Dłonie i Słowo Magazyn Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym



Pobieranie 374.31 Kb.
Strona2/5
Data07.05.2016
Rozmiar374.31 Kb.
1   2   3   4   5

Pierwsza edycja tej unikatowej tandemowej eskapady osób niepełnosprawnych miała miejsce w dniach 13–29 lipca. 1200 km, 13 dni, cztery tandemy i 10 osób. W wyprawie wzięli udział: Karolina Sz., Michał M., Bartłomiej J. (głuchoniewidomi), Rafał S. (niewidomy), Renata G., Destina K., Natalia K., Marcin K. (tłumacze-przewodnicy), Artur B. (kierowca) oraz Magda (uczestnik).

Wprawdzie mieliśmy już za sobą „przetarcie” w postaci projektu „80 rowerów dookoła Polski”, ale nikt z nas jeszcze nie próbował podróżować tandemem za granicą. W stolicach mieliśmy zarezerwowane pokoje w hostelach, w pozostałych miejscach naszym domem były namioty, zaś za prysznic służyły jeziora, rzeki albo morze.

Każdy dzień wyprawy wyglądał podobnie. Pobudka o siódmej–ósmej, śniadanie, składanie namiotów, sprzątanie obozowiska, pakowanie rzeczy do sakw i busa. Wieczorami rozpalaliśmy ognisko, przy którym piekliśmy kiełbaski i wspominaliśmy miniony dzień. Zwykle pokonywaliśmy od 80 do nawet 120 km.

Trasa najpierw biegła przez Mazowsze, część Mazur oraz urokliwy Biebrzański Park Narodowy. Na Litwę wjechaliśmy już czwartego dnia. Przywitała nas pięknymi krajobrazami i pustymi drogami. Podczas jednej z przerw był nawet czas na popływanie łódką po jeziorze. W końcu dotarliśmy do Wilna. Wjazd należycie celebrowaliśmy. Nie mogliśmy ominąć najważniejszego punktu miasta – Ostrej Bramy. Następnego dnia wyruszyliśmy dalej na północ, w kierunku łotewskiej Rygi. Nie spodziewaliśmy się, że to będzie najcięższy odcinek drogi. Zaczęło się od mocno pofałdowanego terenu, tuż za podjazdem czekał na nas kolejny podjazd i tak przez cały dzień. Na dodatek zaczął padać deszcz. I towarzyszył nam już przez pięć dni z rzędu! To była dla nas prawdziwa chwila prawdy.

Jazda w takich warunkach kształtuje charakter. Jakby tego było mało, wiał silny północny wiatr, który utrudniał nam jazdę. Dał się nam on we znaki zwłaszcza w dniu, w którym wjeżdżaliśmy do Rygi. Musieliśmy się naprawdę mocno napracować, aby dotrzeć do stolicy Łotwy. Nic nas nie mogło jednak załamać. Parliśmy dzielnie przed siebie. Na miejscu czekał na nas przytulny hostel. Pierwszy gorący prysznic po kilku dniach to było coś wspaniałego. Podczas takich wypraw bardziej docenia się wagę rzeczy, które mamy na co dzień na wyciągnięcie ręki. Do przejechania został nam jeszcze odcinek prowadzący głównie wzdłuż wybrzeża Bałtyku. Tallin przywitał nas długo wyczekiwaną słoneczną pogodą. Co ciekawe, to właśnie to miasto zrobiło na większości członków naszej ekspedycji najbardziej pozytywne wrażenie. Po nocy spędzonej w stolicy Estonii zostawiliśmy tandemy i promem udaliśmy się do Helsinek – stolicy Finlandii, która słynie jako kraina Muminków, Świętego Mikołaja, reniferów oraz popularnego wysokoprocentowego trunku.

Dokonaliśmy niezwykłego. W trakcie dwóch tygodni pedałowania, przejechaliśmy przez terytorium pięciu państw, zdobyliśmy pięć stolic, na koniec okazało się że na liczniku jest prawie 1200 km!

Nikt nie odpuścił. Wszyscy spisali się na medal. Każdy z nas wyniósł z tej wyprawy coś dla siebie, każdy zapamięta z niej coś ciekawego, wesołego. Dostarczyła nam ona wiele radości i wzruszeń i na pewno zostanie na długie lata w naszej pamięci.

Nie widząc przeszkód, prosto do Peru

Finalną akcją w ramach inicjatywy „Nie widząc przeszkód, jeżdżę na rowerze” będzie dwutygodniowa wyprawa tandemowa po Ameryce Południowej. Wśród uczestników ekspedycji znajdą się cztery osoby głuchoniewidome mieszkające w różnych częściach Polski, czterej tłumacze-przewodnicy oraz dwaj logistycy strategiczni odpowiedzialni za bezpieczeństwo i organizację podróży. Chcemy pokazać, że świat to otwarte drzwi dla każdego, kto ma ochotę dowiedzieć się, co się za nimi kryje.

Podsumowując...

Obecnie jesteśmy w trakcie objeżdżania Polski dookoła. Za nami ponad 1300 km, przed nami jeszcze 1100 km. Jednak nasza akcja stoi pod znakiem zapytania. Poszukujemy sponsorów i darczyńców. Każdy może nas wesprzeć, wpłacając dowolną kwotę na konto:


Stowarzyszenie Travelling Inspiration
ul. Zielona 22B/30, 32-500 Chrzanów KRS 0000386678
PL 04 1050 1142 1000 0090 3007 6328
SWIFT/IBAN: INGBPLPW

Zapraszamy do przyłączenia się do akcji „80 rowerów dookoła Polski”! Oto przydatne informacje:

O co chodzi z tymi etapami?

Każdy etap rozpoczynamy z miejsca, w którym skończyliśmy etap poprzedni. Jeśli chcesz pokonać całość, musisz dojechać na miejsce startu. Jeśli chcesz pokonać tylko jeden etap – sprawa jest prosta.

Transport?

Całość trasy pokonywana jest na rowerze wraz z sakwami lub plecakami. Powrót do miejsca startu danego etapu proponujemy pociągiem, we własnym zakresie.

Noclegi?

Jako że jest to klasyczna wyprawa rowerowa, nocujemy w namiotach w pobliżu wody. Czasem korzystamy z życzliwości ludności lokalnej i takich miejsc jak remizy, parafie, szkoły, fundacje. Informacje dotyczące noclegu podczas konkretnych etapów są podawane bliżej terminu wyjazdu.

Wyżywienie?

We własnym zakresie. Proponujemy, aby przygotowywać posiłki wspólnie, bierzemy ze sobą palniki i menażki. Jeśli trzeba, zatrzymujemy się w restauracjach i barach.

Ubezpieczenie?

Gwarantujemy dodatkowe ubezpieczenie NNW.

Sprzęt i ekwipunek?

Potrzebne są namiot, śpiwór, karimata, rower albo tandem, zapasowe dętki, łatki, pompka, wyposażenie przeciwdeszczowe, ubrania – w sakwach lub niewielkich plecakach. Wszystko zależy od tego, czy będziemy mieć zorganizowany nocleg. Podstawowy zestaw naprawczy do roweru i apteczkę ma przewodnik. Mimo to warto zabrać opatrunki.

Koszt uczestnictwa w etapie?

120 PLN za osobę – uczestnicy

50 PLN za osobę – członkowie stowarzyszenia Travelling Inspiration, osoby niepełnosprawne, opiekunowie osób niepełnosprawnych

Gwarantujemy ubezpieczenie, opiekę przewodnika rowerowego, naukę podstaw języka migowego i alfabetu Lorma, logistykę wyjazdu i zorganizowanie miejsca noclegu.

Na co zostaną przeznaczone zebrane pieniądze?

Dochód zostanie przeznaczony na zrealizowanie podróży dla osób głuchoniewidomych do Ameryki Południowej. Główny cel to zakup czterech tandemów (cena jednego tandemu wynosi około 5000 zł).

Jak się zapisać?

Należy wysłać e-maila na adres organizator.80rowerow@gmail.com i podać następujące informacje: imię, nazwisko, telefon kontaktowy, data urodzenia, adres, etap, w którym chce się wziąć udział.

Wszystkie informacje są na bieżąco zamieszczane na stronie www.80rowerow.pl

Masz pytania? Napisz do nas: organizator.80rowerow@gmail.com

Rubryka: dobre praktyki

Tytuł: Festiwal pełen wartości

Autor: wypowiedzi zebrał Marcin Chojnowski, Klub Głuchoniewidomych w Olsztynie

W tym roku za promocję Ogólnopolskiego Festiwalu Twórczości Wszelakiej Osób Głuchoniewidomych odpowiadał Marcin Chojnowski. Jego relacja z tej imprezy liczyła niemal 30 stron! Pojawiły się w niej wypowiedzi organizatorów, sponsorów, uczestników… Przedstawiamy kilka z nich i zwracamy uwagę na to, jak w przygotowaniu festiwalu zmieniła się rola osób głuchoniewidomych.

Początki festiwalu – Agnieszka Nowakowska (Kubarewicz), inicjatorka festiwalu

Nazwa festiwalu wzięła się z rekolekcji jezuickich, w których uczestniczyłam. Prezentowały się na nich różne osoby z różnymi występami. Bardzo mi się to podobało. Kiedy zastanawialiśmy się, co można byłoby u nas zrobić, przypomniało mi się to i wyszło fajnie! Widziałam, że było to dla ludzi ważne! Wiem, że się stresowali, wiem, że dyplomy za uczestnictwo stawiali na honorowym miejscu w domu i chwalili się nimi gościom. Na nasz mały festiwal zapraszali rodzinę i przyjaciół. Czułam, że to dobry pomysł.

Poziom wystąpień był różny. Pamiętam wiersz „Słowik” w wykonaniu Ireny Król. Mam nagranie... aż się łza w oku kręci... Rok później powtórzyliśmy to w swoim gronie. Potem przyszła myśl, aby zaprosić TPG-owców z całej Polski. Wtedy zaczęły się poważniejsze kwestie organizacyjne – szukanie sponsorów, organizowanie noclegów, wyżywienia…

Kolejne edycje – Martyna Szałaj, pełnomocnik Warmińsko-Mazurskiej JW TPG

Festiwal nabrał cyklicznego charakteru. Trudniej jednak było określić, jaką formę ma on przybrać. Pamiętam spotkanie klubowe, podczas którego prowadziliśmy zażarte dyskusje, że niektóre prace i występy się powtarzają, że jeżeli nic się nie zmieni, to co roku będziemy oglądać to samo, a przecież nie chcieliśmy utknąć w miejscu…

Pod kierownictwem Anity Bednarczyk i Grażyny Kołodziej stworzono wtedy nową ideę festiwalu. Miał on przybrać formę warsztatów artystycznych, podczas których powstają dzieła sztuki i odbywają się występy. To Grażyna i Anita zasugerowały, że koordynatorzy sami nie zdołają udźwignąć organizacji ogólnopolskiej imprezy, więc powołano zespoły zadaniowe. Składały się one zarówno z osób głuchoniewidomych, jak i wolontariuszy, bo im więcej rąk do pracy, tym większe cuda udaje się zdziałać. Mimo to nie było łatwo. Zadeklarowanie chęci pomocy nie oznacza jeszcze działania. Pojawiły się problemy z motywacją zespołów, nieterminowością w realizowaniu zadań. Czasem nawyki i brak poczucia wartości oraz sprawczości osób głuchoniewidomych stanowiły przeszkody – ktoś nie był przyzwyczajony wstawać rano, ktoś twierdził, że się nie nadaje do rozmowy ze sponsorami… Grażyna jednak nie odpuszczała, nie słuchała wyjaśnień tego typu. Potrafiła po kogoś przyjechać o siódmej, aby już wyruszyć na pielgrzymkę do sponsorów. Cała jednostka chodziła jak w zegarku.

Na jednych taka motywacja działa bardzo skutecznie. Można powiedzieć, że dzięki temu niektóre osoby głuchoniewidome ,,odblokowały się”, zobaczyły, że jednak mają pewną siłę sprawczą, a ich mniemanie o sobie nie do końca jest prawdziwe. Należy dodać, że osoby głuchoniewidome włączane były w zadania zgodne ze swoimi predyspozycjami. Czasem same nie wiedziały, że takie posiadają. Innych, niestety, nieodpuszczanie i męczenie zniechęciło i po trzecim festiwalu stanowczo odmówili wzięcia udziału w organizacji czwartego.

Trzecia edycja imprezy była trochę jakby eksperymentem – miała nową formę, w której jak najlogiczniej starano się rozłożyć działania organizacyjne, aby nie obciążać wszystkim tylko dwójki koordynatorów i w którym położono większy nacisk na zaangażowanie osób głuchoniewidomych. Wtedy to zaczęliśmy uświadamiać sobie, kto jest rzeczywiście gospodarzem całego przedsięwzięcia – oczywiście osoby głuchoniewidome, w końcu to ich festiwal!

Czwórka z przeszkodami – Martyna Szałaj

Między innymi na moich barkach spoczęła odpowiedzialność zorganizowania czwartego festiwalu. Wspólnie na spotkaniu klubowym zadecydowaliśmy, że przyjmie on formę podobną do trzeciego – odbędą się warsztaty. Organizacyjnie chciałam wszystko poprowadzić jak rok wcześniej. Nie udało mi się jednak stworzyć zespołów pracujących w konkretnych dziedzinach, szukałam ludzi z doskoku – kiedy było coś do zrobienia. Taki rodzaj pracy spowodował, że za całe przedsięwzięcie odpowiadały w rzeczywistości trzy osoby: Julka Legeżyńska – koordynatorka wolontariatu, Grzegorz Miszczuk – przewodniczący klubu i ja. Niejednokrotnie siedzieliśmy do późnych godzin nocnych i sami podejmowaliśmy wszelkie trudne decyzje, a pozostali działali, kiedy była taka potrzeba.

Okres organizacji czwartego festiwalu wspominam naprawdę fatalnie, nie tylko dlatego, że wiele rzeczy nie wyszło i było robionych na ostatnią chwilę. Podczas samej imprezy, która trwała od piątku do niedzieli, spałam zaledwie kilka godzin, nie wiem, czy podczas tych dni był czas chociaż na jeden posiłek nie „w biegu”… Taki stan w naszej jednostce określa się mianem „trybu zombie” i do tej pory był on bezpośrednio związany właśnie z organizacją festiwalu.

Po tych traumatycznych przeżyciach na myśl o organizacji piątej edycji robiło mi się słabo. Zrozumiałam, że coś w tym wszystkim było nie tak. Zrozumiałam, że aby stworzyć zespół, kilka osób musi realnie od początku do końca wiedzieć o wszystkim i podejmować decyzje wspólnie… Kiedy zastanawialiśmy się, czy w ogóle kontynuować festiwal, skoro wiąże się z nim tyle trudności, to osoby głuchoniewidome nie pozwoliły nam zrezygnować.

Edycja na piątkę – Jan Nowak, współorganizator

Najpierw były comiesięczne spotkania klubowe w Spichlerzu. Jak zwykle były ciasteczka, kawa, herbatka, rozmowy. Chyba w marcu padła na forum klubu sprawa organizacji piątej edycji festiwalu. Pojawiły się pierwsze wątpliwości… Ktoś zapytał, czy zdążymy, ktoś stwierdził, że ma przed sobą napisanie pracy magisterskiej, ktoś rzucił: „A dla kogo właściwie ten festiwal?”. Zdecydowało głosowanie, w wyniku którego postanowiliśmy demokratycznie, że festiwal się odbędzie. W końcu to wydarzenie stało się już jakby tradycją w działalności całej naszej organizacji.

W maju zadzwoniła do mnie Martynka z zapytaniem, czy nie wybrałbym się na poszukiwanie sponsorów. Trochę mnie to zaskoczyło. Na co dzień siedzi się w chałupie z rodzinką, gdzie dzieci mają coraz więcej swoich spraw, a ja robię co do mnie należy, rzucę żonce kilka miłych słówek i pozostaje mi radio, rzadziej telewizja, albo kochane książeczki z czytaka. Nigdy się w coś takiego nie bawiłem… Nieważne. Jakoś to będzie. Justynka, wolontariuszka, czekała na mnie koło kościoła Odkupiciela. Sam dotarłem do niej autobusem, chociaż do tej pory nie poruszałem się po Olsztynie samodzielnie. Słabo znam miasto, choć przybyłem do niego 24 lata temu. Karolinka, koordynatorka wolontariuszy, przygotowała wykaz adresów. Ruszyliśmy w miasto z doświadczeniem i wykazem adresów. Na początek poszliśmy do Spółdzielni Mieszkaniowej Kormoran. Potem było wiele sklepów, aptek, barów, etc. etc.

Następne dni moich wypraw przebiegały w towarzystwie Moniki. Gdzież nas nie było? Pytaliśmy o kontakt z szefostwem. „Proszę państwa, szef jest w Krakowie. My jesteśmy jedynie niepozorną filią w Olsztynie, ale ja przekażę państwa pismo szefowi, gdy się pojawi u nas”. Takie słowa padały najczęściej. Niektóre instytucje mają po kilka przedstawicielstw w Olsztynie, ale główne siedziby w Łodzi, Poznaniu, Gdańsku czy Warszawie. Zapyziałe miasto, jak mawia moja koleżanka. Gdzie tu szukać sponsorów?!

Później poszedłem z Martynką. Na cel wzięliśmy urzędy. Boże, jak to mozolnie szło! Okazałe budynki, schody, schody, schody, drzwi, drzwi, drzwi. A wszędzie ta sama odpowiedź: „Pismo możecie państwo zostawić, ale raczej nic z tego nie będzie”. Nosiliśmy sporą ilość pism, żeby nasze ustne prośby kierowane do ewentualnych darczyńców nie rozpłynęły się w powietrzu. Co pewien czas rozmawiałem z Martynką na temat tego, jak się prezentuje nasze festiwalowe konto. Czas biegł jak szalony, a my nic nie uzbieraliśmy. Imprezę przenieśliśmy na lipiec, żeby zdobyć fundusze, a tu nic! Absolutnie NIC! Jeszcze pod koniec czerwca w gronie organizatorów panowało przygnębienie. A przecież nie tylko ja chodziłem „po sponsorach”. Działali też Irek, Janek, pomagał Marcin. Dopiero w połowie lipca pojawiły się dobre, ba, wspaniałe wieści!

Ktoś zapyta, po co to wszystko. Otóż odpowiem tak: to już piąta edycja festiwalu. Czy warto to zniweczyć? Impreza stała się wydarzeniem powszechnie znanym w naszym środowisku, a nawet poza nim. Dawało się to usłyszeć u osób, którzy regularnie nam pomagają, wspierając nas finansowo, materialnie i duchowo. Jesteśmy im za to wdzięczni! Czy uaktywnienie osób, które rzadko ruszają się z miejsca, które zdolne są do wyrwania się z domu raz w miesiącu, a niekiedy i rzadziej, by pojawić się na spotkaniu klubowym, które do naszego miasta przyjeżdżają raz do roku, by pokazać, że one też coś potrafią, to tak niewiele? Ja sam poczułem się potrzebny, gdy wkręciło mnie szukanie sposobów na to N A S Z E wydarzenie. Roznosząc pisma zachęcające do wspierania tego dzieła, zawsze podkreślałem konieczność wyrwania ludzi z codzienności, która często jest naszym nieszczęściem. Oprócz tego na to, co w Olsztynie przygotują, czeka spora grupa ludzi, którzy nasze miasto pokochali, bo właśnie tu, w Olsztynie, można pokazać, że coś się umie, że jest się trochę więcej niż przeciętnym człowiekiem. Nasz festiwal to nie show w stylu „Mam Talent!”. Tu się solidnie pracuje.

Wziąć sprawy w swoje ręce – Alina Domarecka, współprowadząca piątą edycję festiwalu

Na początku do festiwalu byłam nastawiona bardzo sceptyczne, ponieważ jestem osobą całkowicie niesłyszącą i niemigającą. Na takich imprezach dociera do mnie bardzo mało. Po prostu nie wiem, co się dzieje. Jednak nastąpił przełom i w organizację czwartej edycji w roku 2012 już się włączyłam. Chodziłam z wolontariuszką do sponsorów z prośbą o wsparcie finansowe, a potem do darczyńców z podziękowaniami. W tym roku także pomagałam w organizowaniu imprezy i byłam jedną z dwojga osób prowadzących. Jestem z tego bardzo zadowolona.

Co sprawiło, że zaszła taka przemiana? Muszę odbiec od tematyki festiwalowej. Otóż duży wpływ na mnie miał udział w projekcie „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.”. Poznałam wówczas wielu wspaniałych ludzi, uczestniczyłam w spotkaniach ze specjalistami, zaczęłam również intensywniej angażować się w życie naszej jednostki. Z innymi głuchoniewidomymi szukaliśmy sposobu na to, żeby lepiej porozumiewać się ze słyszącymi, a nawet z nimi współpracować. Organizowaliśmy więc dla osób słyszących, w tym pracowników sponsorujących nas firm i urzędów, warsztaty „Nie widzę, nie słyszę, jak znaleźć wspólny język?”. Brałam w tych warsztatach coraz bardziej aktywny udział. Sprawiło to, że stałam się odważniejsza i uwierzyłam w siebie i w to, że mogę coś ważnego zrobić. Moje relacje z ludźmi też się zmieniły, ponieważ informuję nawet osoby obce, jak należy do mnie mówić. Dawniej bałam się, żeby ktoś się do mnie nie odezwał, bo ja przecież nie zrozumiem.

Podsumowując: pierwsze festiwale organizowały wolontariuszki z minimalnym udziałem osób głuchoniewidomych; obecnie to się zmieniło, głuchoniewidomi angażują się coraz bardziej. Okazuje się, że osoba całkowicie niewidoma czy niesłysząca potrafi bardzo wiele spraw samodzielnie lub z pomocą załatwić.

Podsumowanie tegorocznej pracy – Martyna Szałaj

Nie wyobrażam sobie zorganizowania piątej edycji festiwalu bez pomocy i wsparcia osób głuchoniewidomych! Gdyby nie ich czas, zaangażowanie i praca, to po prostu tego wszystkiego by nie było…

Najpierw staraliśmy się zrobić listę zadań, które należy wykonać, a potem podzielić je adekwatnie do zainteresowań i predyspozycji. Wszystko zaczyna się od nauki, którą na naszym przykładzie można podzielić na dwa etapy. Na pierwszym etapie wolontariusze sami uczą się realizować wszystkie zadania, zdobywają niezbędne doświadczenie. I tak na początku wolontariusze sami przygotowywali i nosili pisma do sponsorów. Jednak gdy na spotkanie przychodzi tylko wolontariusz, jest to mało wiarygodne. Skoro zbieramy fundusze na festiwal osób głuchoniewidomych, to gdzie są te osoby?

Na drugim etapie w wykonanie pewnych zadań angażuje się też beneficjentów. Osoby głuchoniewidome zaczęły więc chodzić wspólnie z wolontariuszami i właśnie to dla sponsora się liczyło – że ktoś się pofatygował, żeby przyjść, porozmawiać, a nie wysłał pismo i czeka na odpowiedź. Najpierw głuchoniewidomy chodził do sponsorów razem z wolontariuszem – obserwował, jak można wykonać zadanie, słuchał, o czym można rozmawiać. Później próbował naśladować poznaną technikę realizacji zadania, w razie potrzeby wprowadzając nowe elementy (wolontariusz stawał się towarzyszem, pomagał w sytuacjach koniecznych, dopowiadał). W końcu wypracowywał swój sposób działania i realizował zadanie samodzielnie, bo wiedział, co mówić i jak odpowiadać na pytania.

Taką drogę w naszej jednostce przeszło wiele osób, np. całkowicie niesłyszący Piotr. Przy trzecim festiwalu Grażyna, która ma trochę pojęcia o księgowości, zaczęła uczyć Piotra, na czym polega rozliczanie finansowe zadania, jak prowadzić kasę festiwalu, jak kwaterować gości. Pół roku Piotr ćwiczył – zbierał pieniądze przy organizacji spływów, sporządzał listy, wystawiał KP, rozliczał rachunki. Przy piątym festiwalu już samodzielnie notował wszystkie wpływy pieniężne i wydatki, wypisywał dokumenty kasowe, zbierał podpisy. Piotr jest tak dokładny i skrupulatny, że ma szansę przerosnąć umiejętnościami swoją nauczycielkę.

Nie myślcie sobie też Państwo, że aby iść do sponsora, prowadzić warsztaty to trzeba chociaż częściowo widzieć lub słyszeć. Wcale nie. U nas osoby całkowicie niewidome tak się rozkręciły, że niekiedy biorą po prostu w dłoń pismo do sponsora (które piszą osoby głuchoniewidome, a nie wolontariusze, jak w latach ubiegłych), białą laskę i już czasem nawet nie proszą wolontariusza o pomoc w dotarciu do jakiegoś sklepu czy biura. Idą tam same, wiedzą, z kim chcą rozmawiać i co powiedzieć… Podobnie z osobami całkowicie niesłyszącymi. Piotr, który nie mówi, chodził kiedyś ze mną do sponsorów i pisał im na kartce, po co przyszliśmy, czego chcemy. Ala, która mówi, a nie słyszy i czyta z ruchu warg, również nosi do sponsorów pisma, rozmawia, a wolontariusz jedynie przekazuje jej treść odpowiedzi sponsora…

Tak więc, drodzy pełnomocnicy i wolontariusze, pozwólcie stać się osobom głuchoniewidomym waszymi partnerami! Sami wszystkiego nie udźwigniecie, a w osobach głuchoniewidomych tkwi ogromny potencjał, który musimy odpowiednio wykorzystać. Włączajcie jak najwięcej ludzi w organizację z czasem większych przedsięwzięć. Informujcie ich o potrzebie wykonania pewnych działań, pokazujcie, jak zadanie należy zrealizować od początku do końca. Wielu głuchoniewidomych nawet nie wie, na co ich stać…

Dzięki moim głuchoniewidomym przyjaciołom, którzy nie pozwolili mi zostać ze wszystkim samej, po organizacji piątego festiwalu poczułam głębokie zadowolenie. Wspólnie przeżywaliśmy chwile zwątpienia, wspólnie podejmowaliśmy wysiłek, a teraz dzielimy radość i satysfakcję!

Festiwal ludzi z pasją – Grażyna Kołodziej, współorganizator

Moja współpraca z osobami głuchoniewidomymi rozpoczęła się, gdy zostałam zatrudniona jako doradca zawodowy w projekcie „Wsparcie osób głuchoniewidomych na rynku pracy II – Weź sprawy w swoje ręce.”. Jest to jedno z tych przedsięwzięć, które nie tylko dały mi wiele satysfakcji zawodowej, lecz także pozwoliły poznać mnóstwo wspaniałych osób.

Dla mnie nowością było to, że niezależnie od realizacji projektu w jednostkach równolegle toczyło się normalne życie. I właśnie tam można było dostrzec zmiany, jakie zachodzą dzięki działaniom projektowym. Takim ważnym działaniem Warmińsko-Mazurskiej JW TPG był festiwal. Dawał on możliwość sprawdzenia, czy osoby uczestniczące w projekcie rzeczywiście są gotowe „wziąć sprawy w swoje ręce”. Był prawdziwym odpowiedzialnym zadaniem zarówno dla twórców, jak i organizatorów.

Tu się nie opowiadało, co kto może, bo natychmiast następowała weryfikacja – zaraz widać było efekt pracy. Festiwal uwidocznił, co wpływa na małą aktywność osób głuchoniewidomych, i pokazał jej skutki, np. efekt szybko upływającego czasu, który nie chce dostosować się do wymagań i potrzeb organizatorów. Konieczność załatwienia konkretnej sprawy, presja terminów powodowały potrzebę wprowadzenia większej dyscypliny oraz zmianę relacji między opiekunami (wolontariusze, specjaliści, otoczenie) i podopiecznymi (głuchoniewidomi). Coraz więcej osób czuło, że ponosi odpowiedzialność za organizację imprezy.

Nie obyło się bez konfliktów i nieporozumień. Były opory, obawy, czy sobie poradzimy. Należało zmienić przyzwyczajenia, podejmować decyzje, przyjmować zobowiązania. Teraz już wiemy, że planowanie jest procesem. Wymaga współpracy, podporządkowania wizji możliwościom finansowym i organizacyjnym, a to nie ma nic wspólnego z popijaniem kawy na spotkaniu towarzysko-integracyjnym.

Kolejne festiwale to dla wielu osób początek aktywniejszego włączania się w życie jednostki, ale także własne. To dzięki potrzebie udoskonalenia kontaktów ze sponsorami powstał pomysł stworzenia warsztatów o głuchoślepocie, podczas których prowadzący instruowali, jak można porozumiewać się z osobami ze sprzężonymi wadami słuchu i wzroku.

Myślę, że dla wielu z nas (bo czuję się sercem związana z tą wspólnotą) stało się oczywiste, że istnienie festiwalu coraz bardziej zależy od osób głuchoniewidomych, a rolą wolontariuszy jest pomaganie. Tutaj możemy lepiej poznawać i zmieniać siebie, rozwijać, szukać w grupie swojego dobrego miejsca, wykorzystywać to, co w nas najlepsze. Pojawiające się trudności, konflikty zaczynają być traktowane jako element dorosłego życia i tworzenia czegoś nowego.




1   2   3   4   5


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna