto choć raz zobaczy zamek. Niedawno próbowano „dobrać” się do skarbu poprzez zamkową studnię. Czy wówczas coś odkryto, trzymane jest w głębokiej tajemnicy.

Opr. Kazimierz Staszków

Otmuchów - Kałków - ŚW. JERZY, TEMPLARIUSZE I DIABELSKI SZPON

Ilekroć patrzę na kościół w Kałkowie, nigdy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie jest to świątynia lecz warowny zamek. Otóż ten wspaniały gotycki kościół pod wezwaniem Narodzenia NMP, jeden z najstarszych na Śląsku, już blisko siedemset lat trwa w prawie nie zmienionej postaci. Wedle starożytnych, sięgających wypraw krzyżowych podań, wznieść go mieli Templariusze. Kim byli – spytacie?

Otóż ten zakon duchownych rycerzy powołano do życia pod koniec XII wieku w Ziemi Świętej, dla zapewnienia bezpieczeństwa pielgrzymom udającym się do Jerozolimy, znajdującej się wówczas w rękach niewiernych Saracenów. Nosili oni białe płaszcze z czerwonym krzyżem, stąd zwano ich również Rycerzami Czerwonego Krzyża. Głośne czyny wojenne w obronie Ziemi Świętej przed Saracenami, przyniosły im wielką sławę i rozgłos. W ślad za sławą posypały się bogate nadania i pieniądze, które uczyniły z Templariuszy potęgę finansową, a zgromadzony przez nich skarb owiały sensacyjne legendy. Na ich wielki majątek zazdrosnym okiem spoglądało wielu władców ówczesnej Europy, a zwłaszcza król Francji Filip zwany Pięknym. Używając podstępów i fałszywych oskarżeń, zagarnął ich majątek, a szlachetnych rycerzy zakonników nakazał wtrącić do lochów. Wszystkich, którzy stawiali opór spalono bez wyjątku na stosie. Jego chciwość sięgała daleko poza granice Francji. Korzystając z mocy piekielnych, postanowił zagarnąć również majątek, jaki zgromadzili i zapewne przechowywali w warownym kościele w Kałkowie. Kiedy zapadł zmrok, mad kościołem pojawił się szatan z zamiarem porwania kościoła i przeniesieniem go wraz ze skarbem do chciwego króla. Czy w tym zadaniu przeszkodził mu św. Jerzy, ówczesny patron kościoła słynący z walki z mocami piekielnymi, czy też zapiał kur, gdyż diabeł nie mógł sobie poradzić z ciężarem wielkiego skarbu? Nikt już dzisiaj nie pamięta. Po tym wydarzeniu pozostał jedynie ślad diabelskiego szponu, który możemy zobaczyć na elewacji, w pobliżu wspaniałego romańskiego portalu zdobiącego wejście do świątyni. Tyle o mitycznych skarbach templariuszy opowiada zapomniana już dziś legenda.

Jednak z wielkim, znajdującym się tu skarbem, to jeszcze nie koniec. Tym skarbem są na pewno wspaniałe gotyckie polichromie zdobiące wnętrze kościoła.

Kiedy spacerujemy po nyskim cmentarzu jerozolimskim główną aleją, zwykle wstępujemy do grobu Józefa v. Eichendorffa. Niewielu z nas zwraca uwagę na skromny, obłożony kamieniami z drewnianą kapliczką grób, znajdujący się w pobliżu. A spoczywa tutaj Lukas Mrzyglod, wielki artysta i konserwator. Jego benedyktyńskiej pracy zawdzięczamy odkrycie i przywrócenie do życia ukrytych pod wielowiekowymi zamalowaniami, tych wspaniałych polichromii. Warto i jemu poświęcić odrobinę uwagi i zadumy.

Opr. Kazimierz Staszków




Paczków - O TAJEMNICZYM SKARBIE UKRYTYM W BOLKOWYM WZGÓRZU

Bardzo dawno temu tereny, na których dzisiaj znajduje się warowny gród Paczków, porastały nieprzebyte knieje zwane przesieką. W owym czasie, książę Bolko I rozpoczął wznoszenie zamków i warowni, mających bronić jego dziedziny przed najazdami zbrojnych rycerzy króla czeskiego. Jedną z takich warowni pobudował na wzgórzu, które od owych czasów zwano Bolkowym, lub też, jak niektórzy powiadają – Zamkowym, wznoszącym się na stromym brzegu rzeki zwanej BiałąWodą. W tym samym czasie, chcący pojednać się z Bogiem za swoje ziemskie grzechy, potężny książę wrocławski Henryk IV zwany Prawym, umierając, zapisał w testamencie kasztelanię otmuchowsko-nyską biskupom diecezji wrocławskiej. Nadał im również przywilej książęcy. Ziemie kasztelanii graniczyły z ziemiami księcia Bolka. Wobec powyższego teraz oni przystąpili do umacniania granic swojego księstwa, wznosząc przy traktach handlowych warowne zamki i grody. W ten oto sposób, na drugim brzegu Białej Wody powstał warowny gród, otoczony potężnymi murami, o którym wspomniałem na wstępie. Zapewne to biskupi właśnie nakazali zniszczenie bolkowego zamku, gdyż stanowił on bezpośrednie zagrożenie dla paczkowskiego grodu, jako że nie wszyscy książęta śląscy zgadzali się z testamentem księcia Henryka. Po zamku nie pozostawiono nawet jednego kamienia. Natomiast po okolicy rozeszła się sensacyjna wieść o ukrytym w tym miejscu ogromnym skarbie. Skąd się on tam wziął- zapytacie? Owiane to było mgłą wielkiej tajemnicy. Dostępu do skarbu miały strzec złe moce oraz jedno, niemożliwe do spełnienia zaklęcie. Otóż śmiałek, który odważyłby się ów skarb wydobyć, musiał to zrobić punktualnie o północy i nie mógł w trakcie kopania wypowiedzieć ani jednego słowa. Sława o ukrytych tam kosztownościach i lśniących złotem dukatach rosła coraz bardziej, jednak strach przed strzegącymi go złymi duchami, odstraszał wszystkich ochotników.

Pewnego dnia, dwóch odważnych paczkowian, nie bacząc na grożące im niebezpieczeństwo, postanowiło dobrać się do skarbu. Wieczorem, kiedy się ściemniło, cichcem, nikomu nic nie mówiąc, wymknęli się niepostrzeżenie przez furtę zamkniętej już bramy Ząbkowickiej. Dotarli na wzgórze i kiedy zegar na ratuszowej wieży wybił punktualnie północ, rozpoczęli pośpieszne kopanie, nie zwracając uwagi na szalejące wokół nich widma i zjawy. Paniczny strach, jaki ich z tego powodu opanował, okazał się szczęśliwym sprzymierzeńcem, gdyż żaden z nich nie mógł wydobyć z siebie nawet jednego westchnienia. Kiedy po długim kopaniu łopata jednego z nich uderzyła głucho o wieko skrzyni, ich twarze rozpromienił uśmiech zdobywców, który można było dojrzeć w blasku księżyca, wyłaniającego się właśnie zza grubej warstwy chmur. Z wielką radością zaczęli wydobywać ciężką skrzynię na powierzchnię. W trakcie wytężonej pracy spostrzegli nagle dwie nieziemskie postacie, które nie wiadomo skąd się wzięły i w milczeniu rozpoczęły budowę szubienicy. Obydwaj poszukiwacze przyglądali się im w osłupieniu. Kiedy budowa szubienicy została ukończona, młodszy z budowniczych zapytał nieziemskim głosem:


  • Którego bierzemy pierwszego?

  • Tego w szarym surducie, z długim warkoczem - odpowiedział zapytany, wskazując palcem na chudszego

Dlaczego mnie? – wrzasnął z wielkiej rozpaczy wskazany. W tej samej chwili zjawy, szubienica, a przede wszystkim skrzynia ze skarbem zniknęły bez śladu. Ciemne niebo zaczął rozjaśniać poranny brzask, który zastał stojących wciąż w bezruchu, osłupiałych z przerażenia, śmiałków. Być może z tego właśnie powodu wzniesiono w tym miejscu kaplicę, która miała odpędzać wspomniane złe moce, strzegące tajemniczego skarbu. Mijały lata. Zniknęła również kapliczka, w miejscu której posadzono kasztanowca. Wyrósł on na potężne drzewo, lecz i z nim poradził sobie nieubłagany upływ czasu. Dziś, po zamku, kaplicy i drzewie nie pozostał żaden ślad. Najstarsi mieszkańcy paczkowskiego grodu, o skarbie jakby zapomnieli. Jednak ja, jak i inni poszukiwacze tajemnic nie słyszeli, żeby komuś udało się ów skarb wydobyć. Może warto spróbować jeszcze raz?

Opr. Kazimierz Staszków

Pakosławice - O TAJEMNICZYM GRODZISKU I RYCERZACH ROZBÓJNIKACH ZWANYCH RAUBRITTERAMI
Żeby opowiedzieć o tajemniczym grodzisku musimy się cofnąć o blisko 600 lat, w epokę średniowiecza. Otóż w owych czasach toczyła się między Francją i Anglią wojna, nazwana przez współczesnych historyków stuletnią (1337-1453), która trwała 116 lat. Kościół katolicki, szarpany wielką schizmą (podziałami) trwającą 39 lat, przeżywał poważny kryzys, podczas którego zarządzało nim aż trzech papieży. Na domiar wszystkiego Europę pustoszyła epidemia dżumy zwana „czarną śmiercią”, która zabiła blisko 1/3 ludności. Wszystkie te czynniki spowodowały upadek prestiżu władzy papieskiej, królewskiej i książęcej, co było powodem pojawienia się na arenie dziejów specyficznego rodzaju rycerstwa trudniącego się głównie rozbojem i rabunkiem. Zwano ich raubritterami, czyli rycerzami rozbójnikami. Watahy takich grup opanowały niemal całą Europę. Oczywiście, nie ominęły one terenów łakomego wówczas kąska do uprawiania zbójeckiego procederu, jakim było księstwo nyskie.
Jak podaje legenda, jednym z takich miejsc, w którym się mieli usadowić, było właśnie grodzisko pod Strobicami. Kiedy ono powstało i kto je zbudował tego niestety nie wiemy, gdyż wieści o nim giną w mrokach średniowiecza. Czy wznieśli je biskupi dla ochrony przebiegającego nieopodal prastarego traktu łączącego Nysę z Wrocławiem, czy też wspomniani rozbójnicy?

Grupa zagnieżdżonych w nim rabusiów bezkarnie napadała na ciągnące traktem karawany kupieckie oraz poczty znamienitych panów, zmierzających w kierunku nyskiej metropolii biskupiej. Nie oszczędzali nikogo, bogatych kupców czy też wędrownych grajków i rzemieślników rabowali ze wszystkiego, odzierając wszystkich bez wyjątku nawet z odzienia. Doszło do tego, że każdy bogatszy kupiec bał się w pojedynkę wyruszać w drogę, nie zabierając ze sobą znacznego pocztu zbrojnych. Sytuacja stawała się beznadziejna i nikt nie potrafił położyć kresu temu bezprawiu. W tym to właśnie czasie jechał do nyskiego grodu legat papieski celem rozwiązania kolejnego sporu pomiędzy śląskimi książętami. Raubritterzy byli tak rozzuchwaleni, że nie uszanowali dostojnika i napadli na jego orszak. Z wielkim trudem eskorta odparła atak, śpiesznie chroniąc się w nyskim grodzie. Kiedy poturbowani rozbójnicy wycofali się do swojej siedziby i poczuli się bezpieczni, zaczęli rzucać straszliwe obelgi pod adresem papieskiego wysłannika, srogo mu się odgrażając, zaczęli przywoływać do pomocy diabelskie moce. Tego było już za wiele. W czasie , kiedy planowali ponowny atak na świątobliwą osobę, ziemia pod tą siedzibą zła rozstąpiła się i wszystko zniknęło w czeluściach piekielnych. Po niedługim czasie miejsce to zarósł piękny bukowy las. Tyle o grodzisku rycerzy rozbójników opowiada legenda.


W tym czasie władanie diecezją śląską a tym samym nyskim księstwem objął urodzony w Niwnicy biskup Piotr Nowak. Rozpoczął się okres wielkich porządków i walki z bezprawiem. Z pomocą nyskich mieszczan zbrojnie najechał gniazdo rozbójników, które zostało zrównane z ziemią a rabusie osądzeni przez doraźny sąd położyli głowy pod katowski topór. Historyczne zapiski nie wspominają o skarbach, które ukryli w tym miejscu raubritterzy. Być może czekają one na swojego odkrywcę?

Opr. Kazimierz Staszków


Skoroszyce - OPOWIEŚĆ O RYCERZU BEZ GŁOWY I WIELKIEJ NIESZCZĘŚLIWEJ MIŁOŚCI

Bardzo dawno temu, kiedy w księstwie nyskim panowały szczęśliwe lata i wszystkim żyło się dobrze, wydarzyła się tragiczna historia.

Działo się to w czasach, kiedy książę biskup Przecław z Pogorzeli nabył od księcia Jerzego władającego księstwem brzeskim Grodków wraz z otaczającymi go bogatymi wioskami. Miało to miejsce w 1344 roku. Właścicielem Skoroszyc był wówczas dumny pan, któremu żona powiła córkę Emmę i niedługo potem zmarła. Emma stała się oczkiem w głowie dumnego pana, który wiele czasu poświęcał jej wychowaniu, traktując ją jak syna. Wzrastała w atmosferze polowań i rycerskich zabaw. Kiedy zaczęła dorastać, ojciec podarował jej dwa piękne ogary, które miały jej towarzyszyć podczas polowań i zabaw. Do ich tresury sprowadził na swój dwór biegłego w sztuce układania psów psiarczyka Jana, który pochodził z zamożnej rodziny z ziębickiego grodu. Emma cały czas spędzała w towarzystwie Jana pomagając mu w układaniu jej ukochanych psiaków. Ojciec, widząc radość swojej latorośli nie zauważył, że pomiędzy Emmą i Janem rozwijać się zaczęło piękne uczucie, które niebawem przekształciło się w wielką miłość. Mijały lata i Emma wyrosła na piękną pannę a Jan za swoje zasługi został giermkiem jej ojca.

W tym czasie sąsiednią Chruściną władał zamożny pan, którego spadkobiercą miał zostać jego jedyny syn. Ojcowie postanowili, że ich dzieci się pobiorą i w ten sposób obydwie wsie staną się wielkim i zasobnym majątkiem. Kiedy Emma została powiadomiona przez ojca o tym układzie, popadła w wielką rozpacz, gdyż jedynie Jan był jej wymarzonym kandydatem na męża. Kiedy powiedziała o tym ojcu, ten wpadł w wielką wściekłość, nie wyobrażając sobie, że jego jedynaczka może popełnić taki mezalians. Kazał natychmiast wypędzić ze swojego dworu Jana i zakazał mu kiedykolwiek pokazywać się w swoich posiadłościach. Jednak wielka miłość Emmy i Jana wzięła górę i postanowili uciec razem w świat. W swoje plany wtajemniczyli mamkę Emmy, która bardzo kochała swoją wychowankę i postanowiła im pomóc. Przygotowania przebiegały w głębokiej tajemnicy i nadeszła wreszcie długo oczekiwana noc, podczas której postanowili uciec.

Niestety, o tych przygotowaniach usłyszał jeden ze służących dumnego pana i skwapliwie mu o tym doniósł. Wiedząc, że zdradziecka para uciekać będzie w stronę ziębickiego grodu, gdyż tam Jan mógł liczyć na schronienie i pomoc swoich krewnych, postanowił uczynić zasadzkę przy słupie granicznym, który stoi przy starym trakcie ze Skoroszyc do Ziębic do dnia dzisiejszego. Jak postanowił tak uczynił. Nadeszła tak długo oczekiwana przez zakochanych ciemna, pochmurna noc. W wielkiej tajemnicy Jan podjechał pod dwór w Skoroszycach, prowadząc ze sobą wspaniałego wierzchowca, na którym miała jechać Emma. Przez cały ten czas ich przygotowaniom towarzyszyły ukochane ogary, które bezszelestnie ruszyły za uciekinierami. Wszystko przebiegało sprawnie, i niebawem wyjechali za opłotki, pozostawiając za sobą uśpioną wieś. Kiedy emocje lekko opadły, raźnie i wesoło ruszyli galopem w stronę Ziębic. Kiedy mijali wspomniany słup graniczny, na Emmę spadła niespodziewanie sieć i pachołkowie porwali ją z pędzącego wierzchowca. Jan z rozpaczą dobył miecza i ruszył na pomoc ukochanej, z wielką mocą napierając na oprawców, którzy zaczęli się wycofywać w stronę słupa. Jan kładł na ziemię jednego po drugim i już był bliski uwolnienia ukochanej, kiedy zza słupa wypadł ojciec Emmy. W jego dłoniach zalśnił w blasku księżyca, który nagle ukazał się zza chmur, wielki miecz. Padł potężny cios, ścinając głowę napierającego na niego Jana.

Emmę w wielkiej rozpaczy sprowadzono siłą na dwór ojca. Ciało Jana jak ścierwo porzucono wilkom na pożarcie. Ponieważ córka absolutnie nie chciała spełnić woli ojca, ten postanowił zamknąć nieposłuszną w klasztorze, gdzieś daleko w świecie.

Przy ciele Jana pozostały wierne ogary, które nie pozwoliły dzikim zwierzętom tknąć jego zwłok. Po pewnym czasie dobrzy ludzie pochowali Jana w mogile, po której do dnia dzisiejszego nie pozostał żaden ślad.

Od tego czasu w pogodne księżycowe noce można zobaczyć, jak nad granicznym słupem pojawia się w powietrzu piękny rycerz, który pod pachą trzyma głowę. Za każdym razem towarzyszą mu dwa piękne psy, nie odstępując go na krok.

Czy jest to duch nieszczęśliwego Jana poszukującego swojej ukochanej? – tego nikt już dzisiaj nie potrafi powiedzieć.

Kiedy poznałem tą piękną legendę, postanowiłem sam to sprawdzić. Czy coś zobaczyłem - tego nie powiem ale zapewniam, że warto.

Opr. Kazimierz Staszków

Jesionickie/Jesienickie legendy



O TYM JAK POWSTAŁA GÓRA PRADZIADEM ZWANA

Zawsze, kiedy spacerujemy koroną wału jeziora nyskiego, zwykle uwagę naszą przyciąga piękna panorama górska widoczną na południowym horyzoncie. Na jej lewym krańcu majestatycznie prezentuje się Biskupia Kopa, najwyższa góra Opolszczyzny. Dalej, patrząc w prawo, podziwiać możemy wysokie pasmo Jesioników. Na wprost rozpościerają się Rychlebskie Hory, przechodzące w ledwo widoczne na zachodzie Góry Złote. Podczas dobrej widoczności możemy dostrzec leżącą na jego krańcach górę, na szczycie której widoczny jest wysoki ostry maszt sprawiający wrażenie, że niczym iglica za moment przebije nieboskłon. To jest właśnie Pradziad liczący sobie 1492 m wysokości, plasując się na piątym miejscu wśród najwyższych sudeckich szczytów. A wspomniana iglica, to wybudowany w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia 145 metrowy maszt przekaźnika telewizyjnego. Wcześniej w jego miejscu stała wysoka na 32,5 m wieża widokowa, którą wybudowano w latach 1904 – 12. Zawaliła się ona w maju 1959 roku, jak niektórzy powiadają, od uderzenia pioruna.

O tej wyniosłej górze opowiada piękna legenda.

- Dawno, dawno temu w miejscu, w którym dziś wznosi się majestatyczna góra zwana Pradziadem, rozpościerała się wspaniała łąka, którą porastała soczysta trawa. Pośród tych traw rosły zioła o wielkiej mocy, których nie można było znaleźć w żadnym innym miejscu. Na tej łące wypasał stado dorodnych kóz i owiec stary pasterz imieniem Konrad. Słońce chyliło się już ku zachodowi, kiedy nagle ziemia pod jego stopami się rozstąpiła. Ujrzał wejście do wspaniałego zamku, na stopniach którego stał tajemniczy starzec z wielką, sięgającą mu prawie do pasa, siwą brodą. Patrząc mu przenikliwie w oczy odezwał się w te słowa:

- Konradzie, jeżeli ofiarujesz mi swoją najlepszą owcę, dowiesz się kim jestem i obiecuję ci, że nie będziesz tego żałował.

Kiedy minęło pierwsze przerażenie, pasterz po krótkim namyśle wybrał najdorodniejszą owieczkę i z wielkim strachem podał ją starcowi.

- Jestem duchem władającym całą tą okolicą, zwanym od wieków Pradziadem.

Za to, że spełniłeś moje życzenie, sowicie cię wynagrodzę

- Chodź za mną - rozkazał.

Weszli w przepastne podziemia. Konrad postępował za nim sparaliżowany ze strachu, jednak chęć wzbogacenia się brała górę nad przerażeniem. Na trzęsących się nogach doszedł cicho za starcem do potężnych, okutych żelazem drzwi. Na jego skinienie wrota się rozwarły i oczom Konrada ukazał się wielki skarb. Starzec, wskazując potężną bryłę złota powiedział:

- Możesz sobie wziąć tylko tę sztukę i nic poza nią. Jeżeli postąpisz inaczej, spotka cię sroga kara.

Powiedziawszy te słowa wyszedł ze skarbca, pozostawiając w nim pasterza. Kiedy ten został sam, zaczął przyglądać się zgromadzonym tam niewyobrażalnym bogactwom. Jak zwykle w takich wypadkach, chciwość wzięła górę nad rozsądkiem. Postanowił zabrać wspaniały złoty świecznik, który ukrył przed starcem za pazuchą. Tak zaopatrzony ruszył w stronę wyjścia, które nagle zniknęło. Próby odnalezienia innego się nie powiodły, i przerażony stanął bezradny pośrodku, nie wiedząc co czynić. Nagle ziemia się zatrzęsła, uderzyły potężne pioruny i ukazała się groźna postać Pradziada. Jednym skinieniem różdżki spowodował, że ziemia nad zamkiem się zamknęła, pochłaniając ze sobą chciwego Konrada. Łąka, na której jeszcze niedawno pasły się kozy i owce, zaczęła się wypiętrzać i urosła w potężną górę, którą okoliczni mieszkańcy nazwali Altvater, co znaczy właśnie Pradziad.


Na koniec o rosnących tylko w tym miejscu ziołach. Otóż dziś, z tych tajemniczych, słynących podobno z wielkiej mocy ziół, wytwarzany jest aromatyczny słodki likier, noszący nazwę „Pradziad”. Muszę przyznać, że bez wątpienia należy on do wspomnianych wielkich, wspaniałych skarbów tej wyniosłej góry. Przekonałem się o tym osobiście, kiedy w listopadzie wybrałem się tam na wycieczkę. Zanim dotarłem na szczyt, rozszalała się straszliwa, połączona z gradobiciem burza. Kiedy zmarznięty i przemoczony znalazłem się wreszcie w schronisku, bufetowa zaserwowała mi ów likier, podając go wraz z filiżanką gorącej kawy. Wrażenia nie da się opisać. Trzeba to samemu sprawdzić.

Kazimierz Staszków




Woźnica
Kiedy popatrzymy na zachód od Starego Rejwiza, bardzo dobrze stąd widać górski grzbiet, który ciągnie się od Szeraka w kierunku południowym, poprzez Keprnik, Woźnicę i CzerwonąGórę. Wrzosowego Źródła już jednak nie zobaczymy, tak samo Czerwonogórskiej Przełęczy, ponieważ przesłania je Sępia Góra i Orlik. Przez lornetkę możemy zobaczyć na horyzoncie, na trzeciej górze, na południe od Szeraka, skałę. Jest to Woźnica. O tym, jak powstała owa skała, opowiada ta legenda:
Bardzo dawno temu panowała w tutejszej okolicy straszna bieda. Urodzaj się nie udał, zniszczyła go susza. Ludzie nie mieli co jeść i na północ od grzbietu Pradziada zapanował głód. Dobrzy ludzie robili, co tylko mogli, żeby przez nieprzebyte góry przewieźć, chociaż trochę chleba i złagodzić głód tutejszych mieszkańców. I stało się tak, że pewien woźnica na południowej stronie gór załadował swój wóz bochenkami chleba i po kamienistej drodze powolutku wspinał się pod górę. Kiedy dotarł za Czerwoną Górę do miejsca, gdzie dzisiaj stoi skała, koła wozu ugrzęzły w bagnie i zmęczone konie nie mogły ruszyć dalej. Zbliżał się wieczór, a wieś była daleko. Woźnica się zirytował. Złapał za bat i niezliczoną ilością razów ponaglał zmęczone zwierzęta do dalszej podróży. Nic to jednak nie pomagało. Przeklinał swój los, wzywał pomocy wszystkich świętych i samego Boga, lecz nikt go nie wysłuchał. W końcu powiedział sobie, że wezwie na pomoc diabła. Ledwo wypowiedział tę myśl i już koło niego stał Lucyfer, gotowy do pomocy. Niestety, taki jest bieg rzeczy, że diabeł potrafi dać tylko diabelską radę. Poradził woźnicy, żeby drogę pod kołami wozu wyrównał bochenkami chleba, bo tylko w ten sposób będzie mógł ruszyć w dalszą drogę.

Ledwo woźnica rozpoczął tę bluźnierczą robotę, błysnął piorun i góry zachwiały się od huku gromu. Całą okolicę spowiły nieprzeniknione ciemności i rozbrzmiał głos Pradziada:

Woźnico, za swój grzech, popełniony na świętym Bożym darze, przeznaczonym dla głodujących, srogo zapłacisz! Zamienię cię w kamień razem z wozem i będziesz tu stał aż do sądnego dnia na przestrogę dla przyszłych pokoleń. I tak się stało. Gdy ciemności zaczęły się przerzedzać i przez chmury przebiło się słońce, można było na wierzchołku góry zobaczyć dziwnie uformowaną skałę, która przypominała furmankę wraz z woźnicą. Z powodu tego podobieństwa ludzie zaczęli nazywać górę – Woźnica.
Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”

Czerwona Góra

Szczyt Czerwonej Góry otrzymał swoją nazwę od następującej historii.

Bardzo dawno temu przybywali do Jesionickiej Doliny mnisi i szerzyli tu nauki Chrystusa oraz wiarę katolicką. Wielu z owych świętych mężów przeżyło podczas swojej misji w tutejszej puszczy niejedno niebezpieczeństwo. Na Czerwonej Górze ponoć zgubił drogę jeden mnich i musiał tam nocować pod gołym niebem. Jednak ledwo się położył i nakrył habitem, usłyszał groźny ryk niedźwiedzi i wycie wilków. Dzikie zwierzęta wyczuły pożywienie w postaci mnicha i zaczęły się do niego powolutku zbliżać. Mnich, kiedy wyczuł zagrożenie, narysował wokół siebie krąg. W kierunku wszystkich stron świata narysował wielkie krzyże i miał zaufanie do Boga, że nie pozwoli głodnym bestiom rozszarpać i pożreć jego świętego ciała. I tak się stało. Drapieżniki krążyły dokoła kręgu tak blisko, że widział ich otwarte paszcze, lecz nie odważyły się wejść do środka. Mnicha ogarniętego śmiertelnym lękiem zalał krwawy pot, że aż cała okolica poczerwieniała. Bóg jednak nie pozwolił, żeby jego sługa zginął tak okrutną śmiercią. Nadszedł poranek, dzikie bestie odeszły i mnich był uratowany. Długo potem dziękował Bogu i wszędzie, gdzie przyszedł opowiadał tę niezwykłą historię. Odtąd zaczęto nazywać tę górę Czerwoną Górą.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”



Wrzosowe źródełko

Żył niegdyś w Rejhocicach na Morawach leśniczy, który łowił w tutejszych lasach jelenie. Pewnego słonecznego dnia upolował on, niedaleko Czerwonogórskiej Przełęczy, blisko źródełka otoczonego wrzosem, przepięknego jelenia. Przyciągnął jelenia bliżej wody, żeby go wypatroszyć. Może przez przypadek, a może z woli Bożej, do otwartej krwawiącej rany zwierzęcia zaczął się powoli sączyć srebrzysty strumień wody. Ale co to? Zanim się leśniczy opamiętał, jeleń wyskoczył i jak strzała pobiegł stokiem w dół. Osłupiały myśliwy spoglądał za uciekającym zwierzęciem. Sam nie wiedział, czy zobaczył cud, czy to źródlana woda zagoiła ciężkie rany jelenia i uzdrowiła go w ciągu kilku chwil?

Dopiero kilka lat później doznał oświecenia. Pracował wtedy jako leśniczy w Brandysie nad Łabą w Czechach i nagle zachorował na jakąś zaraźliwą chorobę, która wkrótce zaatakowała też resztę jego rodziny. Nieszczęśnik codziennie wzywał Boga i prosił go o pomoc, lecz daremnie. Dopiero pewnej nocy przyśnił mu się sen. Leżał koło źródełka otoczonego wrzosem i woda z niego ściekała po jego chorym ciele i leczyła je. Natychmiast po przebudzeniu przypomniał sobie złowionego jelenia, który został uleczony wodą ze źródełka i wraz z rodziną przygotował się na drogę. Właśnie podczas snu dostał wskazówkę, jak wyleczyć straszliwą chorobę. Nazajutrz wyruszyli w Jesionickie g

óry. Chociaż droga przez góry była bardzo męcząca, w końcu dobrnęli na wzgórze, na którym znajdowało się źródełko. Byli pełni nadziei w leczniczą moc strumyczka. Najpierw obmył się leśniczy, po nim jego żona i dzieci. Wiara go nie zawiodła. Wkrótce wszyscy opuścili źródełko uleczeni i zdrowi. By wyrazić swą głęboką wdzięczność kazał uratowany leśniczy zbudować w tym miejscu kamienny słup z obrazkiem Chrystusa, z pięcioma ranami po gwoździach w jego ciele.

Wiadomość o cudownym wyleczeniu szybko rozeszła się i wkrótce zaczęli przybywać tu chorzy z bliskiej okolicy i dalszych stron. Wszyscy szukali w źródełku ulgi w swoim cierpieniu. Wielu zostało uleczonych. Później zbudowano nad źródełkiem kapliczkę, zamienioną w 1927 roku w drewniany kościółek. W 1946 roku w kościółek uderzył piorun i ten spalił się.


Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”
Złote Góry

Złote Góry nazywano do 1948 roku z niemiecka Zuckmantel. Ponieważ słowo to oznacza „wyszarpnąć lub ukraść płaszcz“, w 17 wieku wrocławski zaproponował nową nazwę, reprezentującą miasto słynące z wydobycia złota. Niestety zaproponowana nazwa Edelsztat nie funkcjonowała długo, Zuckmantel, choć obraźliwa, przetrwała. Dopiero Czesi w 1948 roku zmienili ją na Złote Góry.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”
Skąd wzięła się nazwa Zuckmantel
W czasach, które nastąpiły po panowaniu olbrzymów, stało się Edelsztat bogatym miastem. Kopalnie złota w pobliżu miasta sowicie wynagradzały ciężki trud nie tylko górników, ale całej okolicy. Zamek górujący nad miastem miał dobrego pana, który sprawował nad nim opiekę i ochraniał je przed nieprzyjaciółmi.

W owych czasach rozkwitu wydawało się, że miasto Edelsztat jest tak samo wieczne jak Rzym i tak piękne jak Neapol. Wtedy chyba nawet pory roku nie zmieniały się tak często i panowało tylko lato. Podczas niedzielnych spacerów na promenadzie, na rynku przeważały piękne kobiety i przystojni mężczyźni. Wszyscy się wzajemnie rozumieli, byli szczęśliwi i bogaci.

Miasto było szlachetne zasługą ludzi i tak też się nazywało. Niestety nie miało tak być zawsze.

Mówi się, że pech nie chodzi po górach, lecz do Złotych Gór, dawnego Edelsztat, przyszedł. Wtargnął jak burza. Nagle i nieoczekiwanie w krótkim czasie zniszczył wszystko, co pracowici obywatele miasta przez długie lata budowali. W mieście zapanowała dżuma z cholerą i szalały tu przez kilka lat. Ludzie umierali setkami, ulice tonęły we mgle siarczastego dymu z ognia przeciwko cholerze, a bezlitosna śmierć kosiła mężczyzn, kobiety i dzieci. Wszyscy mieszkańcy, o ile nie uciekli do odległych krajów, wymarli.

Przez długie lata miasto było puste i jego ulic nie odwiedzały nawet dzikie zwierzęta, nawet ptaki nad nim nie przelatywały, żeby nie zarazić się cholerą.

Nie ma się co dziwić, że ludzie po tak długim czasie zapomnieli, że kiedyś stało tu bogate miasto, a tym bardziej nie pamiętali jego nazwy. Było to miejsce, w którym panowała śmierć i do którego przez kilkadziesiąt lat nikt nie odważył się wejść, żeby nie zarazić się dżumą lub cholerą. Miasto wymarło. W czasach rozkwitu zbudowano w nim wspaniały, bogato zdobiony kościół, który przyjeżdżali podziwiać pielgrzymi z Opawy, Ołomuńca, a nawet z Niemiec i Polski. Chcieli zobaczyć to cudo na własne oczy. Ale od czasu, gdy dżuma zgładziła mieszkańców, w kościele nie stanęła ludzka noga. Był przez długie lata opuszczony i niszczał. Do czasu. Może z braku wiadomości o tutejszych wydarzeniach, może przez pomyłkę, do miasta przybył podróżny. Zapadła już noc i całe pogrążone było w ciemnościach, więc nawet nie zauważył, że spaceruje po martwym mieście. Nie było słychać szczekania psa, nie widać było jedynego światełka. Tylko jakaś sowa z dachu domu na rynku hukała swoje huuu... huuu..., jakby zapraszała swoją towarzyszkę śmierć na ucztę.

Podróżny poczuł dziwny lęk.

Koło północy przeszedł przez ciemny rynek i dotarł aż pod kościół. Ten był oświetlony jak na pasterkę. Nareszcie ludzie, ucieszył się i poczucie lęku zelżało. Radośnie otworzył ciężkie kościelne wrota, wszedł i rzeczywiście... Nad modlitewnikami siedziało w ławkach mnóstwo postaci w długich czarnych płaszczach, które były zajęte mamrotaniem dziwnych niezrozumiałych modlitw. Podszedł bliżej ławek, bo chciał się z nimi po cichu przywitać, kiedy nagle zauważył, że są sztywni i bladzi jak biały marmur. Dopiero teraz odkrył, że nie są to ludzie, ale trupy. Spojrzał jeszcze w kierunku ołtarza i zobaczył tam zamiast proboszcza białą Śmierć, która prowadziła całe nabożeństwo. Obróciła puste oczodoły na nieproszonego gościa i klapnęła białą szczęką, jakby go chciała połknąć. Podróżnemu pot wystąpił na czoło, włosy stanęły dęba i kolana zrobiły się jak z waty. Czuł, jak robi mu się słabo, ale jeszcze się opamiętał, odwrócił się i oparł o ciężkie wrota, żeby uciec z tego koszmarnego kościoła. Kiedy wreszcie zrobił pierwszy krok na zewnątrz, usłyszał za sobą Śmierć, która pustym, martwym głosem wymawia ostatnie słowo modlitwy - amen. W tym samym czasie wstały z ławek kościelnych wszystkie kościotrupy i zaczęły go gonić. Przerażające tupanie nóg i chrzęszczenie kości przeraziły go jeszcze bardziej. Ze wszystkich sił rzucił się do ucieczki, gdy go nagle jeden szkielet złapał za płaszcz i zerwał mu go z pleców. Niewiele brakowało i złapaliby go za ręce. Żywy nie wyszedłby z opresji. Uratowała go tylko szalona ucieczka. Biegł i biegł, chociaż już dawno nikt go nie śledził i nie słyszał odgłosów pogoni. Był już daleko za miastem, znalazł więc sobie spokojne miejsce na skraju lasu i nad ranem zmęczony zasnął.

Gdy się obudził, słońce już stało wysoko na niebie. Wstał i przeciągnął się. „Dobrze mi się spało,“ pomyślał sobie, „tylko ten straszliwy sen o kościotrupach.“ Brrr..., otrząsnął się, gdy pomyślał, że mogło się to wydarzyć naprawdę. Jeszcze raz się przeciągnął i chciał wyruszyć w dalszą podróż. Sięgnął po swój długi płaszcz, a płaszcza nie ma. Rozejrzał się wokół siebie, ale gdzie by nie szukał, płaszcza nie znalazł. Dopiero teraz sobie powoli uświadamiał, że straszliwa nocna przygoda nie musiała być tylko snem. Przecież jeszcze bolą go nogi, jak usilnie uciekał przed trupami. Ciągle jednak nie chciał uwierzyć w rzeczywistość swojego przeżycia, wydawało mu się ono niemożliwe i nieprawdopodobne. Po dłuższym wahaniu zdecydował się iść znowu do miasta, przekonać się na miejscu. Gdy dotarł pod kościół, przed wrotami znalazł płaszcz rozszarpany na tysiąc kawałków i poczuł dreszcze na całym ciele. Dopiero teraz uświadomił sobie, jakie niebezpieczeństwo groziło mu w nocy. Miał szczęście, że nie wpadł w szpony kościotrupów. Płaszcz przed bramą kościoła był dowodem na to, że z kościoła nie wyszedłby żywy.

Szybko więc opuścił wymarłe miasto i dopóki żył, opowiadał każdemu, jak mu kostuchy ukradły płaszcz i rozszarpały go na małe kawałki.

Od tej pory nazwano miasto według tej legendy – „Zuckmantel”, co w tłumaczeniu oznacza „wyszarpnąć, ukraść płaszcz”.

Zuckmantel znaczy również „kradzież płaszcza”. Wiąże się z tym następująca opowieść:

Miasto z zapomnianą nazwą odżywało po ciężkiej epidemii dżumy bardzo powoli, ludzie przychodzili tu zakładać nowe gospodarstwa i ponownie wydobywać rudę złota w pobliskich kopalniach. Nie miało jednak dotąd nazwy.

Ponoć pewnego razu wojewoda śląski Jarosław wyruszył w podróż inspekcyjną po swoich dobrach. Gdy jechał z Herzmanowickiej Przełęczy i zbliżył się do nieznanych domków, napadli na niego miejscowi i zabrali mu nie tylko pieniądze i karetę, ale rozebrali go do samej bielizny i zabrali mu płaszcz. Nic innego mu jednak nie zrobili i puścili go wolno. Niech idzie, gdzie chce - oczywiście pieszo.

Płaszcz był bardzo drogi, szyło go dziesięciu najlepszych wiedeńskich krawców. Był stebnowany srebrnymi i złotymi nićmi, zdobiony drogocennymi holenderskimi koronkami. Na terenie ówczesnego Śląska nie miał chyba nikt kosztowniejszego płaszcza.

Gdy tylko lekko ubrany wojewoda, prawie nagi, dotarł do pałacu, opowiedział wszystko, co mu się w tym dzikim kraju przytrafiło. Książęta, a zwłaszcza księżne, bawili się przy tym niesamowicie i od tego czasu miejsce nazywano Zuckmantel. Ludzie przyzwyczaili się do tej nazwy i miasto długi czas ją nosiło.


Inne źródło twierdzi, że poprzednie opowiadanie nie jest całkiem prawdziwe, a nazwa powstała dokładnie tak, jak opowiada następna legenda.

Pierwszymi nowymi osadnikami miasta, które nie posiadało jeszcze nazwy, byli zbóje.

W pozostałych wioskach w okolicy, (wtedy nie było jeszcze kin, radia i telewizyjny przekaźnik w Biszowcu miał awarię), zakładano różne stowarzyszenia, żeby ludzie mieli możliwość samorealizacji. Tylko w naszym bezimiennym mieście rozbójnicy nie byli zainteresowani żadną spółką strażaków, działkowiczów czy pomocników Milicji Obywatelskiej. Założyli tylko jedną spółkę – Rozbójnik Sp. z o.o. o bardzo rozwiniętej działalności. Sprytni zbóje napadali i okradali kupców na drogach i bogaczy w miastach. Trzeba przyznać, że nie byli zbyt okrutni. Swoim ofiarom zabierali pieniądze i kosztowności wraz z całym towarem, a potem puszczali wolno całych i zdrowych. Kradli wszystko, co im wpadło w ręce, lecz przede wszystkim specjalizowali się w pięknych płaszczach. Płaszcz w tym mieście również określał, który z rozbójników był zdolniejszy. W rezultacie każdy zbój posiadał kilka płaszczy, jeden ładniejszy od drugiego, ale nie tylko od parady.

W mieście bowiem zapanował obyczaj, że rozbójnik z najładniejszym płaszczem został wybrany na prezesa spółki i jednocześnie stawał się burmistrzem, dopóki nie pojawił się potężniejszy zbój z jeszcze kosztowniejszym płaszczem.

Nie były to ciekawe czasy, już wtedy każdy złodziej ubiegał się o fotel burmistrza. Działalność spółki rozrosła się na daleką okolicę do tego stopnia, że wszyscy handlarze omijali ten teren z daleka i dali mu nazwę Zuckmantel.

Po dzień dzisiejszy nazwa ta może nam przypominać, że już ówcześni mieszkańcy Złotych Gór wiedzieli, że jak cię widzą, tak cię piszą, i że mając ładny płaszcz, nawet kradziony, można zostać dobrym burmistrzem. Jednak czas i nowe prawa położyły (a może położą) kres takiej spółce, po której pozostała nam tylko ta dziwna nazwa miasta: Zuckmantel.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”

Franz Karol Nentwig
W jednym z grobowców w kościele: „…spoczywają szczątki pewnego Nentwiga von Eichenfeld, który zmarł będąc burmistrzem Złotych Gór. Po śmierci jego ciało zostało zabalsamowane i złożone w grobowcu w kościele parafialnym. Nienaruszone zwłoki co jakiś czas przewijano w nowe płótno..“ - notuje złotogórski pisarz J. C. Hoffmann.

Chodzi o Franza Karola Nentwiga, wybitnego mistrza tkackiego, poborcę cła i pocztmistrza. Franz Karol Nentwig w 1710 roku został, za zasługi swojej rodziny, zdobyte nienagannym prowadzeniem cesarskiego urzędu celnego i pocztowego oraz za zdolności osobiste i zalety charakteru, podniesiony do czeskiego stanu rycerskiego i otrzymał szlachecki tytuł „von Eichenfeld“. Na herbie miał: w pierwszym i czwartym złotym polu – połowę czarnego orła w koronie, w drugim i trzecim polu - białą (srebrną) krokiew i nad ními w srebrnym pasku trzy czerwone róże.

Pochodzenie pomogło mu na przełomie wieku zdobyć urząd burmistrza, który sprawował aż do śmierci 9 czerwca 1716 roku.

O tej złotogórskiej osobistości opowiada się nawet legendę, która nazywa się:


Próżny pan Franz
W złotogórskim kościele znajdują się krypty, w których dawno temu grzebano szczególnie zasłużonych obywateli miasta. Pewien bogaty człowiek o imieniu Franz ofiarował na budowę kościoła dużą sumę pieniędzy, jednak pod warunkiem, że zostanie pogrzebany w krypcie pod ołtarzem, na dodatek w otwartej trumnie. Gdy wielce szanowany i obdarzony licznymi honorami zmarł, spełniono jego życzenie i został naprawdę pochowany w otwartej trumnie. Jest rzeczą oczywistą, że w trumnie leżał ubrany tak, jak się ubierał podczas swojego życia, czyli bardzo luksusowo i wytwornie.

Po czasie, gdy kryptę ponownie otwarto, żeby pochować następnego zasłużonego nieboszczyka, ludzie stanęli jak wryci... Pan Franz leżał sobie w takim stanie, jakby go pochowano dopiero przed chwilą. Szczególne warunki panujące w podziemnej krypcie uchroniły ciało przed gniciem, tylko ubranie było uszkodzone. Ludzie przypomnieli sobie, że pan Franz bardzo się lubował w pięknych szatach, więc zdecydowali się sprezentować mu nowe ubranie. Pan Franz został przebrany i to nie jeden raz. Właściwie stało się to ceremonią, w której raz na jakiś czas uczestniczyli ludzie z dalszej okolicy. Co dziesięć lat urządzano ubieranie pana Franza i odprawiono żałobną mszę. Później jednak nadszedł czas wojny i ludzie mieli inne kłopoty, niż troszczyć się o umarłych. Minęło dwa razy po dziesięć lat, a nikt już sobie o panu Franzu nie przypomniał. Wkrótce znowu zapanował pokój i z wielką pompą wybrano nowego burmistrza.

I co się wydarzyło? Pierwszej nocy po wyborze nowego burmistrza obudziło o północy silne pukanie do drzwi. Kiedy otworzył przemówił do niego zupełnie nie znany człowiek w okazałym, chociaż uszkodzonym ubraniu: „Wy małpy wredne, jak długo będę jeszcze leżał w trumnie w tych szmatach?“ Zanim osłupiały burmistrz zdążył otworzyć usta, dziwny gość zniknął. Nazajutrz okazało się, że podobną wizytę miało jeszcze kilku radnych, nikt jednak nie potrafił wytłumaczyć, co to oznaczało. Tylko jeden stary radny przypomniał sobie, że wydarzenie to może dotyczyć nieboszczyka pana Franza, który domaga się nowego ubrania. Rada miasta zebrała się, żeby zdecydować, co zrobić. Burmistrz zdecydował, że nieboszczykowi należy się nowe ubranie. Znowu odnowiono dawny zwyczaj, który utrzymał się prawie po nasze czasy, kiedy wejście do krypty na zawsze zamurowano.

Tak zakończyła się historia próżnego eleganta pana Franza.


Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”

Legenda o początkach kopalnictwa w Złotych Górach

Z jednego jaru pod Poprzeczną Górą, z widocznymi pozostałościami starych sztolni, widać na stromym zboczu skałę, którą ktoś mógłby uważać za ruinę wieży zamkowej. Dokładnie tak wygląda. Chodzi o ruiny zamku Edelsztejn. O skale opowiada się kilka historyjek, między innymi następującą:

Dawno temu, gdy jeszcze nie istniało ani miasto Złote Góry, ani zamek Edelsztejn, pewien pobożny śląski książę zorganizował wielkie polowanie w okolicznych lasach. W jego orszaku był parobek, który swojego pana nienawidził. i miał ku temu ważkie powody. Przez okrucieństwo władcy stracił kochankę i skromny majątek, a na dodatek musiał mu służyć. Nienawidził go za to tak mocno, że nie tylko życzył mu śmierci, ale ją również przygotowywał. Gdy parobek jechał z pozostałymi myśliwymi i rozmyślał o tym, jak zamordować księcia, ujrzał koło siebie pięknie ubranego jeźdźca, którego wcześniej wśród książęcych gości nie zauważył. Nieznajomy schylił się do niego, nawet się nie przywitał i od razu wyszeptał:

„Wiem o czym myślisz, chcesz zabić swojego pana!“ Parobek się przeraził i w strachu wyjąkał:

„JJak tty tto możesz wiedzieć?“ - czym zdradził swoje ukryte zamiary. Ale obcy go uspokoił:

„Nie martw się, nie jesteś sam. Nie tylko ty pragniesz śmierci tego okrutnika. Będę ci bardzo wdzięczny, jeżeli go zabijesz, chętnie ci w tym pomogę. Nawet cię wynagrodzę.“

Podczas obiadu, gdy orszak myśliwych siedział w cienistym jarze nad brzegiem rzeczki, wywabił nieznajomy parobka w krzaki i polecił mu, żeby z tego ukrytego miejsca wysłał do księcia śmiertelną strzałę. Parobek nie był zachwycony tym pomysłem i sprzeciwił się, lecz nieznajomy zaczął mu grozić:

„Popatrz, z mojej ręki ten człowiek zginąć nie może, ale jeżeli teraz nie strzelisz zdradzę księciu twoje zamiary. Co z tobą będzie dalej wie już tylko diabeł.“

Parobek zadrżał, ponieważ wiedział, z jaką furią by się na nim jego pan zemścił. Nie pozostało mu zrobić nic innego. Podniósł łuk, wycelował strzałę, a nieznajomy rzekł:

„Spokojnie strzelaj. Jak trafisz, możesz wyjawić trzy życzenia. Zostaną natychmiast spełnione.“

W tej chwili parobek zrozumiał, z kim ma do czynienia i w straszliwej obawie o swoją duszę chciał porzucić broń i uciec, ale cięciwa już zabrzęczała i książę padł trupem twarzą zwróconą do rzeczki. Nastał chaos. Parobek i nieznajomy wykorzystali zamieszanie i wmieszali się w orszak udając, że szukają sprawcy. W końcu zwłoki księcia położyli na wóz, który jechał z powrotem do siedziby księcia. Obaj sprawcy spóźnili się trochę za pozostałymi.

„Jakie są twoje życzenia? Mów“ - rzekł obcy. Parobek długo się nie namyślał. Skoro dusza i tak zaprzedana i potępiona na wieki, to niech chociaż na ziemi mam dobrze, pomyślał i powiedział:

„Życzę sobie umocnionego zamku, nieśmiertelności i góry złota i srebra.“

„Niech się stanie,“ zgodził się nieznajomy i poprosił parobka, żeby usiadł za nim na koniu. Ledwo usiadł za nieznajomym, zerwała się wichura i przeniosła ich pod jakiś obwarowany zamek.

„Oto zamek, o który prosiłeś. Nazywa się Edelsztejn. Masz tam również służących i wszystko o czym pomyślisz.“

„A gdzie złoto i srebro?“ - spytał niecierpliwie parobek.

„Jest tutaj, ale z ziemi musisz go wydobyć sam“ - zdecydował nieznajomy i podał mu czarną metalową laseczkę, która miała czarodziejską moc.

„Ten pręt musisz mieć zawsze przy sobie i w miejscu, w którym będzie w twojej ręce drżeć, każ kopać. Zobaczysz cuda. Lecz pamiętaj o jednym! Nigdy już nie wolno ci wznosić modłów ku chwale Bożej. Inaczej z całym bogactwem i z tobą koniec.“ Ledwo obcy skończył, zniknął.

Od tego czasu mieszkał parobek na Edelsztejnie jako wielki pan. Z czarodziejskim prętem chodził po tutejszych górach, a gdy w jego rękach zadrżał, wykopał zwykle wielką grudę złota lub srebra. Wkrótce otworzył kopalnie i z wnętrza ziemi wydobywał ogromne skarby. Pan zamku, były parobek, cieszył się, że dopomoże swojemu krajowi wzbogacić się i sam zdobędzie poważanie u ludzi. I rzeczywiście, cieszył się z tego bardzo długo. Również jego życzenie, żeby nie umarł, jak pozostali ludzie, zostało spełnione. Żył bardzo długo i dlatego zauważył, że bogactwo ludziom szczęścia nie dało, wręcz przeciwnie. Więcej było nienawiści i gniewu niż wcześniej, więcej skąpstwa i zawiści, które niszczyły wesołość i radość z życia.

Chociaż niczego mu nie brakowało i diabelska różdżka dawała mu wszystko, o czym pomyślał, poczuł się nagle, po ponad stu latach życia, syty bogactwa. Chociaż ludzie spoglądali na niego z podziwem i szacunkiem nie miał już kolegów ani przyjaciół, ani dzieci i życie mu zbrzydło. W tym trudnym momencie przypomniał sobie o przestrodze, żeby nigdy nie otworzył ust do modlitwy, inaczej straci życie. Chciał umrzeć. Odesłał wszystkich ludzi z zamku precz, zamknął się w komnacie, uklęknął i zaczął głośno odmawiać „Ojcze nasz”.

Już po pierwszym słowie góra zadrżała, zabrzmiał ogromny huk, mury popękały, ziemia się podniosła i pochłonęła cały zamek. Z ogromnej budowli zostało tylko kilka smutnych ruin, które stały się domostwem sów.

Wkrótce po śmierci starca o kopalniach zapomniano, ponieważ nie było nikogo, kto posiadałby odpowiednią czarodziejską różdżkę. W górach jest jednak nadal mnóstwo niewydobytych skarbów.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”





1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna