Dĕjiny Nyského knižectvi


Kryzys, Pradziad na Rejwizie



Pobieranie 0.69 Mb.
Strona8/22
Data07.05.2016
Rozmiar0.69 Mb.
1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   22

Rejwiz




Kryzys, Pradziad na Rejwizie
Od pradawnych czasów górski duch Pradziad troszczył się o swoich górali, więc nie zapominał także o mieszkańcach Rejwiza. Każdy, kto był pracowity lub przynajmniej gorliwy, mógł liczyć na jego pomoc, choćby miał jakąś tam ludzką słabość.

Pewnego razu Pradziad przybył do Rejwiza i wieczorem usiadł jak zwykły podróżny w przytulnej knajpce wśród chłopów i drwali. Wcześnie rano wyruszył na obchód w swoje góry lecz zdążył zrobić zaledwie kilkadziesiąt kroków i tuż przy drodze, blisko bagien, zobaczył spoconego chłopa, który starał się orać swoje małe poletko.

Chciał zasiać len, ale mimo jego starań pług ciągnięty przez wychudzoną krowę wbijał się zaledwie kilka centymetrów w ziemię. Pod krową uginały się nogi, taka była słaba, chłop nie wyglądał lepiej. Pod nim też nogi się uginały i kręciło mu się w głowie. Chłop nazywał się Ondrusz i każdego wieczoru chodził do gospody i tam przy kuflu piwa intensywnie rozmyślał, jak to zrobić, żeby się nie narobić a zarobić. Ponieważ tego piwa wypijał sporo, często bolała go głowa i niczego szczególnego nie wymyślił. Biednie też wyglądało jego gospodarstwo.: waląca się chałupa, poletko zaniedbane, dzieci głodne. Filozof i do tego moczymorda, czy może być coś gorszego?

Ondrusz miał dziś od samego rana zły dzień i w chwili, gdy go Pradziad obserwował, kryzys był największy. Rzucił batem o ziemię i wściekły pluł dookoła.

Wtem nadszedł Pradziad i powiedział:

„Dzisiaj chyba nie jesteś w formie, Ondruszu, przeżywasz kryzys, a wiesz dlaczego? To robi ta knajpa. Przecież wiesz, alkohol to plaga ludzkości.“

„A ty kim jesteś, że chcesz mnie pouczać?“ zapytał wściekły chłop, schylił się po bat, uniósł go nad głową i szykował się, że przybłędę zwymyśla, bo się miesza w nie swoje sprawy. Tego by jeszcze brakowało, żeby mu doradzał byle dziad.

Pradziad wyczuł niebezpieczeństwo i przemienił się w olbrzyma. Dla pewności.

Ondrusz cofnął się o krok.

„Ty mnie nie znasz, ale ja ciebie tak. Jesteś Ondrusz i wczoraj siedziałeś bardzo długo w knajpie, postawiłeś mi nawet dzban piwa. Chciałbym się ci za to dzisiaj odwdzięczyć.“

Ondrusz przestraszył się, uspokoił, ale w końcu pomyślał sobie, że dziś już go nic gorszego spotkać nie może. Odłożył bat z powrotem na ziemię i dał Pradziadowi przemówić.

„Popatrz“- powiedział do niego duch gór. „Już dawno nie dotrzymałeś terminów agrotechnicznych dla siewu lnu więc teraz daremnie się męczysz. Ale istnieje jeszcze jedna możliwość – cud. Co ty na to? Na polu masz jakiś nawóz, ile przeorałeś, tyle przeorałeś, ale mogę ci poradzić jedno. Niech ci nie przyjdzie do głowy, żeby teraz, w godzinie kryzysu, siać len. Niestety nie mam teraz czasu, żeby tu z tobą siedzieć i doradzać ci. Muszę iść do Kobersztejna do białej damy Heleny, mam tam sprawę do załatwienia, ale jak nadejdzie właściwa godzina dla siewu, dam ci z Kobersztejna sygnał. Pomacham do ciebie swoim kapeluszem i ty zaczniesz siać. Nie wcześniej, inaczej będziesz ciągle biedny,“ dokończył olbrzym swoją wypowiedź. Przeobraził się znowu w podróżnego i zniknął jak mgła nad bagnami pod Rejwizem w porannym słońcu.

Ondrusz tylko czekał na takie polecenie. Wyciągnął się jak długi na słońcem wygrzanej miedzy i tylko od czasu do czasu zaspany popatrzył na Kobersztejn. Koło południa zobaczył nad wieżą zamkową, jak ktoś macha ogromnym kapeluszem. Zrozumiał, że chodzi o znak Pradziada, nasypał sobie do fartucha len i rozrzucał go byle jak wokół siebie na polu.

Spełniło się, co Pradziad powiedział. Już za dwa tygodnie len niebiesko zakwitł, za miesiąc dojrzał i Ondrusz zebrał tyle lnu, że zaopatrzył zakład Morawolen w Złotych Górach na długie lata. Stał się bogaczem i wszędzie chwalił Pradziada, ale nigdy nikomu nie powiedział, dlaczego.

Opowiedział mi to tylko raz w gospodzie, żebym to mógł dla was spisać.

Jaka płynie stąd nauka? Czasem warto postawić podróżnemu piwo, bo może to kiedyś zaprocentować.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”

Mchowe jeziora w Rejwizie

Odwiedzający Rejwiz rzadko rezygnują z pięknej wycieczki drewnianym chodnikiem do Wielkiego Mchowego Jeziora. Mozolnie zbudowany chodnik jest dzisiaj jedyną drogą do przepięknego zakątka rezerwatu przyrody, w którym rośnie około dwustu gatunków interesujących roślin i traw, pięćdziesiąt gatunków porostów i żyje ponad czterdzieści gatunków owadów pochodzenia polodowcowego.

W bagnach pod Rejwizem znajduje się oprócz Wielkiego Mchowego Jeziora jeszcze jedno. Nazywa się Małe Mchowe Jezioro. Jest ono również częścią rezerwatu torfowisko Rejwiz, ale nie ma tam szlaku turystycznego, co oznacza, że wstęp tam jest zabroniony. W odróżnieniu od Wielkiego Jeziora, które ma stałe brzegi, Małe Jezioro zarasta torfowcem, i kiedyś zniknie całkowicie. Według przeprowadzonych badań właśnie Małe Mchowe Jezioro otoczone jest grubszą warstwą torfu, przez co jest bardziej oryginalne i z punktu widzenia przyrodników bardziej wartościowe.

Cały teren jezior jest interesujący i romantyczny. Piękno oraz unikalna flora i fauna wraz z wysokogórskim położeniem przyczyniają się do jego unikalności w naszym regionie.

Podczas spaceru nad jezioro, idąc drewnianym chodnikiem wśród karłowatych sosen poprzez szumiące źródła Czarnej Opawicy, pojawi się przed odwiedzającymi nieprzyjemnie czarna tafla jeziora. W dzień rzadko śpiewają tu ptaki, a w nocy nie słychać nawet sowy tylko dziwny szum w koronach karłowatych sosen, więc człowiek czuje się w tym romantycznym krajobrazie trochę przygnębiony, zwłaszcza gdyby tu zabłądził po zmroku zapadając się do kolan w głębokim grzęzawisku.

Opowiadają, że kiedyś dawno temu stało w pobliżu mchowych jezior piękne i bogate miasto, które nazywało się Hunohrad.

Dookoła wznosiły się mocne grube mury, które chroniły mieszkańców i ich bogactwa przed każdym, nawet najsilniejszym wrogiem. Mnóstwo złota wydobytego w tutejszych lasach i górach umożliwiało jego mieszkańcom dostatnie życie. Nie brakowało tu nawet wystawnych pałaców i willi, lecz ludzie – mieszkańcy tego miasta – byli nic nie warci, źli i prowadzili grzeszne życie. Dla bogatych mieszczan nie istniało nic świętego. Prowadzili hulaszcze życie w knajpach i nawet w kościele tańczyli i śpiewali piosenki, które na pewno nie można było nazwać pobożnymi. Mieszkańcy miasta nie mieli respektu nawet przed świętymi mężami, którzy przychodzili ich upomnieć i nawrócić na prawdziwą wiarę chrześcijańską.

Zadania podjęli się dwaj księża z Moraw. W kościele na rynku w centrum miasta od rana do wieczora nauczali mieszkańców dzisięciorga Bożych przykazań, zapoznawali ich z naukami Chrystusa, uczyli ich skromności i uczciwości, lecz sukcesu nie odnieśli. Uparci mieszkańcy już dawno stwierdzili, że życie w grzechu jest wygodniejsze, przestali więc księży słuchać ale nie tylko... Kilkakrotnie ich pobili i wypędzili z miasta. Apostołowie jednak za każdym razem wracali do miasta, jakby chcieli potwierdzić prawdziwość przysłowia o cierpliwości, która góry przenosi. Jednak w tym grzesznym mieście cierpliwość na nic się nie zdała. Mogli robić cokolwiek, miejscowi chcieli się z nimi tylko kłócić i przepychać. Jednak pewnego razu, gdy obu księży przywiązano do oślego ogona i w ten sposób wywleczono przez miejską bramę do głębokiego lasu, cierpliwość się skończyła. Uwolnili się z więzów i wyzwolili z błędnego przekonania, że grzeszników z miasta można przekonać wyłącznie słowem Bożym i zdecydowali się wypróbować inną metodę. Uklękli razem przy Kazalnicy pod Sępią Górą, podnieśli ręce do nieba i poprosili swego przełożonego, żeby na grzesznych mieszkańców Hunohradu zesłał sprawiedliwość Bożą, co równało się dopustowi Bożemu.

Prośbę swych podwładnych Pan Bóg wysłuchał natychmiast.

Nagle zapadł zmierzch i było tak ciemno, że nic nie było widać, zaczęło padać i szybko się ochłodziło. Za chwilę deszcz zamienił się w grad wielkości końskich głów, które uderzeniem zabijały wszystko, co żywe. Czarne niebo przeszywały tysiące piorunów, odgłosy gromu ogłuszały grzesznych mieszkańców Hunohradu. Ale nawet to nie wystarczyło do przykładnego ukarania grzeszników. Miasto miało zostać starte z powierzchni ziemi, więc Pan Bóg zbudował podziemny tunel, którym sprowadził do miasta straszliwy potop. Na środku rynku otworzyła się ziemia i z otchłani wylewała się morska woda z czarnym bagnem tak szybko, że nikt nie zdążył uciec. Grube miejskie mury nie pozwoliły wodzie odpłynąć i to przyspieszyło zagładę. Przez kilka godzin zatopione zostały wszystkie domy wraz z kościołem i na całym terenie powstało jezioro z czarną bagnistą wodą, która miała oczyścić grzechy mieszkańców Hunohradu. Bożej sprawiedliwości stało się zadość. Niebo się rozchmurzyło i wyszło słońce. Księża z Kazalnicy mogli wreszcie obejrzeć, jak Pan Bóg spełnił ich prośbę. Widzieli doskonałą robotę. Nie było żywej duszy, żaden grzesznik nie przeżył. Zamiast okazałego miasta zobaczyli pod sobą tylko jezioro z wodą czarną jak grzechy mieszkańców Hunohradu.

Ponoć po dziś dzień można zobaczyć w Wielkim Mchowym Jeziorze wieżę hunohradzkiego kościoła. Kto by się udał nad jezioro przed południem w dzień, w którym na niebie nie ma jedynej chmurki i dobrze popatrzy na środek jeziora, zobaczy pod wodą smukłą wieżę kościoła. Pielgrzym musi być jednak człowiekiem prawym i bez skazy, żeby mógł zobaczyć odstraszający przykład. Grzesznicy tej wieży nie widzą, ponieważ im już nic nie pomoże, są już w drodze do piekła i takie upomnienie nie miałoby sensu.

Byłem nad jeziorem kilkakrotnie i za każdym razem widziałem wieżę na własne oczy.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”
Istnieje jeszcze jedna legenda, która opowiada o tym, jak powstaly trzęsawiska pod Rejwizem:

O pastuchu Gillu

Przed wieloma laty stało w miejscu rejwiskich torfowisk wspaniałe i bogate miasto Hunohrad. Bogaci mieszkańcy miasta prowadzili gospodarstwa w swoich posiadłościach. Okoliczne łąki były w stanie wyżywić mnóstwo bydła, które wypasał miejski pastuch o dziwnym nazwisku Gill. Miał dopiero piętnaście lat, ale rozpustny i grzeszny był tak samo jak pozostali mieszkańcy. Tam bowiem, gdzie jest wielkie bogactwo nie brakuje lenistwa i zawsze czai się grzech. W Hunohradzie ludzie żyli beztrosko a nawet grzesznie, o dziesięcioro przykazań nie dbali i grzechy ich mnożyły się proporcjonalnie do ilości pieniędzy, za które mogli od czasu do czasu jakiś grzeszek odkupić. Żadne kazanie w miejscowym kościele nie nawróciło miejscowych grzeszników do skromności i uczciwości. Problemów z moralnością było w mieście sporo, największym okazał się właśnie przypadek piętnastoletniego pastucha Gilla.

Wszystko zaczęło się tak. Pewnego pięknego słonecznego dnia, jakich było kiedyś więcej niż dziś, obchodził pastuch Gill jak zwykle o poranku wszystkie gospodarstwa i wypędzał na pastwiska bydło hunohradzkich chłopów. Za pracę otrzymywał codziennie od jakiegoś gospodarza chleb z masłem na drugie śniadanie i wieczorem, gdy przyprowadził bydło w porządku z powrotem, złotą monetę, którą zazwyczaj przepił w gospodzie.

Tego dnia również dostał drugie śniadanie, wepchnął je do torby i wypędził bydło na łąki. Tam rozpalił sobie małe ognisko, z lnianego worka zrobił kaptur, jaki pasterze robią do dzisiaj i zarzucił go sobie na głowę, żeby mu nie wiało na szyję i plecy. Nad ogniskiem ogrzewał dłonie i od czasu do czasu spoglądał na krowy, żeby mu się jakaś nie zabłąkała. Koło południa zgłodniał, otworzył torbę, wyciągnął drugie śniadanie.. A to co? Tylko suchy chleb? Gospodarz zapomniał dać mu masła.

Być może każdy inny pastuch pogniewa się, jak chleb nie jest posmarowany masłem, lecz Gill się wściekł. Rzucił chlebem o ziemię, wziął bicz i bił go jak obłąkany. Ale co się dzieje? Chleb nagle zastękał i z ran po biczu trysnęła krew. Pastuch przeraził się na widok tego zjawiska i chciał uciec, ale nie dał rady. Nie mógł po prostu ruszyć z miejsca. Trzymała go jakaś tajemnicza siła.

I nagle z pobliskiego lasu zabrzmiał gromki głos:

„Pasterzu, ponieważ uderzyłeś Boży chleb zamiast go szanować za to, że cię karmi, zostaniesz surowo ukarany. Mam już dość waszych grzechów, mieszkańcy Hunohradu. Razem z tobą ukarzę również twoich grzesznych sąsiadów. Wszystkich odeślę do piekła, tylko ty będziesz mógł całą zagładę obejrzeć, może będzie to dla ciebie nauczką. Niemniej zostaniesz skazany na wieczną włóczęgę po tutejszych górach i trzęsawiskach, będziesz chodził głodny z pustą torbą. Potem może poznasz, jak cenny jest chleb. Trzęsawiska będą twoim łóżkiem, śnieg pierzyną i od nikogo nie dostaniesz nigdy nawet kawałka suchej skórki, żeby zaspokoić głód. Nikt cię nie przyjmie pod dach, żebyś mógł się ogrzać.“

Ledwo głos z lasu skończył mówić, groźba stała się rzeczywistością. Niebo poczerniało i z chmur zaczęło padać bez końca. Ziemia w centrum miasta otworzyła się i woda doprowadzona podziemnym korytarzem z Morza Północnego zatopiła całą okolicę aż do miejsca, gdzie stał pastuch. W miejscu, w którym kiedyś stało miasto Hunohrad z mocnymi murami i pięknymi domami, powstało jezioro z czarną wodą, która ponoć zmyła grzechy mieszkańców miasta.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”

Zagłada Hunohradu


Mieszkańcy Hunohradu żyli w wielkim bogactwie i przepychu, ponieważ w niedalekiej rzeczce Opawie były złoża złota i drogich kamieni. Wtedy wystarczyło tylko podejść do potoku i kosztowności te pozbierać. Byli poganami. Czcili pogańskich bożków i grzeszyli jak prawdziwi poganie.

Pewnego razu przyszedł do miasta pobożny ksiądz, żeby pogańskim mieszkańcom przynieść Ewangelię. Nauczał i nauczał, ale mówił jakby do ściany. W końcu poganom znudziły się jego kazania, wciągnęli go do swojej świątyni i tam zamordowali go w straszliwych męczarniach. Najbardziej surowym z dręczycieli był mały, garbaty pastuch Gill, który bardzo się wyróżnił w bestialskim dręczeniu bezbronnego księdza. Gdy ksiądz zmarł, wyrzucili jego zwłoki za miasto, gdzieś na łąkę.

Następnego dnia Gill jak zwykle wypędzał bydło na tutejsze pastwiska. Niestety od samego rana był w złym nastroju. Biedny chłop dał mu tylko skromny posiłek, więc z wściekłości walił batem we wszystko, co było w zasięgu. Wtem zauważył w trawie zakrwawione zwłoki apostoła i obrócił gniew przeciwko nim. Zaczął je okładać batem i kopać. Nagle zwłoki jakby sterowane przez niewidzialną siłę podniosły się z ziemi. Szklane oczy zabitego cały czas patrzyły na pastucha. Wyciągnął rękę w stronę miasta. Usta martwego otworzyły się i powiedział: „Przeklinam cię i skazuję na wieczne męki ciebie i to miasto.“ Pastuch zdrętwiał ze strachu, nogi miał jak z kamienia. Nie mógł się nawet poruszyć. Nagle zrobiło się ciemno jak o północy. Pioruny przecięły niebo i grom zahuczał, jakby nastał koniec świata. Silne trzęsienie ziemi łamało góry i skały, które zaczęły walić się na Hunohrad. W centrum miasta otworzyła się ziemia i pochłonęła miasto. Okolice zatopiła woda. Taki był kres Hunohradu oraz jego grzesznych mieszkańców. Żywa dusza nie przeżyła, tylko bezbożny pastuch Gill został skazany na wieczną tułaczkę o głodzie po okolicznych bagnach.


Grzeszny pastuch Gill do dziś błąka się po lasach i grzęzawiskach w okolicach Rejwiza. Ciągle jest głodny i choć chętnie zjadłby nawet suchą skórkę chleba, nigdy jej nie dostanie. Ubrany jest w podarty płaszcz, przez ramię wisi mu pasterska torba, a w ręce trzyma bat, którym pogania bydło. Czasami widują go nieliczni turyści. Przez te lata zrozumiał, jaki cenny jest chleb i jaki sens ma uczciwa praca. Teraz ponoć pomaga dobrym ludziom w potrzebie, a złych karze batem. Ludzie opowiadają, że raz pokazał matce z dzieckiem, która zgubiła się na bagnach, drogę do Rejwiza. Czasami można w tutejszych lasach usłyszeć jego nawoływanie. „Ho la la lio ...“ - woła i przypomina ludziom, żeby nie dopuszczali się nieprawości, żeby nie grzeszyli, nie kradli, żeby...
Po długim czasie powstała w pobliżu grzęzawisk nowa wieś Rejwiz. Nowi górale, którzy zasiedlali te okolice, zbudowali sobie na środku wsi ładny kościółek i na przestrogę grzesznikom ustawili drewniany krzyż, który podobno wypłynął z miejsca, gdzie kiedyś stał Hunohradzki kościół. Jednak niekiedy brakuje im przestrzegającego głosu z lasu, który usłyszał pastuch Gill w owym fatalnym dniu upadku Hunohradu, żeby im przypomniał, że skromność, uczciwa praca oraz zwyczajna przyzwoitość nigdy nie traci swojej wartości.

Gdy uda wam się raz odwiedzić Rejwiz, pewnie wybierzecie się na spacer do dziewiczych lasów. Gdy usłyszycie oprócz pił leśnych robotników słynne wołanie pasterza: „Ho la la lio“ - nie odpowiadajcie. Gill traktuje to jak drwinę i karze każdego, kto w lesie wrzeszczy. Ukarał w ten sposób jednego mężczyznę z Jesioniku. Ów lekkomyślny turysta szyderczo pokrzykiwał na skrzata, prowokował go i zapłacił za to. Po trzecim zawołaniu ho la la lio pojawił się pastuch Gill w postaci czarnego pudla, ugryzł go w nogę i zniknął. Od tego ugryzienia mężczyzna zachorował na zatrucie krwi i umarł. Pochowany jest na cmentarzu w Jesioniku.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”

Skarby mchowych jezior
Razem z miastem Hunohrad i jego grzesznymi mieszkańcami zatopionych zostało mnóstwo skarbów i kosztowności, które bezużytecznie leżą na dnie jezior i czekają, aż ktoś je wyłowi. Podobno istnieje możliwość, że część skarbów przypłynęła z zatopionych w Morzu Północnym statków przez podziemny tunel, który Pan Bóg zbudował, żeby sprowadzić wodę dla zagłady miasta. Niech prawda brzmi jakkolwiek. Wielu ludzi próbowało już podjąć z jeziora chociaż część skarbów, lecz nie każdemu się to udało.

Pewnego pięknego letniego dnia pojawił się w Rejwizie rycerz z Włoch i poprosił miejscowego drwala, którego właśnie spotkal, żeby go zaprowadził do mchowego jeziora. Po drodze opowiedział mu, że nawet we Włoszech wiedzą już o wielkich skarbach, które tu leżą pod wodą bez użytku. Oznajmił również drwalowi, że przyszedł właśnie po to, żeby część skarbów zabrać.

Gdy nareszcie dotarli do jeziora, rycerz zsiadł z konia i rzekł do drwala:

„Ja teraz wejdę do jeziora po skarb. Poczekaj tu na mnie i jak będę zmęczony wracał i wychodził z wody, pomożesz mi. W jeziorze będę dosyć długo, jeżeli zobaczysz na jeziorze białą pianę, będzie to oznaczało, że udało mi się dotrzeć do skarbu. Jeżeli pojawi się czerwona piana, to koniec ze mną, wtedy nie zwlekaj i uciekaj stąd, nawet się nie oglądaj. Na zakończenie całej, mam nadzieję, udanej akcji, otrzymasz nagrodę. W przypadku, gdy nie wyjdę w ciągu godziny, zatrzymaj dla siebie mojego konia, ponieważ mnie już nikt nie zobaczy.“

Po tych słowach Włoch wskoczył w złowieszczą czarną toń. Koń spokojnie pasł się na łące i drwal niecierpliwie czekał na powrót włoskiego rycerza.

Długo szumiały nad jeziorem tylko sosny, ale nagle pojawiła się na wodzie biała piana i drwal podbiegł do brzegu podać poszukiwaczowi rękę, żeby go, całkowicie wyczerpanego, wyciągnąć na brzeg. Potem pomógł Włochowi dosiąść konia, a obcy, zanim odjechał, rzucił drwalowi sakiewkę, w jakiej noszono dukaty.

Drwal otworzył sakwę, żeby obejrzeć nagrodę. Ku swojemu zaskoczeniu nie znalazł w woreczku niczego, co przypominałoby dukaty. Były tam tylko jakieś dziwne kulki, które bardzo podobne były do jasnego grochu i miały dokładnie taki rozmiar. Gniewnie wyrzucił sakiewkę w krzaki i w niezbyt miłych słowach, jak to drwale potrafią, zwymyślał Włocha za tak małą nagrodę. Ale szukaj wiatru w polu. Włocha nie było i drwal sprawiedliwości się nie doczekał.

Za kilka miesięcy odwiedził Rejwiz następny rycerz z Włoch i szukał drwala, który pomagał podczas podejmowania skarbu z jeziora. Odnalazł go, ale zgorzkniały robotnik po doświadczeniach z pierwszym Włochem, do współpracy się nie kwapił. Gdy mu obcokrajowiec obiecał worek złotych monet za sakiewkę z tym dziwnym grochem, nie trzeba było więcej go ponaglać. Po długim szukaniu znalazł wyrzuconą sakiewkę i ku zadowoleniu obojga przeprowadzili wymianę. Potem Włoch wyjechał w nieznanym kierunku, może do swojej ojczyzny. Tylko drwal do dzisiaj się zastanawia, co było w tych perłach tak rzadkiego, że Włoch oddał za nie worek złotych monet.


Inne źródło twierdzi, że w jeziorze jest wielki drogi kamień, który może z głębiny podjąć tylko prawdziwie uczciwy człowiek. A ponieważ wielu ludzi uważa samych siebie za uczciwych, sporo ich się tu utopiło.
Po ten drogocenny kamień przyjechał do Rejwiza pewien bogaty człowiek, który też pochodził ze słonecznych Włoch. Włosi sypali się wtedy jak z worka. Po długich poszukiwaniach Rejwiza, który wtedy jeszcze nie był dokladnie zaznaczony na mapach, dotarł do mchowego jeziora i wskoczył do wody. Za chwilę wyciągnął na brzeg drogi kamień, wielki jak ludzka głowa. Skarb chyba jednak nie był przeznaczony dla niego, ponieważ albo zrządzeniem losu, albo z nieuwagi Włocha, wpadł z powrotem do jeziora. Bogacz jeszcze raz zanurzył się w jeziorze. Nie minęła nawet godzina i na wodzie pojawiła się czerwona piana. Niestety mężczyzna zaginął i nikt nigdy już go nie zobaczył.
Do dzisiaj drogocenny kamień znajduje się pod wodą Wielkiego Mchowego Jeziora. Kiedy będę miał ochotę sobie popływać i zabraknie mi pieniędzy, to po ten drogocenny kamień wskoczę. Mam to miejsce blisko domu. Na razie jest tam schowany, jak żydowskie pieniądze w Szwajcarii.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”


Młotek kołodzieja
W poprzednich legendach dowiedzieliśmy się, że mchowe jeziora pod Rejwizem łączy z Morzem Północnym tunel. Jest to ten sam tunel, przez który Pan Bóg sprowadził wodę, która zatopiła Hunohrad. Tunel jest nadal drożny, na wypadek, gdyby go Pan Bóg potrzebował w tym samym celu. Z Morza Północnego przypływają tędy czasami ryby dziwnych kształtów. O tunelu opowiada również następująca legenda.
W Rejwizie mieszkał kołodziej. Produkował dla miejscowej ludności skrzynie, beczki, koła do bryczek i inne niezbędne wyroby z drewna. Miał też syna. Oczywiście wyuczył go kołodziejskiego rzemiosła i potem, według dobrego zwyczaju, wysłał go w świat, żeby nabył doświadczenia, które uczyni go mistrzem. Na drogę dał mu oprócz niezbędnych rad również kołodziejski młot. Nie był to zwykły młot. Stary kołodziej włożył w niego bez wiedzy syna trzy złote monety i gdy dawał go synowi, powiedział:

„Gdy ci synu będzie bardzo źle uderz młotkiem mocno w kamień, a on ci pomoże.“

Oznaczało to, że młot pęknie, wypadną trzy złote monety i syn będzie mógł sobie w potrzebie kupić parę niezbędnych rzeczy.

Młody kołodziej wyruszył w świat. Przeszedł przez Polskę, Niemcy i połowę Europy, aż dotarł do Ameryki. W kraju nieograniczonych możliwości zarobił sporo pieniędzy, zdobył wiele doświadczenia i robił reklamę złotym czeskim rękom. Po kilku latach zdecydował się na powrót do domu. Wsiadł na statek, przepłynął ocean i kanał La Manche, lecz na Morzu Północnym rozszalała się tak silna burza, że statek, którym płynął, rozbił się. Na morskim dnie wylądowały wszystkie zarobione dolary, a kołodziej musiał się bardzo starać, żeby się uratować. A właściwie, gdyby nie spotkał norweskich rybaków, którzy zabrali go na statek, już nigdy nie wróciłby do Rejwiza. Żałował wprawdzie, że zgubił tyle bogactwa, ale najbardziej smuciła go strata młotka, który dał mu na drogę ojciec i który przyniósł mu w świecie najwięcej szczęścia. W końcu zrozumiał, że lepiej być biednym niż martwym i wyruszył do ojcowskiego domu w Rejwizie.


W tym samym czasie w Rejwizie kilku miejscowych chłopaków poszło nad jezioro złowić kilka ryb, które przypływają tam tunelem z morza. Są duże i mają dziwne kształty.

Przyszli nad jezioro, usiedli na brzegu i zarzucili wędki. Długo nic nie chwytało, ale w końcu jeden z nich coś złapał. Szybko poderwał wędkę, bo myślał, że to duża ryba. Radośnie nawijał żyłkę, ale co się dzieje? Na haczyku nie było żadnej ryby, ani zwykłej ani egzotycznej.

Wyciągnął z wody zwykły kołodziejski młot.

Chłopcy próbowali złapać jeszcze coś innego, ale szczęścia nie mieli, więc wyruszyli w drogę powrotną.

Na obrzeżach Rejwiza stoi gospoda, w której chłopcy chcieli się pochwalić tym, co złowili. Weszli do środka, zamówili oranżadę i wyciągnęli na stół, co złowili. Wśród gości siedział też stary kołodziej, który młotek od razu rozpoznał. Rozmontował go i pokazał wszystkim trzy złote monety na dowód, że młotek jest jego wyrobem. Powodów do radości jednak nie miał. Jeżeli tutaj znaleziono młot, gdzie jest jego syn? „Czyżby przy opuszczeniu wioski zabłądził i utopił się w jeziorze ?” - pomyślał. Innego wytłumaczenia nie ma. Skąd by się inaczej wziął młotek w jeziorze? Zasmucony ojciec wrócił z gospody i opłakiwał syna jak zmarłego.

Nadeszło lato i z podróży powrócił młody kołodziej. Zapukał w okno ojcowskiego domu. Ojciec otworzył i z taką radością przywitał zaginionego syna, że nie można tego opisać. Płakał ze szczęścia, że wrócił cały i zdrowy. Potem siedzieli długo do nocy, tyle mieli sobie do powiedzenia. Gdy młody kołodziej opowiadał, jak rozbił się na morzu i jak zgubił wszystkie zarobione pieniądze razem z kołodziejskim młotem, ojciec tylko się uśmiechnął. Najważniejsze, że są razem i będą mogli pokonać wszystkie trudności.

Na koniec stary kołodziej wyjął spod ławki zagubiony młot syna i oddał mu go. Miał szczęście, że wpadł mu do wody dokładnie w tym miejscu, gdzie wychodzi tunel do Rejwiza, a ponieważ był ciężki, wpadł aż do mchowego jeziora, gdzie go złowili chłopcy. Gdy spojrzymy na mapę, zobaczymy, że coś takiego jest w bajkowym świecie całkiem możliwe. Morze Północne jest u góry, Rejwiz na dole, a ciężkie rzeczy spadają z góry w dół, prawda?

Nazajutrz zabrali się ojciec z synem ponownie za robotę i wkrótce stali się bogaci. Jeżeli jeszcze nie umarli, żyją w swojej chałupie w Rejwizie do dzisiaj.


Legenda pokazała nam, jak to jest z istnieniem tuneli w Rejwizie. Być może kiedyś, gdy tunel zostanie odkryty przez biura podróży, zasłynie Rejwiz z podróży łodziami podwodnymi do Morza Północnego i jeszcze dalej, do królestwa bajek i snów.
Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”

Mnichów koło Wrbna p. Pradziadem
Początki Mnichowa
Idąc z Rejwiza przez las i potem jeszcze kawałek za Drakowem dojdziemy do wsi o nazwie Mnichów blisko Wrbna pod Pradziadem. Według starej legendy założył ją bardzo dawno temu pobożny mnich.

Zanim został mnichem prowadził z bratem gospodarstwo gdzieś w środkowych Morawach. Pewnego razu, jak to się pomiędzy braćmi zdarza, pokłócili się o jakąś błahostkę dosłownie do krwi. Przyszły mnich podczas kłótni ugodził brata nożem i w przekonaniu, że go zabił, uciekł przed sprawiedliwością daleko w góry. Długo szukał odpowiedniego miejsca, aż w końcu osiadł pod Kobersztejnem, zamkiem rozbójników. Zbudował u jego podnóża małą pustelnię, w której chciał rozpocząć nowe życie pełne wyrzeczeń, by odkupić śmierć brata. Został mnichem - pustelnikiem. W tym czasie zamek już nie służył jako warowna wieża, był zamieszkany przez rycerzy rozbójników. Na zamku rządził okrutny zbój Waldemar, który napadał na podróżnych i kupców na szlaku handlowym, który prowadził z austriackich kopalni soli przez Morawy aż do Wrbna, potem przez las wzdłuż Czarnej Opawy, przez Rejwiz, Złote Góry i Jesioniki do Kłodzka. Napadał nie tylko kupców w tutejszych gęstych lasach, ale ważył się grabić, atakować i zabijać nawet w dalekim księstwie Nyskim. Bogacił się tam kosztem uczciwej pracy prostych i bogatych ludzi. Na krótko przed przybyciem mnicha Waldemar odważył się uprowadzić córkę ostatniego rycerza z Wrbna. Ten, żeby ocalić swoją córkę Helenę, stoczył z Waldemarem pojedynek na śmierć i życie na kobersztejnskich łąkach. Podczas owej, ciemnej burzliwej nocy, oświetlanej sporadycznymi piorunami, rycerz zginął w walce i Waldemar odprowadził Helenę do swojej zbójeckiej siedziby w Kobersztejnie. Otoczony gęstymi lasami arcyłotr długo unikał sprawiedliwej kary.

Pobożny mnich szybko dowiedział się o zbójeckich wyprawach Waldemara i spędzało mu to sen z powiek. Sam jednak nic nie mógł zrobić. Starannie przemyślał, jak zapobiec niepotrzebnym ofiarom i zbudował na skrzyżowaniu drogi, która biegła w pobliżu zamku, dzwonnicę. Przychodził tam co pół godziny, żeby ostrzec kupców o niebezpieczeństwach na tej drodze. Pomimo środków podjętych przez mnicha znaleźli się kupcy, którzy woleli skrócić sobie drogę do Jesioniku jadąc właśnie koło Kobersztejna przez łąki pod Rejwizem.

Wydarzyło się raz, że Waldemar ze swoją bandą napadł na młodego bogatego chłopa. Zabrał mu dwa wozy wypełnione towarem, zabił pomocników, a chłopa wziął do niewoli i odprowadził na zamek. Ponieważ dzielny chłop podczas walki zabił kilku kompanów Waldemara, rozbójnik chciał się na nim zemścić. Chciał go uroczyście zrzucić z

zamkowych murów w przepaść. W ten sposób postępował z każdym, kto stawiał opór. Tak było i tym razem. Kazał chłopa związać i na makabryczne widowisko zaprosił nie tylko swoich kompanów, lecz również córkę rycerza z Wrbna, którą trzymał na zamku przemocą i z którą chciał się ożenić.

Córce rycerza się to nie spodobało. Była dobrze wychowana i brutalność rozbójników nie sprawiała jej przyjemności. Przeciwnie. Nie mogła na to patrzeć i zaczęła rzewnie płakać.

„Czego ryczysz, głupia“ - huknął na nią Waldemar. „Zabił mi kilku kompanów, więc muszę zabić także jego. Najważniejsze, że mamy jego majątek.“

„Za taką cenę nie chcę jego majątku, choćby chodziło o czyste złoto“ - powiedziała szlochając.

„Więc co z nim zrobimy, przecież nie będziemy go jeszcze za darmo karmić?“ - zapytał rozbójnik.

„Wrzuć go na razie do wieży“ - powiedziała i domyśliła się, że Waldemar ją wysłucha. Rzeczywiście spełnił jej prośbę. Chcąc ją sobie zjednać, by przestała sprzeciwiać się ślubowi, wsadził chłopa do celi pod murami. W ten sposób skazał go na powolną śmierć z głodu i pragnienia.

Tyle, że chłop nie należał do ludzi, którzy łatwo się poddają. W celi uwolnił się z więzów i w nocy zaczął pukaniem sprawdzać ściany celi. Wkrótce odkrył, że jedna ze ścian wydaje wyższy dźwięk niż pozostałe. Za pomocą kawałków ludzich kości, których zostało po jego poprzednikach w celi mnóstwo, rozbierał mur kamień po kamieniu, by wydostać się na wolność. Udało mu się to szczęśliwie wykonać po kilku dniach. Całkowicie wyczerpany odkrył za ścianą ciemny korytarz, który prowadził do lasu.

Po długim czasie zobaczył światło dzienne. Nareszcie był wolny. Jednak nie mógł uciekać w dzień, bo straże mogłyby go zauważyć. Musiał poczekać do zmroku. W nocy na pewno będzie mu łatwiej wymknąć się strażom.

Po zmroku gospodarz ostrożnie podszedł do ujścia korytarza. Było tak ciemno, że nie wiedział, w którym kierunku iść, żeby nie wpaść w ręce rozbójników. Przez chwilę się wahał i rozmyślał. Nagle, w cichym lesie, usłyszał dziwne dzwonienie: „Dzyń dzyń,... dzyń dzyń...“ Dochodziło z daleka, lecz było ciągłe. Udał się więc w kierunku głosu dzwonka. W ciemnościach potykał się o korzenie drzew, pnie i gałęzie, ale tak bardzo pragnął zemścić się na rozbójnikach, że wytrzymał cały ból i znużenie. Jeszcze kilka kroków i stał przed pustelnią mnicha.

Zapukał do drzwi i czekał. I tu niespodzianka. Otworzył mu jego własny brat. Bracia uścisnęli się po tak długim czasie, a w ich oczach pojawiły się łzy. Do samego rana nie mogli zasnąć. Mieli sobie tyle do powiedzenia. Gospodarz opowiadał o nieszczęściu, które go spotkało na drodze pod Kobersztejnem i o tym, jak wydostał się z zamkowych lochów. Oczywiście wytłumaczyli też sobie okoliczności kłótni, która ich kiedyś rozdzieliła. Kiedy niegdyś mnich ugodził brata, nóż na szczęście uderzył w medalion i ześlizgnął się do barku. Był ciężko ranny, ale przeżył. Pomiędzy braćmi zapanowała radość, zmącona tylko myślą o okrutnym Waldemarze dlatego jeszcze w nocy zdecydowali, że ukrócą ten zbójecki proceder.

Następnego dnia bracia wezwali do pomocy okolicznych mieszkańców i omówili z nimi następujący plan, dzięki któremu mieli zniszczyć bandę rozbójników z Kobersztejna.

Połowa zgromadzonych, prowadzonych przez mnicha, będzie udawała, że przewozi blisko zamku dużą ilość złota na krytych wozach. Na wozach jednak nie będzie złota tylko mężczyźni, którzy zbójów zaatakują. Druga połowa wraz z gospodarzem ukryje się już w nocy przed atakiem w pobliżu zamku i w umówioną godzinę go podpali. Potem wszyscy razem zaatakują.

I tak się stało. Walka trwała krótko, zlikwidowano wszystkich rozbójników łupieżców. Kiedy ich wódz Waldemar zobaczył, że zamek płonie, przebił sobie pierś mieczem i rzucił się tam, gdzie przedtem zrzucał swoje ofiary – w przepaść. Jego dusza poleciała prosto do piekła i jego krew, czarna jak smoła, szybko wsiąkła w ziemię. W tym miejscu pod zamkiem do dzisiaj rosną tylko chwasty.

Przeżyła tylko Helena, córka rycerza z Wrbna. Chociaż długi czas żyła wśród zbójów, jej serce pozostało uczciwe i czyste. Młody gospodarz, brat mnicha, zakochał się w niej i wkrótce odbyło się duże wesele, na które zaprosili całą okolicę. Od tego czasu gospodarz został pod kobersztejnskim zamkiem. Zbudował sobie dom obok brata i żyli razem w zgodzie i harmonii.

Po klęsce Waldemara z Kobersztejna już żaden zbój nie ważył się zająć zamku, a w okolicy żyło się biednie, lecz uczciwie. Pod Kobersztejnem powstała później wioska, którą założył mnich i dlatego otrzymała nazwę M n i c h ó w.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”


Czeska Wieś


Diabelskie Kamienie
Dwie godziny marszu granią od wieży ciśnień za Rejwizem na północny zachód, za Bleskowcem i Białymi Kamieniami, za wieżą widokową na Złotym Chlumie leży grupa skał, które miejscowi nazywają Diabelskimi Kamieniami.

Ludzie mówią, że gdy patrzą na skałę, wydaje im się, że widać zaklętego rycerza, lecz moja fantazja, bardzo bogata zresztą, na coś takiego się nie zgadza. Gdy jednak stoję pod skałami i zmrużę oczy, wydaje mi się, że mógłby to być ogromny rycerski zamek.

Skały mają przepiękne położenie z widokiem na północno-zachodnią część Hrubego Jesioniku. Świetnie stąd widać rzeczkę Białą, która ma swoje źródła na północnym stoku Pradziada i przepływa przez wioski i miasta w dolinie jak srebrna nić. Płynie przez łąki i ogrody za Jesionikiem, dalej przez Czeską Wieś do Mikulowic, gdzie wpada do polskiej równiny i znika na horyzoncie. W Polsce rzeczka wpływa do Nysy Kłodzkiej, która zaś wpływa do Odry.

Na zachód od Diabelskich Kamieni leży jak na dłoni miasto Jesionik ze swoim uzdrowiskiem położonym na górze Grafenberg. Dalej za miastem zobaczymy miejscowość Lipowa, nad którą góruje długi grzbiet Szeraka, Keprnika i Czerwonej Góry, zakończony majestatycznym Pradziadem. Jedna z legend opowiada o tych skałach, że bardzo dawno temu, w czasach gdy diabły wychodziły z piekła na ziemię, wysłano tu diabelskiego ucznia na praktykę. Jednak zamiast uczyć się sztuki wabienia grzesznych dusz do piekła, robił sobie tylko diabelskie żarty. Na przykład, przed podróżnym zamienił kamień na drodze w złoto, a gdy nieszczęśnik chciał złoto podnieść, zmieniło się znowu w kamień. Innym razem zostawił na drodze złotą monetę i gdy ktoś się zbliżał, moneta zaczęła się turlać ze stoku na dół i wielu turystów biegło za monetą, jakby oszaleli.

Potem młody diabeł wypróbowywał siłę swojego wzroku. Stanął na wierzchołku naszej skały i gdziekolwiek nie spojrzał, zmuszał ziemię, żeby paliła się jak gorąca lawa i nawet skały się topiły. Dzisiaj powiedzielibyśmy, że dewastował środowisko naturalne, co jest zabronione. Oczywiście o wszystkim dowiedziała się dyrekcja PZSZ (Piekielnej Zasadniczej Szkoły Zawodowej) i podjęła niezbędne środki. Diabelsko szybko wysłali szkolnego inspektora, wybitnego pedagoga Lucyfera, żeby zrobił natychmiast porządek. Rzeczywiście, Lucyfer przyłapał diabelskiego ucznia in flagranti, jak dewastował środowisko. Arcydiabeł zaczął zionąć siarką i chciał ucznia przykładnie ukarać kijem, lecz nie był w stanie go złapać. Uczeń szybko wyskoczył i rzucił się do ucieczki przed wychowawczym zabiegiem inspektora. Biegł prosto przez pola rozżarzonej lawy, pozostawiając w niej ślady swojego kopyta, które można oglądać do dnia dzisiejszego. Lucyfer musiał sam zgasić ogień i ochłodzić skały, ale w pośpiechu zapomniał pod kamieniami grudy gorącej lawy. Dokładnie w tym miejscu jeszcze dzisiaj bywają gorące skały, zwłaszcza podczas słonecznych letnich dni.

Tak więc nazwa, jaką według legendy kamienie otrzymały, może nam przypominać nieodpowiedzialną młodość lub starego czarta.


Następna legenda opowiada o tym, że Diabelskie Kamienie otwierają się w Wielki Piątek przed Wielkanocą. Szczęściarz, który tego dnia podejdzie do skały, może wejść do jaskini i zabrać tyle złotych skarbów, ile uniesie. Musi się jednak spieszyć, żeby nie został w środku, gdy wejście do groty będzie się zamykać, bo inaczej nie ujrzy więcej światła dziennego.

Ponoć kiedyś w Wielki Piątek podeszła do skały matka z dzieckiem na ręku i weszła z nim do otwartej jaskini. Gdy zobaczyła góry błyszczącego złota, odłożyła dziecko, żeby zabrać jak najwięcej skarbów. Wypchała sobie kieszenie ogromnymi diamentami i w rękach wyniosła przed grotę wielki kawał złota. Gdy chciała wrócić po dziecko, grota była już zamknięta. Zdesperowana biegała dookoła jak szalona i z rozpaczy rwała sobie włosy z głowy. Mimo całego bogactwa, które zdążyła wynieść z groty, stała się nagle najnieszczęśliwszą matką na świecie. Chętnie oddałaby cały skarb z powrotem, gdyby tylko mogła zobaczyć i przytulić swoje niebieskookie, złotowłose dziecko. Niestety, pazerność to zła cecha i ta kobieta oddała się złu.

Tak to bywa na świecie. Od dawien dawna wiadomo, że bogactwo i nieszczęście często chodzą parami, tak jak w tej wielkopiątkowej legendzie.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”



Jawornik
Hetman z Jawornika i diabeł
Długie wojny sprowadziły na naszą okolicę dużo cierpienia. Wiele gospodarstw opustoszało, ponieważ większość mieszkańców wypędzono lub zostali zabici przez dzikie hordy bojowników. Również piękne gospodarstwo chłopa Gideona Tymlinka zostało doszczętnie zniszczone. Zabito wszystkich mieszkańców poza dwuletnim synkiem, który nosił takie samo imię jak jego ojciec. Małego chłopczyka przygarnęli obcy ludzie. Mieszkał u nich, lecz od dziecka musiał pracować jako pastuch kóz i owiec. Nic dziwnego, że często marzył o lepszym życiu, jakie pewnie miałby, gdyby nie wojna, która zniszczyła dom jego ojca. Z utęsknieniem spoglądał na zamek na Górze Św. Jana i marzył.

Pewnego razu pojawił się przed nim gajowy w zielonym ubraniu. Tymlinek szybko wstał i przywitał nieznajomego:

„Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus“.

„A pójdziesz ty“- leśniczy przeraził się pobożnego powitania i splunął.

Był to diabeł, ale o tym Tymlinek nie wiedział. Później podczas rozmowy pastuch opowiedział diabłu o swoim ciężkim losie i swoich marzeniach.

„Mogę z ciebie zrobić na siedem lat hetmana na zamku“ - powiedział diabeł. „Ale musisz mi zaprzedać ciało i duszę.“

Tymlinkowi było wszystko jedno, gorzej już być nie mogło, więc diabeł spisał na kawałku pergaminu pakt, który potem pasterz podpisał własną krwią.

„Jutro rano zgłoś się do pracy u zamkowego ogrodnika“- powiedział diabeł i dodał. „Ja już załatwię resztę.“

Potem diabeł przebrany za myśliwego, zadowolony, że od księcia piekieł Lucyfera otrzyma nagrodę za ludzką duszę, odszedł, a pasterz zasnął. Obudził się dopiero rano i od razu poszedł do ogrodnika. W ten sposób został za pomocą niegodziwych diabelskich czarów przyjęty do służby u wrocławskiego biskupa, który był właścicielem zamku. Wkrótce potem zasługą swego nienagannego zachowania pozyskał sobie sympatię dostojnego pana i nie trwało długo a biskup mianował go hetmanem na zamku.

Gdy został władcą jego charakter zmienił się. Poddanych gnębił wysokimi podatkami i swawolnym życiem starał się zagłuszyć wyrzuty własnego sumienia, ponieważ sprzedał duszę diabłu. Wszystko, co robił, robił z diabelskim okrucieństwem. Były co prawda chwile, kiedy chciał się poprawić, ale zawsze gdy wchodził do kaplicy zamkowej, żeby odbyć pokutę, usłyszał z wieży dzwon, rozkołysany niewidzialną ręką: „tym-link, tym-link”, który przypomniał mu o kresie jego życia, jaki został zapisany w diabelskiej umowie. Więc za każdym razem sobie darował. Wszyscy mieszkańcy Jawornika wkrótce wiedzieli, że dźwięk dzwonu „tym-link, tym-link” przypomina ich hetmanowi, jaki będzie koniec jego życia.

Siedem lat minęło jak woda i diabeł wyruszył w drogę po duszę Tymlinka. Późnym wieczorem dotarł na podzamcze i zatrzymał się u kowala. Zapukał w okno i szorstkim głosem zawołał:

„Stary, otwieraj! Podróżny czeka i spieszy się. Musisz podkuć jego konia.“

Kowal zrobił, co mu kazano. Kiedy skończył, nieznajomy rzucił mu pod nogi monetę. Stary kowal schylił się, żeby ją podnieść i zauważył, że nieznajomy ma jedną nogę końską. Uświadomił sobie, że stoi przed nim diabeł. Zanim zdążył mu zaproponować, że może podkuć także jego nogę, obcy zniknął. Kowal i jego żona zrozumieli, dokąd diabłu tak spieszno. Długo modlili się o zbawienie duszy hetmana, lecz daremnie.

Diabeł sobie w tym czasie wygodnie siedział na koniu i kłusem zbliżał do celu. Brama zamku sama się otworzyła, ledwo się do niej zbliżył. Potem zeskoczył z konia i udał się do pokoju hetmana. Hetman siedział na kanapie i popijał wino.

„A więc, panie hetmanie“- powiedział szyderczo diabeł - „siedem lat minęło i przyszedłem wyrównać rachunki. Wykonałem, do czego się zobowiązałem, teraz twoja kolej. Uczyń, do czego się zobowiązałeś podpisując własną krwią. Chodź ze mną!“

Hetman nie chciał i zaczął się z diabłem wykłócać. Nie chciał uwierzyć, że minęło już siedem lat od czasu, gdy podpisał cyrograf. Lecz diabeł pokazał mu pergamin i podszedł do hetmana, żeby go zabrać siłą. Młody hetman stawił mu opór. Wywiązała się ostra walka. Nieszczęśnik zaatakował księcia piekieł z ogromną siłą, lecz ten okazał się silniejszy i hetman szybko się zmęczył. Diabeł w końcu złapał go za nogi, wystawił przez okno i walił jego głową o mur tak długo, dopóki go nie zabił. Zwłoki zarzucił sobie potem na plecy i odjechał na koniu prosto do piekła. W miejscu, gdzie wtedy młody hetman zginął, do dzisiaj widać na murze czerwone plamy, których według legendy nie można ani zmyć ani zetrzeć.

Jeszcze dziś niektórzy mieszkańcy Jawornika wierzą, że dzwonek, który ponoć na wieży zamkowej umieścił diabeł i który nadal znajduje się w swoim pierwotnym miejscu, przypomina swoim dźwiękiem „tym-link, tym-link” obywatelom miasta, że życie w grzechu nigdy nie popłaca.

Opr. Sotiris Joanidis, tłumaczenie: Centrum Języków Obcych „HIT”







1   ...   4   5   6   7   8   9   10   11   ...   22


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna