Dłonie i Słowo Magazyn Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym



Pobieranie 374.31 Kb.
Strona1/5
Data07.05.2016
Rozmiar374.31 Kb.
  1   2   3   4   5
2013

Dłonie i Słowo

Nr 1

Dłonie i Słowo



Magazyn Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym

TPG Tu Przekraczamy Granice

Maraton w Nowym Jorku, Michał Majchrzak

Nie widząc przeszkód, jeżdżę na rowerze, Natalia Kołodziej

Festiwal pełen wartości, wypowiedzi zebrał Marcin Chojnowski

Dotknęliśmy nieba, Natalia Jaruta, Iwona Wróblak

Warsztaty dla self–adwokatów, Tomasz Malaika, Robert Schab

Z życia klubów, Anna Podgórna, Anna Jurkowska

Końska dawka emocji, Anna Podgórna, Joanna Koralewska, Sabina Wolniewicz

Spotkania Młodych, Michał Majchrzak

Jest taka biblioteka, Urszula Maksimowicz

W świecie cyfrowej słyszalności, Stanisław Sierko

W starożytnym mieście o sprawach głuchoniewidomych, Agnieszka Majnusz

Czy programy telewizyjne będą kiedyś dostępne dla wszystkich?, Grzegorz Kozłowski

Android czy iOS?, Krzysztof Wostal

PFRON dofinansowuje naukę języka migowego, Ewelina Rokicka

Zatrudnienie wspomagane, Destina Kuliś

Sałatka z ziemniaków, Lisiczka

Projekty TPG

Kronika wydarzeń, Bożena Więckowska

Publikacja finansowana przez Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych

Rubryka: od redakcji

Drodzy Czytelnicy,

za nami gorące lato, czas jednak wrócić do codzienności i do lektury naszego czasopisma.

Polecam recenzję Iwony Wróblak z koncertu Dotknąć Sztuką Nieba w Międzyrzeczu oraz wspomnienia wolontariuszki Natalii Jaruty z organizacji tej imprezy. Na uwagę zasługuje również artykuł „Festiwal pełen wartości”. Materiał zebrany przez Marcina Chojnowskiego przedstawia etapy przygotowywania kolejnych edycji Ogólnopolskiego Festiwalu Twórczości Wszelakiej Osób Głuchoniewidomych, a także prezentuje, w jaki sposób i w jakim stopniu w sprawy organizacyjne angażują się osoby głuchoniewidome, wolontariusze oraz sponsorzy.

Zachęcam też do przeczytania dwóch tekstów Michała Majchrzaka. W artykule „Maraton w Nowym Jorku” opowiada on o swojej pasji – biegach na dystansie 42 km i 195 m; w artykule „Spotkania Młodych” omawia zaś trzy tegoroczne zjazdy Sekcji Młodych, którym towarzyszyły warsztaty sportowe, kulinarne i wizażu, zwiedzanie oraz inne atrakcje kulturalne.

Na koniec zwracam uwagę, że w tym roku otrzymają Państwo tylko dwa numery DiS, ale za to bardzo obszerne. W druku powiększonym dodatek dla rodziców znajduje się na ostatnich stronach. Środek magazynu jest czarnobiały. Zadecydowały o tym oczywiście kwestie finansowe. Mamy nadzieję, że to stan przejściowy.

Życzę Państwu miłej lektury!

Elżbieta Gubernator-Syposz,

redaktor naczelna

Rubryka: sylwetki

Tytuł: Maraton w Nowym Jorku

Autor: Michał Majchrzak, Klub Głuchoniewidomych w Krakowie

Czy wiedzieliście o tym, że w ubiegłym roku słynny nowojorski maraton przebiegł głuchoniewidomy chłopak z Krakowa? O tym, jak do tego doszło, opowiada sam zawodnik – Michał Majchrzak.

Dawno, dawno temu... byłem zwykłym, przeciętnym, nieśmiałym, niewyróżniającym się niczym chłopakiem. Marzyłem o czymś, ale nie potrafiłem tego nazwać. Wreszcie, niczym Forrest Gump, postanowiłem wyjść z domu i zacząć biegać. Tak mi się to spodobało, iż postanowiłem przebiec parę kilometrów. Jak już je przebiegłem, to postanowiłem pokonać ich jeszcze więcej. Znalazłem prawdziwą pasję. Aż rzuciłem sobie wyzwanie. „Zrobić” maraton, legendarne 42 km i 195 m. Kiedy i to mi się udało, postawiłem sobie kolejny cel – wziąć udział w maratonie zagranicznym w Europie. I to zrealizowałem. Zaliczyłem imprezy w Berlinie, Rzymie, Wiedniu i Koszycach. Ale wciąż było mi mało.

Pewnego dnia usłyszałem o Seven Continents Club – elitarnym klubie biegaczy, którzy ukończyli maratony na wszystkich siedmiu kontynentach. Europa zaliczona. Pora na drugi kontynent! Ameryka Północna? To może Nowy Jork? Czemu nie. Wybór nie był przypadkowy – wylot na ten maraton sponsorowała nowojorska filia organizacji Achilles International, która zrzesza niepełnosprawnych biegaczy z wszelkimi dysfunkcjami z całego świata i ma oddział również w Polsce. Gdy tylko usłyszałem o jego istnieniu, od razu do niego wstąpiłem. Kilka lat wyczekiwania w kolejce i w końcu się udało! Zostałem zakwalifikowany do udziału w maratonie w 2012 roku.

Najpierw należało załatwić wizę. Jest, co prawda, trochę papierów do wypełniania, ale można się z tym uporać w kilka dni. Do tego trzeba wnieść opłatę w wysokości około 550 zł, a następnie odbyć rozmowę z konsulem. W moim przypadku spotkanie było przyjemnością, głównie za sprawą listu polecającego od prezesa Achillesa. Wizę mi przyznano, i to na 10 lat. Teraz mogłem się skupić wyłącznie na solidnym treningu.

Został już tylko tydzień do startu, kiedy z Ameryki zaczęły dochodzić wieści na temat zbliżającego się huraganu Sandy. Dzień w dzień z niepokojem śledziłem pogodę w Nowym Jorku. Żywioł uderzył, ale zniszczenia nie były tak ogromne jak przewidywano. Ogłoszono, że maraton prawdopodobnie się odbędzie.

Na początku listopada wyleciałem więc wraz z dwoma innymi biegaczami Achillesa, Marcinem i Stanisławem, z warszawskiego Okęcia. Okazało się, że niepotrzebnie wziąłem prowiant do bagażu podręcznego, ponieważ obsługa samolotu zadbała o to, by pasażerowie nie byli głodni. Był ciepły obiad, do tego kanapki, słodycze, kawa, herbata, zimne napoje. Dowiedziałem się że na dłuższych lotach jest to standard we wszystkich liniach. Do tego każdy z nas dostał słuchawki, dzięki czemu mogliśmy się relaksować przy muzyce. Lot z Warszawy do Nowego Jorku trwa mniej więcej osiem i pół godziny. I tu ciekawostka: mimo że wystartowaliśmy o 16 czasu polskiego na miejscu byliśmy o 21 czasu miejscowego.

Jeszcze ciekawiej wygląda to w drodze powrotnej – wylecieliśmy we wtorek o 18 czasu miejscowego, zaś w Polsce znaleźliśmy się w środę o 8 rano. To oczywiście sprawa innych stref czasowych.

Nigdy nie zapomnę pierwszego widoku na nocny Nowy Jork mieniący się tysiącami świateł i neonów. Po wylądowaniu odetchnąłem z ulgą i pomyślałem sobie: „Czas zacząć swój amerykański sen!”. Już na lotnisku JFK okazało się, jak bardzo za granicą pomocna jest biała laska. Otwiera ona wiele drzwi i bardzo ułatwia życie. Po wejściu na halę przylotów trzeba odstać w ogromnej kolejce do urzędnika imigracyjnego, który zezwala na pobyt w USA. My dzięki białym laskom szybko załatwiliśmy wszelkie formalności.

Po odprawie spotkaliśmy się z Krzysztofem, wolontariuszem Achillesa. Pojechaliśmy na Manhattan do hotelu Pennsylvania. Usytuowany jest on w samym centrum, naprzeciw Madison Square Garden (hali, w której walki toczył Andrzej Gołota) oraz niedaleko Empire State Building. Podziwiając uroki Nowego Jorku podczas jazdy, czułem się jak w jakimś filmie. Sen stał się rzeczywistością.

Nazajutrz udaliśmy się po odbiór pakietów i numerów startowych. Biuro maratonu znajdowało się w Javits Center – olbrzymiej hali wystawowej. Wśród tysiąca zawodników z całego świata dawało się odczuć podniecenie przed jednym z najważniejszych biegów na świecie. Po południu czekała nas uroczysta kolacja w hotelu Holiday Inn. Była to okazja do spotkania członków międzynarodowej rodziny Achillesa, biegaczy z wszelkimi dysfunkcjami wraz z przewodnikami oraz biegaczami-wolontariuszami. Poznałem dr. Dicka Trauma – szefa Achillesa. To wspaniały człowiek. Zawarłem też znajomość z kilkoma głuchoniewidomymi biegaczami z Norwegii. Z jednym z nich, całkowicie głuchoniewidomym, porozumiewałem się za pomocą języka migowego odbieranego dotykiem.

Właśnie podczas spotkania usłyszeliśmy hiobową wieść, iż na skutek strat i zniszczeń spowodowanych przez huragan maraton został jednak odwołany – po raz pierwszy w swojej historii. Pomyślałem sobie: „Zaraz, zaraz, przeleciałem parę tysięcy kilometrów, by usłyszeć, że maratonu jednak nie będzie? Nie ze mną te numery!”. Miałem ochotę podejść do organizatorów zawodów oraz burmistrza miasta i wykrzyczeć im w twarz słowa przeboju legendarnej grupy Queen: „Show must go on!” (Przedstawienie musi trwać!). Po chwili uświadomiłem sobie jednak, że to musiała być bardzo trudna decyzja, przez tydzień toczyły się zapewne tysiące rozmów. Tak na marginesie, zwiedzając miasto, nie widzieliśmy żadnych skutków huraganu, tylko część metra nie działała, nie kursował prom na wyspę, na której stoi Statua Wolności, i muzea na dole Manhattanu były nieczynne. Ale zwiedzaliśmy w zasadzie sam Manhattan, ucierpiały zaś dzielnice leżące na obrzeżach metropolii.

Jednak my, maratończycy, udowodniliśmy, że trzymamy się razem, że tak łatwo się nie poddajemy. Dr Traum natychmiast podjął decyzję o nieoficjalnym biegu. I rzeczywiście, stawiliśmy się w sile kilkunastu tysięcy biegaczy w niedzielę o dziewiątej w Central Parku.

Jedno okrążenie wokół niego ma około 10 km, więc postanowiliśmy przebiec cztery okrążenia. Na trasie zebrali się również tłumnie kibice, którzy nas żywiołowo dopingowali. Biegło mi się w miarę dobrze, nie forsowałem tempa. W tej chwili czas nie był istotny, ale zaliczenie 40 km. Jako że meta maratonu jest usytuowana zawsze w Central Parku, mijaliśmy ją cztery razy. Biegłem w koszulce z nadrukiem polskiej flagi i klubu Achilles. Widać było, że tutejsi kibice wiedzą, co to za organizacja. Dodatkowo mnie wspierali, krzycząc: „Go Achilles, go Poland!”. Niektórzy biegacze poklepywali mnie nawet po plecach. To fantastyczne uczucie. Nie czuć wtedy wcale zmęczenia. Pierwsze kółko biegło mi się dobrze, na kolejnych dwóch nieco osłabłem, jednak na ostatnim odzyskałem siły. Po niecałych czterech godzinach biegu udało mi się dotrzeć do końca trasy. Mogłem być z siebie dumny i powiedzieć, że maraton – choć nieoficjalny i niepełny – to jednak zaliczony! Achilles ma wyegzekwować od organizatorów medale.

Podczas tygodniowego pobytu w Nowym Jorku mieliśmy kilka dni wolnego i dużo zwiedziliśmy. Chodziliśmy głównie po Manhattanie. Tutaj nie sposób się zgubić. Ta dzielnica ma świetne rozwiązanie komunikacyjne – jest zaprojektowana w kratkę: z północy na południe biegnie kilkanaście ponumerowanych alei (avenue), z zachodu na wschód biegną zaś ponumerowane ulice (street). Wszystko to pozwala na bardzo łatwe ustalenie lokalizacji danego miejsca. Co mnie zaskoczyło, to fakt, iż tutaj piesi nie przestrzegają czerwonego światła. Po pewnym czasie i my zaczęliśmy przechodzić na czerwonym. Manhattan mnie nie przytłoczył. Wbrew pozorom, mimo że to jedna z najbogatszych dzielnic świata, jest on przyjazny do życia. Chodniki są bardzo szerokie i równe. Wszędzie respektowane są prawa osób niepełnosprawnych. Dałoby się tu żyć.

Obejrzeliśmy miejsce, w którym stało World Trade Center. Ze wschodu otoczone jest nowymi budynkami połączonymi promenadą dla pieszych. Postęp prac przy wznoszeniu nowych wież światowego handlu można podziwiać ze wspaniałej przeszklonej budowli. Niedaleko WTC znajduje się słynna Wall Street. Nie wyróżnia się niczym, ot zwykła wąska uliczka. Główny budynek nowojorskiej giełdy również przedstawia się dość niepozornie. To kilkupiętrowa kamienica przykryta dużą amerykańską flagą. Nie spodziewałem się że tak wygląda centrum finansowe. Manhattan robi wrażenie zwłaszcza nocą. Jest tu tyle świateł i neonów, iż człowiek czuje się jak w dzień. Najbardziej oświetlony jest chyba słynny Times Square. Czuć, że jest się w centrum świata! Jednego dnia dzięki prezesowi Achillesa nasza trójka dostała bilety na musical na samym Broadwayu! Nigdy nie sądziłem, że będzie mi dane obejrzeć na żywo spektakl w miejscu, gdzie zaczynało karierę wielu hollywoodzkich aktorów. To były magiczne dwie godziny spędzone w stylu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Będąc w Nowym Jorku, nie mogłem nie skorzystać ze słynnych żółtych taksówek. Nawet sam jedną chciałem złapać, jak to robią aktorzy na filmach. Udało się to bez problemów. Kierowcą był Hindus z długą białą brodą i w turbanie. To miasto stanowi w końcu tygiel narodowości i kultur. Ale największe wrażenie zrobił na mnie najwyższy budynek Nowego Jorku, czyli Empire State Building. Taras widokowy znajduje się na 86. piętrze. Jazda windą trwa niecałą minutę. Gdy z niej wyszedłem, dosłownie odebrało mi mowę. Panorama była oszałamiająca. Cały Nowy Jork rozciągał się jak na dłoni. Aż kręciło mi się w głowie, czasami musiałem przystanąć i oprzeć się o ścianę. Chodziłem wciąż dookoła, chłonąłem i pstrykałem zdjęcia. Wiał wtedy wiatr i czuć było, że budynek lekko się buja, co jest naturalne, lecz niezbyt przyjemne. Nie wyobrażam sobie, co się musiało dziać tydzień wcześniej podczas kulminacji huraganu. Na górze budynek musiał mieć ponad metr odchyłu od pionu! I pomyśleć, że wzniesiono go ponad 80 lat temu. Człowiek mimo wszystkich swoich ułomności i wad jest jednak wielki, skoro potrafił zbudować coś takiego.

I jeszcze jedna dygresja. Nowojorczanki są, owszem, zadbane, eleganckie, zamożne, ale poza tym nic specjalnego. Uświadomiłem sobie, że najpiękniejsze i najwspanialsze kobiety są w Polsce.

Reasumując, tydzień w Nowym Jorku to była dla mnie jak na razie przygoda życia. Spotkałem wielu wspaniałych ludzi, nawiązałem nowe kontakty, poznałem Amerykę od środka. Istotne jest również to, że nauczyłem się kilku ważnych rzeczy. Przede wszystkim tego, iż trzeba stale pracować nad samym sobą, aby być lepszym, nie tylko biegaczem, lecz także człowiekiem. Trzeba stale od siebie wymagać, choćby inni od nas nie wymagali. Wiem też, że kiedyś tu wrócę.

Pragnę podziękować pani Halinie Koralewskiej, wolontariuszce Achillesa, która od lat zajmuje się polskimi ekipami przylatującymi na ten maraton. Dzięki jej wsparciu możliwe było nasze uczestnictwo w tym wielkim wydarzeniu. Wiele pomógł nam również Krzysztof Armatys.

A teraz? Jedno marzenie zrealizowanie, ale życie toczy się dalej, więc czas wyznaczyć sobie kolejne cele, wymyślić nowe projekty! W głowie mam już plan wyprawy na tandemie do Ameryki Południowej wraz z tłumaczem-przewodnikiem Natalią Kołodziej. Zaczynamy szukać sponsorów tej eskapady. A może teraz maraton w Chicago? Mam tam rodzinę, wystarczy tylko znaleźć sponsora na przelot… Albo oficjalny maraton w NYC? Prędzej czy później na pewno! Nie można przestać marzyć!

Na koniec chciałbym polecić wspaniałą książkę o historii Achillesa „Nowe możliwości”. Napawa otuchą, pokazuje drogi wyjścia z trudnych sytuacji, uczy pokonywania barier. To piękny prezent dla każdego. Do nabycia w wydawnictwie Barsen: stanislaw.seniuk@wp.pl.

Rubryka: sport

Tytuł: Nie widząc przeszkód, jeżdżę na rowerze

Autor: Natalia Kołodziej, tłumacz-przewodnik z Małopolskiej JW TPG, ekipa „Nie widząc przeszkód, jeżdżę na rowerze”

„Nie widząc przeszkód, jeżdżę na rowerze” to jedyna w swoim rodzaju inicjatywa polegająca na organizowaniu tandemowych wypraw osób mających zaburzenie funkcjonowania wzroku i słuchu. Jej celem jest przełamywanie społecznych barier, szerzenie wiedzy na temat głuchoślepoty i alternatywnych metod komunikacji. Projekt realizowany jest przez stowarzyszenie Travelling Inspiration.

Otwarty rynek ofert sportowo-turystycznych jest niedostępny dla osób niewidomych oraz głuchoniewidomych. Przedsięwzięcie „Nie widząc przeszkód, jeżdżę na rowerze” to zmienia – przekuwa ideę równości w czyn. Jego motto brzmi: gdy zaakceptujesz własne ograniczenia, jesteś w stanie je przekroczyć! Uczestnikiem poszczególnych etapów wyprawy rowerowej może zostać każdy. Tegoroczna inicjatywa składa się z trzech projektów: „80 rowerów dookoła Polski”, „80 rowerów dookoła Europy” oraz „Nie widząc przeszkód, prosto do Peru”.

80 rowerów dookoła Polski

Projekt, który ma na celu objechanie i zwiedzenie Polski, składa się z 12 etapów, rozpoczął się w kwietniu 2013 roku i potrwa do czerwca 2014 roku. Startujemy kolejno z Krakowa, Rzeszowa, Lublina, Warszawy, Białegostoku, Olsztyna, Władysławowa, Darłowa, Międzyzdrojów, Gorzowa Wielkopolskiego, Legnicy i Częstochowy. Etapy odbywają się w systemie dwu- lub czterodniowym, dzienne dystanse to około 100 km.

Oswajanie z tandemem i etap I: Kraków–Tarnów–Rzeszów

Nasza przygoda zaczęła się w kwietniu w Szczawnicy. Wraz z całą ekipą wybraliśmy się na dwa dni „oswajania z tandemem”. Pierwszy raz wsiedliśmy na podwójny rower, uczyliśmy się ruszać, skręcać, hamować, wspólnie pedałować tak, aby nie zaliczyć wywrotki. Był to dla nas bardzo cenny trening, podczas którego nabyliśmy niezbędną wiedzę, jak współpracować podczas jazdy na drogach, gdzie oprócz nas poruszają się samochody.

Po kilku miesiącach intensywnej pracy nad projektem nastał 20 kwietnia! Rozpoczynamy pierwszy etap rowerowej ekspedycji dookoła Polski. Wszystkich jednocześnie rozpierała energia i dręczyła niepewność, czy damy radę. W końcu nikt dotąd nie próbował w ten sposób podróżować z głuchoniewidomymi. Wprawdzie dwa tygodnie wcześniej byliśmy na weekendowym „przetarciu” w Szczawnicy, ale teraz czekała nas chwila prawdy.

Punktualnie o ósmej w sobotę zebraliśmy się na krakowskim rynku pod ratuszem. Na miejscu żegnali nas Bogdan Dąsal, pełnomocnik prezydenta miasta Krakowa ds. osób niepełnosprawnych, oraz reporterzy TVN24, którzy przeprowadzili z nami wywiad. Po chóralnym okrzyku „Nie widząc przeszkód, jeżdżę na rowerze!” pełni nadziei ruszyliśmy przed siebie. Trasa biegła z dala od głównych dróg – jechaliśmy przeważnie wzdłuż pól, łąk, lasów i wiosek, czasami też trzeba było zjechać na leśną dróżkę. Postoje robiliśmy co kilkanaście kilometrów. W miarę upływu czasu coraz pewniej czuliśmy się na tandemach. Najistotniejszą sprawą podczas jazdy jest właściwa komunikacja między tłumaczem-przewodnikiem a głuchoniewidomym. Osoba siedząca z tyłu musi bo wiem współpracować z siedzącą z przodu.

Nasze pojazdy robiły nie lada furorę wśród miejscowej ludności. Wszędzie spotykaliśmy się z zaciekawionymi spojrzeniami. Niektórzy nawet robili tandemom zdjęcia. Uświadomiliśmy sobie, że ten środek transportu to dla wielu wciąż coś abstrakcyjnego.

Do Tarnowa zajechaliśmy późnym popołudniem po pokonaniu 95 km. Na drugi dzień o ósmej wyruszyliśmy z rynku w stronę Rzeszowa. Ta część trasy okazała się trudniejsza, gdyż pojawiły się dosyć długie i strome podjazdy. Poza tym mieliśmy już w nogach sporo przejechanych kilometrów, wszyscy odczuwali zmęczenie. Każdy jednak walczył. Wreszcie po pokonaniu ostatnich wzniesień ujrzeliśmy tabliczkę z napisem „Rzeszów”. To było coś niesamowitego.

Po dwóch dniach jazdy i przebyciu około 205 km dotarliśmy do celu! Wjeżdżając na rzeszowski rynek, czuliśmy się jak zwycięzcy i rzeczywiście tak było, bo przecież dokonaliśmy niezwykłej rzeczy! Wspólna jazda dała nam ogromną radość, podczas podróży chciało się śpiewać, przez większą część trasy na twarzy każdego z nas gościł uśmiech. Z niecierpliwością czekaliśmy na kolejny etap.

Etap II: Rzeszów–Sandomierz–Lublin

18 maja startowaliśmy w Rzeszowie. Dwunastoosobowa ekipa zaczęła od podróży pociągiem z Krakowa do Rzeszowa. Tym razem musieliśmy sobie radzić bez wsparcia busa z przyczepką, jak to miało miejsce w poprzednim etapie. Trzeba było wszystkie swoje rzeczy spakować do sakw, co było dodatkowym obciążeniem. Ale zarówno pogoda, jak i humory dopisywały. Do urokliwego Sandomierza udało się nam dojechać tuż przed ulewą. Okazało się, że tego dnia pokonaliśmy prawie 120 km! Nazajutrz musieliśmy wcześnie wstać i już o szóstej ruszyć na szlak, tak by do Lublina dotrzeć przed czwartą i zdążyć na pociąg powrotny.

Okolice Sandomierza są cudowne. Mijaliśmy niezliczone sady położone na wzgórzach. Momentami czuliśmy się jak we włoskiej Toskanii. Paręnaście kilometrów za miastem natknęliśmy się na prom kursujący na Wiśle i postanowiliśmy z niego skorzystać. Dzięki temu nadrobiliśmy część drogi. Jazda tego dnia upłynęła nam pod znakiem spadających łańcuchów. Niemal każda para musiała uporać się z tym kłopotem, ale wszyscy spisali się znakomicie. Tym razem nie mieliśmy czasu na dłuższe postoje – należało się sprężać, by dotrzeć do Lublina w wyznaczonym terminie. Choć byliśmy wyczerpani tempem jazdy, dużym obciążeniem, słońcem i brakiem odpoczynku, niosła nas pozytywna energia. W ciągu dwóch dni udało się nam pokonać prawie 225 km.

Etap III: Lublin–Dęblin–Warszawa

Trzeci etap wyprawy rozpoczął się od podróży pociągiem do Lublina, skąd 25 maja o poranku ruszyliśmy przez Dęblin do Warszawy. Na drodze napotkaliśmy kilka przeciwności losu: złapaliśmy gumę, pękła nam opona, w jednym z wypożyczonych tandemów brakowało mocowań na bagażnik. W dodatku 30 km przed stolicą załapała nas ulewa, która towarzyszyła nam aż do bram miasta. Wszystkiemu dzielnie stawiliśmy czoła! Udowodniliśmy sobie, że nie straszne są nam żadne przeciwności losu, my po prostu nie widzimy przeszkód. W ciągu tego weekendu w sześcioosobowym składzie na trzech tandemach przejechaliśmy 190 km.

Etap IV: Warszawa–Małkinia Górna–Białystok

Ten etap również zaczęliśmy od podróży pociągiem, tym razem do Warszawy. Uczestniczyło w nim 13 osób. Na starcie pod Uniwersytetem Warszawskim powitały nas ekipy z radia TOK FM i telewizji TVN, którym udzieliliśmy wywiadów o naszej akcji. Po słowach otuchy trzymającej za nas kciuki Bożenki Więckowskiej z Mazowieckiej JW TPG ruszyliśmy na trasę. Po dwóch dniach i 228 km pedałowania dotarliśmy do celu! W naszych sercach zagościła radość, w głowach kłębiły się nam sentymentalne myśli: „Tak szybko pędzimy do przodu – nie chcemy, by nasza wędrówka po urokliwych polskich drogach dobiegła końca! Za bardzo nam się podoba!”.

Etapy V i VI: Białystok–Pisz–Olsztyn–Elbląg–Władysławowo

W trwających od 4 do 7 lipca dwóch etapach wzięło udział 10 osób: dwie głuchoniewidome i jedna niewidoma, czterech przewodników oraz trzech uczestników. Na krótsze odcinki do naszego rajdu dołączali do nas również liczni sympatycy. Cóż to były za niesamowite dni. Od samego początku naznaczone przygodami. Stanęło przed nami nowe wyzwanie. Po raz pierwszy mieliśmy do pokonania dystans blisko 486 km.

W Białymstoku czekała na nas wspaniała niespodzianka – na rynek wjechaliśmy bowiem zapowiedziani przez spikera oraz przy aplauzie publiczności zgromadzonej na pikniku dla osób niepełnosprawnych. Fundacja Impuls oraz stowarzyszenie My Dla Innych zainspirowani naszą akcją zorganizowali świetną inicjatywę dla miejscowych organizacji pozarządowych „W TANdemie”, na którą zostaliśmy zaproszeni jako honorowi goście. Po wspólnym piknikowaniu następnego dnia ruszyliśmy przed siebie. Tereny północno-wschodniej Polski są piękne i na pewno zostaną na długo w naszej pamięci. Tego dnia przejechaliśmy wszerz niemal całe Mazury. Raz po raz mijaliśmy jeziora. Co ciekawe, kraina ta nie jest wcale tak płaska, jak mogłoby się wydawać. Prawie za każdym zakrętem napotykaliśmy podjazd albo zjazd. Jednak trudy tego dnia rekompensowały nam chwile spędzone nad wodą. W Olsztynie czekało nas wspaniałe przywitanie, Warmińsko-Mazurska JW TPG zapewniła nam nocleg, obdarowała nas pięknymi kartkami i mnóstwem kolorowych balonów, które doczepiliśmy do tandemów.

Te cztery dni pełne były radosnych chwil: łowiliśmy ryby, pływaliśmy kajakami, leżakowaliśmy, pluskaliśmy się w jeziorach, piekliśmy kiełbaski przy ognisku, pływaliśmy statkiem po Bałtyku, a męska część ekipy zakosztowała nawet kąpieli w morzu. Ostatnią z atrakcji wyjazdu było rozkręcanie tandemów na części, aby zapakować je i przewieźć do Krakowa pociągiem, na który nie udało nam się kupić biletów rowerowych. Tutaj także przeszkód nie widzieliśmy i z pomocą ludzi na stacji z wszystkimi częściami naszych pojazdów wsiedliśmy do pociągu.

Co przyniesie rok 2014?

W roku 2013 pokonaliśmy ponad 1300 km. W 2014 roku czeka nas kolejnych sześć etapów:

• etap VII: Władysławowo–Kluki–Darłowo (195 km),

• etap VIII: Darłowo–Trzebiatów–Międzyzdroje (180 km),

• etap IX: Międzyzdroje–Stargard Szczeciński–Gorzów Wielkopolski (170 km),

• etap X: Gorzów Wielkopolski–Zielona Góra–Legnica (218 km),

• etap XI: Legnica–Namysłów–Częstochowa (230 km),

• etap XII: Częstochowa–Kraków (116 km).

80 rowerów dookoła Europy

Projekt ma na celu zdobycie wszystkich europejskich stolic na rowerze. Skierowany jest zarówno do osób, które mają doświadczenie w podróżach na dwóch kółkach, jak i tych, które chcą spróbować swoich sił po raz pierwszy, dlatego gwarantujemy podczas całego rajdu obecność samochodu zabezpieczającego.

Edycja I: Warszawa–Wilno–Ryga–Talin–Helsinki




  1   2   3   4   5


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna