Globalny terroryzm na początku XXI wieku



Pobieranie 88.9 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar88.9 Kb.

Ryszard M. Machnikowski



Bliski Wschód. Społeczeństwa – polityka – tradycje
Nr. 1 (2)/ 2005


Globalny terroryzm na początku XXI wieku



Problem globalnego terroryzmu u progu XXI wieku budzi duże zainteresowanie specjalistów, a od kilku lat także opinii publicznej na całym świecie, będąc przedmiotem wielu poważnych kontrowersji. W artykule tym chciałbym odnieść się do kilku problemów spornych, proponując własny, choć niekoniecznie zawsze oryginalny, punkt widzenia na omawiane kwestie. W moim przekonaniu wspomniane wyżej kontrowersje nie wynikają z niejasnej jakoby natury omawianego problemu, lecz raczej z intelektualnej i politycznej niechęci wpływowych środowisk względem wniosków, które eksperci zajmujący się tym tematem są w stanie wyciągnąć dzięki szczegółowej analizie problematyki.


Terroryzm wzbudził powszechne zainteresowanie światowych mediów, a w efekcie opinii publicznej, dzięki brawurowej akcji 19 obywateli państw bliskowschodnich (głównie Arabii Saudyjskiej), którym udało się zaatakować terytorium jedynego supermocarstwa nadchodzącego XXI wieku – USA. Atak z 11 września 2001 r. skierowany w główne symbole amerykańskiej potęgi i supremacji – Centrum Handlu Światowego w Nowym Jorku, Pentagon i Biały Dom (lub Kapitol) w Waszyngtonie (1), spowodował śmierć ponad trzech tysięcy osób a także szok i przerażenie obywateli amerykańskich, którzy w ten drastyczny sposób przekonali się, że mimo zakończenia Zimnej Wojny nie są całkowicie bezpieczni, a terytorium ich państwa jest równie narażone na ataki terrorystyczne, jak terytoria licznych państw borykających się z tym problemem od dziesięcioleci. Zamach ten wykazał zasadnicze słabości amerykańskiego systemu ochrony ludności przed tego rodzaju atakiem, spowodował zasadnicze zmiany w amerykańskiej polityce zagranicznej (2) i został uznany przez wielu publicystów jako wydarzenie wyznaczające właściwy symboliczny początek XXI wieku.

Wkrótce potem, dotąd raczej nieznani specjaliści zajmujący się problematyką terroryzmu zostali przedstawieni przez media szerszej publiczności, sam temat zaczął być powszechnie omawiany i komentowany a powstające jak grzyby po deszczu publikacje książkowe dotyczące tego zjawiska stawały się murowanymi bestsellerami. Również nazwisko Usamy bin Ladina i nazwa jego organizacji – Al-Kaidy - stały się powszechnie znane, a jego twarz została globalną ikoną – symbolem ruchu będącego reprezentantem współczesnego „zła” (evil) czyhającego na spokojnych Amerykanów, lub w innej, nieco mniej popularnej w USA wersji, reprezentującego zbrojny sprzeciw wobec „zła” rozsiewanego w świecie przez cywilizację zachodnią i jej czołowego eksponenta – USA (3). Atak z 11 września uznano za akt wojny (niektórzy zaczęli mówić wręcz o III lub nawet IV wojnie światowej, np. były dyrektor CIA James Woolsey oraz znany neokonserwatysta Norman Podhoretz, a w Polsce (były) ambasador, Krzysztof Mroziewicz) wypowiedzianej przeciwko Ameryce (4), Zachodowi (5) lub przeciw całej ludzkiej cywilizacji (6). Wojna ta nie zaczęła się jednak 11 września 2001 r., lecz znacznie wcześniej, a akt jej otwartego wypowiedzenia miał miejsce co najmniej 23 sierpnia 1996 r. (9.4.1417 rok hidżry), gdy Usama bin Ladin opublikował swoją deklarację wypowiedzenia wojny Amerykanom (7) – wówczas jednak mało kto, wliczając w to media, zauważył to wydarzenie, a jeszcze mniej osób potraktowało je poważnie, co po części tłumaczy także nieprzygotowanie amerykańskiego sektora bezpieczeństwa do wykrycia późniejszego ataku (8). Jednak mimo wzmożonego zainteresowania problematyką globalnego terroryzmu po 11 września 2001 r., w dalszym ciągu stosunkowo niewiele osób dokładnie zna i rozumie historyczne i ideologiczne determinanty określające skłonność niewielkiej liczby muzułmanów do organizowania aktów globalnej przemocy politycznej wobec Zachodu i wikłania się w, zdaję się raczej beznadziejną, walkę przeciwko zachodnim państwom i ich społeczeństwom.



Trzeba bowiem już na wstępie zauważyć pewną oczywistość, że mówiąc o globalnym terroryzmie u progu XXI wieku, ma się na myśli terroryzm islamistyczny*, tj. wywodzący się ze świata muzułmańskiego i związany z pewnymi skrajnymi interpretacjami tej religii. Rzecz jasna, nie wolno patrzeć na starożytną i wyrafinowaną cywilizację muzułmańską wyłącznie przez pryzmat aktów antyzachodniego terroru. Jest poważnym błędem i nadużyciem utożsamianie bogatej kultury islamu wyłącznie z tymi, którzy chwalą, finansują, przygotowują i przeprowadzają ataki terrorystyczne – w każdym przypadku zajmuje się tym zdecydowana mniejszość muzułmanów (choć, niestety, w przypadku tego pierwszego, tj. mniej lub bardziej otwartego pochwalania jest to mniejszość wyraźnie już dziś widoczna). Nie oznacza to także, że tylko islamiści odwołują się do tego rodzaju działalności – terroryzm jest o wiele starszy niż sama cywilizacja muzułmańska (dość wspomnieć żydowskich zelotów) i współcześnie występuje w wielu państwach bez jakichkolwiek powiązań z tą cywilizacją, w licznych krajach chrześcijańskich, hinduistycznych i in. (np. Irlandia Płn., Hiszpania, Kolumbia, Korsyka, Indie, Sri Lanka i in.). Również nie należy się spodziewać, by ewentualne wygaśnięcie konfliktu, w którym dziś uczestniczą islamiści oznaczało, że ta forma przemocy politycznej zostanie przez ludzi zarzucona (chyba, że zasadniczej zmianie ulegnie tzw. „natura ludzka” i ludzie pozbędą się odruchów agresji, co chyba nastąpi nieprędko, jeżeli w ogóle). Rozmaite lokalne „terroryzmy” istniały i można się spodziewać, że, niestety, będą nadal istnieć w przyszłości w sposób w przeważającej mierze niezależny od globalnego konfliktu początku XXI wieku.

Powyższe zastrzeżenia nie mogą jednak przesłonić faktu, że dzisiejsze akty globalnej zbrojnej wrogości wobec państw i społeczeństw zachodnich mają swoje źródła przede wszystkim, choć nie tylko, wśród niewielkiej ale wyraźnie dostrzegalnej, części ludności świata muzułmańskiego, i związane są z agresywną ideologią „islamu politycznego”. Jego celem jest rozbudzenie świadomości radykalnie interpretowanej religii tam, dokąd udało się dotrzeć muzułmanom, „oczyszczenie” własnej cywilizacji z ocenianych jako zgubne i jednoznacznie szkodliwe wpływów świata „niewiernych” (dar al-kuffar), w tym przede wszystkim wywodzących się z tak zwanej cywilizacji zachodniej, a następnie, w miarę postępów, na rozszerzenie „strefy wpływów” swojej religii (dar al-islam) dalej, w optymalnym (i raczej mało realistycznym) wariancie na cały świat. Ideologicznego uzasadnienia tej doktryny dostarczają liczne prace wybitnych przedstawicieli myśli islamistycznej XIX i XX wieku, wywodzących się zresztą z rożnych nurtów Islamu, takich jak Hasan Al-Banna, Sajjid Qutb, Sajid Mohamed Taleqani, Ali Shari’ati, Moteza Motahari, Mohamed Iqbal czy Abu Ala Al-Maududi. Nie sposób nie wymienić przy tej okazji także tych, którzy z mniejszym lub większym powodzeniem wcielali idee rewolucji islamskiej czy islamskiego odrodzenia w życie jak Ruhollah Chomejni, gen. Ziaul Haq, dr Hasan at-Turabi, mułła Umar, Hassan Nasrallah czy Ahmed Yassin. Ponadto, trzeba zauważyć, że idee obrony świata muzułmańskiego poprzez zbrojny dżihad przeciwko Zachodowi, Wielkiemu i Małemu Szatanowi są dzisiaj rozpowszechniane, ze sporym sukcesem, przez nader liczne zastępy mniej lub bardziej anonimowych kaznodziei dżihadu (preachers of hate, jak się ich nazywa w terminologii anglosaskiej), w bardzo wielu meczetach i szkołach koranicznych na całym świecie, w tym w zjednoczonej Europie i USA. Aktywnie promują oni ekstremistyczne interpretacje tej religii (takie jak wahhabizm czy deobandyzm) gloryfikujące przemoc skierowaną przeciw niewiernym, wykorzystując w tym celu także telewizję satelitarną oraz Internet, aby poszerzyć zakres swego oddziaływania. Mogą oni przyciągać swoich uczniów i zwolenników dzięki setkom milionów, a nawet miliardom dolarów, które w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat trafiły do nich, przede wszystkim z państw Zatoki Perskiej, szybko bogacących się na sprzedaży, tak potrzebnej Zachodowi i reszcie świata, ropy naftowej. Umiejętnie wykorzystują oni możliwości jakie dają im otwarte, demokratyczne, „multikulturalne” państwa zachodnie, by rekrutować rzesze wojowników dżihadu, zapewniając im także odpowiednie wsparcie logistyczne i finansowe. Bez tego mozolnego, cierpliwego i długotrwałego ideologicznego, finansowego i organizacyjnego zbiorowego wysiłku wielu muzułmanów trudno byłoby Abd Allahowi Azzamowi stworzyć w Pakistanie sprawną organizację logistyczną - mekhtab al-khidemat (MAK), wspierającą afgańskich „mudżahedinów” walczących z radzieckimi interwentami. Trudno byłoby też Ajmanowi Az-Zawahiriemu, Usamie bin Ladinowi i Mohamedowi Atefowi stworzyć, po tajemniczej śmierci jej założyciela w 1989 r., islamistyczną „międzynarodówkę”, wspierającą liczne komórki terrorystyczne w kilkudziesięciu krajach na całym świecie, a następnie przekształcić ją w radykalny ruch społeczny, który pod koniec XX wieku udanie połączył odległe wysepki odizolowanych dotąd od siebie konfliktów, w których stroną byli i są muzułmanie (Afryka Płn. i Zachodnia, Bliski Wschód, Bałkany, Kaukaz, Azja Środkowa, Azja Płd.-Wsch.) w starcie ideologiczne o charakterze globalnym (9) (dla potrzeb tego artykułu pomijam, bardzo istotny skądinąd, problem różnic, dzielących poszczególne ugrupowania islamistyczne). Gdy mówi się o Al-Kaidzie liczni publicyści często wspominają, że jest ona jakoby „produktem” amerykańskim, zapominając przy tym o ogromnej roli rządów i ludności państw muzułmańskich – głównie Arabii Saudyjskiej (pomoc finansowa) i Pakistanu (pomoc logistyczna, militarna i wsparcie wywiadowcze) w stworzeniu tej organizacji (10).

Nie ma miejsca w tym artykule na szczegółową analizę programu radykalnych islamistów (analiza taka została zresztą dokonana przez wybitnych znawców tematu – wspomnianego już Bassama Tibiego czy Gillesa Kepela (11)), to co jest jednak istotne to fakt, że ten współczesny radykalny ruch społeczny, głoszący potrzebę obrony świata muzułmańskiego poprzez ograniczanie wpływów Zachodu, w tym także przy użyciu przemocy wymierzonej w jego obywateli, wypracował swoją niezależną agendę ideologiczną i zestaw pryncypiów już w pierwszej połowie XX wieku, jeszcze przed powstaniem państwa Izrael i na długo przed objęciem władzy w USA przez neokonserwatywną administrację George’a W. Busha. Nie można zatem, moim zdaniem, zasadnie oczekiwać, że np. rozwiązanie problemu palestyńskiego, czy „zmiana reżimu” w USA spowoduje w najbliższym czasie tak znaczące osłabienie zapału radykalnych islamistów, by zaprzestali oni dokonywania aktów terrorystycznych wobec świata zachodniego. Al-Kaida atakowała amerykańskie cele, choć nie w samej Ameryce, a bin Ladin rzucał na ten kraj swoje fatwy wtedy, gdy prezydentem tego kraju był łagodny jak gołąbek (w porównaniu z obecnym) Bill Clinton (najbardziej wówczas znane zamachy na amerykańskie ambasady w Kenii i Tanzanii spowodowały ponad 200 ofiar, w tym 12 Amerykanów). Jak się zasadnie przypuszcza, atak z 11 września 2001 r. był przygotowywany operacyjnie co najmniej od drugiej połowy 1998 czyli w czasie, gdy George W. Bush nie był nawet kandydatem na prezydenta USA (12). Wydaję się, że jedyna polityka amerykańska, którą islamiści byliby skłonni zaaprobować, musiałaby oznaczać całkowite wycofanie się USA z polityki światowej czyli totalny izolacjonizm. Pozostaje otwartym pytanie, czy reszta świata rzeczywiście skorzystałaby na takim zachowaniu Ameryki i czy dla islamistów nie byłoby to zachętą do dalszych, o wiele bardziej radykalnych żądań (i działań).

Także rozwiązanie konfliktu izraelsko-palestyńskiego nie powinno prowadzić do nadmiernych oczekiwań w odniesieniu do globalnego islamistycznego terroryzmu. Trzeba wyraźnie powiedzieć w tym miejscu, że konflikt ten wymaga pilnego rozwiązania – Palestyńczycy muszą mieć szansę na budowę swego niepodległego państwa. Miejmy zatem nadzieje, że strony konfliktu zakończą wreszcie walkę zbrojną i zasiądą do stołu rokowań, a efektem negocjacji będzie porozumienie satysfakcjonujące obie strony. Od USA (a także od Unii Europejskiej) należy wymagać aktywnego zaangażowania się w izraelsko-palestyński proces pokojowy. Być może już wkrótce Palestyńczycy, osłabieni niedawną śmiercią swojego lidera i wyczerpani nieudaną drugą intifadą poważnie zaangażują się w rozmowy z nowo powstałą w Izraelu „wielką koalicja” co da efekt w postaci układu pokojowego, otwierającego drogę do powstania w pełni niepodległego palestyńskiego państwa. Nie trzeba chyba tłumaczyć, jak bardzo pożądane byłoby takie rozwiązanie tego, ciągnącego się już ponad pół wieku, konfliktu. Można byłoby wówczas zasadnie oczekiwać, że powstanie niepodległego państwa palestyńskiego radykalnie ograniczy problem palestyńskiego terroryzmu (oraz izraelskiej, często niesłychanie brutalnej, militarnej odpowiedzi na tenże). Można także spodziewać się, że przyszłe rozwiązanie tego konfliktu zmniejszy poparcie dla najżarliwszych islamistów w pozostałych muzułmańskich społeczeństwach. W moim przekonaniu jednak nie jest realistycznym oczekiwanie, że porozumienie takie znacznie zmniejszy ryzyko kolejnego ataku na zachodnie cele ze strony grup najbardziej radykalnych islamistów, dla których jedyne właściwe i możliwe do zaakceptowania rozwiązanie tego konfliktu oznacza likwidacje państwa Izrael, co nie jest przecież realne. Kolejnych ataków na świat zachodni spodziewać się zatem należy nawet po ewentualnym rozwiązaniu tego konfliktu, gdyż cały czas szczególnie zapalczywi islamiści będą w stanie zarzucać USA, że te wspierają samo istnienie Izraela i tym samym uniemożliwiają „oczyszczenie Bliskiego Wschodu” z tej „zachodniej, obcej światu muzułmańskiego naleciałości”. Polityczna agenda islamistów jest bowiem o wiele szersza i o wiele bardziej niezależna od tej czy innej polityki USA, i nawet jeżeli należy ocenić ją jako nierealistyczną, jeszcze przez czas jakiś będzie aktywnie realizowana. Jedynie wyraźny brak sukcesów islamistów w dłuższej perspektywie czasowej może sprawić, że ich zapał, silnie obecnie rozbudzony, powoli wygaśnie.

Dopiero bowiem pod koniec ubiegłego wieku, wraz z postępującym procesem tzw. globalizacji, ruch ten zyskał możliwości globalnego działania i spektakularnego przedstawienia światowej opinii publicznej zarówno swoich ideałów, jak i środków, przy pomocy których chce je zrealizować. Dopiero dzięki instrumentom globalizacji zasięg działania islamistów osiągnął wymiar ogólnoświatowy. Brytyjski konserwatywny filozof, Roger Scruton stwierdza: „Przykładem realnego wpływu globalizacji na odrodzenie się islamu jest Al–Kaida. Należeć do tej „bazy”, to nie uznawać żadnego terytorium za ojczyste i żadnego prawa ludzkiego za obowiązujące. Należeć do tej bazy, to świadomie skazać się na permanentne wygnanie, przy jednoczesnym postanowieniu wykonania bożego dzieła kary. Technika i infrastruktura, z której korzysta Al–Kaida, jest jednak darem od nowych globalnych instytucji. Wall Street i Zurych stworzyły międzynarodową sieć finansową, która pozwala ben Ladenowi ukrywać swoje bogactwo i posługiwać się nim na całym świecie. Zachodnia przedsiębiorczość o ponadnarodowym zasięgu stworzyła technologie, których ben Laden tak skutecznie użył przeciwko nam. Zachodnia nauka stworzyła broń masowej zagłady, którą tak bardzo chciałby zdobyć. Również jego majątek nie powstałby bez petrodolarów, które napłynęły do Arabii Saudyjskiej z Zachodu i wywołały bum budowlany, na którym dorobił się jego ojciec. Saudyjski bum budowlany, u którego podstaw legła eksplozja demograficzna wynikła z globalnego handlu, jest symbolem Zachodu i zasięgu jego oddziaływania. Na trwałe odmienił on oblicze Arabii, w odczuciu wielu muzułmanów – na gorsze.” (13)

Scruton słusznie zauważa, że bez zasadniczego rozluźnienia barier ograniczających imigracje w minionym półwieczu, Al-Kaida nie mogłaby tak swobodnie rekrutować swoich członków, którzy tak znakomicie korzystaliby z infrastruktury, w tym edukacyjnej, Zachodu i nie rzucali się w oczy w tamtejszych „wielokulturowych”, otwartych i tolerancyjnych społeczeństwach, przyzwyczajonych do trwałej obecności muzułmanów (członkowie tak zwanej „komórki hamburskiej”, odpowiedzialnej za zamach 11 września 2001 r. przez wiele lat studiowali w RFN, a następnie przez ponad rok mieszkali w USA, nie rzucając się w oczy tamtejszym służbom specjalnym, podobnie było ze sprawcami zamachu w Madrycie z 11 marca 2004 r.). Bez nowoczesnych sposobów transferu finansów oraz środków transportu wytworzonych przez zachodnią technikę i instytucje finansowe terroryści nie mogliby swobodnie podróżować po całym świecie, z łatwością korzystając z transferu funduszy. Bez globalnych środków masowego przekazu, w tym amerykańskich wynalazków – telewizji satelitarnej oraz Internetu, Usama bin Ladin nie byłby w stanie rozpowszechniać swoich wystąpień na cały świat, przekonując do swych racji i zyskując nowych sympatyków dla swojej sprawy. Nie udało by mu się również zdominować uwagi niemal całej światowej opinii publicznej 11 września 2001 roku, gdyby nie natychmiastowy przekaz zachodnich sieci telewizyjnych, pokazujących w czasie realnym obraz walących się wież na Manhattanie publiczności na całym świecie. Natomiast dzięki rozpowszechnieniu się międzynarodowej turystyki w XX wieku, zachodnich turystów łatwo można znaleźć (i zaatakować) prawie wszędzie na świecie. Globalizacja oznacza więc także globalizację terroru jako metody walki z jej wpływem, gdy jest ona postrzegana jako szkodliwa westernizacja lub wręcz amerykanizacja. Obecnie za jedyną prawdziwie globalną organizacją terrorystyczną można uznać tzw. Al-Kaidę, choć precyzyjnie mówiąc jest nią Światowy Islamski Front na rzecz Walki z Żydami i Krzyżowcami - założone w drugiej połowie lat 90-ych XX wieku porozumienie kilkunastu muzułmańskich organizacji terrorystycznych, mających swoje komórki i dokonujących ataków na wszystkich kontynentach (z wyjątkiem Antarktydy).* Pozostałe działające obecnie ugrupowania terrorystyczne mają zasięg lokalny, lub co najwyżej regionalny.

Jednym słowem, bez nowoczesnych technologii wytworzonych przez świat zachodni, umożliwiających globalny, swobodny przepływ ludzi, informacji i finansów, nie doszłoby do rozlania się, jak to ocenia wspomniany wyżej francuski specjalista Gilles Kepel, w gruncie rzeczy wewnętrznego konfliktu świata muzułmańskiego na resztę naszego globu – konflikt ten pozostawałby konfliktem lokalnym, choć występującym tam, dokąd udało się dotrzeć radykalnym muzułmanom. Autor ten sugeruje, że zamach z 11 września 2001 r. był tak spektakularną, jak rozpaczliwą próbą pozyskania nowych sympatyków dla słabnącego wówczas, jak to ocenia, nurtu radykalnego islamizmu i tchnięcia w jego walkę nowego ducha poprzez pozyskanie rzesz nowych zwolenników. Amerykańska zbrojna odpowiedź na ten zamach pokazała światu muzułmańskiemu, że świat zachodni ma jakoby toczyć z nim bezwzględną walkę – bin Ladin mógł wówczas zaprezentować się braciom w wierze jako ich oddany obrońca. Można dziś zauważyć, że do pewnego stopnia jego próba była udana – jak się szacuje, szczególnie po rozpoczęciu amerykańskiej inwazji na Irak wzrosły zastępy tych, którzy gotowi są walczyć w imię Allaha ze współczesnymi krzyżowcami na całym niemal świecie.

Mówiąc jednak o globalnym wymiarze tego konfliktu dokonuje się pewnego nadużycia – do jego opisu lepszy byłby, mniej w polskim piśmiennictwie znany, termin glokalny (14), oznaczający, w dość swobodnej interpretacji, zjawisko, które ma lokalne korzenie i początkowo lokalny zasięg, i które dzięki mechanizmom globalizacji staje się problemem wykraczającym daleko poza ową „lokalność” – staje się problemem o zasięgu światowym. Tak też jest z konfliktem, a raczej konfliktami w których uczestniczą islamiści –

każdy z nich ma swoją lokalną etiologię i odrębne przyczyny historyczne (Algieria, Sudan, Egipt, Arabia Saudyjska, Bośnia, Czeczenia, Afganistan, Indonezja, Filipiny, żeby wymienić jedynie najważniejsze), które jednak w dobie globalizacji zostały przez bin Ladina z wielkim sukcesem połączone, zlewając się w całość w świadomości ich uczestników. W przekonaniu islamistów, muzułmanie na całym świecie są bezustannie poniżani i atakowani przez „Żydów i Krzyżowców”, a obywatele państw zachodnich mogą być w odwecie zaatakowani prawie wszędzie (tak jak to się stało w Luksorze, Dar-es-Salam, Nairobi, Nowym Jorku, Bali, Dżakarcie, Dżerbie, Madrycie, Istambule czy Amsterdamie).



Często argumentuje się, że muzułmanie dokonujący ataków terrorystycznych na zachodnie instytucje i obywateli jedynie bronią swoich ziomków przed zachodnią agresją. Jak jednak słusznie zauważa Konrad Pędziwiatr w swojej recenzji książki Johna L. Esposito: „Użyteczność koncepcji dżihadu mniejszego opiera się przede wszystkim na braku jednomyślności co do tego, czym jest „atak na islam”. Wiele ugrupowań radykalnych zastąpiło tradycyjne definicje nowymi interpretacjami zapisów koranicznych, znacznie poszerzając ich zakres. W ich rozumieniu sprawiedliwy dżihad zdecydowanie wykracza poza ramy, jakie nadaje mu szari’at i powinien być prowadzony także przeciwko atakowi ideologicznemu Zachodu. Wraz z odrzuceniem klasycznych definicji sytuacji, w których można wypowiedzieć dżihad obronny, radykalne ugrupowania muzułmańskie nie uznają także reguł, w imię których powinien on być toczony. Zasady takie jak proporcjonalność przemocy, użycie tylko niezbędnych środków do odparcia przeciwnika, nie krzywdzenie niezaangażowanych w walkę cywilów, czy wypowiedzenie wojny przez przywódcę religijnego (w przypadku sunnitów – kalifa, a szyitów – imama) są, zdaniem wielu z nich, nieaktualne w nowych realiach.” (15) Można zauważyć, że pojęcie obrony przed domniemanym zachodnim atakiem jest czasem rozumiane w sposób szalenie pojemny – czy Mohamed Bouyeri, zabójca Theo van Gogha, urodzony i wychowany w Holandii muzułmański ekstremista, jedynie „bronił” muzułmanów przed filmowym „atakiem” radykalnego holenderskiego reżysera, pakując w jego ciało sześć kul, podrzynając mu gardło i wbijając w pierś dwa noże? Czy zabójstwo to nie narusza, wspomnianej przez Pędziwiatra, zasady proporcjonalności przemocy? Bouyeri zostawił wbity nożem w ciało reżysera długi list wyjaśniający motywy swojego politycznego zabójstwa – jego właściwym celem była holenderska parlamentarzystka Ayaan Hirsi Ali. Była ona jednak już w owym czasie chroniona przez policję, stąd wybór na cel ataku bezbronnego reżysera. W odezwie zabójcy skierowanej do „niewierzącej fundamentalistki” można przeczytać: „Od czasu wstąpienia na polityczną scenę Holandii terroryzowałaś muzułmanów i islam swoim słowem. Poprzez odstępstwo od wiary nie tylko odwróciłaś się od prawdy, lecz także przeszłaś na stronę żołnierzy zła. Twoi nowi panowie wynagrodzili cię za to miejscem w parlamencie... Wiesz, że wraz z aktami wrogości wobec islamu rzuciłaś bumerang, który do ciebie powróci... Prorok powiedział kiedyś: „Wiem, o faraonie, że twój koniec jest bliski”. Pragniemy użyć podobnych słów: Wiem, Ameryko, że twój koniec jest bliski. Wiem, Holandio, że twój koniec jest bliski. Wiem, Hirsi Ali, że twój koniec jest bliski. Wiem, o niewierni, że koniec was wszystkich jest bliski.” (16) W myśl tej retoryki prawdziwym agresorem była Ali i van Gogh, a Bouyeri jedynie obrońcą islamu – czy oznacza to jednak, że świat zachodni ma bez sprzeciwu, w imię specyficznie rozumianej idei „multikulturalizmu”, zaakceptować taki sposób myślenia? Czy jest gotów ponieść wszelkie tego konsekwencje czyli kolejne zabójstwa i zamachy?

Można zauważyć, że to wyraźnie dziś widoczna kulturowa, ekonomiczna i militarna dominacja Zachodu, w tym przede wszystkim USA we współczesnym, postzimnowojennym, zglobalizowanym świecie, jest postrzegana jako „atak” Zachodu na świat islamu i pobudza silne poczucie niższości oraz antyzachodnie resentymenty grup radykalnych muzułmanów, które silnie napędzają ten konflikt. Właśnie ta asymetria sił sprawia zaś, że metodą walki islamistów z USA oraz państwami i społeczeństwami europejskim, a także, o czym nie należy zapominać, z prozachodnimi reżimami państw muzułmańskich (liczba muzułmańskich ofiar terroru islamistów wielokrotnie przekracza liczbę zabitych obywateli państw zachodnich) jest terroryzm, zwany często „bronią słabych”. Jako stronie bezwzględnie słabszej, islamistom nie pozostało jakoby nic innego jak toczyć swą walkę takimi środkami, jakie były w ich dyspozycji – z braku samolotów bojowych, rakiet i bomb, aby się bronić „musieli” oni zamienić w pociski kierowane cywilne samoloty, pociągi, ciężarówki, oraz, jak przewidują niektórzy, w przyszłości także statki (17).

Samo pojęcie terroryzmu jest niezwykle kontrowersyjne – liczni komentatorzy twierdzą, że trudno jest jednoznacznie zdefiniować działanie „terrorystyczne” i odróżnić je od „normalnej” wojny czy partyzantki. Sugerują oni także, iż ze względu na jednoznacznie pejoratywny wydźwięk powinno zachować się daleko idącą ostrożność w jego użyciu, by „bojowników o słuszną sprawę” (tzw. „freedom fighters”) nie dyskredytować użyciem tego negatywnego określenia (18). Stąd też często w mediach terrorystów nader często określa się zamiennie jako „bojowników” („fighters”, „militants”), „zbrojnych” („gunmen”) „rebeliantów” („rebels”), „działaczy” („activists”) lub „partyzantów” („guerilleros”). Jest w tych spostrzeżeniach sporo racji, zwłaszcza gdy prześledzić praktyczne stosowanie tych pojęć w środkach masowego przekazu. W Polsce było to ostatnio szczególnie widoczne przy okazji wydarzeń w Biesłanie – wyraźnie sympatyzujące z Czeczenami polskie media starały się jak mogły, by wymowę tego ewidentnego aktu terroryzmu osłabić poprzez wskazanie domniemanej odpowiedzialności Rosjan za ten atak lub go, przynajmniej częściowo, usprawiedliwić zbrodniami wojsk rosyjskich w Czeczenii. Warto także zauważyć, że te same media z reguły nie obciążają Amerykanów odpowiedzialnością za częste akty terroryzmu, mające obecnie miejsce w Iraku. W moim przekonaniu problem z definicją terroryzmu nie leży wcale w rzekomym niedookreśleniu samego zjawiska, lecz we wspomnianych wyżej sympatiach i antypatiach mediów, komentatorów, opinii publicznej i przedstawicieli świata polityki, co powoduje, że pojęcia tego się nie używa lub go nadużywa – w zależności od kierunku sympatii lub antypatii.

Chciałbym zaproponować w tym artykule krótką definicję terroryzmu, nie będącą oczywiście moim oryginalnym wkładem, lecz jedynie syntezą określeń już znanych i używanych w licznych definicjach stosowanych przez wielu ekspertów i agendy rządowe (19). Przez działalność terrorystyczną rozumiem metodę walki zbrojnej używaną w asymetrycznym konflikcie zbrojnym, która zakłada intencjonalne użycie przemocy (lub groźbę jej użycia) przeciwko nie walczącym jednostkom ludzkim lub grupom, aby poprzez psychologiczne zastraszenie szerokiej publiczności i rządu osiągnąć zakładane cele polityczne. Definicja ta zakłada kilka kluczowych elementów, które należy omówić nieco bardziej szczegółowo.



Po pierwsze, terroryzm jest tu rozumiany jako metoda walki używana w asymetrycznym konflikcie zbrojnym - terroryzm zakłada użycie różnych rodzajów broni (od broni ręcznej do BMR) w sytuacji, w której jedna strona konfliktu bądź nie ma możliwości prowadzenia regularnej wojny ze względu na przygniatającą przewagę drugiej strony (np. Irak, Palestyna), lub też jest niechętna, aby taki konflikt prowadzić (np. Kaszmir). Ponieważ terroryzm to metoda walki używana przez stronę konfliktu, trzeba zauważyć, że określenia w rodzaju „wojny z terrorem” („war on terror”) czy z terroryzmem są w pewien sposób mylące. Wojnę można toczyć z konkretną grupą ludzi – stroną konfliktu, która wykorzystuję metodę terrorystyczną stosując ją w swoich działaniach. Nie można jednak toczyć „wojny z terroryzmem”, tak jak nie można toczyć np. „wojny z bitwą morską”, gdyż jest to również metoda, a nie strona, konfliktu zbrojnego. Państwa lub ich koalicja mogą toczyć wyłącznie walkę z konkretnymi grupami terrorystycznym, a także z jednostkami i państwami, które je wspierają, a nie z samym zjawiskiem, które na długo zapewne pozostanie w arsenale zwalczających się stron. Jest jednak jasne, że poważne osłabienie grup terrorystycznych poprzez eliminację lub zniechęcenie osób, które dokonują aktów terroryzmu może zmniejszyć nasilenie tego zjawiska. Nie sądzę by dało się ono całkowicie wyeliminować, niemniej jednak można (i należy) eliminować ludzi, którzy tę formę walki stosują.

Po drugie, sprawcy zamachu terrorystycznego świadomie i celowo, w sposób planowany, nie przypadkowy, używają przemocy wobec celów nie prowadzących w danym momencie walki zbrojnej (w terminologii anglosaskiej tzw. non-combatants) – jest to pojęcie szersze, niż często używane w definicjach pojęcie „cywilów”. Chodzi o to, aby wykorzystując je odróżnić prawomocną walkę przeciwko oddziałom wojskowym lub paramilitarnym prowadzącym w momencie ataku działania militarne (w warunkach konfliktu zbrojnego), co można zasadnie nazwać działaniem partyzanckim, od sytuacji, w której atakuje się żołnierzy lub policjantów nie na służbie, np. grupę nieuzbrojonych żołnierzy na przystankach autobusowych (np. Izrael) czy policjantów po służbie (Hiszpania), lub załogę okrętu wojennego, nie prowadzącego działań zbrojnych w momencie zamachu (przypadek ataku na amerykański niszczyciel USS Cole serwisowany w porcie w Adenie w październiku 2000 r.). Oczywiście, osoby cywilne mieszczą się w tym szerszym określeniu, proponowanym w powyższej definicji.

Po trzecie, zasadniczym celem ataku terrorystycznego jest wywarcie politycznego wpływu na atakowaną stronę, np. zmuszenie jej do zmiany prowadzonej lub planowanej polityki wewnętrznej lub zagranicznej, a sposobem osiągnięcia owej zmiany jest wzbudzenie strachu i paniki - zastraszenie i zaszokowanie atakowanej populacji poprzez przemoc wymierzoną w jej przedstawicieli, wzbudzenie poczucia zagrożenia i bezsilności, i wykazanie w ten sposób, że władze nie są w stanie zapewnić atakowanemu społeczeństwu bezpieczeństwa, co ma je kompromitować i podważyć zaufanie obywateli do rządzących. W efekcie, zaatakowana populacja może wywrzeć wpływ na rząd (lub go zmienić, jak się to stało w Hiszpanii krótko po zamachu z 11 marca 2004 r.), aby spełnił on żądania terrorystów. Same władze mogą także zmienić w myśl żądań terrorystów swą politykę, w obawie przed silną reakcją własnego społeczeństwa.

Powyższa definicja, choć zapewne daleka od doskonałości pozwala, w moim przekonaniu, na dość wyraźne odróżnienie działania stricte terrorystycznego od regularnej walki zbrojnej (w wyniku której bardzo często, niestety, giną osoby cywilne, w tym kobiety i dzieci), działania partyzanckiego czy aktu „zwyczajnego” bandytyzmu (tzw. „terroryzm kryminalny”). Pozwala także odróżnić terroryzm od zbrodni wojennych, popełnianych przez regularne siły zbrojne, i nie mniej od niego odrażających. W świetle tej definicji terrorystą jest każdy, kto sięga po opisaną wyżej metodę walki, niezależnie od tego jak szlachetne czy zrozumiałe intencje przyświecają jego działaniom i jak mocno sympatyzujemy z jego sprawą.

Oczywiście, można dodawać kolejne istotne elementy do tej definicji, jak choćby zwracając uwagę, że terroryści z reguły nie stosują się do prawnych konwencji regulujących działania zbrojne, czy podkreślając znaczenie wolnych mediów masowych dla skuteczności politycznego przesłania terrorystów. Można wskazać, że często celem terrorystów jest sprowokowanie brutalnej odpowiedzi atakowanego państwa, co ma je zdyskredytować w oczach opinii publicznej i w ten sposób zalegitymizować walkę prowadzoną przez terrorystów. Jest także rzeczą oczywistą, że definicja ta nie wyeliminuje źródeł głównego, w moim przekonaniu, problemu z definiowaniem tego zjawiska – otwartej lub skrytej sympatii dla „sprawy”, o którą walczą terroryści. Z całą pewnością nie zaakceptują jej, tak jak zresztą każdej innej definicji ci, którzy uważają, że cel uświęca środki i np. walka o niepodległość uzasadnia, w przypadku miażdżącej przewagi drugiej strony (oraz jej okrucieństwa), zamierzone atakowanie cywilów, w tym kobiet i dzieci, oraz żołnierzy lub policjantów po służbie.

Można także zaadaptować nieco mniej poważne podejście do definicji tego zjawiska, zaproponowane przez znanego badacza przemocy politycznej, Waltera Laqueura, który niegdyś zauważył, że terroryzm jest jak pornografia – być może podobnie trudno go zdefiniować, jednak gdy się już zobaczy akt terroryzmu, mało kto ma wówczas problemy z jego właściwym zakwalifikowaniem (20). Oglądając telewizyjne relacje z wydarzeń w Nowym Jorku, Bali, Madrycie, Tel Aviwie, Moskwie, Biesłanie czy Amsterdamie, w gruncie rzeczy mało kto będzie miał wątpliwości – są to ewidentne akty terroryzmu i tak powinny być klasyfikowane, niezależnie od tego jak ocenia się motywacje ich sprawców czy szersze przyczyny konfliktów, których są przejawami. Można także stwierdzić, że kwestia definicji terroryzmu jest ważna dla akademickiej analizy tego zjawiska, ale ma zdecydowanie mniejsze znaczenie z punktu widzenia działania służb antyterrorystycznych, które nawet bez precyzyjnej definicji tego zjawiska wiedzą co powinno wchodzić w obszar ich zainteresowania. Kwestie semantyczne nie są przecież istotnym problemem dla antyterrorysty – problemem jest realna sytuacja w której zagrożeni są ludzie, a jego zadaniem jest likwidacja zagrożenia i ich uratowanie, a nie akademicki spór o słowa.

Warto zauważyć w tym miejscu, że zamachy terrorystyczne najczęściej przeprowadza się w państwach, w których społeczeństwa są chociaż w pewnym stopniu upodmiotowione. Zamachy terrorystyczne w dyktaturach zdarzają się relatywnie rzadziej, jeśli w ogóle, gdyż w takich systemach politycznych to władze państwowe zazdrośnie sprawują monopol w zastraszaniu populacji, której los jest im w znacznym stopniu obojętny. Ewentualne akty terroryzmu nie miały większego znaczenia w systemach opresywnych takich jak nazizm w Niemczech, stalinizm w Rosji czy Irak za Saddama Husajna, gdzie społeczeństwa nie były podmiotem, lecz przedmiotem działań „politycznych” a ich wpływ na władze był znikomy. W tych krajach to właśnie rządzący posługiwali się terrorem na masową skalę, by zastraszyć własną ludność. Sensowność aktu terrorystycznego była w takim systemie nikła, ze względu na brak wolnych (nie kontrolowanych przez władzę) mediów (a zatem informacja o zamachu mogła być skutecznie ukrywana), a władze w takich systemach mogły swobodnie stosować środki surowych represji wobec szerokich grup podejrzewanych o sympatie z zamachowcami. Władze państw demokratycznych nie mogą, na szczęście, odwołać się do zasady zbiorowej odpowiedzialności i represji, jakich użyły na przykład władze Jordanii, Arabii Saudyjskiej czy Syrii, atakowane przez „bojowników”.* Walka z grupami terrorystycznymi stanowi poważny dylemat jedynie w państwach szanujących podmiotowość obywateli – to w tych państwach toczy się publiczna dyskusja o zakresie środków, których można użyć w tej walce. Władcy w tyraniach nie mają oporów w używaniu najbardziej nawet brutalnej przemocy przeciwko swoim wrogom, ani nie troszczą się o poddanych ich woli. Jak zauważa Bronisław Łagowski: „(...) w krajach, gdzie panuje rzeczywista tyrania, a nie tylko rząd nielubiany, niczego się za pomocą brania zakładników nie osiąga. Nie słyszano, aby ktoś próbował w ten sposób wymóc coś na władzy w hitlerowskich Niemczech, bolszewickiej Rosji, w dzisiejszym Iranie, nie mówiąc już o dyktaturach afrykańskich. Gdy terroryści biorą zakładników, mamy świadectwo, że w atakowanym przez nich państwie może nie ma sprawiedliwości ani porządku, ale panuje duch humanitaryzmu, życie ludzkie jest tam cenione i istnieje opinia publiczna. Za takie państwo terroryści czeczeńscy muszą uznawać w głębi duszy Rosję, skoro ponawiają próby wywarcia presji na Moskwę metodą brania zakładników.” (21)

Kolejny problem, który wywołuje wiele kontrowersji to kwestia „przyczyn” terroryzmu. Wydaję się, że obecnie spora część mediów i komentatorów, choć niekoniecznie ekspertów w tej dziedzinie, ma skłonność do wyraźnego przeceniania jednej z przyczyn – biedy, i rażącego niedoceniania innej, w moim przekonaniu o wiele ważniejszej – ekstremistycznej ideologii. Wielokrotnie w dyskusjach dotyczących korzeni terroryzmu padają sugestię, że główną przyczyną terroryzmu ma być ubóstwo, bezrobocie lub kryzys ekonomiczny. Zakłada się w związku z tym, że likwidacja biedy na świecie wyeliminuje skłonność do odwoływania się do tej formy przemocy politycznej. Podobnie jak wspomniany wyżej Laqueur sądzę, że oczekiwania te idą zdecydowanie za daleko. Uważam, że ograniczenie, a następnie likwidacja światowej biedy jest sama w sobie celem wysoce pożądanym (i, ze smutkiem trzeba stwierdzić, nader niełatwym). Problem ten wymaga zdecydowanie większej uwagi światowej opinii, jak i zaangażowanych środków. Nie przypuszczam jednak, by nawet całkowita likwidacja biedy uwolniła w przyszłości świat od problemu terroryzmu. Relatywnie łatwo jest udowodnić istotną korelację między złą sytuacją materialną społeczeństwa a przemocą kryminalną, choć oczywiście nie tylko ten czynnik wpływa na wzrost używanej w społeczeństwie przemocy. Problem jednak w tym, że terroryzm polityczny nie jest tak mocno związany z biedą jak się powszechnie przyjmuje. Nic bowiem nie wskazuje, by ta forma walki była wykorzystywana przede wszystkim przez ludzi o niskim lub bardzo niskim statusie materialnym. Natomiast jak uczy historia, gwałtowne nasilenie aktów terrorystycznych związane było z powstaniem i rozwojem dość wąskich, ale niezwykle spójnych grup o niesłychanie silnej motywacji ideologicznej, w skład których wchodzili bardzo często ludzie nie mający poważniejszych problemów materialnych.

Uważna analiza zarówno okresu nasilonych ataków terrorystycznych ze strony anarchistów na przełomie XIX i XX wieku (szczególnie widocznych w carskiej Rosji), jak i rozkwit lewackiego terroryzmu po 1968 r. w Europie Zachodniej (grupy takie jak: RAF, CCC, Action Directe, Czerwone Brygady (22)) czy wreszcie przypadek słynnego terrorysty Iljicza Ramireza „Szakala” Carlosa wskazuje, że choć istotnie terroryści często występowali w obronie ciemiężonych ich zdaniem klas lub grup społecznych, to stosunkowo rzadko sami się z tych klas wywodzili. Europejskie państwa zachodnie dotknięte lewackim terroryzmem nie należały do najbiedniejszych, a sami terroryści nie wywodzili się wyłącznie z najbardziej zubożałych warstw społecznych. Inne problemy społeczne niż bieda były tam dla terrorystów problemem. Chcieli oni zwalczać zachodnie „burżuazyjne” państwa w imię utopijnego projektu, w który mało kto poza nimi wierzył. Ich idealizm i brutalność była także wykorzystywana przez służby specjalne państw tzw. bloku wschodniego, przede wszystkim ZSRR i NRD, w zastępczych zmaganiach „zimnej wojny”. Ponadto, trudno było zauważyć, by klasy społeczne w których imieniu występowali lewaccy terroryści entuzjastycznie popierały ich działania. Zresztą, ten brak widocznego szerszego poparcia dla walki prowadzonej przez radykalne grupy zbrojne stawał się przyczyną frustracji ich członków i w efekcie prowadził część z nich do zarzucenia działań. Także członkowie separatystycznych grup zbrojnych, walczących o niepodległość dla swoich rodaków (np. IRA i pochodnych, ETA czy grup korsykańskich) wywodzą się z różnorodnych warstw społecznych – to silne pobudzenie ideologiczne, a nie pozycja materialna jest tym czynnikiem, który dostarcza im mocnej, nieraz fanatycznej, motywacji popychającej do aktów terroru.

Podobnie jest w przypadku islamistycznych grup terrorystycznych – rekrutują one swych członków zarówno wśród biedniejszych jak i bogatszych warstw ludności a tym, co skłania ich do działania nie jest sytuacja materialna ich braci w wierze (niekoniecznie w każdym państwie muzułmańskim drastycznie zła), lecz pobudki ideologiczne – przekonanie, że muzułmanie są brutalnie atakowani przez Zachód, a ich religia jest zastępowana przez idole niewiernych, w tym także właśnie przez dobra materialne, mające zagrażać jej wartościom duchowym. Dla ilustracji tej tezy nie chcę ograniczać się do wskazania, że jeden z twórców Al-Kaidy był człowiekiem wyjątkowo zamożnym, co jest powszechnie znane. Chciałbym zauważyć, że zdecydowana większość, jeśli nie wszyscy zamachowcy z 11 września 2001 r. pochodzili z rodzin o co najmniej dobrej kondycji materialnej – stali się terrorystami nie dlatego, że nagle popadli w problemy materialne, ale dlatego, że na swej drodze życiowej natknęli się na ideologów zbrojnego dżihadu – „siewców śmierci”, którzy skutecznie przekonali ich, że walka z Ameryką, symbolem znienawidzonego Zachodu, jest ich przeznaczeniem. Również zabójca amerykańskiego dziennikarza Daniela Pearla, Ahmed Szejk pochodził z zamożnej rodziny pakistańskich emigrantów w Wielkiej Brytanii (23). Mohamed Atta i jego koledzy mieszkając w USA nie mieli trosk materialnych – to raczej powszechne w ich przekonaniu przywiązanie do dóbr materialnych w Ameryce budziło ich pogardę wzmagając nienawiść i chęć zniszczenia. Ludzie biedni najprawdopodobniej pragnęliby korzystać z dostępnego im bogactwa, natomiast ludzie silnie ideologicznie zmotywowani, chcąc zniszczyć Amerykę, byli w stanie poświęcić swoje życie w imię swej idei (24). Można także stwierdzić, że problem biedy własnego społeczeństwa niekoniecznie był najbardziej istotny dla islamistów, gdy tylko mieli oni okazję dojść do władzy. Gdy Talibowie rządzili Afganistanem, dobrobyt ludności miał dla nich mniejsze znaczenie niż ścisłe przestrzeganie przez nią szari’atu (25). Usama bin Ladin domaga się wyzwolenia Arabii Saudyjskiej spod amerykańskiego jarzma, lecz nie jest do końca jasne, czy wraz z wszystkimi Amerykanami chce on również wypędzić z tego kraju wszystkie amerykańskie dolary.

Trzeba także pamiętać, że działalność terrorystyczna kosztuje – im bardziej spektakularny zamach, tym większy koszt. Szacuje się koszta zamachów z 11 września 2001 r. na 400 – 500 tysięcy dolarów. Koszt mniejszego zamachu z 11 marca 2004 r. w Madrycie był już znacznie niższy i, jak się przypuszcza, nie przekroczył 10 tysięcy euro (liczba ofiar była również dużo niższa). Długotrwała, skuteczna działalność terrorystyczna wymaga zaangażowania znacznych środków materialnych, dobrej logistyki i organizacji, a także specyficznych umiejętności, które nie są w społeczeństwach powszechnie dostępne – wymagają wsparcia ze strony wyspecjalizowanych agend tych państw, które wspierają grupy terrorystyczne (np. większa część semtexu trafiła w ręce IRA dzięki uprzejmości i zasobom libijskiego przywódcy, hojnie wspierającego irlandzkich „bojowników”). Państwa te często wspomagają finansowo działalność terrorystów, co zresztą, jeśli czynią to profesjonalnie, jest trudne do udowodnienia np. w procesie sądowym. Zdarza się również, że w przypadku braku wsparcia ze strony państw wspierających, grupy terrorystyczne podejmują działania typowo przestępcze jak wymuszanie haraczu – stosowny „podatek” na rzecz organizacji terrorystycznych płacą np. irlandzcy czy baskijscy przedsiębiorcy – czy też napady na sklepy lub banki. Badania szczegółowe nie wykazały silnego i bezpośredniego związku między skrajną biedą a działalnością terrorystyczną – uważny obserwator nie znajdzie śladów aktywnego funkcjonowania rodzimych terrorystów w grupie najbiedniejszych państw świata – tamtejsze populacje zajęte są bardziej walką o przetrwanie niż globalną walką z Ameryką w imię radykalnej ideologii (istnieje natomiast wyraźna dodatnia korelacja pomiędzy wojną, szczególnie domową a ubóstwem).

Oczywiście, ekonomiczne zubożenie może sprzyjać wzrostowi sympatii dla radykalizmu politycznemu w dotkniętej nim populacji, niemniej jednak nie zawsze musi on przyjąć formę terroryzmu. Można natomiast z całą stanowczością stwierdzić, że działalność terrorystyczna wymaga bardzo silnego ideologicznego pobudzenia, bez którego trudno wyobrazić sobie poziom motywacji skłaniający na przykład do przeprowadzania, popularnych ostatnimi czasy, zamachów samobójczych (26) *.

Trzeba zatem otwarcie stwierdzić, że w walce z terroryzmem nie ma „złotego” środka. Likwidacja biedy (niestety, raczej dość odległa) nie zmniejszy, moim zdaniem, ideologicznego zaangażowania w globalny konflikt na początku XXI wieku. Także rozwiązanie konfliktu palestyńsko-izraelskiego, ważne i potrzebne, również nie zlikwiduje tego zjawiska, choć może przyczynić się do zmniejszenia bazy rekrutacyjnej islamistów. Również kontrterrorystyczne i antyterrorystyczne działania militarne i paramilitarne nie są w stanie rozwiązać tej kwestii. Nie przysłuży się również temu ani szybkie wycofanie wojsk amerykańskich z Iraku, ani postulowane przez niektórych „wycofanie świata zachodniego ze świata muzułmańskiego” (nie wiadomo nawet dokładnie co miałoby to dziś konkretnie znaczyć – czy miałoby ono również obejmować np. zakaz kręcenia na Zachodzie krytycznych wobec muzułmanów filmów). Nie należy więc oczekiwać szybkiego ostatecznego zwycięstwa w deklarowanej przez państwa zachodnie „wojnie z terroryzmem”.

Nie oznacza to jednak, że nie można być w tej kwestii umiarkowanym optymistą. O ile bowiem nie można terroryzmu całkowicie wyeliminować, można go w istotny sposób ograniczyć. Potrzebne do tego celu jest prowadzenie spójnych i długofalowych międzynarodowych działań politycznych, ekonomicznych, ideologicznych i militarnych, angażujących bardzo wiele agend państwowych i społecznych. Celem tych działań powinno być zarówno zmniejszanie możliwości działań operacyjnych poszczególnych komórek terrorystycznych oraz odcinanie ich od wsparcia finansowego i logistycznego, jak i zmniejszanie atrakcyjności radykalnych idei (poprzez uniemożliwianie prowadzenia działalności ośrodkom radykalnej ideologii islamistycznej, ale też przez pełniejszą integrację muzułmanów w zachodnich społeczeństwach, wskazując im tym samym alternatywę dla politycznego ekstremizmu i ograniczając islamistom możliwości oddziaływania ideologicznego). Ważnym elementem tej wielopłaszczyznowej kampanii byłoby pobudzanie i prowadzenie prawdziwego dialogu (a nie nieustannego pouczania, jak obecnie) z tymi środowiskami w świecie muzułmańskim, które nie obawiają się występować przeciwko islamistom. Chcę bowiem jeszcze raz podkreślić, że w żadnym wypadku nie można całego świata muzułmańskiego obarczać odpowiedzialnością za działania radykalnych grup, które dziś tak chętnie występują w jego imieniu.

Prowadząc walkę z globalnymi grupami terrorystycznymi nie powinno się także tworzyć atmosfery nieustannego zagrożenia – uzasadniona czujność nie może prowadzić do „antyterrorystycznej paranoi”. Władze i społeczeństwa powinny mieć świadomość zagrożeń wynikających z ataku terrorystycznego, lecz nie powinno to prowadzić do dezorganizacji życia społecznego. Trzeba je uświadomić, że w otwartych społeczeństwach nigdy nie będzie możliwe zapewnienie pełnego bezpieczeństwa. Wszyscy musimy nauczyć się żyć z tym zagrożeniem jako z jedną z „plag” globalizacji – zjawiska, charakteryzującego się przecież nie tylko pozytywnymi przejawami. Sukcesem w walce z terrorystami będzie natomiast z całą pewnością zapobieżenie dokonania ataku na skalę dorównującą tym z 11 września, a szczególnie uniemożliwienie wykorzystania w ewentualnym ataku broni masowego rażenia. Jej zastosowanie zwiększyłoby bowiem radykalnie liczbę ofiar i stanowiło nową jakość w rozwoju tego groźnego zjawiska. Dlatego też zagrożone państwa powinny dysponować odpowiednimi zasobami i wdrażać efektywne procedury, by uniemożliwić, lub w wypadku zaistnienia, radzić sobie jak najlepiej z efektami zamachu terrorystycznego na dużą skalę.

W domenie politycznej islamiści prowadzą walkę, której najprawdopodobniej nie będą w stanie wygrać, co nie oznacza, że jeszcze czas jakiś nie będą jej kontynuować. Islamistom nie udało się na trwałe dojść do władzy nawet w muzułmańskich społeczeństwach, nie mają więc tym bardziej szans na wygraną w świecie niemuzułmańskim. Bin Ladinowi udało się wprawdzie pozyskać sympatie wielu muzułmanów, ale trzeba zauważyć, że jedynie nieliczni poszli w jego ślady, podejmując działalność terrorystyczną lub ją aktywnie wspierając. Nie udało mu się wywołać konfliktu cywilizacji, choć z całą pewnością wywołał między cywilizacją zachodnią a muzułmańską znaczne napięcia. Terroryści mogą atakowanym społeczeństwom szkodzić, ale nie mogą ich zniszczyć. Dopóki nie użyją oni środków masowego rażenia mogą jedynie zadawać niezbyt wielkie straty atakowanym populacjom, co nie oznacza jednak, że walki z nimi nie należy traktować poważnie. Jakie szkody mogą wyrządzić terroryści, gdy są lekceważeni i nie są aktywnie i permanentnie zwalczani, cały świat miał już okazję zobaczyć 11 września 2001 r. Problem z terroryzmem ma bowiem taką naturę, iż jeżeli pozwoli się, nawet niewielkim grupom terrorystycznym na względnie swobodne działanie, są one w stanie przeprowadzić dotkliwy atak. Dlatego też efektywne działanie kontrterrorystyczne musi być kompleksowe, konsekwentne, długofalowe i bardzo często wielce dyskretne.



Tekst ten został opublikowany w czasopiśmie naukowym „Bliski Wschód”1 (2)/ 2005 Autor serdecznie dziękuje Redakcji za możność zamieszczenia go na stronie internetowej CSIPS.
Przypisy:




The 9/11 Commission Report. Final Report of the National Commission on Terrorist Attacks upon the United States, W.W. Norton & Co., New York 2004; George Mascolo, Holger Stark, Operation Holy Tuesday, Der Spiegel, nr 44/2003




John Lewis Gaddis, A Grand Strategy of Transformation, Foreign Policy, November/ December 2002



na Zachodzie najwcześniej taką interpretację wydarzeń proponował Noam Chomsky – patrz wywiad przeprowadzony przez Davida Barsamiana, The United States is a Leading Terrorist State, The Monthly Review, November 2001 (polski przedruk tego wywiadu zamieściło pismo Lewą nogą, nr 14/2002); rozwija te argumenty książka Chomsky’ego: Hegemony or Survival: America's Quest for Global Dominance (The American Empire Project), Metropolitan Books, 2003;


Bob Woodward, Wojna Busha, Wydawnictwo Magnum, Warszawa 2003




Ian Buruma, Avishai Margalit, Occidentalism. The West in the Eyes of Its Enemies, The Penguin Press, New York 2004



Lee Harris, Civilization and Its Enemies. The Next Stage of History, Free Press, New York 2004



Dodatek 1A w: Yonah Alexander, Michael S. Swetnam Siewcy śmierci: Osama bin Laden i inni szefowie al-Qaidy, Bellona, Warszawa 2001



The 9/11 Commission Report ...; Gerald Posner, Why America Slept: the Failure to Prevent 9/11, Random House, New York 2003; Richard A. Clarke, Against All Enemies: Inside America's War on Terror, Free Press, New York 2004



Anonymous, Through Our Enemies’ Eyes. Osama bin Laden, Radical Islam and the Future of America, Brassey’s, Washington 2003; niedawno ujawniono, że autorem tej pracy jest Michael Scheuer, były wysokiej rangi oficer CIA, szef tzw. Bin Ladin unit od chwili jej założenia w 1996 r.



Steve Coll, Ghost Wars: The Secret History of the CIA, Afghanistan, and Bin Laden, from the Soviet Invasion to September 10, 2001, The Penguin Press, New York 2004



Gilles Kepel, Jihad. Expansion et declin de l’islamisme, Editions Gallimard, Paris 2000 (polskie wydanie: Święta wojna. Ekspansja i upadek fundamentalizmu muzułmańskiego, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Warszawa 2003). Godna polecenia jest również najnowsza praca Kepela The War for Muslim Minds: Islam and the West (Belknap, Cambridge 2004). Warte uwagi są także prace Oliviera Roya Globalized Islam: the Search for a New Ummah (Columbia University Press, New York 2004) oraz Jessiki Stern: Terror in the Name of God. Why Religious Militants Kill (HarperCollins Publ., New York 2003), a także artykuły Shmuela Bara: The Religious Sources of Islamic Terrorism, Policy Review, June/ July 2004 oraz Michaela Goulda: Understanding Jihad, Policy Review, February/ March 2005



The 9/11 Commission Report ...; George Mascolo, Holger Stark, op. cit;



Roger Scruton, Zachód i cała reszta, Zysk i S-ka, Poznań 2003, str. 118-119



Roland Robertson, Glocalisation, w: M. Featherstone, S. Lash, R. Robertson (red.), Global Modernities, Sage, London 1995



Konrad Pędziwiatr, Dżihad mniejszy w erze globalizacji, Bliski Wschód. Społeczeństwo – polityka - tradycja, nr 1/2004, str. 183



cyt. za: Jan Piaseczny, Feministka przeciwko imamom, Przegląd, 19 grudnia 2004



Gal Luft, Anne Korin, Terrorism Goes to Sea, Foreign Affairs, November/ December 2004



Connor Gearty, Terroryzm, Prószyński i S-ka, Warszawa 1998; Robert Fisk, Okrucieństwo narodu skazanego, Gazeta Wyborcza, 22-23 września 2001. Podobną myśl wyraził także niedawno znany słoweński filozof Sławoj Żiżek – patrz wywiad zamieszczony w tygodniku Forum (3 – 9 stycznia 2005) pod tytułem Od Marksa do Matriksa



Boaz Ganor, Defining Terrorism: Is One Man’s Terrorist Another Man’s Freedom Fighter?, www.ict.org.il; Paul Pillar, Terrorism and US Foreign Policy, Brookings Institution, Washington 2001


Walter Laqueur, No End to War: Terrorism in the 21st Century, Continuum, New York 2003; szczególnie rozdział Toward a Definition, or Humpty Dumpty and the Problem of Terrorism; także artykuł tegoż: The Terrorism to Come, Policy Review, August/ September 2004 (polska wersja tego artykułu została opublikowana pod tytułem Ku klux klan islamu w tygodniku Forum, 3 – 9 stycznia 2005)



Bronisław Łagowski, Czeczenofilia, Przegląd, 3 października 2004




Maciej Kuczyński, Krwawiąca Europa. Konflikty zbrojne i punkty zapalne w latach 1990-2000. Tło historyczne i stan obecny, Bellona, Warszawa 2001



historię życia obu prześledził w interesujący, choć nie wolny od irytującego niekiedy egotyzmu, sposób Bernard Henri-Levy, Who Killed Daniel Pearl, Melville House, Hoboken 2003



John Miller, Michael Stone, Chris Mitchell, The Cell: Inside the 9/11 Plot, and Why the FBI and CIA Failed to Stop It, Hyperion, New York 2002



Ahmed Rashid, Talibowie. Wojujący islam, ropa naftowa i fundamentalizm w środkowej Azji, Znak, Kraków 2002


Christoph Reuter, Zamachowcy-samobójcy. Współczesność i historia, Świat Książki, Warszawa 2003; Yoram Schweitzer, Suicide Terrorism and the September 11 Attacks, www.ict.org.il; Boaz Ganor, The Aim of Suicide Bombers - and How to Beat Them, The Guardian, 2 kwietnia 2003; Ophir Falk, Yaron Schwartz, Eran Duvdevany, Eran Galperin, The Suicide Attack Phenomenon, www.ict.org.il





*przez islamizm rozumiem tzw. „islam polityczny” - współczesną doktrynę ideologiczno-polityczną wspartą na istotnym komponencie religijnym tj. specyficznej interpretacji pewnych wątków zawartych w religii muzułmańskiej, tak jak rozumie ten problem Bassam Tibi; patrz: B. Tibi, Islam i polityka. Islam polityczny oraz fundamentalizm muzułmański, Bliski Wschód. Społeczeństwa – polityka – tradycje, nr 1/2004; patrz również tegoż, Fundamentalizm religijny, PIW, Warszawa, 1997, szczególnie część druga


* Obecnie grupy te nie mają tak sprzyjających warunków do spokojnego rozwoju i działania ze względu na „wojnę z terroryzmem”, prowadzoną na całym świecie głównie przez Anglosasów od 11 września 2001 roku, choć dzięki niej poszerzyły one swe możliwości rekrutacyjne.

* Autor ma na myśli wydarzenia mające miejsce na początku lat 70-ych w Jordanii (likwidacja OWP w tym kraju), w listopadzie 1979 r. w Mekce i w lutym 1982 r. w syryjskim mieście Hama. W każdym z tych przypadków w wyniku działań „antyterrorystycznych” zginęły setki, a nawet tysiące ludzi, a kwestia terroryzmu została na długo „rozwiązana”.

* Chciałbym jednak jeszcze raz powtórzyć, że powyższe argumenty nie mają uzasadniać tezy, że z biedą nie należy walczyć, ani też, że bieda w żaden sposób na terroryzm nie wpływa. Jest to jednak wpływ bardziej złożony, niż powszechnie prezentują to media, które w likwidacji biedy upatrują skutecznego sposobu na zlikwidowanie terroryzmu.









©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna