Frederick Forsyth Pięść Boga



Pobieranie 4.22 Mb.
Strona1/57
Data02.05.2016
Rozmiar4.22 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   57
Frederick Forsyth

Pięść Boga
Wdowom i sierotom po żołnierzach Special Air

Service, a także Sondy, bez której wsparcia byłoby mi

o wiele trudniej.
Serdecznie dziękuję tym, którzy wiedzą, co naprawdę

zdarzyło się nad Zatoką i zrelacjonowali mi wszystko.

Tylko wy macie świadomość tego, kim naprawdę jesteście;

niech tak już zostanie.


LISTA NAJWAŻNIEJSZYCH POSTACI

AMERYKANIE:

GEORGE BUSH - prezydent USA

JAMES BAKER - sekretarz stanu USA

COLIN POWELL - przewodniczący Kolegium Szefów Sztabów

NORMAN


SCHWARZKOPF - generał, głównodowodzący koalicyjnych sił

zbrojnych w Zatoce Perskiej

CHARLES "CHUCK"

HORNER - generał, dowódca koalicyjnych sił

powietrznych w Zatoce Perskiej

BILL STEWART - zastępca dyrektora CIA ds. operacyjnych

CHIP BARBER - szef Wydziału Bliskowschodniego CIA

WILLI AM WEBSTER - dyrektor CIA

DON WALKER - pilot USAF

STEVE TURNER - dowódca eskadry myśliwców USAF

RANDY ROBERTS - pilot USAF, skrzydłowy Dona Walkera

TIM NATHANSON - pilot USAF, nawigator Dona Walkera

HARRY SINCLAIR - szef placówki CIA w Londynie

SAUL NATHANSON - bankier i filantrop

"TATA" LOMAX - emerytowany fizyk jądrowy

BRYTYJCZYCY:

MARGARET

THATCHER -premier Wielkiej Brytanii

JOHN MAJOR - premier Wielkiej Brytanii, następca Margaret

Thatcher


SIR PETER DE LA

BILLIERE - generał, dowódca brytyjskich sił zbrojnych

w Zatoce Perskiej

SIR COLIN McCOLL - szef SIS

SIR PAUL SPRUCE - przewodniczący Komitetu Meduza

J. P. LOVAT - generał brygady, dowódca SAS

BRUCE CRAIG - pułkownik, dowódca 22. pułku SAS

MIKE MARTIN - major SAS

"SPARKY" LOW - oficer SAS w Chafdżi

DR TERRY MARTIN - arabista

STEVE LAING - szef Sekcji Bliskowschodniej SIS

SIMON PAXMAN - pracownik komórki irackiej SIS

STUART HARRIS - brytyjski biznesmen w Bagdadzie

JULIAN GRAY - szef placówki SIS w Rijadzie

DR BRYANT - bakteriolog, członek Komitetu Meduza

DR R El N HART - specjalista od gazów bojowych, członek

Komitetu Meduza

DR HIPWELL - specjalista od broni jądrowej, członek

Komitetu Meduza

SEAN PLUMMER - kierownik Sekcji Arabskiej przy Kwaterze

Głównej głównodowodzącego sił

koalicyjnych

PHILIP CURZON - pilot RAF-u, dowódca 608. eskadry

LOFTY HARRISON - pilot RAF-u, 608. eskadra

SID BLAIR - jego nawigator

PETER JOHNS - pilot RAF-u, 608. eskadra

NICKYTYNE - jego nawigator

PETER STEPHENSON - SAS

BEN EASTMAN "\ - SAS

KEVIN NORTH - SAS

IZRAELCZYCY:*

JAAKOW "KOBI"

DROR - dyrektor M osa d u

SAMI GERSZON - szef Wydziału Operacyjnego Mosadu

DAWID SZARON - szef sekcji irackiej Mosadu

BENIJAMIN

NATANJAHU -wiceminister spraw zagranicznych Izraela

ICCHAK SZAMIR - premier Izraela

GIDEON "GIDI"

BARZILAI -kierujący Operacją JOZUE w Wiedniu

prof. MOSZE HADARI - arabista z Uniwersytetu w Tel-Awiwie

AWI HERCOG/KARIM

AZIZ - agent Mosadu w Wiedniu

AUSTRIACY:

WOLFGANG

GEMUTLICH - wiceprezes Banku Winklera

EDITH HARDENBERG - jego osobista sekretarka

IRAKIJCZYCY:

SADDAM HUSAJN - prezydent Iraku

IZZAT IBRAHIM - wiceprezydent

HUSAJN KAMIL - zięć Saddama, minister przemysłu i uzbrojenia

TAHA RAMADAN - premier

SADUN HAMMADI - wicepremier

TARIK AZIZ - minister spraw zagranicznych

ALI HASAN MADŻID - gubernator okupowanego Kuwejtu

SADI TUMA ABBAS - generał, dowódca Gwardii Republikańskiej

ALI MUSU LI - generał, dowódca Korpusu Inżynierskiego

ABD ALLAH KADIRI - generał, dowódca wojsk pancernych

AMI RSADI - zastępca Husajna Kamila

HASAN RAHMANI - szef kontrwywiadu

DR ISMAIL UBAJDI - szef wywiadu

UMAR CHATIB - szef tajnej policji (AI-Aman al-Amm)

USMAN BADRI - pułkownik, Korpus Inżynierski

ABD AL-KARIM

BADRI - pułkownik, pilot myśliwca Irackich Sił

Powietrznych

DŻAFAR AL-DŻAFAR - dyrektor irackiego programu badań

jądrowych

PŁK SABAWI - szef tajnej policji w okupowanym Kuwejcie

DR SALAH SIDDIKI - inżynier jądrowy

POZOSTALI:

AHMAD AL-CHALIFA- kuwejcki kupiec

ABU FU'AD - przywódca kuwejckiego ruchu oporu

ASRAR KABANDI - bohaterka kuwejckiego ruchu oporu

Rozdział pierwszy

Człowiek, któremu pozostało dziesięć minut życia, wybuchnął

śmiechem.

Rozbawiła go historia, jaką tego chłodnego, przesiąkniętego

mżawką wieczoru 22 marca 1990 roku, w drodze z pracy do domu

opowiedziała mu sekretarka Monique Jamin.

Bohaterką opowieści była ich wspólna znajoma z Europejskiej

Agencji Badania Kosmosu, mieszczącej się przy rue de Stalle,

kobieta uważana za prawdziwego wampa i pożeraczkę męskich

serc, która okazała się lesbijką. Obdarzony niezbyt wyszukanym

poczuciem humoru mężczyzna uznał to za niezwykle zabawne.

Za dziesięć siódma wyszli z budynku usytuowanego na przed-

mieściu Brukseli i wsiedli do renaulta 21 kombi. Monika zajęła

miejsce za kierownicą. Kilka miesięcy wcześniej sprzedała volks-

wagena szefa, gdyż jej pracodawca był tak marnym kierowcą, iż

obawiała się, że pewnego dnia spowoduje wypadek i zginie.

Do apartamentu, który mieścił się w środkowej części, składa-

jącego się z trzech budynków, kompleksu mieszkalnego Cherideu,

w pobliżu rue Francois Folie, jechało się zaledwie dziesięć minut,

ale po drodze zatrzymali się przy sklepie z pieczywem, gdzie kupili

bochenek jego ulubionego pain de campagne. Deszcz zacinał ostro

z boku, niesiony silnym wiatrem. Kobieta i mężczyzna pochylili

głowy, i dlatego nie zwrócili uwagi na samochód, który zatrzymał

się kilkanaście metrów z tyłu.

Nic dziwnego, gdyż żadne z nich nie przeszło odpowiedniego

przeszkolenia. Nie wyróżniające się niczym szczególnym auto ze

smagłolicymi pasażerami podążało za uczonym już od kilku tygodni.

Mężczyźni, siedzący w samochodzie, tylko obserwowali. Naukowiec

nigdy nie okazał im zainteresowania, uczynił to natomiast ktoś inny.

Oboje wyszli ze sklepu, pośpiesznie wsiedli do renaulta i ruszyli

w dalszą drogę. Dziesięć po siódmej Monika zatrzymała wóz przed

szklanymi drzwiami trójczłonowego zespołu budynków, stojącego

jakieś piętnaście metrów od ulicy. Zaproponowała chlebodawcy, że

odprowadzi go do mieszkania, ale odmówił. Domyśliła się natych-

miast, że jest umówiony ze swoją przyjaciółką Heleną i nie chce

dopuścić do spotkania obu kobiet. Na użytek damskiego personelu

wymyślił bajeczkę, iż Helena jest tylko kumplem i dotrzymuje mu

towarzystwa podczas rozłąki z żoną, a uwielbiające go kobiety

udawały, że w to wierzą.

Jak zwykle postawił kołnierz płaszcza, wysiadł z samochodu

i zarzucił na ramię czarną płócienną torbę, z którą prawie się nie

rozstawał. Ważyła ponad piętnaście kilogramów, zawierała zaś

mnóstwo papierów: notatki, obliczenia i szkice. Uczony nie ufał

sejfom, na przekór wszystkim wierząc, że szczegóły jego najnowszych

projektów są znacznie bezpieczniejsze w torbie przewieszonej przez

ramię.


Monika obserwowała, jak jej szef, z torbą zarzuconą na plecy

i bochenkiem pod pachą, podchodzi do drzwi, zatrzymuje się, przez

chwilę szuka kluczy, a następnie otwiera drzwi i znika za szklaną

taflą, która automatycznie zamknęła się za nim. Dopiero wtedy

odjechała.

Mężczyzna mieszkał na piątym piętrze ośmiokondygnacyjnego

budynku. Dwie windy były usytuowane z dala od wejścia, wokół

nich zaś biegły spiralnie schody, na które z każdego piętra

prowadziły drzwi przeciwpożarowe. W chwili, kiedy uczony wysiadł,

w korytarzu automatycznie włączyły się przyćmione światła. Po-

brzękając kluczami, skręcił w lewo, zaraz potem jeszcze raz w lewo,

przeszedł kilka metrów po rdzawobrązowej wykładzinie, zatrzymał

się przed drzwiami mieszkania i podniósł rękę, by włożyć klucz do

zamka;


Zabójca czekał po drugiej stronie wind, za załomem słabo

oświeconego korytarza. Teraz, trzymając zawiniętą w plastikową

torbę berettę kaliber 7,65, stanął tuż za nie spodziewającym się

niczego naukowcem. Torba była po to, aby łuski nie rozsypywały

się po podłodze.

Pięć strzałów oddanych w kark i tył głowy z odległości niespełna

metra wystarczyło aż nadto. Duży, tęgi mężczyzna runął twarzą na

drzwi, i zaraz potem osunął się na podłogę. Morderca nawet nie

nachylił się, by sprawdzić, czy ofiara nie żyje; nie było potrzeby.

Wielokrotnie ćwiczył ten sposób egzekucji na więźniach i za każdym

razem uzyskiwał pożądany efekt. Zbiegł po schodach na parter,

wyszedł z budynku tylnymi drzwiami, przemknął przez zadrzewione

ogródki i wsiadł do czekającego samochodu. Godzinę później

znalazł się w ambasadzie swojego kraju, a następnego dnia opuścił

terytorium Belgii.

Helena zjawiła się pięć minut później. W pierwszej chwili

pomyślała, że jej kochanek doznał ataku serca. Ogarnięta paniką,

po krótkiej szarpaninie z zamkiem otworzyła drzwi i wezwała

pogotowie, ale zaraz potem przypomniała sobie, że w tym samym

budynku mieszka domowy lekarz jej przyjaciela, i jego także

zawiadomiła. Pierwsze zjawiło się pogotowie.

Kiedy jeden z sanitariuszy spróbował odwrócić ciężkie ciało na

wznak, poczuł, że dotyka czegoś mokrego, a kiedy spojrzał na ręce,

przekonał się, że są lepkie od krwi. Zdyszany lekarz nadbiegł zaraz

potem. Stwierdził zgon. Na korytarz wyszła także jedyna -

poza uczonym - lokatorka piątego piętra: starsza dama, miłoś-

niczka muzyki poważnej, która słuchała zarejestrowanego na płycie

koncertu i nie miała pojęcia o niczym, co działo się za solidnymi

drzwiami jej mieszkania.

Człowiekiem leżącym w kałuży krwi był doktor Gerald Vincent

Buli, nieobliczalny geniusz, cieszący się reputacją jednego z najlep-

szych na świecie konstruktorów broni artyleryjskiej, ostatnimi

czasy pracujący dla Saddama Husajna.

Po zabójstwie doktora Bulla w całej Europie nastąpiła seria

bardzo dziwnych wydarzeń. Najpierw belgijski kontrwywiad przy-

znał oficjalnie, że już od kilku miesięcy uczony był niemal codziennie

śledzony przez poruszających się prywatnymi samochodami ludzi

o smagłej cerze, najprawdopodobniej pochodzących ze wschodniej

części basenu Morza Śródziemnego.

11 kwietnia brytyjscy celnicy odkryli na nabrzeżu portu w

Middlesborough osiem wielkich stalowych rur, wykonanych" z nie-

zwykłą precyzją. Miały one na końcach potężne kryzy, z gwin-

towanymi otworami pod ogromne śruby, umożliwiające połączenie

ośmiu fragmentów w jedną całość. Władze celne oznajmiły trium-

falnie, że wbrew temu, co umieszczono na fakturach i listach

przewozowych, nie była to przesyłka dla zakładów petrochemicz-

nych. Rury stanowiły elementy lufy gigantycznego działa, zaprojek-

towanego przez Gerry'ego Bulla i przeznaczonego dla Iraku. W ten

sposób zaczęła się przypominająca farsę afera superdziała, dzięki

której udało się ujawnić mnóstwo nielegalnych transakcji, podstępne

metody działania kilku agencji wywiadowczych, ogrom biuro-

kratycznej głupoty oraz wynikającą z nadmiernej wiary we własne

siły bezradność polityków.

W ciągu kilku następnych tygodni w całej Europie zaczęły

pojawiać się kolejne fragmenty superdziała. 23 kwietnia Turcy

zatrzymali węgierską ciężarówkę wiozącą do Iraku potężną stalową

rurę o niespotykanej długości. Tego samego dnia greccy celnicy

odkryli na innej ciężarówce ładunek sprawiających podejrzane

wrażenie stalowych części i na kilkanaście dni zaaresztowali niefor-

tunnego angielskiego kierowcę.

W maju Włosi przechwycili siedemdziesiąt pięć ton podobnych

części, wyprodukowanych przez Societa delia Fucine, a kolejnych

piętnaście ton skonfiskowali w hucie Fucine w pobliżu Rzymu.

Były one wykonane ze stali tytanowej najwyższej jakości i miały

zostać zamontowane w zamku działa, podobnie jak kilkanaście

innych elementów, zarekwirowanych w magazynie w Brescii w pół-

nocnych Włoszech.

Do zabawy włączyli się także Niemcy, którzy we Frankfurcie

i Bremerhaven natrafili na inne elementy słynnego już na cały świat

superdziała, dostarczone przez Mannesmann AG.

Gdy Buli bardzo starannie i sensownie rozdzielił zamówienia

na części, z jakich miało się składać działo -jego ukochane

dziecko. Dwie angielskie firmy, Waltera Somersa z Birmingham

i Sheffield Forgemasters, wyprodukowały rury, tworzące lufę.

W kwietniu 1990 roku przechwycono ostatnią dostawę: osiem sztuk

z pięćdziesięciu dwóch, które, według projektu, potrzebne były do

zbudowania dwóch lufo długości 156 metrów każda i niespotyka-

nym kalibrze jednego metra. Te monstrualne działa mogły wy-

strzeliwać pociski wielkości budki telefonicznej.

Elementy zespołu wahadłowego i obrotowego pochodziły z Gre-

cji, części oporopowrotnika - ze Szwajcarii i Włoch, klin zamkowy

z Austrii i Niemiec, materiał miotający z Belgii. W sumie, w produk-

cję zaangażowane były firmy z ośmiu krajów, a żadna z nich nie

wiedziała do końca, co właściwie wytwarza.

Prasa brukowa przeżywała wielkie dni, podobnie jak triumfujące

władze celne oraz brytyjski wymiar sprawiedliwości, który z wielką

gorliwością zajął się Bogu ducha winnymi dostawcami. W ogólnym

entuzjazmie nikt nie zwrócił uwagi na to, że sieć została wyciągnięta

za późno: przechwycone elementy miały wejść w skład superdział

numer dwa, trzy i cztery.

W związku z zabójstwem Gerry'ego Bulla powstało kilka

zaskakujących teorii. Zgodnie z przewidywaniami, część dzien-

nikarzy wietrząca wszędzie podstępne knowania CIA obarczyła

tę właśnie instytucję odpowiedzialnością za śmierć uczonego.

Rzecz jasna, był to całkowity nonsens. Mimo że w przeszłości

ludzie z Langley nie raz i nie dwa decydowali się na wyeli-

minowanie pewnych osób pracujących w tej samej branży - na

przykład informatorów grożących szantażem, renegatów czy

podwójnych agentów - to wyobrażenie, że podziemia kwatery

głównej Agencji są zapchane pod sufit ciałami jej dawnych

pracowników, jest nie tylko śmieszne, ale także całkowicie nie-

prawdziwe.

Tym bardziej że Gerry Buli nie miał nic wspólnego ze światem

tajnych operacji. Był znanym naukowcem, znakomitym projektan-

tem bardziej lub mniej konwencjonalnego uzbrojenia artyleryjs-

kiego, obywatelem Stanów Zjednoczonych, przez wiele lat pracu-

jącym dla swojej ojczyzny i chętnie opowiadającym o swoich

zamierzeniach przyjaciołom z US Army. Gdyby CIA chciała

likwidować każdego amerykańskiego projektanta broni lub uczo-

nego, który przez jakiś czas pracował dla innego kraju, niekonie-

cznie zaliczającego się do przyjaciół USA, to co najmniej pięciuset

takich dżentelmenów w obu Amerykach i Europie musiałoby

pożegnać się z życiem.

Jednak najważniejszym argumentem przemawiającym przeciwko

tej teorii jest ten, iż od co najmniej dziesięciu lat działalność Agencji

podlega ścisłej kontroli, i to zarówno wewnętrznej jak i zewnętrznej.

Żaden oficer wywiadu nie wyda rozkazu "zlikwidować", bez

pisemnej zgody zwierzchników. Gdy chodzi o kogoś takiego jak

Gerry Buli, zgoda musiałaby pochodzić od samego dyrektora CIA.

Funkcję tę pełnił wówczas William Webster, trzymający się

ściśle przepisów były sędzia z Teksasu. Zgodę na przeprowadzenie

potajemnej egzekucji można by uzyskać od niego równie łatwo, jak

uciec z więzienia Marion podkopem wykonanym za pomocą łyżeczki

do herbaty.

Najczęściej wśród domniemanych sprawców śmierci doktora

Bulla wymieniano, rzecz jasna, izraelski Mosad. Niemal cała prasa

oraz większość przyjaciół i rodziny uczonego doszła do tego

samego wniosku. Buli pracował dla Iraku, Irak zaś był wrogiem

Izraela. Dwa i dwa daje cztery. Problem polega jednak na tym, że

jeśli w świecie pełnym cieni i krzywych luster coś mniej więcej

równa się dwóm, po dodaniu do czegoś, co także w przybliżeniu

jest dwójką, tylko czasem może dać cztery.

Mosad jest najmniejszą, najbardziej bezwzględną i najczęściej

używającą broni agencją wywiadowczą na świecie. Odpowiada za

wiele zabójstw, dokonanych przez członków jednego z trzech

oddziałów kidon - słowo to znaczy po hebrajsku "bagnet". Ich

członkowie wywodzą się z doborowych jednostek armii izraelskiej.

Jednak nawet Mosad obowiązują pewne zasady, choć w większości

stanowią one coś w rodzaju dobrowolnego samoograniczenia.

Fizyczna eliminacja przeciwnika dzieli się na dwie kategorie.

Pierwsza z nich to "konieczność operacyjna", czyli niemożliwa do

przewidzenia sytuacja, kiedy osoba stanowiąca zagrożenie dla

operacji lub biorących w niej udział ludzi musi zostać błyskawicznie

i na zawsze usunięta z drogi. W tym wypadku nadzorujący akcję

katsa lub dowodzący oficer mają prawo samodzielnie podjąć taką

decyzję, wiedząc, że mogą później liczyć na pełne poparcie ze strony

zwierzchników w Tel-Awiwie.

Drugą kategorię tworzą ci, którzy trafili na listę osób prze-

znaczonych do likwidacji. Istnieją tylko dwa jej egzemplarze: jeden

spoczywa w prywatnym sejfie premiera, drugi w sejfie szefa Mosadu.

Każdy nowy premier, zaraz po objęciu urzędu, ma obowiązek

zapoznać się z listą. Zawiera ona od trzydziestu do osiemdziesięciu

nazwisk. Tylko od niego zależy, czy zaakceptuje ją w całości,

zezwalając w ten sposób Mosadowi na samodzielne podjęcie decyzji

co do czasu i miejsca wykonania wyroku, czy też zażąda, by

konsultowano się z nim przed każdą misją.

Najogólniej rzecz biorąc, tych, którzy znaleźli się na liście,

można podzielić na trzy grupy. Pierwszą tworzą pozostający jeszcze

przy życiu, czołowi hitlerowcy. Liczebność tej grupy zmniejsza się

z każdym rokiem. Wiele lat temu Izrael przygotował i zrealizował

skomplikowaną operację mającą na celu porwanie Adolfa Eich-

manna, aby przeprowadzić pokazowy proces, natomiast inni naziści

byli likwidowani bez żadnego rozgłosu. Do drugiej grupy zaliczają

się niemal wszyscy działający obecnie terroryści, głównie Arabowie,

zarówno ci którzy przelali już niejedną kroplę żydowskiej krwi, np.

Ahmad Dżibril i Abu Nidal, jak i ci, którzy dopiero chcieliby to

uczynić.

Trzecią grupę - do niej właśnie mógłby należeć Gerry Buli -

tworzą ludzie pracujący dla wrogów Izraela, ale tylko ci, których

praca stanowi, lub może stanowić, zagrożenie dla państwa żydows-

kiego oraz jego obywateli. Krótko mówiąc, każdy, kto znalazł się

na liście, ma ręce skalane krwią, albo też robi wszystko, by

nastąpiło to w niedalekiej perspektywie.

Kiedy Mosad zwraca się z prośbą o zgodę na likwidację

kogoś z listy, premier przekazuje sprawę sędziemu, którego

nazwisko jest okryte tak głęboką tajemnicą, że zna je zaledwie

kilku izraelskich prawników, a na pewno nikt ze zwyczajnych

obywateli. Odbywa się "rozprawa". Uczestniczą w niej obrońca

i prokurator. Jeżeli oskarżony zostanie uznany za winnego,

prośba Mosadu wraca na biurko premiera, a ten składa na

niej podpis. Resztą zajmuje się oddział kidonów... jeżeli tylko

jest to możliwe.

Problem z teorią, według której Buli zginął z ręki agenta

Mosadu, polegał na tym, że była zupełnie niespójna. To prawda,

Buli pracował dla Saddama Husajna, ale projektował dla niego

artylerię konwencjonalną (ta zaś nie stanowiła zagrożenia dla

Izraela), rakiety (które w przyszłości ewentualnie stałyby się groźne>,

oraz gigantyczne działo (nie mogło służyć do ataku na Izrael). To

samo jednak dotyczyło setek innych ludzi. Pięć lub sześć niemieckich

firm wspomagało rozwój irackiego przemysłu chemicznego, wy-

twarzającego śmiercionośne gazy bojowe; Saddam już kilka razy

groził Izraelowi użyciem tej straszliwej broni. Niemcy i Brazylijczycy

współpracowali przy budowie rakiet saad 16, Francuzi z kolei byli

głównymi dostawcami technologii wykorzystywanych w pracach

nad skonstruowaniem irackiej bomby atomowej.

Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że Tel-Awiw interesował się

działalnością Bulla. Po jego śmierci wiele domysłów wzbudził fakt,

że już od kilku miesięcy uczony skarżył się, iż podczas jego

nieobecności w mieszkaniu składają wizyty jacyś nieproszeni goście.

Nigdy nic nie zginęło, ale pozostawiono wyraźne ślady, które nie

mogły ujść uwagi gospodarza: poprzestawiane szklanki, otwarte

okno, kaseta wyjęta z magnetowidu i schowana do pudełka. Czy

było to ostrzeżenie ze strony Mosadu? Owszem, ale sprawa nie stała

się przez to ani odrobinę bardziej jasna.

Środki masowego przekazu bardzo szybko uznały, że śniado-

skórzy osobnicy, którzy jeździli za Bullem po całej Brukseli, to

izraelscy zabójcy szukający sposobności do wykonania wyroku.

Przeciwko tej teorii przemawia jednak fakt, iż agenci Mosadu nie

wyglądają jak postaci z kreskówek i nie zachowują się tak jak

one. Owszem, byli na miejscu, ale nikt ich nie widział - ani Buli,

ani jego przyjaciele i rodzina, ani belgijska policja. Wyglądali

i zachowywali się jak stuprocentowi Europejczycy, a w razie

potrzeby mogli upodobnić się do Amerykanów lub do jakiejkol-

wiek innej nacji. To oni właśnie dali znać Belgom, że Bulla śledzi

ktoś inny.

Poza tym, trudno byłoby znaleźć człowieka równie mało

dyskretnego jak Gerry Buli. Uczony po prostu nie był w stanie

oprzeć się pokusie mówienia. W przeszłości pracował już dla

Izraela, polubił kraj i ludzi, miał wielu przyjaciół wśród izraelskich

wojskowych i nie potrafił trzymać języka za zębami. Gdyby ktoś

z jego znajomych rzucił od niechcenia: "Założę się, Gerry, że nigdy

nie uda ci się wystrzelić ani jednego saada 16...", Buli natychmiast

rozpocząłby trzygodzinny monolog, w którym przedstawiłby do-

kładnie co robi, jak dalece zaawansowane są prace, jakie pojawiły

się problemy, w jaki sposób stara sieje rozwiązać... jednym słowem,

powiedziałby wszystko. Dla każdego wywiadu stanowił wręcz

wymarzone źródło informacji. Zaledwie na tydzień przed śmiercią

przyjął w swoim gabinecie dwóch izraelskich generałów, informując

ich ze szczegółami o swojej bieżącej działalności. (Każde jego słowo

zostało zarejestrowane przez magnetofony ukryte w teczkach

oficerów.) Kto przy zdrowych zmysłach niszczyłby róg obfitości

wypełniony po brzegi drogocennymi informacjami?

Nikt wreszcie nie wziął pod uwagę, że kiedy Mosad ma do

czynienia z naukowcem lub biznesmenem, zawsze udziela mu

ostatniego ostrzeżenia; zasada ta nie dotyczy jedynie terrorystów*

Jest to prawdziwe, ustne ostrzeżenie, nie zaś ukradkowe prze-

stawianie szklanek lub otwieranie okien. Zwyczaju tego do-




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   57


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna