Dĕjiny Nyského knižectvi



Pobieranie 0.69 Mb.
Strona7/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.69 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   22

Górna Dolina



Legenda o Odo z Oleśnicy
Z otwarciem pierwszej kopalni złota w Górnej Dolinie wiąże się następująca legenda:

W zamierzchłych czasach, zanim powstało miasto Złote Góry, kiedy jedyną siedzibą w okolicy był zamek Edelsztejn, zbudowany przez olbrzymów - ludożerców na Poprzecznej Górze, panował na jego podzamczu tylko strach. Po olbrzymach, którzy nie wiadomo, jak zniknęli, przyszedł nowy pan i wraz z nim tak bardzo oczekiwany spokój. Był to rycerz Odo von Erlitz, jeden z najbardziej szlachetnych właścicieli, jakich zamek miał. Pozwolił ludziom na podzamczu, by odbudowali swoje domostwa. Odprowadzali mu podatki, a on ochraniał ich przed rabusiami i obcymi żołnierzami. Lecz ani mieszkańcy, ani rycerz nie posiadali zbyt wiele bogactwa, biedne poletka nigdy nie przynosiły bogatych zbiorów. Czasem nie było co jeść, nie mówiąc o płaceniu podatków. Wszyscy potem żałowali, że przeprowadzili się do tak biednej okolicy, ale nic już nie można było zrobić. Niemniej żyli bogobojnie, uczciwie i spokojnie i nikt nie pomyślał, że mogłoby się to zmienić.

Pewnego dnia Odo von Elritz, pan z Edelsztejna, zrobił sobie konną przejażdżkę po lasach i górskich łąkach. Chciał obejrzeć swoje dobra i złowić ewentualnie jakąś zwierzynę. Było południe, słońce paliło, nawet liść się nie poruszył, tylko daleko na niebie przeleciało kilka ptaków. Leśnej zwierzyny wtedy nie było zbyt dużo, tym więcej było komarów. W bezwietrznym dusznym powietrzu trzęsawisk, w pobliżu stawów leśnych, komary kłuły jak wściekłe, tak że nawet koń się płoszył. Dopiero, gdy Odo opuścił bagniste łąki pod Rejwizem i wszedł w cień olbrzymich drzew koło źródeł Górnodolińskiego Potoku, komary przestały się naprzykrzać. Zadowolony zsiadł z konia i uwiązał go do drzewa w cieniu lasu. Sam obmył w źródlanej wodzie twarz pokłutą przez komary i oparł się plecami o gruby pień jesionu, chcąc odpocząć. Po krótkiej chwili zasnął. Szum górskiego potoku ukołysał go do snu.

Nagle poruszyły się gałęzie pobliskich krzaków, potem dalsze. Ni stąd ni zowąd, koło potoku pojawił się malutki człowieczek. Ubrany był w ciemnobrązową szatę i miał długą białosrebrną brodę. Na głowie nosił kaptur, pas miał opięty grubym skórzanym rzemykiem. Za kilka chwil pojawił się drugi skrzat. Był taki sam jak pierwszy, ale jego broda była jeszcze bardziej biała i był niższy. Właśnie on wypowiedział ledwo słyszalne słowa:

„Spójrz! Tu śpi człowiek, na pewno jest zmęczony“ - szepnął i podszedł bliżej. „Z jego twarzy widać, że jest szlachetny i bogobojny. On będzie naszym człowiekiem, odbierze nasz przekaz z podziemia,“ przemówił skrzat jeszcze raz do kolegi, wziął kamyczek, który zmienił się w jego dłoni w złoto i cisnął nim w śpiącego rycerza. Z radości, że za pierwszym razem trafił w pierś śpiącego, klasnął łapkami i zaśmiał się srebrzystym głosikiem.

Odo von Erlitz obudził się. Popatrzył przed siebie i koło swoich nóg ujrzał dwa małe skrzaty. Jeden śmiał się, a drugi robił rękami powitalne gesty. „Czy to sen, czy jawa ?“ - pomyślał rycerz i wziął do ręki miecz. Szybko jednak opuścił rękę. Poznał, że skrzaty nie zamierzają go skrzywdzić i uśmiechnął się do nich.

Mniejszy krasnoludek powiada:

„Synu Boży, słuchaj mnie dobrze! Wewnątz tej góry jest nas wielu, należała do nas i dlatego zwykli śmiertelnicy nie mogli do nas dotrzeć. Do dzisiejszego dnia nawet nas nie mogli zobaczyć, tylko ty miałeś to szczęście. Niestety, my skrzaty już nie możemy w świecie pozostać. Nie wolno nam przebywać nawet w podziemiach, nasz czas się skończył. Dlatego udaliśmy się do ciebie. Wiemy, że masz szlachetne i bogobojne serce, więc chcielibyśmy ci przekazać bogactwa tej góry. Nie zwlekaj i chodź z nami.“

Odo von Erlitz wstał i podszedł. Skrzat dotknąl miecza rycerza i ten zamienił się w złoto. Rycerz zdziwił się, że stal zmieniła się w złoto.

„Zdziwisz się jeszcze bardziej, jak ci w podziemiach pokażemy wszystkie złote skarby. Żaden śmiertelnik ich nigdy nie widział. Znajdują się w szybie, który nazywamy Stary Hackelberski, powiedział krasnoludek i pomaszerował dalej wąziutkim czystym chodniczkiem. Rycerz poszedł w jego ślady, uważał tylko, żeby go nie zadeptać. Za chwilę doszli do wielkiego kamienia. Wokół rosło dużo żółtego złocienia i tak ogromne paprocie, że krasnoludek prawie w nich zniknął. Mały człowieczek wyjął z torby spiczasty młotek i trzykrotnie uderzył w głaz. Kamień się powiększył, zniknął w stoku góry i został po nim otwór prowadzący do mrocznych podziemi.

Razem ze skrzatami wszedł do nich również rycerz. Po chwili mrok zaczął się rozjaśniać. Na lewo i na prawo, na dole i na górze błyszczało złoto. Niewyczerpanych zasobów złota rycerz nie mógł przeoczyć.

Skrzat przemówił:

„Te skarby gromadziliśmy tu przez wieki. Nam te bogactwa nie są potrzebne. Chcemy je oddać ludziom dla waszego dobra, ale posłuchaj dobrze, co ci powiem. Złoto musi być wykorzystane dla dobra wszystkich, biednych i bogatych, nędznych i głodnych, inaczej zamieni się w błoto. Więc teraz wiesz, gdzie znajdują się złote skarby i wiesz, co z nimi zrobić. Nie zapomnij o naszych radach, inaczej będzie źle. Żadnego skrzata ani krasnoludka już żaden człowiek nie zobaczy, najwyżej w śnie.“

Skrzat już skończył przemawiać, zapadła ciemność i jakaś ogromna siła wyprowadziła rycerza z jaskini. Gdy rycerz Odo von Erlitz się ocknął, siedział znowu oparty plecami o pień dorodnego jesionu dokładnie tak, jak usiadł godzinę temu, żeby odpocząć. Otworzył oczy i zauważył, że niebo w tym czasie zachmurzyło się i zbliżała się burza. Szybko wsiadł na konia i spieszył do domu. Ledwo koń zrobił parę skoków, w jesion, pod którym spał, uderzył z ogłuszającym hukiem piorun. Drzewo wywróciło się i rozpadło na tysiąc kawałków. „Całe szczęście, że tam nie zostałem“ - pomyślał Odo - i jeszcze raz spojrzał na drzewo. I co zobaczył?. Pod wywróconymi korzeniami zaświecił złoty kamień.

Dopiero teraz przypomniał sobie Odo, co mu skrzaty obiecały. Chętnie zajrzałby pod korzenie drzewa od razu, ale w tej słocie, gdy pioruny przecinały niebo, nie było na to czasu. Dookoła wywracały się następne drzewa, aż ziemia drżała. Padało tak, że nie było widać na krok. Całe szczęście, że kawałek drogi stąd była malutka jaskinia, w której zdążył się schować razem z koniem. Rozpalił małe ognisko, przeczekał burzę i dopiero kiedy żywioł się uspokoił, wieczorem, wrócił do domu. Położył się do łóżka, ale nie mógł doczekać świtu.

Drugiego dnia z rana obudził pachołka, zabrali kilof i łopatę i wyruszyli na miejsce, gdzie leżał wywrócony jesion. I rzeczywiście, w miejscu, które wskazali mu skrzaty, było mnóstwo złota. Przez krótki czas wydobyli tyle złota, że rycerz mógł odbudować swój zamek Edelsztejn, pomóc głodującym mieszkańcom na podzamczu i część złota ofiarować na budowę kaplicy św. Anny, patronki górników. Kaplica stała przez długi czas przy wlocie pierwszej złotej sztolni w Górnej Dolinie, którą Odo, za namową skrzatów, nazwał Stary Hackelberski. Zrobił wszystko, co mu doradziły. Za wydobyte złoto kupował biedakom jedzenie, budował kościoły, domy, a mieszkańcy okazywali mu swoją wdzięczność.

Wkrótce górnicy zbudowali domostwa również pod Poprzeczną Górą. Później wieś nazwali ku pamięci rycerza Erlitza – Oleśnica. Cała okolica bogaciła się dalej dzięki pracy i poświęceniu mieszkańców.

Gdy Odo von Erlitz umarł nowy władca Edelsztejna już nie okazywał takiej życzliwości osadzie i jej mieszkańcom. Zaprosił z Saksonii nowych górników, żeby w Starym Hackelberskim szybie wydobywali złoto tylko i wyłącznie dla niego. Jednak mimo, że robił co robił, nigdy się nie wzbogacił, złoto w jego rękach zamieniało się w błoto.

Kopalnie zostały już dawno zamknięte, ale górnicy nigdy o starej sztolni, którą do dziś nazywają Starą Hackelberską, nie zapomnieli. Przez długie lata oddawała im swoje bogactwo, które poprawiało warunki ich życia. Jest to najstarsza i najbogatsza złotodajna sztolnia na Poprzecznej Górze - Querberg.
Legenda ta chyba nie jest najbardziej dokładnym źródłem informacji o powstaniu górniczej osady Górna i Dolna Dolina, jednak prawdą jest, że właśnie w obrębie Poprzecznej Góry znajdują się najstarsze kopalnie w regionie jesionickim, a może nawet w całych Czechach.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”


Legenda o Taborskich skałach
Wśród Taborskich skał znajduje się wielki otwór, który według legendy prowadzi do ukrytych podziemnych skarbów zebranych przez górskie skrzaty.

Pewnego razu podczas straszliwej burzy schował się w skałach przed niepogodą leśniczy. Ponieważ wkrótce nastał zmrok, pogodził się również z tym, że tam przenocuje. Komu by się chciało w deszczu i słocie wlec tak daleko do domu? Ucieszył się, że znalazł skalny występ, a ponieważ ulewa trwała, przygotował sobie posłanie z gałęzi i rozpalił ognisko. W pierwszych odblaskach ognia zauważył w mroku jakiś korytarz, ale coś niewytłumaczalnego nie pozwoliło mu wejść do środka.

Burza szalała dalej, pioruny przeszywały mrok i huczał grom. Zmęczenie w końcu zwyciężyło i leśniczy zasnął. We śnie wydawało mu się, że został otoczony przez gromadę małych człowieczków z białymi brodami do kolan. Sen był tak wyrazisty, że się obudził. Ledwie zauważył, że skrzaty natychmiast zniknęły w podziemnym korytarzu. Całkowicie obudzony przegarnął rozżarzone węgielki, dorzucił do ognia trochę chrustu i grzał sobie zdrętwiałe ręce.

Nagle pokazał mu się skrzat. Najpierw myśliwy pomyślał, że znowu śpi, ale gdy człowieczek przyjacielsko mu pomachał, żeby poszedł za nim, posłuchał. Z trudnością przecisnął się za skrzatem przez wąski otwór. Długi korytarz, najpierw pogrążony w mroku, powoli się rozjaśnił i doprowadził ich do wielkiej sali, oświetlonej oślepiającym błyskiem złota i drogich kamieni. Oślepiony leśniczy przystanął, słychać było przyjemną muzykę. Gdy jego oczy przywykły do złotego blasku, na środku sali zobaczył okazały tron i siedzącego na nim dostojnego starca z poważną miną i srebrzyście lśniącą brodą. Był ubrany w złotą błyszczącą szatę, a w prawej ręce trzymał złoty młot wykładany drogimi kamieniami. Starzec uniósł młot, uderzył w stolik i dźwięki ciągle jeszcze brzmiącej muzyki umilkły. Potem uderzył młotem po raz drugi. W tej chwili do przerażonego leśniczego podeszły skrzaty, złapały go za ręce i doprowadzili przed oblicze swojego władcy. Duch Poprzecznej Góry i władca podziemi badawczym wzrokiem popatrzył na leśniczego. Dopiero potem przemówił:

„Śmiertelny człowieku! Wiele lat minęło od czasu, gdy ludziom pozwoliłem wydobywać złote skarby z mojej góry. Naszym życzeniem i wolą było, żeby te niezmierzone skarby uczynić pożytecznymi dla ludzi. Podarowaliśmy wam złoto i daliśmy wam dobre rady, jak z niego korzystać. Nie zwracaliście na to uwagi. Waszym obowiązkiem było użyć bogactwa do poprawy życia biednych, do nakarmienia głodujących dzieci, dla pożytku całej okolicy, ale wy tak nie uczyniliście. Zamiast tego kupowaliście broń, zabijaliście się z jego powodu i dlatego nic dobrego z niego nie wyszło.

My, górskie skrzaty, jesteśmy bardziej szlachetni niż całe samolubne ludzkie pokolenie. Przez tysiące lat gromadziliśmy w podziemiach skarby i życzyliśmy sobie, żeby zostały one wykorzystane dla dobra ludzi z tego regionu. Niestety, ludzkość już taka jest. Nie życzy sobie poprawy, nie życzy sobie doskonałości i całe bogactwo wykorzystuje tylko do grzechu, wojen i zła. Dlatego ja, górski duch Poprzecznej Góry, na zawsze zamykam skarby głęboko w podziemiach, żeby do nich złośliwy ludzki umysł nigdy nie dotarł. Niech sztolnie się zapadną, niech szyby się zasypią, niech wszystkie górskie kopalnie znikną na zawsze, żeby człowiek nie mógł więcej wejść do podziemi. Twoim zadaniem, śmiertelniku, będzie ogłosić w okolicy zamknięcie Poprzecznej Góry. Ktokolwiek by wszedł do sztolni czy kopalni, zginie. Moje skrzaty będą śledzić każdy jego krok i przeszkodzą mu we wszystkim. Być może, o ile ludzkość się zmieni, o ile stanie się szlachetna i zdrowy rozsądek zwycięży, zezwolę, żeby im góra oddała swoje skarby. Taka jest moja wola i nie ma od niej odwołania. Ja, dobry władca Poprzecznej Góry zaklinam tę górę na wieki wieków do pojednawczego snu, bez ruchu i ludzkiej ingerencji.“

Po wypowiedzeniu owych słów zaczęła trząść się ziemia i zabrzmiała przerażająca muzyka, aż w uszach dudniło. Cała grota pociemniała i zapadła się w głąb ziemi.

I leśniczy, mój kolega, powrócił znowu pod występ Taborskich skał.

Burza już dawno się skończyła. Na niebie pokazały się gwiazdy, świecił księżyc i oświetlał całą wspaniałą dolinę aż do polskiej równiny. Robiło się widno. Szlachetne serce leśniczego posmutniało od niedawnego przeżycia. Skrzaty miały rację - co zrobiły, zrobiły dobrze. Obfitość złota szczęścia ludziom nigdy nie przyniosła. Lecz w tej właśnie chwili, o świcie, gdy w górach słychać ryk jeleni, które wyznają sobie miłość, kiedy spokój panuje nad górami jak jesienna mgła, wydaje mu się, że ludzkość może nie jest taka zła. Potem wszędzie, gdzie przyszedł, opowiadał ludziom wszystko, co przeżył w sercu taborskich skał. Mnie to też opowiadał w gospodzie. Co usłyszałem, napisałem.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”







1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   ...   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna