Egzegeza 2, 14-3,6



Pobieranie 52.94 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar52.94 Kb.
Egzegeza 2, 14-3,6.
w. 14. Jakby zapominając na chwilę o smutnych sprawach korynckich, stanowiących niewielki epizod w wielkim posłannictwie Apostoła, Paweł dziękuje Bogu za to, że jednak ostatecznie Chrystus przez swych wysłanników, słabych ludzi, wszędzie odnosi zwycięstwo. Rozprzestrzenianie się Dobrej Nowiny o Chrystusie przyrównuje do tryumfalnego pochodu wodza rzymskiego. Pokonanym czuje się przede wszystkim sam Paweł, który jak jeniec wojenny odbywa pochód za zwycięskim Chrystusem, co jeszcze dosadniej wyrazi w tym oto stwierdzeniu: Po rozbrojeniu Zwierzchności i Władz jawnie wystawił [je] na widowisko, powiódłszy je dzięki Niemu w tryumfie (Kol 2,15). Z metaforą tryumfalnego pochodu łączy się obraz kadzidła, zwykle niesionego przed zwycięzcą. Otóż wszyscy chrześcijanie – a w pierwszym rzędzie apostołowie – swoim postępowaniem niby wonią kadzidła głoszą zwycięstwo Chrystusa.

ww. 15–16. Tę samą myśl przekazał Paweł Koryntianom już w pierwszym do nich liście: Nauka bowiem krzyża głupstwem jest dla tych, co idą na zatracenie, mocą Bożą zaś dla nas, którzy dostępujemy zbawienia (1 Kor 1,18). Wobec Ewangelii, podobnie zresztą jak wobec zachowania się ludzi żyjących Ewangelią, nie można zajmować postawy obojętnej. Jest się wrogiem albo wyznawcą Ewangelii, przez co albo zarabia się na wieczne potępienie, albo na szczęście nieprzemijające.

ww. 17. Paweł nie ma zwyczaju atakować swoich przeciwników; najczęściej ogranicza swoje wystąpienie do własnej obrony. Niekiedy jednak w trosce o dobro duchowe wiernych demaskuje owych pseudoapostołów. Tak np. zarzuca im to, że kupczą słowem Bożym, że z głoszenia Dobrej Nowiny – jeśli to rzeczywiście jest Dobra Nowina – czynią sobie źródło materialnych korzyści. Zresztą w owym frymarczeniu słowem Bożym mogło również chodzić o szukanie poklasku, uznania, sławy. Zaprzeczeniem takiej postawy jest głoszenie słowa Bożego ze szczerością, jakby z Boga, w obecności Boga i w Chrystusie.

ww. 3,1–3. Odpieranie ataków przeplata się z wystąpieniami demaskatorskimi. Okazuje się, że przeciwnicy Pawła, chcąc zapewnić większą skuteczność swojej propagandzie, posługiwali się specjalnymi listami polecającymi. Nie znamy ani treści tych listów, ani ich autorów, ponieważ jednak przeciwnicy Pawła rekrutowali się jeśli nie wprost spośród Żydów, to przynajmniej spośród żydujących, nie wykluczone, że były to jakieś pisma – prawdopodobnie rzekomo – pochodzące od Piotra, Jakuba lub innego z Apostołów przebywających w Palestynie. Zresztą może Pawłowi również zarzucono celowe zalecanie siebie słuchaczom jego przemówień. Jakkolwiek by rzecz się miała, Paweł nie potrzebuje, przynajmniej w stosunku do Koryntian, posługiwać się żadnymi listami polecającymi. Wszyscy wierni Koryntu, nawróceni, zdobyci dla Chrystusa – to najwspanialszy, żywy list, świadczący chyba najpozytywniej i najautorytatywniej na rzecz Pawła. Nie jest to pismo tajne, lecz list otwarty, dostępny każdemu. Życie wspólnoty korynckiej jest bowiem faktem publicznym i powszechnie znanym. Materiałem, na którym list ten został napisany, są serca Koryntian (por. Jr 31,33 nawiązujący do Wj 31,18), a list był pisany nie atramentem, lecz darami Ducha Świętego, otrzymanymi w momencie chrztu. I nie Paweł jest autorem tego pisma, lecz sam Chrystus, bo to On ostatecznie założył Kościół koryncki: Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost. Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko ten, który daje wzrost – Bóg (1 Kor 3,6n). Tak pisał Paweł już przedtem o początkach tego Kościoła.

ww. 4–5. Ufność owa bazuje na konkretnych dziełach dokonanych z Bożą pomocą przez Apostoła w Koryncie. Paweł jest przekonany, że i w przyszłości również Bóg będzie mu dopomagał. Bez pomocy Bożej ani on – Paweł – ani żaden inny ewangelista ludzkimi tylko środkami nie mogliby niczego dokonać. Co więcej, sam z siebie człowiek nie może zdobyć się nawet na jedną myśl wysługującą przyszłe zbawienie.

w. 6. Paweł odpowiada w ten sposób na pytanie postawione nieco wcześniej. Kto może sprawić, że zwykły śmiertelny człowiek staje się sługą Nowego Przymierza? Otóż sprawia to jedynie sam Bóg, Nowe Przymierze zaś jest tu nazwane Przymierzem Ducha, Przymierzem, które ożywia – w przeciwieństwie do Starego Przymierza, które było Przymierzem bezdusznej, martwej litery. Chodzi tu o myśl, że Prawo starotestamentowe nakładało na człowieka mnóstwo obowiązków, nie dając mu sił do ich wypełnienia. Nie dochowując przepisów Prawa, człowiek popełnia grzechy, pozbawiając się w ten sposób duchowego życia. Inaczej Przymierze Nowe. To Przymierze jest rzeczywistym źródłem nowego życia. Niesie ze sobą również wiele nakazów i zakazów, lecz równocześnie daje możność ich wypełnienia. Poza tym antyteza: litera – Duch nawiązuje również do liter, którymi było wyryte na kamiennych tablicach Stare Prawo. Równocześnie stanowi też aluzję do Ducha Świętego, będącego w NT podmiotem działania w ludziach cieszących się przywilejem przybrania za dzieci Boże. Tak więc Stare Przymierze pod wieloma względami jest uboższe, mniej doniosłe niż Nowe Przymierze.


Egzegeza 4, 7-15


w. 7. Wywody o godności apostolatu, choć dotyczyły wszelkiej posługi nowotestamentalnej, stanowiły także pośrednio odpowiedź na posądzenia Pawła o zarozumiałość i arogancję w obcowaniu z ludźmi. Obecnie przystępuje Apostoł wprost do sprawy zarzutów, które odpiera jakby dwoma etapami. Mówi najpierw o utrapieniach i o cierpliwości, z jaką znosił cierpienia, byle tylko podobać się Chrystusowi, bo jedynie od Niego spodziewa się zapłaty. Następnie zaś zapewnia, że miłość była głównym motorem skłaniającym go do głoszenia Ewangelii i do znoszenia wszystkich przeciwności apostolskiego życia. Wielkość i wartość posłannictwa apostolskiego przyrównuje Paweł do cennego skarbu, znajdującego się w kruchym, glinianym naczyniu. Wartości tego skarbu nikt nie może oszacować ani nawet dojrzeć, gdy przypatruje się samemu naczyniu. Wskutek takiego stanu rzeczy apostoł, świadom swych przyrodzonych słabości, niczego nie może przypisywać sobie samemu, a inni również nie sądzą, by mógł dokonać czegoś człowiek tak ułomny.

ww. 8–9. Gdyby człowiek był skazany tylko na własne siły, dawno już załamałby się pod naporem cierpień i przeróżnych trudności. Nawet wtedy gdy już jest powalony na ziemię i pozornie pokonany, znów jednak podnosi się, by stawić czoło nowym trudnościom.

ww. 10–11. Owe konania Jezusa, które Paweł nosi w swym ciele, to nie są, jak czasem sądzono, blizny w rodzaju stygmatów, lecz ustawiczne cierpienia, stwarzające nawet niebezpieczeństwo śmierci; Apostoł ciągle jakby umiera. W ten sposób głoszoną przez siebie naukę o męce i śmierci Jezusa potwierdza każdego dnia na nowo przykładem własnego życia. Wszystko to – zgodnie ze słowami samego Chrystusa – było konieczne do osiągnięcia życia wiecznego. Kto chce żyć, musi dnia każdego współumierać z Chrystusem (por. Mk 8,34; Rz 8,17; Flp 3,10). Poza tym w ten sposób najdosadniej i najwyraźniej odtwarza człowiek własnym życiem pełne cierpień i samozaparcia życie Jezusa.

ww. 12–13. Posługa apostolska – zdaje się twierdzić Paweł – ma tylko wtedy sens i osiąga zamierzony cel, gdy jest związana z cierpieniem, bo życie wiernych musi kiełkować i wzrastać na ustawicznym obumieraniu apostołów. I tylko tak pojęty apostolat ma charakter ofiary, którą apostoł – jako kapłan – składa ze swego życia za wiernych (por. J 12,24n). Ostatecznym motorem wszelkiej pracy każdego apostoła jest jego wiara. Apostołowanie jest rozdzielaniem tego, co człowiek najpierw sam przeżył we własnym wnętrzu. Tak zresztą było już w ST, co Paweł w tym wierszu przypomina.

ww. 14–15. Przedmiotem zaś wiary są nie tylko treści prawd głoszonych przez apostoła, lecz także przyszłe zmartwychwstanie. Wiara w owo współzmartwychwstanie z Chrystusem jest prostym następstwem przekonania o zjednoczeniu z Chrystusem przez Jego cierpienia – prawda, którą Paweł wiele razy przypomina, zwłaszcza w listach wielkich (por. także Kol 1,22). Lecz Paweł, jak przystało na prawdziwego apostoła, nigdy nie oddziela swojej – zwłaszcza szczęśliwej przyszłości – od losów wspólnoty. Ma więc niezłomną nadzieję, że razem z nim wszyscy zmartwychwskrzeszeni Koryntianie będą kiedyś uczestniczyć w ostatecznym tryumfie Chrystusa. Dopóki jednak przebywa w ciele na ziemi, wszystko czyni, aby z jego posługiwania było więcej chwały Bożej, aby ludzie jego pieczy powierzeni – w tym wypadku Koryntianie – byli pełni łaski i wdzięczności dla Boga.
Egzegeza 5, 1-10


w. 1. Wzmianka o przyszłym współzmartwychwstaniu z wiernymi Koryntu obudziła w Pawle tęsknotę za przyszłym życiem. Swoje życie doczesne przyrównuje do przebywania w namiocie uczynionym ludzką ręką, zwijanym i przenoszonym na inne miejsce, gdy nadchodzą czas i potrzeba. Temu sposobowi bytowania przeciwstawia Paweł życie wieczne, tj. przebywanie w mieszkaniu otrzymanym od Boga, w domu nie ręką ludzką uczynionym, a zatem niezniszczalnym, trwałym.

ww. 2–4. Paweł pragnie jak najrychlej przejść do owego niebieskiego mieszkania, lecz równocześnie nie chciałby być pozbawiony doczesnego przybytku, co więcej, bardzo zależy mu na tym, by dożyć dnia paruzji. Posługując się innym obrazem – chciałby przywdziać niejako na wierzch, na szatę doczesnego ciała, to drugie, nowe, niezniszczalne odzienie, żeby ani przez chwilę nie być nagim. Nawiązuje tu Paweł mimo woli do przeświadczenia nie tyle może pogańskiego, ile raczej judaistycznego, że człowiek umarły może być przyrównany do człowieka nagiego. Tak więc pragnie Paweł, aby to, co śmiertelne, czyli jego doczesne, ziemskie ciało, przyodziało się w to, co nieśmiertelne, czyli w ciało niebieskie.

w. 5. Paweł jest przekonany, że to tkwiące w człowieku pragnienie będzie spełnione. Bóg na pewno przemieni nasze ciała i obdarzy nas pełnią tego, czego zadatek już posiadamy w postaci darów Ducha Świętego. Ten „zadatek Ducha Świętego” już zresztą działa w nas, dokonując stopniowej spirytualizacji ludzi wiary. Proces ów będzie trwał aż do czasu zmartwychwskrzeszenia i wyniesienia do chwały także ludzkiego ciała (Rz 8,11.14.23).

ww. 6–8. Dopóki człowiek pozostaje na ziemi – bo Paweł przemawia tu chyba w imieniu wszystkich chrześcijan – ale trwa w wierze, jest podobny do pielgrzyma, który z daleka tylko ogląda Pana. Oglądanie Boga twarzą w twarz nie jest bowiem możliwe, jak długo pozostajemy w ciele. Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś twarzą w twarz (1 Kor 13,12). Chęć jak najrychlejszego bezpośredniego oglądania Boga każe chrześcijaninowi pragnąć wyjścia z tego ciała, by zawsze być już tylko z Panem (por. 1 Tes 4,17).

ww. 9–10. Jeżeli poważnie liczymy na owo chwalebne spotkanie się z Panem i pozostawanie z Nim na zawsze, to musimy tak żyć, by sobie na to zasłużyć; musimy ciągle troszczyć się o to, by się Mu podobać. Zresztą jest jeszcze inna racja, która powinna nas skłaniać do takiego postępowania, mianowicie obawa przed ewentualnym gniewem Bożym. Każdy bowiem otrzyma zapłatę za uczynki dokonane w ciele, złe lub dobre.


Egzegeza 11, 16-33


ww. 16–21. Paweł chce być dobrze zrozumiany. To, co powie za chwilę, nie będzie „przemawianiem w Panu”, czyli wystąpieniem z inspiracji Ducha Świętego; będzie to raczej coś, co zakrawa na szaleństwo. Lecz jest on tego w pełni świadom – jego szaleństwo jest dobrowolnie zaplanowane. Paweł przy tym żywi nadzieję, że i jego posłuchają Koryntianie – zwani tu, nie bez ironii, mądrymi – cierpliwie, skoro od dawna znoszą potulnie najrozmaitszych głupców, i to nie tylko wówczas, gdy ci swoim nauczaniem bałamucą uczciwych ludzi, lecz także i wtedy, gdy popisują się nad nimi swoją władzą, gdy ich wykorzystują materialnie, gdy nie okazują im żadnego szacunku, a co więcej, nawet wtedy, gdy ich fizycznie znieważają. To, czego dokonywali w Koryncie nieprzychylni Pawłowi pseudoapostołowie, nie może być nazwane inaczej, jak tylko głupotą. Koryntianie mimo to tolerowali takie niedorzeczności. W rzeczywistości słowa Pawła zawierają niemało ironicznego politowania dla „mądrości” Koryntian.

Ulegając propagatorom judaizmu Koryntianie, raz już wyrwani mocą śmierci i zmartwychwstania Jezusa z niewoli Prawa, znowu stają się niewolnikami rytualnych przepisów żydowskich, a równocześnie słuchają bezkrytycznie fałszywych nauczycieli, stają się ich niewolnikami. Ci zaś, wykorzystują brak uświadomienia religijnego swoich słuchaczy, nadużywają ich gościnności i ciągną z niecnego apostolstwa materialne zyski. Nadto są nieprzystępni, wyniośli, aroganccy. Nie ma też powodu, by zwrot że was policzkują uważać za metaforę. Bicie niewolników w starożytnej Grecji nie należało do rzadkości, a Paweł myślał, być może, o przeciwstawieniu się postępowaniu tego rodzaju apostołów, gdy w listach pasterskich żądał, żeby kandydaci na biskupów nie uciekali się do fizycznego karania wiernych.

Paweł rzekomo wstydzi się tego, że nie potrafi dorównać swoim rywalom. Nigdy nie traktował Koryntian jak niewolników ani ich nie objadał, ani nie wyzyskiwał, ani nie wynosił się nad nich, ani nie policzkował. Nie dorównuje tamtym. Nie ukrywa swojej słabości.

Paweł chętnie pozostałby w oczach Koryntian człowiekiem słabym, nie dorównującym swym konkurentom doktrynalnym. Jednakże w grę wchodzi dobro wiernych. Muszą oni przecież wiedzieć, że Paweł nie jest apostołem-samozwańcem, że posiada talenty, którymi po stokroć przewyższa tamtych nauczycieli. Bardzo niechętnie mówi o swoich przymiotach, co więcej, takie przechwalanie się przed ludźmi uważa po prostu za szaleństwo. Skoro jednak tylko w ten sposób będzie mógł zyskać sobie szacunek i posłuch Koryntian, nie zawaha się przed użyciem nawet takiego środka. Odważy się – nie po raz pierwszy zresztą (por. Ga 1,13nn; Rz 11,1; Flp 3,4–6) – i zacznie mówić według ciała, pytając sam siebie i udzielając sobie odpowiedzi.



w. 22. W praktyce owo szaleństwo Apostoła będzie polegać na tym, że zacznie porównywać się ze swymi przeciwnikami. Okaże się najpierw, że pod wieloma względami w niczym im nie ustępuje. Tak jak oni jest Hebrajczykiem, Izraelitą i potomkiem Abrahama. Te trzy zestawienia rzucają wiele cennego światła na środowisko, z którego rekrutowali się przeciwnicy Pawła. Było to według wszelkiego prawdopodobieństwa – środowisko judaistyczne. Przechwalali się oni tym, że należą do narodu, który jest spadkobiercą zaszczytnych obietnic Bożych.

Określenia Hebrajczyk, Izraelita i potomstwo Abrahama nie są zwykłymi tylko synonimami, choć niektórzy egzegeci (np. H. Lietzmann) tak właśnie je interpretują. Jeśli Paweł mówi, że jest Hebrajczykiem – w Flp 3,5 powie: Hebrajczyk z Hebrajczyków – to myśli o swej przynależności do narodu wprowadzonego ongiś przez Mojżesza i Jozuego do Ziemi Obiecanej. Paweł nie jest prozelitą, tj. kimś pochodzącym z pogan, który wszedł do społeczności narodu wybranego wskutek nawrócenia się na judaizm. Jest Hebrajczykiem z urodzenia. Jego ojciec zamieszkały w Tarsie, aczkolwiek obywatel rzymski, był również Hebrajczykiem i nawet faryzeuszem, który – jeśli wierzyć św. Hieronimowi – przybył do Cylicji jako jeniec rzymski z Giskali, jego pierwotnej ojczyzny w Galilei. Hebrajczyk – to określenie wskazuje na odrębne pochodzenie, odmienne obyczaje, religię i język w porównaniu ze wszystkimi innymi narodami (Ga 2,14n). Jest to aluzja do „czystej” krwi, którą Żydzi tak często przechwalali się przed poganami. Izraelem Bóg nazwał kiedyś Jakuba (por. Rdz 32,29) i związał z tym imieniem raz na zawsze wielkie obietnice. Nadzieją ich spełnienia się żyły później całe pokolenia izraelskie.

Gdy św. Paweł mówi, że jest Izraelitą, to przyznaje się przede wszystkim do religijnych przekonań i zwyczajów kultycznych ludzi wyznających religię Mojżesza. Ale za spadkobiercę głównego i najważniejszego obietnic mesjańskich uchodził Abraham. Być potomkiem Abrahama – znaczyło to mieć udział już w przyszłych dobrach mesjańskich. Kiedy więc Paweł nazywa się potomstwem Abrahama, to daje równocześnie do zrozumienia, że mógłby wylegitymować się fizycznym pochodzeniem od Abrahama. Syntetyzując, należy stwierdzić, iż Paweł był w pełni świadom swego pochodzenia żydowskiego i skoro tylko zachodziła potrzeba, nie wahał się o tym mówić (por. Rz 11,1; Flp 3,4n).

w. 23. Z kolei przechodzi Apostoł do spraw, w których niezmiernie przewyższa swoich przeciwników. Jest to przede wszystkim wkład, dzieło posługiwania Chrystusowi. Pod tym względem nie tylko pseudoapostołowie korynccy, ale i żaden spośród autentycznych apostołów nie może się równać z Pawłem. Paweł oświadczył to już raz Koryntianom wyraźnie (1 Kor 15,10). Przewyższa wszystkich ogromem apostolskiego udręczenia. Chyba żaden z przeciwników Pawła nie przypuszczał, że właśnie w tym kierunku pójdzie owa swoista licytacja. Oto, czym według Pawła powinien się przechwalać prawdziwy apostoł. To dobrowolne cierpienie mogło zakrawać na szaleństwo w oczach przeciwników Pawła, których on nie nazywa zresztą nawet sługami Chrystusa, lecz sługami szatana (por. w. 15). By zasłużyć sobie na miano Chrystusowego sługi i aby rzeczywiście nim być, trzeba nade wszystko wiele wycierpieć. Zanim przejdzie do szczegółów, wymienia Apostoł cztery rodzaje wyjątkowo ciężkich sytuacji: apostolskie trudy, więzienia, przesłuchania sądowe z biczowaniem włącznie i formalne wyroki śmierci. Według relacji św. Łukasza (por. Dz 16) do czasu napisania Drugiego Listu do Koryntian Paweł przebywał w więzieniu tylko jeden raz, i to tylko przez jedną noc, w Filippi. Wspomniane tu liczne uwięzienia wskazywałyby na to, że Łukasz nie opisał wszystkich tego rodzaju perypetii Pawła.

Natomiast ostatnie lata misjonarskiej działalności Apostoła są znaczone długotrwałymi więzieniami. Pierwsze rozpoczęło się od aresztowania w Jerozolimie i poprzez Cezareę trwało do wyroku uwalniającego w Rzymie, po raz drugi zaś zakończyło się męczeńską śmiercią w Rzymie. Klemens Rzymski nie uciekał się chyba do symboliki żydowskiej (siedem: liczba pełna, doskonała), gdy pisał (Ad Cor. 5) o siedmiokrotnym wtrąceniu Pawła do więzienia. Inne trudy i doświadczenia apostolskie wymienia Paweł najpierw ogólnie, a potem pisze o nich nieco dokładniej.



w. 24. Karę biczowania wymierzano prawie z reguły podejrzanym o głoszenie fałszywych i niebezpiecznych nauk. Prawo zezwalało na czterdzieści uderzeń (Pwt 25,3), lecz w obawie, by nie przekroczyć tego nakazu, poprzestawano zazwyczaj na trzydziestu dziewięciu. Kara – zwłaszcza gdy chodziło o słabe, wyczerpane organizmy – mogła zakończyć się również śmiercią biczowanego. Bliższych szczegółów tego biczowania Pawła przez Żydów nie podają ani Dzieje Apostolskie, ani listy Apostoła.

Owe chłosty mogły mieć miejsce już w Damaszku (Dz 9,23), w Jerozolimie (9,29), w Antiochii Pizydyjskiej (13,50), w Ikonium (14,2.4), w Tesalonice (17,5n), w Berei (17,13) lub w Koryncie (18,6). We wszystkich tych miastach natrafiał Paweł na trudności, nigdzie jednak nie mówił wprost, że był chłostany przez Żydów. Ze źródeł pozabiblijnych wiadomo, że w czasach Jezusa przełożeni synagog lokalnych mogli wymierzać Żydom m.in. karę chłosty za wykroczenia natury religijnej lub za niepłacenie podatków. Według Józefa Flawiusza kara chłosty należała do bardziej poniżających.



w. 25. O biczowaniu Pawła rózgami przez pogan w Filippi mówią Dz 16,22. Pozostałe dwa biczowania również nie są znane. Władze rzymskie skazywały zazwyczaj na sieczenie rózgami ludzi posądzonych o zakłócanie publicznego porządku, ale tylko w przypadku, gdy nie mogli się oni wylegitymować obywatelstwem rzymskim. Kamienowanie miało miejsce w Listrze (Dz 14,19) i w przeświadczeniu wykonawców tego wyroku, jak każde kamienowanie, zakończyło się śmiercią (por. kamienowanie Szczepana – Dz 7,60). W przypadku Pawła nie była to jednak śmierć.

Nie ma żadnych danych o jego przeżyciach w związku z rozbiciem się okrętu do czasu napisania 2 Kor. Dzieje Apostolskie wspominają o jednym tylko rozbiciu się okrętu z pasażerami, wśród których znajdował się Paweł (27,9–44). Miało to miejsce jednak dopiero w kilka lat po napisaniu 2 Kor, podczas przewożenia uwięzionego Pawła z Antiochii do Rzymu. Wiadomo jednak, że niedługo przed napisaniem wspomnianego listu Paweł odbywał liczne podróże morskie. Oto niektóre z nich. Podczas pierwszej wyprawy misyjnej z Seleucji na Cypr, z Cypru do Pamfilii oraz z powrotem; podczas drugiej podróży misyjnej z Troady do Macedonii, a potem z Koryntu aż do Cezarei; w okresie trzeciej wyprawy misyjnej, prawdopodobnie z Efezu do Koryntu, a potem z Mizji do Macedonii. Zdanie dzień i noc pozostawałem w głębinie morskiej jest uzupełnieniem relacji o następstwach rozbicia okrętu. Nie oznacza to, że Paweł znalazł się na dnie morza i po dwudziestu czterech godzinach – niczym drugi Jonasz – został cudownie wyłowiony. Należy raczej przypuszczać, iż Apostoł wspomina tu o ratowaniu swego życia na jakiejś resztce rozbitego okrętu, tak jak to po dzień dzisiejszy zdarza się ludziom przeżywającym podobne nieszczęście. Zdając sobie sprawę z otwierającej się pod nim niebezpiecznej głębiny morskiej, przez dzień i noc czekał Paweł na ratunek.



w. 26. Ówczesne podróże nie należały do przyjemności. Były bardzo wyczerpujące i pełne trudów. Znaczna część Dziejów Apostolskich jest poświęcona relacjonowaniu podróży Pawła.

Częściej niż okrętem podróżował Paweł pieszo, co powiększało jeszcze liczbę grożących zewsząd niebezpieczeństw. Niebezpieczeństwa na rzekach zdarzały się chyba głównie w Anatolii, obfitującej w rwące strumyki górskie, groźne w czasie zimowych deszczów. Niebezpieczeństwa od zbójców groziły Pawłowi w górach Taurus, znanych już w starożytności jako siedziba różnych opryszków. Zbójcy urządzali zasadzki nie tylko za czasów Jezusa i nie tylko na drodze z Jerozolimy do Jerycha. Niebezpieczeństwa na pustkowiu – to aluzja albo do dzikich płaskowyżów Azji Mniejszej, albo do Pustyni Arabskiej, o której wspomina Paweł w Ga 1,17. Spośród ludzi wszyscy zmówili się niejako przeciw Pawłowi: Żydzi i poganie, otwarci wrogowie i fałszywi bracia. O niebezpieczeństwach ze strony własnego narodu, a nawet przykrych represjach z jego strony była mowa przed chwilą. Może szczególnie trudno było przewidzieć zachowanie się fałszywych braci, ukrywających się jakby między domownikami w poszczególnych wspólnotach. Mianem tym określa Paweł albo fałszywych apostołów, albo może fanatycznych judeochrześcijan, którzy prawdopodobnie donosili odpowiednim władzom o działalności Apostoła w danym mieście.



w. 27. Cały wiersz nie wymaga żadnego komentarza. Czuwania nocne były spowodowane albo trwaniem na modlitwie, albo, być może, koniecznością przygotowania wystąpień apostolskich. Dni bowiem wypełniała fizyczna praca, która i tak niedostatecznie zapewniała utrzymanie, skoro Apostoł skarży się na częsty głód i pragnienie. Różnice temperatur między dniem a nocą w Palestynie i w Azji Mniejszej sprawiały, że Pawłowi dokuczały już to nieznośny upał, już to dotkliwe zimno. To ostatnie musiało być szczególnie przykre, jeśli tak bardzo troszczy się on, pisząc do Tymoteusza, o swój pozostawiony przez zapomnienie płaszcz (2 Tm 4,13).

28–29. Jednakże źródłem największego udręczenia był nieodstępujący Pawła ani na chwilę niepokój o Kościoły, które dzięki jego wysiłkowi poczęły żyć, lecz ciągle wymagały dalszej opieki. Wspominając słabych, być może myślał o rzeszach wiernych korynckich (por. 1 Kor 9,22), którzy niedostatecznie jeszcze uświadomieni teologicznie, borykali się z różnymi trudnościami ze strony własnych sumień. Gdy mówił o zgorszeniach, może w wyobraźni przebywał wśród tych, którzy z przerażeniem prawie patrzyli na tzw. mocnych, beztrosko spożywających mięso składane w ofierze bożkom pogańskim.

To prawdziwe ojcowskie współczucie okazywane wiernym we wszystkim, co ich spotyka, jest wyrazem apostolskiej miłości Pawła. Żaden z jego korynckich rywali nie mógł, nie rozmijając się przy tym z prawdą, uczynić podobnego wyznania.



ww. 30–33. Niełatwo przychodzi Pawłowi mówić o sobie samym. Musi mimo to powiedzieć wiele takich rzeczy, które mogły uchodzić za chwalenie się. Mówił dotąd tylko o apostolskich osiągnięciach. Ale oto teraz wspomina o sprawie nie stanowiącej w jego mniemaniu chlubnej karty historii jego życia. W dalszym ciągu nie będzie niczego zmyślał.

Chodzi tym razem o przybycie Pawła do Damaszku po okresie trzyletniego przebywania na Pustyni Arabskiej (Ga 1,18). Wspomniane tu zarządzenie króla Aretasa położyło kres pierwszym próbom apostolskiej działalności w tym mieście. Fakt mało bohaterskiej ucieczki Pawła w koszu od ryb (lub chleba) być może opowiadano sobie już nawet w Koryncie. Płaskorzeźba oglądana po dzień dzisiejszy przez turystów w kościele św. Pawła w Damaszku trafnie chyba oddaje ducha niniejszego tekstu, ukazując Apostoła – dokładnie tylko jego ledwie wystającą głowę – zażenowanego i przerażonego zarazem, w koszu spuszczonym po murze więziennym. Heros, pokonujący tak niezwykłe przeszkody, ukryty w koszu, spuszczony nocą po sznurze! Wstydził się tego Paweł jako słabości nie licującej z godnością obywatela rzymskiego i apostoła Jezusa Chrystusa.



Król Aretas IV rządził państwem Nabatejczyków od r. 9 przed Chr. do 40 po Chr. Od roku 37 po Chr. z polecenia cesarza Kaliguli Aretas stał się również marionetkowym władcą Damaszku. Pod koniec życia zwalczał gwałtownie swego zięcia, króla Heroda Antypasa.


Egzegeza 12, 1-12


Rozdz. 12,1. Znowu wraca poczucie pewnego zakłopotania w związku z koniecznością mówienia o sobie. Onieśmielenie jest tym większe, że chodzi o dowody szczególnego wybrania człowieka przez Boga. Paweł będzie mówił o swych wizjach i objawieniach. Musi więc wyjątkowo umocnić się na duchu. Mimo iż używa liczby mnogiej: wizje i objawienia, w rzeczywistości będzie mówił o jednej tylko – co prawda ogromnie brzemiennej w skutkach – wizji. W Dziejach Apostolskich Łukasz relacjonuje wiele wizji Pawła, a sam Apostoł wyznaje jeszcze w 1 Kor 14,6.18, że mówi tak, jak nikt inny, wielu językami. Jeśli Paweł mówi teraz o sprawach tak bardzo intymnych, jak prywatne objawienia, to nie dlatego, że jego przeciwnicy podawali w wątpliwość rzeczywistość tych objawień. Raczej z tego powodu, że pseudoapostołowie, oponenci Pawła, przechwalali się własnymi wizjami. Ich przechwałkom przeciwstawia Apostoł nie znany dotąd nikomu przebieg jednego ze swych objawień.

w. 2. Człowiekiem, którego zna, jest – jak wynika z poprzedniego wiersza – on sam Paweł Apostoł. Użycie trzeciej osoby wynika ze wspomnianego już onieśmielenia, towarzyszącego przedziwnemu wyznaniu Pawła. Apostoł zachowuje się tak, jakby nadal nie dowierzał, że to, o czym mówi, przydarzyło się jemu samemu. Szczegół chronologiczny w postaci wyrażenia przed laty czternastu, czyli ok. r. 43, nie pozwala utożsamiać opisywanej tu przez Pawła wizji z jego przeżyciami mającymi miejsce około r. 37 u bram Damaszku. Kiedy Paweł mówi, że nie wie, czy w ciele…, czy poza ciałem został porwany aż do trzeciego nieba, daje wyraz dość rozpowszechnionemu w jego czasach przekonaniu, że dusza jest substancją, która może się oddzielać od ciała nie przestając jednak być sobą ani nie tracąc zdolności poznawczych.

Oświadczenie Apostoła o trzecim niebie oznacza, iż – według własnego przekonania – znalazł się w szczególnej bliskości Boga. Niebo jest bowiem uważane za mieszkanie Boga. Nazywając je trzecim niebem być może czyni Paweł aluzję do Księgi Henocha lub do Apokalipsy Mojżesza. W obydwu tych apokryfach odróżnia się pierwsze niebo, czyli naszą atmosferę, drugie niebo, czyli zbiór wszystkich planet niebieskich, i wreszcie trzecie niebo, tzw. niebo empirejskie, czyli miejsce zamieszkania Boga.



ww. 3–4. Wspomniany tu raj, mimo iż stanowi aluzję do innej rzeczywistości, jest symbolem owego trzeciego nieba. Tam to właśnie usłyszał Paweł słowa, których nie godzi się człowiekowi powtarzać nie dlatego, że wyrażają one wiedzę ezoteryczną, przeznaczoną tylko dla wtajemniczonych, lecz ponieważ za pomocą ludzkiego języka nie można było wyrazić rzeczy zasłyszanych w niebie.

w. 5. Nie ulega już najmniejszej wątpliwości, kto był człowiekiem, który przed czternastu laty został porwany do trzeciego nieba. Paweł jeszcze jednak nie ma odwagi powiedzieć po prostu: to ja nim jestem, człowiekiem tak uprzywilejowanym przez Boga!

Jeśli nawet opowiada o owym doświadczeniu, to nie eksponuje siebie, tylko wychwala Boga, tak wspaniałomyślnego w obsypywaniu ludzi swymi darami. On sam może się poszczycić jedynie słabościami, nie wątpiąc przy tym, że i tak przewyższy swoich przeciwników z ich pozorną aureolą sztucznej wielkości.



w. 6. Jeszcze jedno usprawiedliwienie: Paweł nie przesadziłby wcale, gdyby opowiedział nawet o wszystkich swoich wizjach i objawieniach. Powiedziałby prawdę. Nie chce jednak, by jemu jako człowiekowi przypisywano to, co pochodzi wyłącznie od Boga.

w. 7. Dotychczas nie wiadomo, co oznacza wyrażenie oścień dla ciała, wysłannik szatana. Najmniej prawdopodobne wydaje się przypuszczenie, że chodzi tu o upokarzające pokusy. Wielu egzegetów sądzi, że Paweł skarży się w ten sposób na jakąś dolegliwość fizyczną, przy czym, według hipotezy powtarzającej się najczęściej, chodziłoby o pewną chorobę oczu, które wskutek tego odrażająco ropiały, utrudniając Pawłowi apostolską pracę. Najbardziej prawdopodobna jest chyba opinia, której zwolennicy mówią, że chodzi tu o dręczące Pawła wyrzuty sumienia z powodu jego prześladowczej działalności w okresie, gdy jeszcze nie był apostołem Chrystusa. Owe podszepty szatańskie słyszał Paweł w chwilach największego zapału, w momentach prawdziwie apostolskich uniesień. Wyrzuty sumienia pozbawiały go wtedy spokoju i czyniły jego życie wysoce uciążliwe lub wprost nieznośne.

w. 8. Jeden to z bardzo nielicznych przykładów modlitwy Pawła za siebie samego. Wysłuchanie tej prośby nie leżało jednak w zamiarach Opatrzności Bożej.

ww. 9–10. Paweł może być spokojny. Mimo owych upokorzeń wystarczy łaski Bożej, by jego nauczaniu zapewnić odpowiednią powagę i skuteczność. Poza tym przez pokonywanie trudności związanych z codziennym życiem doskonali się coraz bardziej moc apostolska Pawła. Konkluzja całej apologii jest następująca: Najchętniej więc będę się chełpił z moich słabości, aby zamieszkała we mnie moc Chrystusa. Skoro inaczej nie może się ona ujawnić, postanawiam rozmiłować się w moich słabościach, w uciskach, w nieszczęściach, w udrękach znoszonych dla Chrystusa. Postanawiam je afirmować jako znak od Boga. Apostoł jest przy tym święcie przekonany, że tego rodzaju konkurencji przeciwnicy jego nie wytrzymają.

w. 11. Paweł jest ciągle świadom swego szaleństwa. Przecież to, co on sam niejako pod przymusem opowiedział o sobie, powinni o nim powiedzieć właśnie Koryntianie. Jeżeli się zdobył na ten szaleńczy krok, to dlatego, żeby wiedzieli, że nie jest mniejszy od wielkich apostołów. Zarówno tego ostatniego określenia, jak i wyznania Pawła, że sam jest niczym, nie należy brać dosłownie.

w. 12. Podczas apostolskiej działalności Pawła wśród Koryntian dokonywały się rzeczy, które powinny chyba dostatecznie mocno przekonać chrześcijan korynckich o autentyczności jego posłannictwa. Znaki, cuda i przejawy mocy – to synonimiczne określenia rzeczy niezwykłych (por. Rz 15,18n). Jest to najprawdopodobniej aluzja do cudownych uleczeń, egzorcyzmów, glosolalii i innych charyzmatów, którymi był obdarzony św. Paweł w stopniu nie mniejszym niż pozostali apostołowie w chwili rozsyłania ich na samodzielne prace misyjne (por. Mt 10,1; Mk 9,29; Łk 10,1).







©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna