„Gra Neil Strauss, tłumaczenie: Patryk Gołębiowski



Pobieranie 1.49 Mb.
Strona1/32
Data01.05.2016
Rozmiar1.49 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   32
„Gra” – Neil Strauss, tłumaczenie: Patryk Gołębiowski
Dedykowane tysiącom ludzi, z którymi rozmawiałem w barach, klubach, centrach handlowych, sklepach spożywczych, metrze, windach i na lotniskach przez ostatnie dwa lata.

Jeżeli to czytacie, chcę, żebyście wiedzieli, że Was nie pasłem. Byłem z wami szczery.

Serio. Wy byliście inni.
W celu ochrony tożsamości niektórych kobiet i członków społeczności, pseudonimy i cechy charakterystyczne umożliwiające identyfikację niewielkiej grupy drugoplanowych postaci zostały zmienione, a trzy postaci poboczne są konglomeratem atrybutów ludzi znanych autorowi.

Autor zaprasza na swoją stronę internetową: www.neilstrauss.com

Tytuł oryginału: THE GAME

Projekt okładki: Hoo-Ha

Ilustracje: Bernard Chang

Projekt graficzny: Michelle Ishay, Richard Ljoenes, Kris Tobiassen

Redaktor prowadzący: Magdalena Hildebrand

Redakcja: Dorota Nowak

Korekta: Bożenna Burzyńska, Jadwiga Przeczek

Copyright © 2005 by Neil Strauss

Ali rights reserved

Copyright © for the Polish translation by Patryk Gołębiowski, Warszawa 2006

Świat Książki Warszawa 2006 Bertelsmann Media Sp. z o.o. ul. Rosoła 10 02-786 Warszawa

Skład i łamanie

Andrzej Sobkowski, MAGRAF s.c., Bydgoszcz

Druk i oprawa

Rzeszowskie Zakłady Graficzne S.A.

ISBN 83-247-0135-4 Nr 5420

MĘŻCZYŹNI NIE BYLI WROGIEM, TYLKO OFIARAMI PRZESTARZAŁEJ MISTYKI MĘSKOŚCI, PRZEZ KTÓRĄ NIEPOTRZEBNIE POCZULI SIĘ NIEDOWARTOŚCIOWANI, KIEDY JUŻ ZABRAKŁO NIEDŹWIEDZI DO UPOLOWANIA. -- BETTY FRIEDAN, ,The Feminine Mystiąue"

OTO MYSTERY

Dom był ruiną.

Pęknięte drzwi wisiały na zawiasach, na ścianach widniały ślady pięści, aparatów telefonicznych i doniczek. Herbal w obawie o życie ukrywał się w hotelu, a Mystery leżał na dywanie w pokoju i płakał. Płakał od dwóch dni.

To nie był normalny płacz. Zwyczajne łzy da się zrozumieć. Ale Mystery przekroczył granicę. Stracił kontrolę. Przez ostatni tydzień oscylował pomiędzy atakami wściekłości a napadami rozpaczliwego szlochu. A teraz zaczął grozić, że się zabije.

Mieszkało nas tu pięciu: Herbal, Mystery, Papa, Playboy i ja. Chłopcy i mężczyźni z każdego zakątka globu przyjeżdżali, żeby uścisnąć nam dłoń, zrobić sobie z nami zdjęcie, uczyć się od nas, stać się nami. Nazwano mnie Style. Zasłużyłem na to imię.

Nigdy nie używaliśmy naszych prawdziwych imion - tylko pseudonimów. Nawet nasza posiadłość, podobnie jak pozostałe, które stworzyliśmy od San Francisco po Sydney, miała nazwę. Projekt Hollywood. Projekt Hollywood leżał w gruzach.

Sofy i dziesiątki poduszek, którymi wyłożyliśmy parkiet we wnęce na środku salonu, były przesiąknięte potem mężczyzn i sokami kobiet. Biały dywan poszarzał od niekończącej się pielgrzymki wyperfumowanej młodzieży zapędzanej tu co noc prosto z Sunset Boulevard. Niedopałki i zużyte prezerwatywy unosiły się złowieszczo w wypełnionym wodą ja-cuzzi. Efekt trwającej kilka dni demolki: zniszczony dom i przerażeni domownicy. Rezultat ataku histerii dwumetrowego Mystery'ego.

- Nawet nie jestem tego w stanie opisać - udało mu się wydusić poprzez łkanie i paroksyzmy. - Cokolwiek zrobię, będzie to mało racjonalne.

Podniósł się z podłogi i walnął pięścią w zaplamione, czerwone obicie kanapy. Jego płaczliwe jęki przybierały na sile, wypełniając pokój


odgłosami dorosłego mężczyzny, który stracił wszelkie cechy pozwalające odróżnić go od dziecka albo zwierzęcia.

O kilka rozmiarów za mała podomka ze złotego jedwabiu eksponowała jego pokryte strupami kolana. Końcówki paska z ledwością zaplatały się w prowizoryczny węzeł. Klapy odsłaniały bladą, bezwłosą klatkę piersiową i, pod spodem, obwisłe, szare bokserki Calvina Kleina. Naciągnięta na głowę obcisła zimowa czapka była ostatnim elementem ubrania na jego trzęsącym się ciele.

Był czerwiec w Los Angeles.

- To całe życie - zaczai znowu - jest takie bez sensu. - Odwrócił się

i spojrzał na mnie wilgotnymi, przekrwionymi oczami. -Jak kółko i krzy

żyk. Nie da się wygrać. Najlepiej w ogóle nie zaczynać.

Byliśmy sami w domu. Musiałem się nim zająć. Trzeba go było uspokoić, zanim przejdzie z użalania się do wściekłości. Każdy kolejny cykl emocjonalny był gorszy, bałem się, że tym razem zrobi coś, czego nie da się odkręcić.

Nie mogłem pozwolić, żeby Mystery zszedł na mojej zmianie. Był więcej niż przyjacielem. Był mentorem. Odmienił moje życie, tak jak odmienił życie tysięcy innych. Musiałem dać mu valium, xanax, vicodin, cokolwiek. Złapałem książkę telefoniczną i przekartkowałem ją, szukając ludzi z towarem - rockmanów, kobiet po operacjach plastycznych, przebrzmiałych nastoletnich gwiazd. Nikogo nie było w domu, nie mieli leków, albo twierdzili, że nie mają, żeby nie uszczuplać własnych zapasów.

Został mi jeszcze tylko jeden telefon. Kobieta, która zepchnęła My-stery'ego w otchłań tej spirali. Imprezówa. Musiała coś mieć.

Dziesięć minut później Katia, drobna blondynka z Rosji o głosie smer-fetki i energii szpica stała przed drzwiami z xanaxem i zmartwioną minką.

- Nie wchodź - ostrzegłem. - Może cię zabić.

Nie, żeby jej się nie należało. A przynajmniej wtedy tak uważałem.

Mystery dostał pigułkę i szklankę wody. Odczekaliśmy, aż szloch przeszedł w siąkanie. Potem pomogłem mu włożyć czarne buty, dżinsy i szarą koszulkę. Był już potulny, jak duże dziecko.

-Jedziemy skołować ci jakąś pomoc - powiedziałem.

Wyprowadziłem go z domu do mojej starej zardzewiałej corvetty i wcisnąłem na malutkie przednie siedzenie. Co pewien czas dostrzegałem na jego twarzy grymas gniewu albo toczącą się łzę. Liczyłem, że bę-

- Chcę nauczyć się sztuki walki - powiedział opanowanym głosem. -

Tak... na wszelki wypadek, gdybym chciał kogoś zabić.

Docisnąłem gaz.

Jechaliśmy do Hollywood Mental Health Center na Vine Street. Ohydna betonowa bryła otoczona dzień i noc strofującymi latarnie bezdomnymi, mieszkającymi w wózkach z supermarketu transwestytami i podobnymi szczątkami człowieczeństwa, zachęconymi perspektywą darmowej opieki społecznej.

Zdałem sobie sprawę, że Mystery jest jednym z nich. Różnica polegała na tym, że miał charyzmę i talent, co przyciągało innych i sprawiło, że nie został sam. Posiadał dwie cechy charakterystyczne dla każdej gwiazdy rocka, z którą przeprowadziłem wywiad: skoncentrowany błysk szaleństwa w oku i całkowitą niemożność zatroszczenia się o samego siebie.

Wprowadziłem go na recepcję, zarejestrowałem, i razem czekaliśmy na lekarza. Siedział na tanim czarnym plastikowym krześle, świdrując ka-tatonicznym wzrokiem regulaminowo niebieskie ściany.

Po pierwszej godzinie zaczął się wiercić.

Po drugiej zmarszczył brwi i zachmurzył się.

Po trzeciej zaczął płakać.

Po czwartej zerwał się z krzesła i wybiegł z poczekalni przez drzwi wejściowe.

Maszerował pewnie, jak człowiek, który wie, dokąd zmierza, pomimo że Projekt Hollywood był pięć kilometrów stąd. Przebiegłem przez ulicę i dogoniłem go przy pasażu. Złapałem za ramię i odwróciłem, namówiłem na powrót do kliniki.

Pięć minut. Dziesięć minut. Dwadzieścia minut. Trzydzieści. I znowu go nie było.

Wybiegłem za nim. Dwóch panów z opieki społecznej stało bezczynnie w holu.

- Złapcie go! - krzyknąłem.

- Nie możemy - odpowiedział jeden z nich. - Jest poza kliniką.

- Czyli pozwolicie, żeby niedoszły samobójca tak sobie po prostu wy

szedł? - Nie miałem czasu na kłótnie. - Przynajmniej przypilnujcie, że

by lekarz czekał na niego, jak wrócimy.

Wybiegłem i spojrzałem w prawo. Nie ma go. W lewo. Nic. Pobiegłem na północ do Fountain Street, zauważyłem go na rogu i zaciągnąłem do kliniki.
Po naszym powrocie sanitariusze poprowadzili go długim, ciemnym korytarzem do klaustrofobicznej wyłożonej winylem salki. Psycholog siedziała za biurkiem i bawiła się kosmykiem czarnych włosów. Była szczupłą Azjatką pod trzydziestkę, miała wyraziste kości policzkowe, ciemnoczerwoną szminkę i kostium w paski.

Mystery osunął się na krzesło naprzeciwko.

- Jak się dzisiaj czujemy? - zapytała z wymuszonym uśmiechem.

- Czujemy - powiedział Mystery - że wszystko jest bez sensu. - Wy

buchnął płaczem.

- Aha - powiedziała, zapisując coś w notatniku. Przypadek musiał się

jej wydawać banalny.

- No i... zabieram swoje geny z puli - zaszlochał.

Kiedy mówił, przyglądała mu się z udawanym współczuciem. Ot, kolejny z tuzina czubków do codziennego przerobu. Musiała jeszcze tylko ocenić, czy potrzebna będzie hospitalizacja.

-Ja już tak dłużej nie mogę - mówił dalej. - To jest takie jałowe.

Mechanicznie sięgnęła do szuflady, wyciągnęła paczkę chusteczek i podała mu jedną. Odbierając chusteczkę, Mystery podniósł wzrok i spojrzał jej w oczy. Zastygł i przyglądał się jej w milczeniu. Była zaskakująco alrakcyjna jak na taką klinikę.

Błysk zainteresowania na chwilę rozświetlił mu twarz.

- Gdybym cię spotkał w innych okolicznościach, w innym miejscu -

powiedział, mnąc chusteczkę - sprawy mogłyby się potoczyć inaczej.

Jego ciało, na co dzień dumne i wyprężone, zwijało się na krześle jak wilgotny makaron. Mystery posępnie wpatrywał się w podłogę.

- Wiem dokładnie, co powiedzieć i co zrobić, żebyś mnie zapragnę

ła - ciągnął. - Mam to wszystko w głowie. Każdą regułę. Każdy krok. Każ

de słowo. Tylko że... teraz nie mogę.

Przytaknęła odruchowo.

- Powinnaś mnie zobaczyć, kiedy jestem w formie - ciągnął powoli,

siąkając. - Chodziłem z najpiękniejszymi kobietami świata. W innych

okolicznościach bym cię poderwał.

- Jasne - odparła protekcjonalnie. - Na pewno.

Nie wiedziała. Skąd miała wiedzieć, że ten łkający olbrzym ze zmiętą chusteczką w dłoni był największym sztukmistrzem świata. To nie jest opinia, tylko fakt. Przez ostatnie dwa lata rozmawiałem z dziesiątkami

rzekomych geniuszy bezskutecznie próbujących przebić wypas Myste-ry'ego. To było jego hobby, jego pasja, jego powołanie.

Tylko jedna osoba na świecie mogła stanąć z nim w szranki. I ten mężczyzna też siedział przed nią. z bezkształtnego ochłapu ofermy Myste-ry'emu udało się wyrzeźbić megagwiazdę. Wspólnie mieliśmy trząść światkiem uwodzenia. Dokonywaliśmy cudów w trakcie spektakularnych wypasów na oczach naszych uczniów i fanów w Los Angeles, Nowym Jorku, Montrealu, Londynie, Melbourne, Belgradzie, Odessie, i nie tylko.

A teraz siedzieliśmy w wariatkowie.
OTO STYLE

Nie jestem przystojny. Mam za duży nos, który, choć nie jest haczykowaty, ma na grzbiecie wypukłość. Nie jestem łysy, ale, oględnie mówiąc, moje włosy trudno uznać za gęste. Bliżej im do rzadkich, wzmocnionych Rogainem kłaków sterczących mi na czubku głowy jak krzaki. Oczy mam małe i wyłupiaste, choć niepozbawione żywiołowego błysku. Ten ostatni nie ma jednak szans na ujrzenie światła dziennego, gdyż nie widać go zza okularów. Po obu stronach czoła mam wklęsłości, które zresztą lubię, bo wierzę, że dodają mojej twarzy charakteru. Nigdy jednak nie słyszałem, żeby ktoś podzielał moją opinię.

Jestem niższy ni/ bym sobie tego życzył i chudy - większość ludzi powiedziałaby, że niedożywiony - bez względu na to, ile jem. Kiedy oglądam swoje blade, zgarbione ciało, zastanawiam się, dlaczego jakakolwiek kobieta chciałaby się obok niego położyć, a co dopiero przytulić. Tak więc poznawanie kobiet jest dla mnie wyzwaniem. Nie jestem typem faceta, do którego się chichocze zza baru, którego zabiera się do domu, kiedy przyjdzie ochota na małe szaleństwo po pijaku. Nie mam do zaoferowania nimbu sławy i opowieści dla koleżanek jak gwiazda rocka, nie mam też kokainy ani posiadłości, jak wielu innych mężczyzn w Los Angeles. Wszystko co mam, mam w głowie. A tego nie widać.

Zauważcie, że nic nie wspomniałem o mojej osobowości. To dlatego, że moja osobowość uległa diametralnej zmianie. Żeby uściślić, to ja diametralnie zmieniłem swoją osobowość. Wymyśliłem Style'a, moje alter ego. I w ciągu dwóch lat Style przebił mnie popularnością - zwłaszcza wśród kobiet.

Nigdy nie miałem zamiaru zmieniać swojego charakteru ani przejść przez życie pod przykrywką fikcyjnej tożsamości. W rzeczy samej, było mi ze sobą dobrze. Przynajmniej zanim niewinny telefon (zawsze na początku jest jakiś niewinny telefon) poprowadził mnie w podróż do jednej z najdziwniejszych i najbardziej ekscytujących podziemnych społecz-

K.tek 1 WYBIERZ SZTUKĘ

ności, z jakimi miałem do czynienia na przestrzeni piętnastu lat w zawodzie dziennikarza. Telefon był sprawką Jeremy'ego Ruby-Straussa (brak pokrewieństwa), redaktora, który natknął się w Internecie na dokument znany jako posuwnik, skrót od „Jak posuwać dziewczyny: poradnik". Według Jeremiego składał się on ze stu pięćdziesięciu skwierczących stron skondensowanej mądrości tuzinów sztukmistrzów, którzy dzielili się swoją wiedzą na forach dyskusyjnych od bez mała dziesięciu lat, w tajemnicy pracując nad przekształceniem sztuki uwodzenia w sko-dyfikowany system. Materiał potrzebował redaktora, który miał uczynić z niego spójny poradnik. Jeremy widział w tej roli mnie.

Miałem mieszane uczucia. Chciałem zajmować się literaturą, a nie poradnikami dla napalonych małolatów. Mimo to moja odpowiedź brzmiała oczywiście: rzucić okiem nie zaszkodzi.

Z chwilą, kiedy zacząłem czytać, moje życie uległo zmianie. Posuwnik otworzył mi oczy bardziej niż jakakolwiek inna książka - Biblia, „Zbrodnia i kara", „Radość gotowania". Niekoniecznie zresztą przez swoją treść, bardziej przez drogę, której był początkiem.

Kiedy spoglądam wstecz na młodzieńcze lata, żałuję właściwie tylko jednej rzeczy - która nie ma nic wspólnego z obijaniem się na studiach, odszczekiwaniem matce czy skasowaniem samochodu ojca o autobus. Żałuję, że za mało uganiałem się za dziewczynami. Nie jestem półgłówkiem - raz na trzy lata czytam dla przyjemności „Ulissesa". Mam przyzwoitą intuicję. Mam zadatki na porządnego człowieka i staram się nie krzywdzić innych. Ale jeżeli coś mnie powstrzymuje przed osiągnięciem wyższego stanu świadomości, to fakt, że marnuję masę czasu, myśląc o kobietach.

Jestem w doborowym towarzystwie. Kiedy pierwszy raz spotkałem Hugh Hefnera*, miał siedemdziesiąt trzy lata. Według własnych obliczeń przespał się w tym czasie z ponad tysiącem najpiękniejszych kobiet świata, ale rozmowa schodziła niezmiennie na temat jego trzech aktualnych partnerek: Mandy, Brandy i Sandy. I jeszcze na temat viagry, dzięki której był w stanie je wszystkie zaspokoić (choć jego majątek też mógł odgrywać tu pewną rolę). Jeżeli kiedykolwiek miał ochotę przespać się z kimś innym, to tylko z udziałem swojej trójcy. Z rozmowy jasno wynikało, że facet uprawiał seks przez całe życie i, u progu siedemdziesiątki,

*Hugh Hefner - pomysłodawca i założyciel magazynu „Playboy" (przyp. red.).


nadal uganiał się za spódniczkami. Kiedy to się kończy? Jeżeli Hugh Hef-nerowi jeszcze się nie znudziło, to kiedy mnie się znudzi?

Gdyby nie posuwnik, moje podejście do kobiet pewnie nigdy nie uległoby zmianie, podobnie jak to się dzieje w przypadku większości mężczyzn. W istocie, zaczynałem z pozycji znacznie gorszej niż większość mężczyzn. W moich wspomnieniach z dzieciństwa nie ma zabaw w lekarza, dziewczynek, które za dolara pozwalały zajrzeć pod spódniczkę, klasowych łaskotek w miejscach, których nie wolno było dotykać. Moje nastoletnie życie było niekończącym się szlabanem, tak więc kiedy przytrafiła mi się w końcu ta jedyna młodzieńcza okazja na seks - pijana koleżanka z pierwszego roku zadzwoniła, żeby zaprosić mnie na ob-ciąganko - w obawie przed słusznym gniewem mamy zmuszony byłem odmówić. Na studiach zacząłem rozumieć, kim jestem: co mnie kręci, co się kryje pod maską mojej nieśmiałości. Poznałem przyjaciół, którzy poszerzyli moje horyzonty za pomocą narkotyków i dyskusji (w tej kolejności). Ale nigdy nie czułem się pewnie z kobietami. Onieśmielały mnie. Przez cztery lata na uczelni nie udało mi się przespać z żadną koleżanką.

Po studiach dostałem pracę jako reporter działu kultury w „New York Timesie"; tam też zacząłem nabierać wiary w siebie i swoje poglądy. W końcu udało mi się zdobyć przepustkę do uprzywilejowanego światka, gdzie nie obowiązywały żadne reguły: pojechałem w trasę z Marilyn Man-sonem i Motley Crue, napisałem z nimi książki. Jednak przez cały ten czas, pomimo wejściówki na wszystkie imprezy, jedyny pocałunek, jaki udało mi się zwędzić, pochodził od Tommy'ego Lee. Postanowiłem dać sobie spokój. Niektórzy faceci mieli to coś. Inni nie. Ja najwyraźniej nie.

Moim problemem nie był niedobór seksu, tylko to, że kiedy już udało mi się zaciągnąć kogoś do łóżka, to rozpaczliwie starałem się zamienić nasz nocny wybryk w wieczny wybryk, ze strachu, że to się więcej nie powtórzy. Posuwnik miał nawet akronim opisujący takich jak ja: WSN -wiecznie sfrustrowany nieudacznik. Ja byłem WSN-em. Dustin - wręcz przeciwnie.

Spotkałem Dustina tuż po skończeniu studiów. Kumplował się z moim przyjacielem z liceum, Markiem, serbskim niby-arystokratą, który dzielił ze mną udrękę odrzucenia od czasów przedszkola, głównie za sprawą swojej przypominającej arbuz głowy. Dustin nie był od nas ani wyż-s/.y, ani bardziej zamożny, ani bardziej sławny, ani bardziej przystojny. Posiuihl za lo jedną cechę, której nam brakowało: podobał się kobietom.

Kiedy Marko nas sobie przedstawił, Dustin nie zrobił na mnie większego wrażenia. Niski i śniady, długie, kręcone brązowe włosy i tandetna, rozpięta do połowy koszula żigolaka z przypinanymi wyłogami kołnierzyka. Tej nocy poszliśmy do klubu Drink w Chicago. Jeszcze w szatni Dustin zapytał:

- Znacie tu jakieś przytulne kąty?

Na moje pytanie, po co mu przytulne kąty, Dustin odpowiedział, że na podryw. Uniosłem sceptycznie brwi. Jednak parę minut po wejściu na salę udało mu się nawiązać kontakt wzrokowy ze sprawiającą wrażenie nieśmiałej dziewczyną, która rozmawiała z koleżanką. Następnie, bez słowa, Dustin nas opuścił, a dziewczyna poszła za nim - prosto do przytulnego kąta. Kiedy już skończyli się migdalić, rozeszli się bez słowa, bez obowiązkowej wymiany numerów czy niezręcznego „to nara".

Tej nocy Dustin powtórzył swój zakrawający na cud wyczyn cztery razy. A przede mną zaczynał rozpościerać się nowy, wspaniały świat.

Maglowałem go godzinami, próbując dociec, jakie to magiczne umiejętności udało mu się posiąść. Dustin był jednym z tzw. naturszczyków. Stracił dziewictwo w wieku lat 11, kiedy piętnastka z sąsiedztwa przeprowadziła na nim seksualny eksperyment. Od tego czasu dymał non stop. Pewnej nocy zabrałem go na imprezę na zakotwiczonej na nowojorskim Hudsonie łódce. Kiedy minęła nas zmysłowa szatynka o sarnich oczach, Dustin odwrócił się do mnie i rzucił:

- Jest w twoim typie.

Zaprzeczyłem i gapiłem się w pokład, jak zwykle. Obawiałem się, że Dustin może spróbować skłonić mnie do nawiązania rozmowy, co też się stało.

Kiedy znowu nas mijała, zapytał:

- Znasz Neila?

Idiotyczny lodołamacz, ale co z tego, skoro lód pękał. Próbowałem coś bełkotać, kiedy Dustin przyszedł mi w sukurs. Potem przenieśliśmy się do baru, gdzie poznaliśmy jej faceta. Właśnie zamieszkali razem. Koleś akurat wyprowadzał psa na spacer, tak więc po kilku drinkach zabrał go z powrotem, zostawiając swoją dziewczynę, Paulę, z nami.

Dustin zasugerował powrót do mojego mieszkania na nocną przekąskę, więc poszliśmy spacerem do mojej klitki w East Yillage, po czym, ominąwszy przekąskę, poszliśmy prosto do łóżka, ja i Dustin po obu stronach Pauli. Dustin zaczął całować jej lewy policzek, jednocześnie dając

Krok -t WYBIERZ SZTUKĘ

mi sygnał, żebym go naśladował. Następnie zgodnie wyruszyliśmy w podróż wzdłuż jej szyi i do piersi. Jej niema uległość, która dla mnie była nie lada zaskoczeniem, dla Dustina wydawała się normą. Poprosił mnie o prezerwatywę, więc mu ją podałem. Ściągnął jej majtki i wszedł w nią, podczas gdy mój język nie przestawał bezsensownie chłeptać w okolicach jej prawej piersi.

To był dar Dustina, jego moc: spełnianie fantazji kobiet, fantazji, które im wydawały się nieosiągalne. Po wszystkim Paula bez przerwy do mnie dzwoniła. Chciała o tym ciągle rozmawiać, spróbować jakoś racjonalnie wytłumaczyć to doświadczenie, nie mogła uwierzyć, że to zrobiła. Tak to już zawsze było ze mną i Dustinem: on zaliczał sztukę, a ja jej wyrzuty sumienia.

Złożyłem to na karb prostych różnic osobowościowych. Dustin posiadał naturalną charyzmę i zwierzęcy instynkt, których mnie brakowało. Tak mi się przynajmniej wydawało, zanim przeczytałem posuwnik i dotarłem do polecanych w nim grup dyskusyjnych i stron interneto-wych. Odkryłem tam całą społeczność Dustinów - mężczyzn, którzy podobno rutynowo wdzierali się do serc kobiet i pomiędzy ich uda - oraz tysięcy takich jak ja, żądnych tej wiedzy. Różnica polegała na tym, że owi specjaliści skodyfikowali swoje metody do postaci konkretnego zestawu reguł, zrozumiałych dla zwykłego śmiertelnika. A każdy samozwańczy sztukmistrz miał własną metodologię.

Tak więc był Mystery, prestidigitator; RickH., inwestor-milioner; Ross Jeffries, hipnotyzer; David DeAngelo, pośrednik nieruchomości; Juggler, komik estradowy; David X, robociarz; i Steve P, uwodziciel tak potężny, że kobiety płaciły mu, żeby pozwolił im podszkolić się na sobie w obciąganiu. Wyślijcie tę gromadkę na plażę South Beach w Miami i patrzcie jak pierwszy lepszy napakowany przystojniak przejedzie się jak czołg po ich wybiedzonych, bladych ciałach. Ale już w Starbucks albo Whiskey Bar to oni będą na zmianę dymać sztukę tegoż przystojniaka, tuż za jego plecami.

Pierwszą rzeczą, która uległa zmianie w następstwie mojego odkrycia, było słownictwo. Wyrażenia WSN, S-mistrz (sztukmistrz), plażować (podrywać) i L-ka* (lasia) na stałe weszły do mojego leksykonu. Moje na-

*Na stronach 473-488 znajduje się glosariusz zawierający szczegółowe opisy tych i innych terminów używanych w społeczności uwodzicieli.

wyki również uległy zmianie za sprawą uzależnienia od internetowej szatni, gdzie spotykali się sztukmistrze. Po powrocie z randki siadałem do komputera i jeszcze tej samej nocy wysyłałem na forum pytania: „Co zrobić, jeżeli ma faceta?", „Czy fakt, że zamówiła czosnek oznacza, że nie chce się ze mną całować?", „Czy to dobrze, czy źle, że maluje sobie przy mnie usta szminką?".

A wirtualne osobistości, jak Candor, Gunwitch i Formhandle, odpowiadały. (Po kolei: Użyj FC-niszczyciela. Za bardzo to analizujesz. Ani to, ani to). Szybko zdałem sobie sprawę, że to było coś więcej niż inter-netowy wybryk - to był styl życia. Sekty uwodzicieli amatorów istniały w dziesiątkach miast - od Los Angeles, przez Londyn i Zagrzeb, aż po Bombaj - i ci wszyscy ludzie spotykali się co tydzień w tzw. matecznikach, żeby omawiać taktyki i strategie przed wyruszeniem en masse na podryw.

Jeremy Ruby-Strauss i Internet były drugą szansą ofiarowaną mi przez Boga. Nie było za późno, żeby stać się Dustinem, zamienić się w obiekt pożądania każdej kobiety - i to nie deklarowanego pożądania, ale faktycznego, głębokiego, przekraczającego granice norm społecznych, zasilanego najskrytszymi fantazjami.

Jednak w pojedynkę byłem bez szans. Dyskusje na forach to za mało, żeby zmienić bieg porażki, jaką było moje życie. Musiałem zobaczyć twarze, kryjące się za nickami, zobaczyć ich w akcji, dowiedzieć się, kim są i co ich kręci. To było moje zadanie - praca na etat i obsesja zarazem -wyśledzić najlepszych sztukmistrzów świata i wyżebrać miejscówkę pod ich skrzydłami.

Tak oto zaczęły się najbardziej pokręcone dwa lata mojego życia.


Rozdział

PODSTAWOWYM PROBLEMEM KAŻDEGO

MĘŻCZYZNY I KAŻDEJ KOBIETY NIE JEST JAK SIĘ NAUCZYĆ, ALE JAK SIĘ ODUCZYĆ.

mowa powitalna, Yassar College

Wyciągnąłem z banku pięćset dolarów, włożyłem je do białej koperty i z tyłu napisałem „Mystery". Czułem się jak skończony idiota.

Nie zmieniało to faktu, że od czterech dni sumiennie się przygotowywałem - wydałem dwieście dolarów na ciuchy u Freda Segala, spędziłem popołudnie, dobierając płyn po goleniu, i strzeliłem sobie hollywoodzki fryz wart siedemdziesiąt pięć dolców. Chciałem wyglądać jak najlepiej - w końcu czekało mnie pierwsze spotkanie z prawdziwym sztukmistrzem.

Nazywał się, a przynajmniej tego nicka używał w sieci, Mystery, i był najbardziej ubóstwianym sztukmistrzem społeczności, kopalnią pomysłów, autorem długich, szczegółowych postów algorytmizujących sposoby manipulacji sytuacjami towarzyskimi w celu spotkania i zdobycia kobiety. Noce poświęcone przez niego na podrywanie modelek i striptizerek w rodzinnym mieście - Toronto - opisywał na forum z kronikarską, intymną pieczołowitością, dyskursem gęstym od żargonu własnego autorstwa - negi snajperskie i nuklearne, teoria stada, miękkie piłki, gambit skoczka - który szybko został wchłonięty przez leksykon społeczności. Przez cztery lata Mystery udzielał darmowych porad na forach dyskusyjnych. Aż w październiku wycenił swoje usługi i wysłał następującego posta:

Z uwagi na rosnące zapotrzebowanie, Mystery rozpoczyna w kilku m/asfach warsztaty Treningu Podstawowego. Pierwszy z nich odbędzie się w Los Angeles i będzie trwa/ od l O października (środa wieczorem) do sobotniej nocy. Opłata za kurs wynosi 500 USD. W cenę wliczona |'est wejściówka do klubu, limuzyna na cztery wieczory (nieźle, co?), godzinny wylcfad każdego wieczoru w limuzynie i półgodzinna odprawa na koniec nocy, i wreszcie trzy i pół godziny co wieczór w terenie (rozbite na dwa Icluby na noc) z Mysferym. W trakcie warsztatu słuchacz powinien podejść pięćdziesiąt kobiet.

Zapisać się na warszaty podrywania to niełatwa sprawa. Aby to zrobić, trzeba stawić czoło porażce, kompleksom, niskiemu poczuciu wartości. Trzeba stanąć twarzą w twarz z faktem, że po tych wszystkich latach aktywności (lub przynajmniej świadomości) seksualnej, nie dojrzało się na tyle, żeby ją zrozumieć. Ludzie, którzy proszą o pomoc, zazwyczaj jej potrzebują. I tak narkoman idzie na odwyk, schizofrenik do psychiatry, a niedorozwój towarzyski do szkoły podrywania.

Kliknięcie na przycisk „wyślij" po napisaniu majla do Mystery'ego było jednym z najtrudniejszych momentów mojego życia. Przyjaciele, rodzina, znajomi, a zwłaszcza moja samotna eks z Los Angeles -gdyby ktokolwiek z nich dowiedział się, że płacę za terenowe szkolenie, jak podrywać kobiety, uczyniłby mnie z miejsca obiektem bezlitosnego szyderstwa i drwin. Tak więc postanowiłem zachować swój zamiar w tajemnicy. Historyjka o przyjacielu, który przyjechał na weekend do miasta, znakomicie sprawdziła się w roli uniku towarzyskiego.

Te dwa światy miały się o sobie nigdy nie dowiedzieć.

W moim mailu do Mystery'ego nie zdradziłem swojego nazwiska ani zawodu. Gdyby nalegał, byłem gotów powiedzieć, że jestem pisarzem i tyle. Chciałem przeniknąć do społeczności incognito, pozbawiony przewagi i presji wynikających z mojego faktycznego zawodu.


Musiałem sobie jednak poradzić z własnym sumieniem. To była, bez dwóch zdań, najbardziej żałosna decyzja mojego życia. I niestety, w odróżnieniu od, na przykład, masturbacji pod prysznicem, nie mogłem zachować jej dla siebie. Mystery i inni słuchacze mieli być świadkami mojego wstydu, mojej tajemnicy, mojej porażki. Motywacja człowieka u progu dorosłego życia ma dwojaki charakter: dążenie do władzy, sukcesu i osiągnięć oraz dążenie do miłości, towarzystwa i seksu. Moje życie było tylko połowicznym sukcesem. Pójść na warsztat oznaczało być mężczyzną na tyle, żeby przyznać, że jest się nim tylko w połowie.

Tydzień po wysłaniu maiła wszedłem do lobby hotelu Roosevelt w Hollywood. Miałem na sobie niebieski wełniany sweter, tak miękki i cienki, jakby był z bawełny, czarne, sznurowane po bokach spodnie i buty, które dodawały mi ładnych parę centymetrów. Kieszenie wypychały mi przedmioty, które każdy z nas miał ze sobą przynieść: długopis, notatnik, paczka gumy i prezerwatywy.

Od razu go zauważyłem. Mystery siedział niczym król na wiktoriańskim fotelu, z twarzą rozświetloną triumfalnym uśmiechem człowieka, który właśnie wycisnął świat jak soczystą pomarańczę. Ubrany w niezobowiązujący, luźny, niebiesko-czarny garnitur, miał niewielki, szpiczasty piercing na podbródku i pomalowane na czarno paznokcie. Nie był jakoś szczególnie przystojny, ale miał charyzmę - wysoki i szczupły, długie kasztanowe włosy, wysokie kości policzkowe, trupioblada karnacja. Wyglądał jak maniak komputerowy w trakcie metamorfozy po ukąszeniu wampira.

Obok niego stał niższy, przejęty mężczyzna, który przedstawił się jako jego skrzydłowy, Sin. Sin miał na sobie dopasowaną czarną koszulę z wycięciem pod szyją i kruczoczarne, przylizane wzdłuż głowy żelem włosy, jednak jego karnacja wskazywała, że ich naturalnym kolorem jest rudy.

Byłem pierwszym słuchaczem.

- Ile masz na liczniku? - Sin nachylił się i zapytał, kiedy już usiadłem.

Od razu zaczęli mnie obserwować, próbując ocenić, czy miałem pre

dyspozycje do tzw. „wypasu".

- Liczniku?

- No, z iloma byłeś?

- Eh, coś koło... siedmiu? - odpowiedziałem.

- Koło siedmiu? - przycisnął mnie Sin.

- Sześć - przyznałem.

Sin jechał na sześćdziesiątce, Mystery był w okolicach setki. Wpatrywałem się w nich jak w obrazek: to byli sztukmistrze, których wyczyny od miesięcy z zapartym tchem śledziłem na forach dyskusyjnych. To była inna klasa ludzi; kasta, będąca w posiadaniu magicznej pigułki, lekarstwa na bezwładność i frustrację, która nękała wielkich bohaterów literackich, z którymi identyfikowałem się przez całe życie - czy to Leopolda Blooma, Alexa Portnoya, czy w końcu Prosiaczka z „Kubusia Puchatka".

Podczas gdy czekaliśmy na resztę słuchaczy, Mystery rzucił mi na kolana szarą kopertę ze zdjęciami.

- To tylko niektóre z moich trofeów - powiedział.

Ujrzałem plejadę nieziemsko atrakcyjnych kobiet: portret zmysłowej japońskiej aktorki, podpisany fotos brunetki, niepokojąco podobnej do Liv Tyler, zdjęcie Maskotki Roku „Penthouse'a" na lśniącym papierze, fotkę roznegliżowanej, opalonej striptizerki o krągłych kształtach, która okazała się jego dziewczyną o imieniu Patricia, i zdjątko, na którym Mystery ssie duże, silikonowe piersi brunetki na samym środku klubowego parkietu. Niczego sobie referencje.

- Przez całą noc ani razu na nie nie spojrzałem - wyjaśnił zapytany

o ostatnie zdjęcie. - Sztukmistrz jest zawsze wyjątkiem od reguły. Nie

wolno robić tego, co inni. Nigdy.

Słuchałem uważnie. Najchętniej wyryłbym każde jego słowo na powierzchni kory mózgowej. Uczestniczyłem w niezwykłym wydarzeniu: jedyną wiarygodną konkurencją dla warsztatów Mystery'ego były kursy Rossa Jeffriesa, który de facto założył całą społeczność pod koniec lat osiemdziesiątych. Ten wieczór był przełomowy: adepci sztuki uwodzenia, pozbawieni bezpieczeństwa sali wykładowej, po raz pierwszy mieli zostać wypuszczeni do klubów, żeby pod kontrolą wypasać nieświadome niczego sztuki.

Przybył drugi z uczniów, który przedstawił się jako Extramask. Był tyczkowatym, trochę niezgrabnym w workowatych ciuchach, wystrzyżo-nym na garnek, szelmowskim dwudziestopięciolatkiem o wyrazistych rysach twarzy. Gdyby zrobić porządek z jego fryzurą i ubraniem, bez problemu mógłby uchodzić za przystojnego gościa.

Zapytany przez Sina o licznik, Extramask bez przekonania podrapał się po głowie.

- Mam praktycznie zero doświadczenia z dziewczynami -wyjaśnił. -

Nigdy się jeszcze nie całowałem.

-Jaja sobie robisz - powiedział Sin.

- Nigdy nawet nie trzymałem dziewczyny za rękę. Byłem wychowa

ny pod kloszem. Moi rodzice byli ortodoksyjnymi katolikami, więc za

wsze miałem poczucie winy. Ale miałem już trzy dziewczyny.

Ze wzrokiem utkwionym w podłodze, pocierając nerwowo kolana ko-li.siymi ruchami, opowiedział nam o swoich dziewczynach, mimo że nikt nic pytał o szczegóły. Tak więc była Mitzelle, która zerwała z nim po siedmiu dniach. Potem była Claire, która po dwóch dniach powiedziała mu, że chodzenie z nim okazało się z jej strony pomyłką.

- No i była jeszcze Carolina, moja słodka Carolina - powiedział z roz

marzonym uśmiechem na twarzy. - Byliśmy parą przez cały dzień. Pa

miętam, jak przyszła do mnie do domu następnego popołudnia z przy

jaciółką. Zobaczyłem ją po drugiej stronie ulicy, tak się ucieszyłem na

jej widok. Kiedy podszedłem, zawołała: „Z nami koniec!".

Wyżej wymienione perypetie uczuciowe miały miejsce w szóstej klasie. Extramask pokręcił smutno głową. Nie było jasne, czy zdawał sobie sprawę, jaki jest zabawny.

Kolejny adept był opalonym, łysiejącym mężczyzną pod czterdziestkę, który na warsztat przyleciał z Australii. Miał rolexa za dziesięć tysięcy, uroczy akcent i jeden z najbrzydszych swetrów, jakie zdarzyło mi się oglądać - gruby, zapleciony ściegiem warkoczowym koszmarek ućka-ny zygzakowatymi, kolorowymi plamami, które wyglądały jak wypadek przy pracy. Od gościa jechało forsą i pewnością siebie. Jednak z chwilą, kiedy otworzył usta, żeby opisać Sinowi swój licznik (pięć), sam się zdradził. Głos mu drżał, unikał kontaktu wzrokowego, miał też w sobie coś żałosnego i dziecinnego. Jego wygląd, tak jak sweter, nie był miarodajny, nie dawał wglądu w jego naturę.

Był kompletnym nowicjuszem i nie chciał nawet zdradzić swojego imienia, więc Mystery ochrzcił go Sweater.

Sweater był ostatnim zapisanym na kurs słuchaczem.

- Dobra, mamy sporo do obgadania - powiedział Mystery, składając

dłonie. Nachylił się tak, żeby jego głos nie wychodził poza naszą grupę.

- Moim zadaniem jest nauczyć was wypasu - kontynuował, nawią

zując z każdym z nas przenikliwy kontakt wzrokowy. - Muszę przenieść

zawartość mojej głowy do waszych. Myślcie o dzisiejszym wieczorze jak

o grze komputerowej. Że to nie dzieje się naprawdę. Za każdym razem,

kiedy dokonujecie podejścia, to jest właśnie ta gra.

Serce waliło mi jak młotem. Sama perspektywa rozpoczęcia rozmowy z nieznaną mi kobietą była paraliżująca, nie mówiąc już o byciu obserwowanym i ocenianym. Skoki na bungee i spadochronie to w porównaniu z tym dziecinna igraszka.

Krok 2 PODEJDŹ I OTWÓRZ

- Wasze emocje będą chciały zrobić wam wodę z mózgu - ciągnął My-

stery - ich celem jest dezorientacja, więc za grosz nie możecie im ufać.

Będziecie odczuwać nieśmiałość i skrępowanie i będziecie musieli po

radzić sobie z nimi tak samo, jak radzicie sobie z kamykiem w bucie. Jest

niewygodny, ale go ignorujecie. On nie jest elementem równania.

Rozejrzałem się. Extramask i Sweater wydawali się tak samo zdenerwowani jak ja.

- Muszę was nauczyć, w cztery dni, całego równania - sekwencji po

sunięć niezbędnych do zwycięstwa - mówił dalej Mystery. - A żeby na

uczyć się wygrywać, będziecie musieli ciągle grać. Więc przygotujcie się

na porażkę.

Przerwał, żeby zamówić na boku sprite'a z pięcioma plasterkami cytryny, a potem opowiedział nam swoją historię. Jego głos był donośny, klarowny - jak nam powiedział, wzorowany na guru wykładów motywacyjnych Anthonym Robbinsie. Każdy szczegół jego zachowania sprawiał wrażenie świadomej, wyuczonej zagrywki.

Odkąd Mystery skończył jedenaście lat i wydusił z kolegi tajemnicę karcianej sztuczki, jego największym marzeniem było zostać sławnym prestidigitatorem, jak David Copperfield. Po latach nauki i ćwiczeń udało mu się dostosować swoje umiejętności do potrzeb przyjęć urodzinowych, imprez korporacyjnych i nawet jakiegoś talk-show. W efekcie zaniedbał życie towarzyskie i w wieku lat dwudziestu jeden, kiedy w dalszym ciągu był prawiczkiem, postanowił jakoś temu zaradzić.

-Jedną z największych tajemnic tego świata jest umysł kobiety -oznajmił górnolotnie - więc postanowiłem go rozgryźć.

Każdego dnia jechał pół godziny autobusem do Toronto, żeby chodzić po barach, sklepach z ciuchami, restauracjach i kawiarniach. Nie wiedział o istnieniu internetowej społeczności i innych sztukmistrzów, zmuszony był więc działać na własną rękę, polegając na jedynej umiejętności, którą posiadał: magii. Musiał przyjechać do miasta dziesiątki razy, zanim zebrał się na odwagę, żeby zaczepić nieznajomą. Odtąd znosił porażki, odrzucenie i upokorzenie dzień i noc, aż kawałek po kawałku, udało mu się rozgryźć zagadkę dynamiki towarzyskiej i odkryć, jak twierdził, fundamentalne wzorce rządzące każdą męsko-damską relacją.

- Dotarcie do tego zajęło mi dziesięć lat - powiedział. - Podstawowym formatem jest ZSPoD - znaleźć, spotkać, podejść, domknąć. Czy wam się to podoba, czy nie, gra jest liniowa. Mało kto ma tę świadomość.

Przez następne pół godziny Mystery opowiadał nam o tzw. teorii stada.

- Przerabiałem to już milion razy - mówił. - Nie podchodzi się do

d/icwczyny, która stoi sama. Nie taki jest model uwodzenia. Piękne ko

biety rzadko bywają same.

Po podejściu do grupy, kontynuował, kluczem do sukcesu jest zignorowanie pożądanej sztuki połączone z jednoczesnym wkupieniem się w łaski jej towarzystwa - zwłaszcza mężczyzn i innych potencjalnych bloke-row. Jeżeli sztuka jest atrakcyjna i przyzwyczajona do łaszących się facetów, sztukmistrz musi ją zaintrygować poprzez udanie, że jej urok nie zrobił na nim wrażenia. Żeby osiągnąć ten cel, należy posłużyć się tzw. negiem.

Usytuowany gdzieś pomiędzy dwuznacznym komplementem a przypadkową obelgą, neg ma za zadanie obniżyć poczucie własnej wartości kobiety, jednocześnie ostentacyjnie demostrując brak zainteresowania sztuką - na przykład poprzez poinformowanie jej, że ma szminkę na zębach albo poczęstowanie jej gumą, kiedy skończy mówić.

-Nie alienuję brzydkich dziewczyn ani facetów. Alienuję tylko te sztuki, które chcę wydymać - kontynuował wykład Mystery, z twarzą rozświetloną zachwytem nad własnymi aforyzmami. -Jeżeli mi nie wierzycie, to dzisiaj zobaczycie to na własne oczy. Dziś jest noc eksperymentów. Na początek zaprezentuję wam swoje umiejętności. Będziecie mnie obserwować, a potem spróbujemy nakłonić was do kilku próbnych zestawów. Róbcie, co wam powiem, a jutro będziecie w stanie wyrwać sztukę w piętnaście minut. - Spojrzał na Extramaska. - Wymień pięć cech charakterystycznych samca alfa.

- Pewność siebie?

- Dobrze. Co jeszcze?

- Siła?

-Nie.


- Zapach ciała?

Zwrócił się do mnie i Sweatera. Też nie mieliśmy pojęcia.

- Pierwszą cechą charakterystyczną samca alfa jest uśmiech - po

wiedział, wyszczerzając sztucznie zęby. -Wchodzicie do pokoju: uśmiech.

Wypas startuje z waszym wejściem do klubu. Uśmiech dodaje wam pew

ności siebie, radości życia, siły. Zwrócił się do Sweatera. - Po tym jak

wszedłeś, nie uśmiechnąłeś się do nas w trakcie rozmowy.

-To takie nie w moim stylu - odpowiedział Sweater. - Kiedy się uśmiecham, wyglądam jak głupek.


- Jeżeli będziesz robił to, co zawsze, będziesz dostawał to, co zawsze. To się nazywa Mystery Method, bo ja jestem Mystery, a to jest moja metoda. W związku z tym chciałbym was poprosić, żebyście wzięli sobie do serca niektóre z moich sugestii i w ciągu tych czterech dni wypróbowali parę nowych rzeczy. Zauważycie różnicę.

Dowiedzieliśmy się, że pozostałe cechy charakterystyczne samca alfa, oprócz pewności siebie i uśmiechu, to poczucie humoru, bycie zadbanym, kontaktowym i postrzeganym jako dusza towarzystwa. Nikt nie ośmielił się wytknąć Mystery'emu, że to w sumie sześć cech.

Podczas gdy Mystery dalej rozkładał samca alfa na czynniki pierwsze, uświadomiłem sobie powód naszego - mojego, Extramaska, Swea-tera - uczestnictwa w tych warsztatach. Rodzice i przyjaciele nas zawiedli. Nigdy nie dostaliśmy od nich narzędzi potrzebnych, żeby zostać pełnowartościową istotą towarzyską. A teraz, wiele lat później, nadszedł czas, żeby to zmienić.

Mystery obszedł stół dookoła i spojrzał na każdego z nas.

- Jaką chciałbyś mieć dziewczynę? - zapytał Sweatera.

Sweater wyciągnął z kieszeni starannie złożoną kartkę z notatnika.

- Wczoraj w nocy sporządziłem listę moich pragnień - powiedział,

rozkładając zapełniony czterema kolumnami ponumerowanych punk

tów kawałek papieru. - Jednym z nich jest żona, która musi być wy

starczająco błyskotliwa, żeby radzić sobie w towarzystwie, a zarazem

tak piękna i elegancka, żeby mężczyźni nie mogli oderwać od niej

wzroku.

- No to teraz spójrz na siebie - powiedział Mystery. - Przeciętniak.



Facetom wydaje się, że neutralny wygląd pozwoli im uwieść szeroki wa

chlarz typów kobiet. Nieprawda. Musisz się specjalizować. Jeżeli wyglą

dasz przeciętnie, to będziesz miał dostęp do przeciętnych dziewczyn.

Twoje spodnie khaki nadają się do biura, nie na parkiet. A sweter nada

je się do pieca. Musicie być ponadprzeciętni. Musicie przegiąć. Jeżeli

chcecie posuwać dziesiątki, musicie zrozumieć teorię błyskoteki.

Mystery uwielbiał teorie. Teoria błyskoteki była oparta na założeniu, że w celu zdobycia najbardziej pożądanej samicy trzeba wyróżniać się ze stada kolorowym, krzykliwym wyglądem. Jak wytłumaczył nam Mystery, odpowiednikiem rozłożonego pawiego ogona jest błyszcząca koszula, jaskrawy kapelusz i fluorescencyjna biżuteria - krótko mówiąc, wszystko, co przez całe życie uważałem za szczyt tandety.

Kiedy nadszedł czas na skrytykowanie mojego wyglądu, lista Mystery Y-go wydawała się nie mieć końca: wyrzucić okulary, przyciąć kozią In mikę, zgolić wymodelowane za krocie krzaki na głowie, ubierać się eks-hawagancko, nosić zagajnik, do tego jakaś biżuteria, przestać nudzić.

Zapisywałem każde jego słowo. To był gość, który bez przerwy myślał o uwodzeniu, jak szalony naukowiec pracujący nad formułą paliwa grawitacyjnego. W Internecie zarchiwizowanych było 3000 postów -na ponad 2500 stronach - a wszystkie poświęcone złamaniu szyfru, ja-I im jest kobieta.

- Mam dla ciebie otwieracz - powiedział do mnie. Otwieracz to wy-

ur/ony tekst służący do rozpoczęcia rozmowy z grupą nieznajomych,

podstawa arsenału każdego podrywacza. - Użyj go, kiedy zobaczysz gru

pę / dziewczyną, która ci się spodoba. „Hęj a, z wami to się chyba nieźle

imprezuje". Potem zwracasz się do swojej sztuki i mówisz: „Gdybym nie

był gejem, to bym cię zakręcił".

Na twarzy wykwitł mi rumieniec.

- Na pewno? - zapytałem. - I jak to ma niby pomóc?

- Kiedy już ją podejdziesz, nie będzie miało znaczenia to, co mówi

łeś wcześniej.

- A to nie jest kłamstwo?

- To nie jest kłamstwo - odpowiedział - tylko flirt.

Następnie przedstawił naszej grupie inne przykładowe otwieracze: niewinne, intrygujące pytania w stylu: „Wierzysz w czary?" albo „Jezu... \\ iil/iałaś te dwie lale, co się naparzają przy wejściu?". Jego otwieracze nic były ani szczególnie wyrafinowane, ani spektakularne, ale wystar-c/aly, żeby rozpocząć rozmowę z nieznajomą kobietą.

Mystery wyjaśnił nam, że celem jego metody jest zbliżenie się bez /\\ Kicania na siebie uwagi. Nie podchodź do kobiety z seksualną za-r/rpką. Najpierw ją poznaj i pozwól jej zasłużyć sobie na prawo do by-i i.i wypasaną.

l WSN atakuje sztukę od razu - oznajmił, szykując się do wyjścia / hotelu. - Zawodowiec czeka osiem do dziesięciu minut.

Uzbrojeni w negi, teorię stada i otwieracze desantowe, byliśmy gotowi na podbój klubów.
Rozdział
Zapakowaliśmy się do limuzyny i pojechaliśmy do Standard Lounge, klubu hotelowego odgrodzonego aksamitnym sznurem od reszty świata. Właśnie tam Mystery wstrząsnął moją wizją rzeczywistości. Usunął ograniczenia, które dotychczas były dla mnie nieodłącznym aspektem interakcji towarzyskich. Facet był jak maszyna.

Kiedy przyjechaliśmy, Standard był martwy. Byliśmy za wcześnie. Na sali były tylko dwie grupki: para przy wejściu i dwie pary w kącie. Zacząłem zbierać się do wyjścia, kiedy zobaczyłem, jak Mystery podchodzi do ludzi w rogu, którzy siedzieli naprzeciwko siebie na kanapach przedzielonych szklanym stolikiem. Mężczyźni siedzieli po jednej stronie. Jednym z nich był Scott Baio, który grał Chachiego w „Happy Days". Po drugiej stronie siedziały dwie kobiety, brunetka i farbowana blondynka, która wyglądała, jakby się urwała z okładki „Maxima". Biała koszulka była zawieszona na jej sztucznych piersiach tak wysoko, że wydawała się lewitować tuż nad pedantycznie wyrzeźbionym brzuchem. To była dziewczyna Baia, i jak się domyśliłem, cel Myste-ry'ego.

Jego zamiar był czytelny, gdyż nie zamienił z nią ani słowa. Odwrócony do niej tyłem pokazywał coś Scottowi Baio i jego towarzyszowi, eleganckiemu, opalonemu trzydziestolatkowi, który wyraźnie nie oszczędzał na płynie po goleniu. Podszedłem bliżej.

- Ostrożnie - mówił Baio - kosztował czterdzieści tysięcy dolarów.

Mystery, który trzymał zegarek Baia, położył go ostrożnie na stoliku.

- Teraz patrz - polecił. - Napinam mięśnie brzucha, zwiększam do

pływ tlenu do mózgu i...

Mystery wykonał jakiś gest nad zegarkiem i sekundnik się zatrzymał. Mystery odczekał piętnaście sekund, ponownie machnął dłońmi i zegarek powoli się ożywił, podobnie zresztą jak oddech Baia. Burza oklasków czterosobowej widowni.

- Pokaż coś jeszcze! - poprosiła blondynka.

Mystery schłodził ją negiem.

- Hej, ale ktoś jest wymagający - powiedział, zwracając się do Baio. -

Masz z nią tak zawsze?

Byliśmy świadkami zastosowania teorii stada na pastwisku. Z każdą kolejną sztuczką Mystery'ego, blondynka coraz bardziej próbowała zwró-nć na siebie uwagę. Za każdym razem ignorował ją na rzecz rozmowy / dwójką nowych znajomych.

- Rzadko kiedy wychodzę - opowiadał Baio Mystery'emu - już mi

przeszło, jestem na to za stary.

Po niespełna dziesięciu minutach Mystery w końcu „zauważył" blondynę. Wyciągnął ręce, wziął jej dłonie w swoje i zaczai czytać jej myśli. U/ywał popularnej techniki pseudopsychologizowania: opowiadał nie-/najomym truizmy na ich temat. W tej dziedzinie każda umiejętność -nawet tak ezoteryczna - stanowi przewagę.

Z każdym wypowiadanym przez Mystery'ego zdaniem szczęka blondyny opadała niżej, w końcu zaczęła go wypytywać o zawód i umiejętności parapsychiczne. Każda odpowiedź Mystery'ego subtelnie podkreślała jego młodość i radość życia, z której z kolei Baio twierdził, że wyrósł.
- Czuję się tak staro - zarzucił przynętę Mystery.

- Ile masz lat? - zapytała.

- Dwadzieścia siedem.

- Nie jesteś stary. Jesteś idealny.

Zielone światło.

Mystery zawołał mnie i powiedział mi na ucho, żebym zajął Baia i je-K<> kumpla rozmową, podczas gdy on będzie wypasał sztukę. To było mo-it- pierwsze doświadczenie w roli skrzydłowego - terminu, który Myste-i v /aczerpnął z filmu „Top Guń", podobnie jak „cel" i „przeszkodę".

Rozmowa jakoś nam się nie kleiła. W pewnej chwili Baio, przyglądając się nerwowo, jak Mystery pasie jego cizię, przerwał mi w pół zdania.

- Powiedz mi, że to tylko złudzenie - poprosił - i że on właśnie nie

/wędził mi dziewczyny.

Dziesięć minut później Mystery wstał, objął mnie ramieniem i wypro-wad/ił z klubu. Na zewnątrz wyciągnął z kieszeni marynarki serwetkę z numerem blondyny.

- Dobrze się jej przyjrzeliście? - zapytał. - Właśnie po to siedzę w wy-

pasic. Dziś wykorzystałem wszystko, czego nauczyłem się przez ostatnie

i l/irsicć lat. To wszystko miało doprowadzić do tej chwili. I zadziałało - ema

nował z niego samozachwyt. -Jak wam się podobała moja pokazówka?

PODEJDŹ I OTWÓRZ

Wystarczyło. Wyłowienie sztuki sprzed samego nosa sławnej, może kiedyś, ale zawsze, osoby, było wyczynem, którego nie byłby w stanie dokonać sam Dustin. Mystery był specjalistą.

W limuzynie podczas relokacji do Key Clubu Mystery opowiedział nam o pierwszym przykazaniu wypasu: regule trzech sekund. Mężczyzna ma trzy sekundy na nawiązanie rozmowy ze sztuką od momentu jej zauważenia. Jeżeli nie zmieści się w tym przedziale, to nie dość, że dziewczyna weźmie go za przestraszoną, gapiącą się ukradkiem ofermę, w dodatku sam facet zacznie kombinować, analizować każdy szczegół podejścia, nerwy wezmą górę i skończy się na niczym.

Zaraz po wejściu do Key Clubu Mystery zademonstrował regułę trzech sekund. Podszedł do grupy kobiet, wyciągnął dłonie i powiedział: - Pierwsze wrażenia. Nie mówię o dłoniach, tylko o paznokciach. Kiedy Mystery'ego otoczył wianuszek dziewcząt, Sin wziął mnie na stronę i zasugerował, żebym zrobił sobie przechadzkę i spróbował dokonać podejścia. Spróbowałem coś powiedzieć do przechodzącego właśnie stada kobiet. „Cześć" ledwo przeszło mi przez gardło, nikt nie usłyszał mojego piśnięcia. Kiedy mnie już minęły, złapałem jedną z nich od tyłu za ramię. Odwróciła się przestraszona i obrzuciła mnie pogardliwym spojrzeniem z gatunku „spadaj, łajzo", tym samym przypominając mi, dlaczego zawsze byłem zbyt stremowany, żeby zaczepiać nieznajome dziewczyny.

- Nigdy - upomniał mnie nosowy głos Sina - nie podchodź kobiety od tyłu. Zawsze zbliżaj się z przodu, pod lekkim kątem, żeby uniknąć wrażenia bezpośredniej konfrontacji. Rozmawiaj z nią przez ramię, tak jakbyś miał w każdej chwili odejść. Widziałeś Roberta Redforda w „Za-klinaczu koni"? Coś w tym stylu.

Kilka minut później zauważyłem młodą, wstawioną kobietę z długimi, splątanymi blond lokami i w pikowanej różowej kamizelce. Stała sama. Uznałem, że podejście jej byłoby łatwym odkupieniem mojej niedoszłej porażki. Krążyłem przez chwilę, żeby wycelować na podejście z naprzeciwka, ale pod kątem, i ruszyłem, wyobrażając sobie, że zbliżam się do konia, którego nie mogę spłoszyć.

-Jezu... - zagaiłem - widziałaś te dwie, co naparzały się przy wejściu?

- Nie - odpowiedziała. - Coś się stało?

Była zainteresowana. Rozmawiała ze mną. To działało.

No więc... dwie laski walczyły o takiego niskiego kolesia, sięgał im i li i p;isa. Mało się nie pozabijały. Facet stał sobie i śmiał się w kułak, kie-ilv policjanci je zgarniali.

Zachichotała. Zaczęliśmy rozmawiać o klubie i klubowej kapeli. By-l,i bardzo przyjazna i nawet trochę wdzięczna za okazję do rozmowy. Nie inui',k'm uwierzyć, że podejście kobiety może być takie proste. Sin podszedł do mnie i wyszeptał: Kinetyzuj. Że jak?

l Kine-co? - dopytywała się dziewczyna.

Sin sięgnął mi za plecy, podniósł moją rękę i położył ją na jej ramieniu.

- Kinetyzacja polega na dotknięciu dziewczyny - wyszeptał.

(liepło jej ciała przypomniało mi, jak bardzo lubię kontakty z ludźmi. Zwierzęta domowe też lubią, jak się je pieści. Łaszenie się psa albo l nią nie ma podtekstu seksualnego. Z ludźmi jest tak samo: potrzebu-iniiy kontaktu. Ale jesteśmy tak pokręceni w naszych obsesjach seksu-iilnych, że kiedy tylko ktoś nas dotknie, robimy się nerwowi i skrępowani Ja, niestety, nie byłem tu wyjątkiem. Moja dłoń, spoczywająca na jej nmieniu, nie ułatwiała rozmowy. Kiedy leżała tam niczym sparaliżowana 1'onczyna, nie przestawałem myśleć, co sądzi o tym moja towarzyszka i f/y przypadkiem przez cały czas nie zastanawia się, jak by tu elegancko się wyswobodzić. W końcu postanowiłem jej pomóc, zabierając dłoń.

- Wyizoluj ją - powiedział Sin.

Zaproponowałem, żebyśmy usiedli i podeszliśmy do ławy. Sin usiadł

t

;i nami. Zgodnie z zaleceniami, zapytałem ją o cechy faceta, które są dla icj atrakcyjne. Odpowiedziała: poczucie humoru i tyłek. Byłem szczęśliwym posiadaczem jednej z nich. Nagle poczułem oddech Sina w uchu.



- Powąchaj jej włosy - polecił.

Powąchałem jej włosy, choć nie do końca wiedziałem, po co. Podej-i /rwałem, że Sin każe mi teraz strzelić jej nega, więc powiedziałem:

- Pachniesz papierosami.

- Nie! - Sin zasyczał mi do ucha. Chyba jednak nie chodziło o nega.

Dziewczyna sprawiała wrażenie urażonej. Żeby ratować sytuację, po

nownie zaniuchałem.

-Ale pod spodem... czuć coś odurzającego.

Rozdział


Przechyliła głowę na bok, lekko zmarszczyła brwi, zmierzyła mnie wzrokiem i powiedziała:

- Dziwny z ciebie koleś.

Jechałem na fatala. Na szczęście wtedy pojawił się Mystery.

- Ta nora zdycha - oznajmił. - Zmieniamy pastwisko. - Dla Myste-

ry'ego i Sina kluby miały charakter wirtualny. Nie krępowali się szeptać

adeptom porad w trakcie prób wypasu, wplatać żargon do rozmów z ob

cymi, czy nawet przerywać wypasany zestaw, żeby wyjaśnić pozostałym

słuchaczom, gdzie tkwił błąd. Kombinacja ich nadnaturalnej pewności

siebie i hermetycznego żargonu była w stanie zamotać kobietom w gło

wach tak, że większość nie podejrzewała nawet, że występuje w roli sztuk

sparringowych używanych do szkolenia przyszłych sztukmistrzów.

Pożegnałem się z moją nową przyjaciółką tak, jak mnie nauczono -pokazując na policzek z poleceniem „pocałuj". O dziwo, faktycznie mnie cmoknęła. Poczułem się totalnie alfa.

Tuż przed wyjściem, kiedy chciałem skorzystać z toalety, spotkałem w łazience Extramaska, nerwowo nawijającego brudne włosy na palec.

- Czekasz, aż się zwolni? - zapytałem.

- Tak jakby - odpowiedział zdenerwowany - ale proszę.

Spojrzałem na niego zdziwiony.

- Mogę ci coś powiedzieć? - spytał.

- Jasne.
- Nie mogę się przełamać, żeby wysikać się w obecności innego face

ta. Kiedy ktoś obok stoi, to po prostu, kurde, nie mogę. Nawet jak jestem

w trakcie i ktoś wejdzie, to przerywam. A potem sterczę jak ten pajac.

- Nikt cię nie ocenia.

- No - odparł. - Pamiętam jakiś rok temu, ja i jeszcze taki facet chcie

liśmy się wysikać koło siebie, ale w końcu żadnemu się nie udało. I kie

dy tak staliśmy ze dwie minuty, dotarło do nas, że mamy ten sam problem,

aż w końcu zapiąłem rozporek i poszedłem gdzie indziej. - Zamyślił się. -

Ten facet nawet mi nie podziękował za wyjście z toalety.

Przytaknąłem, podszedłem do urynału i bez zastanowienia załatwiłem potrzebę. Na tle Extramaska zapowiadałem się na obiecującego słuchacza. Kiedy wychodziłem z łazienki, dalej tam stał.

- Zawsze byłem zwolennikiem przegródek między urynałami - po

wiedział. - Ale montują je tylko w klubach na poziomie.
Limuzyna wiozła nas do kolejnego klubu, a ja byłem nabuzowany.

- Myślisz, że mogłem ją pocałować? - zapytałem Mystery'ego.

- Jeżeli myślisz, że mogłeś, to znaczy, że mogłeś - odpowiedział. - Jak

lylko zaczniesz się zastanawiać, czy powinieneś, czy może nie, to znaczy,

że powinieneś. I wtedy zjeżdżasz na pobocze. Wyobraź sobie, jak w two

jej głowie przeskakuje gigantyczna przekładnia, zmieniasz biegi, zjeż

dżasz. Zaczynasz ją urabiać. Mówisz jej, że właśnie zauważyłeś, jaką ma

cudowną skórę i zaczynasz masować jej ramiona.

-Ale skąd mam wiedzieć, że już mogę?

-Ja zawsze wyłapuję miękkie piłki. Miękka piłka to takie świadec-' two zainteresowania. Ona cię pyta, jak masz na imię, a ty właśnie łapiesz piłeczkę. Ona pyta, czy masz dziewczynę - bardzo miękka piłka. Bierzesz ją za rękę, delikatnie ściskasz, czujesz, jak ona robi to samo - kolejna miękka piłka. Zaraz po trzeciej zjeżdżam na pobocze. Robię to automatycznie. To jak program komputerowy.

- No, ale jak ją pocałować? - zapytał Sweater.

- Po prostu mówię: „Chcesz mnie pocałować?".

-1 co potem?

- Potem może się wydarzyć jedna z trzech rzeczy - powiedział My

stery. - Jeżeli ona odpowie „tak", co zdarza się bardzo rzadko, wtedy ją

całujesz. Jeżeli mówi: „Może" albo waha się, wtedy ty mówisz: „No to zo

baczmy" i całujesz. A jeżeli odpowie „nie", to mówisz: „Nie powiedzia

łem, że możesz. Wyglądało tylko, jakbyś miała ochotę". Widzicie? - wy

szczerzył triumfalnie zęby. - Nie macie nic do stracenia. Jesteście

przygotowani na każdą ewentualność. To jest właśnie niezawodny domyk

/ cmokiem Mystery'ego.

Zapamiętale notowałem każde słowo na temat domyku z cmokiem. Nikt nigdy wcześniej nie powiedział mi, jak pocałować dziewczynę. To była jedna z tych rzeczy, które mężczyźni mieli umieć sami z siebie, jak golenie i naprawa samochodu.


Siedząc w limuzynie z notatnikiem na kolanach, słuchając wykładu Mystery'ego, zadałem sobie pytanie, co ja tu w ogóle robię. Na kurs podrywania kobiet nie zapisywali się normalni ludzie. Jeszcze większym niepokojem napawała mnie własna obsesja na tle tej wirtualnej społeczności i jej skrywających się pod nickami liderów.

Być może wynikało to z faktu, że relacje z płcią przeciwną były jedynym obszarem mojego życia, na którym miałem wyraźne poczucie klęski. Za każdym razem, kiedy szedłem po chodniku albo wchodziłem do kawiarni, patrzyło na mnie odbicie mojej porażki - w czerwonej szmince i czarnym tuszu do rzęs. Zabójcza mieszanka pożądania i niemocy.

Tego wieczoru, po warsztacie, otworzyłem szafkę i przekopałem się przez moje papiery. Chciałem coś znaleźć, coś, czego nie widziałem od lat. Pół godziny później - bingo: teczka z napisem „Twórczość licealna". Wyciągnąłem kartkę papieru szczelnie wypełnioną moim kurzym charakterem pisma. To był jedyny wiersz, jaki kiedykolwiek próbowałem napisać. Popełniłem go w drugiej klasie liceum i nigdy nikomu nie pokazałem. Nie zmieniało to faktu, że zawierał odpowiedź na moje pytanie.

FRUSTRACJA SEKSUALNA

NEIL STRAUSS

Jedyny powód wyjścia z domu, Jedyny cel, jedno dążenie, Blysk lak znajomej pary nóg, Na zalloczonym chodniku albo Uścisk kobiety, która zawsze Zostanie tylko przyjaciólką.

Noc bez zdobyczy budzi w tobie wroga.

Samotny weekend budzi agresora.

Cały świat jest przekrwiony, tak jak twoje oczy

Wścieklością, której przyczyny nie mogą zrozumieć

Ani przyjaciele, ani domownicy.

Tylko ty wiesz, dlaczego ona cię pochłania.

Ta jedna „przyjaciólką", którą już za długo Znasz i która szanuje cię za bardzo, żeby Zrobić to, na czym ci zależy.

/ nie chce jej się nawet stroić w Wieczorową osobowość, wyjściowy flirt, gdyż Myśli, że podoba ci się jej prawdziwe ja, Podczas gdy ty tęsknisz za wersją zmysłową.


Gdy własna dłoń jedyną staje się kochanką, A życiodajne nasienie zmarnowane, zawinięte W chusteczkę ląduje w klozecie Zastanawiasz się, kiedy będziesz w stanie Przestać rozmyślać, co by było, gdyby Tamtej nocy udało ci się jednak przedrzeć.

A inna, nieśmiała, która się uśmiecha Wygląda, jakby chciała, żebyś do niej podszedł Ale nie odważysz się podejść i zagadać. Więc w zamian na zawsze już zostanie Sennym marzeniem, kolejnym co by było gdyby. Twoja dłoń zastąpi jej.
Kiedy zaniedbujesz pracę i zajęcia w domu, Tak samo jak ludzi, którzy cię kochają, By nie trafić w tarczę, żadna w końcu nowość. Czy wszystkim oprócz ciebie sprzyjają kobiety, Czy one nie potrzebują tak jak my podniety?

W ciągu dziesięciu lat, które upłynęły od powstania tego wiersza, nic się nie zmieniło. W dalszym ciągu nie potrafiłem pisać poezji. Co więcej, w dalszym ciągu czułem się tak samo. Być może zapisanie się na warsztaty Mystery'ego było trafną decyzją. W końcu próbowałem coś zrobić ze swoim kalectwem.

W krainie głupców pomieszkują też mędrcy.

Ostatniej nocy warsztatów Mystery i Sin zabrali nas do klubu Saddle Ranch, utrzymanej w stylu country hurtowni towaru na Sunset Strip. Przychodziłem tam już wcześniej - nie żeby podrywać dziewczyny, tylko ujeżdżać mechanicznego byka. Jedną z moich ambicji w Los Angeles było pokonać urządzenie na najwyższym stopniu trudności. Ale nie dzisiaj. Po trzech nocach z rzędu zakończonych o drugiej nad ranem podsumowaniem wykonanych podejść i ich ocenami - zazwyczaj znacząco wykraczającym poza zaplanowane pół godziny - byłem wykończony.

Wystarczyło jednak kilka minut, żeby nasz niestrudzony profesor wypasu znalazł się przy barze, podrywając hałaśliwą, wstawioną dziewczynę, która próbowała ukraść mu kapelusz. Obserwując Mystery'ego w akcji, zauważyłem, że używał dokładnie tych samych otwieraczy, sekwencji i grepsów - i prawie za każdym razem dostawał numer albo namiętny pocałunek, nawet kiedy sztuka była ze swoim facetem. Nigdy czegoś takiego nie widziałem. Niekiedy jego rozmówczynie zalewały się łzami wzruszenia.

Idąc w stronę podium z mechanicznym bykiem, w kretyńskim czerwonym kowbojskim kapeluszu, włożonym na polecenie Mystery'ego, zauważyłem dziewczynę z długimi czarnymi włosami, w przylegającym do ciała swetrze i z opalonymi nogami wystającymi spod pogniecionej spódnicy. Prowadziła ożywioną rozmowę z dwoma facetami, podskakując pomiędzy nimi jak postać z kreskówki.

Sekunda. Druga. Trzecia.

- Heja, z wami to się chyba nieźle imprezuje - powiedziałem do męż

czyzn, po czym zwróciłem się do dziewczyny. Zająknąłem się. Pamięta

łem kolejny greps - Mystery wkładał nam go do głowy przez cały week

end - ale niechętnie po niego sięgałem. - Gdy... gdybym nie był gejem,

to bym cię zakręcił.

Uśmiechnęła się od ucha do ucha.

- Masz fajny kapelusz - zapiszczała, chwytając za rondo.

A jednak błyskoteka mogła się opłacać.

-Chwila moment - odpowiedziałem, powtarzając greps zasłyszany u Mystery'ego - proszę nie dotykać towaru.

W odpowiedzi objęła mnie i powiedziała, że jestem spoko. Jej akceptacja pomogła mi wyzbyć się resztek strachu. Zdałem sobie sprawę, /.r lajemnicą poznawania kobiet była wiedza, co powiedzieć, kiedy i jak.

- Skąd wy się w ogóle znacie? - zapytałem.

- Dopiero co ich spotkałam - odparła. - Mam na imię Elonova - dyg

nęła niezgrabnie.

Potraktowałem to jako miękką piłkę.

Pokazałem Elonovie sztuczkę PPZ*, której Mystery nauczył mnie wc/eśniej tego wieczoru, polegającą na odgadnięciu pomyślanej przez kobietę liczby od jednego do dziesięciu (to prawie zawsze siedem). Elonova /aklaskała radośnie. Kolesie, w obliczu mojego natchnionego wypasu,

/.myli się.

Po zamknięciu baru wyszedłem z nią na zewnątrz. Każdy mijany WSN podnosił kciuk i mówił: „ostra" albo „farciarz". Idioci. Mogli mi /epsuć wypas - nie mówiąc o tym, że musiałem znaleźć sposób na poinformowanie Elonovy o mojej faktycznej orientacji seksualnej. Miałem jednak nadzieję, że w tej kwestii zdążyła już pozbyć się wątpliwości.

Przypomniałem sobie nacisk Sina na kinestezję, więc objąłem ją ramieniem. Jednak tym razem się odsunęła. Ta piłka była raczej twarda. Kiedy podszedłem do niej w nadziei na drugą szansę, pojawił się jeden 7. gości, z którymi stała przy barze. Poflirtowała z nim chwilę, podczas gdy ja sterczałem jak kołek. Kiedy parę minut później w końcu się do mnie odwróciła, powiedziałem jej, że liczę na więcej. Zgodziła się i wymieniliśmy się numerami.

Mystery z Sinem i resztą towarzystwa czekali na mnie w limuzynie, skąd obserwowali przebieg rozmowy. Dołączyłem do nich zadowolony x siebie: bądź co bądź na ich oczach domknąłem z numerem. Ale My-siery nie był usatysfakcjonowany.

- Domknąłeś z numerem - powiedział - bo byłeś natrętny. Dałeś się

wodzić za nos.

- Jak to? - zapytałem.

- Opowiadałem ci już o teorii kociego kłębka?

*PPZ - postrzeganie pozazmysłowe, termin stosowany w parapsychologii (przyp. red.).

-Nie.


- No to słuchaj. Widziałeś kiedyś, jak kociak bawi się kłębkiem wełny? Kiedy nitka dynda mu tuż nad głową, ale poza zasięgiem, kot wariuje, starając się ją pochwycić. Podskakuje, chodzi na tylnych łapach, goni po pokoju. Ałe wystarczy, żebyś rzucił mu kłębek przed sam pyszczek, a popatrzy na niego chwilę i odchodzi. Znudził się. Już go nie potrzebuje.

- No i jak to się ma do tego, co zrobiłem?

- Odsunęła się, kiedy spróbowałeś ją objąć. A ty pobiegłeś za nią jak

wierny szczeniak. Powinieneś był ją ukarać - odwrócić się i porozmawiać

z inną. Niech sobie zasłuży na twoją uwagę. A ona tymczasem sprawiła,

że czekałeś, aż skończy gadać z tamtym przypałem.

-1 co powinienem był zrobić?

- Powiedzieć: „To ja zostawię was samych" i zacząć odchodzić, jakbyś mu ją oddawał - pomimo świadomości, że to ty bardziej się jej podobasz. Musisz się zachowywać, jakbyś był nagrodą. Uśmiechnąłem się. Wtedy chyba zrozumiałem. - Właśnie - powiedział - jakbyś był tańczącą nitką. Zamilkłem i zastanowiłem się nad tym, kładąc nogi na barek w limuzynie i zagłębiając się w siedzenie. Mystery odwrócił się do Sina, z którym rozmawiał przez kilka minut. Czułem, że dyskutują o mnie.

Unikałem ich wzroku. Zastanawiałem się, czy za chwilę nie dowiem się, że opóźniam warsztat, że nie jestem jeszcze gotowy, że powinienem poduczyć się i spróbować jeszcze raz za pół roku.

Nagle Mystery i Sin zakończyli naradę. Mystery uśmiechnął się od ucha do ucha i spojrzał mi w oczy.

- Witaj w klubie - powiedział. - Zrobimy z ciebie gwiazdę.
Rozdział
I;OKUM MSN: Mystery's Lounge IliMAT: Magia Seksualna AUTOR: Mystery

Mń| warsztat Mystery Method w Los Angeles był zajebisty. Postanowiłem włączyć ilu mojego następnego wykładu kilka spektakularnych technik demonstracji siły umysłu poprzez magię. W końcu do transmisji waszych czarujących osobowości hlezbędne jest jakieś medium. Jeżeli podchodzicie bez przewagi - na przykład i ilwicrając zestaw za pomocą „Cześć, jestem księgowym" - nie uda wam się zwrócić uwagi sztuki ani wzbudzić jej zainteresowania.

i i

Po przeanalizowaniu rezultatów warsztatu odstawiłem na razie model ZSPoD 'ozbiłem to podejście na trzynaście kroków. Oto jak wygląda aktualny podstawowy format dowolnego podejścia:



l. Uśmiechnij się zaraz po wejściu do pomieszczenia. Zlokalizuj cel i uważaj, żeby nie złamać reguły trzech sekund. Podejdź bez wahania.

')'. Wyrecytuj mrożony otwieracz, możesz użyć nawet dwóch albo trzech z rzędu.

3. Otwieracz powinien otworzyć stado, nie tylko cel. W trakcie rozmowy ignoruj

\ cel. Jeżeli w stadzie są mężczyźni, skoncentruj się na nich.

4. Wyjedź sztuce z nega. Wykorzystaj jeden z negów z naszej puli. Na przykład:

„To takie urocze; kiedy się śmiejesz, nosek ci się marszczy". Obróć to w żart na

użytek stada.

5. Transmituj charyzmę na całe stado. Wykorzystaj opowieści, magię, anegdoty

i poczucie humoru. Skoncentruj się na mężczyznach i mniej atrakcyjnych kobie

tach. Cel powinien w tym momencie dostrzec, że jesteś duszą towarzystwa. Możesz

wykorzystać kilka mrożonych sekwencji, na przykład sekwencję fotograficzną*, ale koncentruj je na płotkach, nie sztuce.

ó. Strzel sztuce jeszcze jednego nega (wedle uznania). Na przykład, jeżeli też chce zobaczyć zdjęcia, powiedz: „Ale z niej nochal. Zawsze tak z nią macie?".

7. Zapytaj stado: „Skąd wy się w ogóle znacie?". Jeżeli sztuka ma faceta, wybadaj, jak długo. Jeżeli związek jest poważny, katapultuj się elegancko za pomocą: „Miło było was poznać".

8. Jeżeli nikt nie przyznaje się do sztuki, poinformuj stado: „Chyba trochę wyalienowałem waszą znajomą. Nie będzie wam przeszkadzało, jak teraz to nadrobię?". Odpowiedź najczęściej brzmi: „Jasne, jeżeli ona nie ma nic przeciwko". Jeżeli poprawnie wykonałeś poszczególne kroki, powinna się zgodzić.

9. Wyizoluj ją ze stada, mówiąc, że chciałbyś jej pokazać coś zabawnego. Usiądźcie razem. Jeżeli przechodzicie przez tłum, próbnie zakinetyzuj, prowadząc ją za rękę. Jeżeli poczujesz uścisk, to wszystko gra. Bądź wyczulony na miękkie piłki.

. 10. Usiądź z nią i przeprowadź czytanie z runów, test PPZ albo inny pokaz, który ją zaintryguje i rozbawi.

11. Powiedz: „Uroda jest pospolita, w odróżnieniu od energii i radości życia. Opowiedz mi, co takiego masz w środku, co wyróżnia cię z tłumu ładnych buź?". Jeżeli zacznie wymieniać cechy, to masz kolejną miękką piłkę.

12. Przestań mówić. Czy sztuka próbuje podtrzymać rozmowę pytaniem zaczynającym się od „No i?". Jeżeli tak, to dostałeś trzecią miękką piłkę i możesz...

*Sekwencja fotograficzna polega na „przypadkowym" zaprezentowaniu koperty z „dopiero co wywołanymi" zdjęciami. Każde zdjęcie powinno zostać starannie dobrane pod kątem transmisji różnych aspektów osobowości sztukmistrza. Zestaw powinien zawierać zdjęcia z pięknymi kobietami, dziećmi, zwierzakami, sławnymi ludźmi, wygłupy z przyjaciółmi oraz dowód aktywności fizycznej, np. jazda na rolkach albo skoki na spadochronie. Sztukmistrz musi być gotowy do rozbudowania efektu zdjęcia błyskotliwą anegdotą.

J, Domknąć z cmokiem. Zapytaj znienacka: „Chcesz mnie pocałować?". Jeżeli okoliczności nie sprzyjają kontaktowi intymnemu, uruchom zegarynkę poprzez: „Muszę lecieć, ale widzę ciąg dalszy". Domknij ją z numerem i wyjdź.


Myslory

  • Masz perukę? Aha... ale i tak wyglądają ładnie.

  • Twoje włosy wyglądałyby lepiej zaczesane do góry/dołu.

  • Jak nazywa się taka fryzura, na gofra? (uśmiech)



Masz śpioszki

  • Jak fajnie... kiedy mówisz, to marszczy
    ci się nosek. Powiedz coś jeszcze,
    (uśmiech)

  • Hej, na razie jeszcze bez śliny!

  • Bez przerwy mrugasz.

- - tadne paznokcie... Prawdziwe? Aha... Ale i tak ładnie wyglądają.

Miisz piękne oczy. ożna dotknąć?


- Masz takie trochę męskie dłonie.


Podoba mi się twoja spódnica. '',
Takie są teraz bardzo popularne. '

- Podoba mi się twoja spódnica. • ;•-,•>

Właśnie przed chwilą widziałem ; ; ./••'•.


dziewczynę w identycznej. ..,_.,


i /uch. Nie, nie lyuągaj. Uwielbiam ploszki :-)

- Buty wyglądają na wygodne.





  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   32


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna