Homilia wygłoszona w czasie Nieszporów w liturgiczne wspomnienie bł. Jerzego Matulewicza w kaplicy Wyższego Seminarium Duchownego XX. Marianów Lublin, 27 stycznia 2009 r



Pobieranie 24.33 Kb.
Data07.05.2016
Rozmiar24.33 Kb.
Krzysztof Trojan MIC

Homilia wygłoszona w czasie Nieszporów

w liturgiczne wspomnienie bł. Jerzego Matulewicza

w kaplicy Wyższego Seminarium Duchownego XX. Marianów
Lublin, 27 stycznia 2009 r.
„Hasłem moim niech będzie: we wszystkim szukać Boga, wszystko czynić na większą chwałę Bożą, we wszystko wnosić ducha Bożego, wszystko przepajać duchem Bożym. Bóg i Jego chwała niech się stanie ośrodkiem mojego życia, osią, dokoła której mają się obracać wszystkie moje myśli uczucia, pragnienia i czyny”. Chyba nie ma wśród nas nikogo, kto nie znałby tych słów. Od nich rozpoczyna się „Dziennik duchowy” naszego Ojca Odnowiciela. Te wyjątkowe słowa stanowią niejako manifest dotyczący życia duchowego i działalności zewnętrznej bł. Jerzego.
Drodzy Bracia!
Obchodzimy dziś liturgiczne wspomnienie naszego Odnowiciela. Przyszło nam je świętować w roku szczególnym, kiedy dziękujemy Bożej Opatrzności za to, że dzieło zapoczątkowane przez bł. Stanisława zostało 100 lat temu uratowane od śmierci. Stało się to dzięki ludzkiej współpracy z Bożą łaską naszego dzisiejszego Patrona. I można rzec, że nigdy by się to nie stało, gdyby nie owo wielkie pragnienie pochodzące od Ducha Świętego, które nosił w sobie bł. Jerzy, a które wyraził w powyższych słowach: „wszystko czynić na większą chwałę Bożą”.
Osoba, która poświęciła swoje życie Bogu, stawia się do wyłącznej Jego dyspozycji po to, by służyć innym, by służyć Kościołowi. Bł. Jerzy już jako kapłan diecezjalny, poświęcając swoje życie Bogu, służył Mu na wszelkie możliwe sposoby. Miał niesamowitą zdolność dostrzegania tych pól w Kościele, które – posługując się metaforą wziętą z rolniczej terminologii – nie zostały jeszcze przeorane, obsiane, nie wydawały ziarna, ponieważ stały się ugorem, porośniętym chwastem. I miał tę wrażliwość, moglibyśmy powiedzieć za Janem Pawłem II – „wyobraźnię miłosierdzia”, która kazała mu podejmować zadania, jakie niewielu ówcześnie podejmowało. Tytułem przykładu: zdolny i inteligentny absolwent katolickiego uniwersytetu we Fryburgu zapoznał się w Szwajcarii z poglądami dotyczącymi niesprecyzowanej jeszcze do końca katolickiej nauki społecznej. W wyniku rodzącej się tzw. kwestii robotniczej i braku wyraźnego – może nie stanowiska, bo takie zajął już Leon XIII w swoim nauczaniu – co raczej programu działania, zwłaszcza na terenach Europy środkowowschodniej, ks. Jerzy zaangażował się w taką działalność w Warszawie oraz na Litwie. Teoretycznie mógłby – jak wielu innych doktorów teologii, ludzi nauki – poprzestać na wygłaszaniu odczytów na ten temat oraz ogłaszaniu interesujących artykułów w prasie naukowej, dzięki którym budowałby swoją pozycję naukową. Wolał jednak zmierzyć się z problemem osobiście współorganizując Stowarzyszenie Robotników Chrześcijańskich i głosząc tymże robotnikom Ewangelię sprawiedliwości i miłości społecznej, aby „we wszystko wnosić ducha Bożego”.
Podobnych przykładów z biografii bł. Jerzego można przytaczać wiele. Lektura życiorysu Ojca Odnowiciela daje także klarowne i pewne przekonanie: decyzja ks. Matulewicza o wstąpieniu do mariańskiej wspólnoty zakonnej i próbie jej odnowienia w bardzo dramatycznej sytuacji, w której się znalazła, była kolejnym i bardzo ważnym uwidocznieniem tej prawdy, iż znajdował się on w szczególnej relacji wobec Boga i Jego łaski, wobec natchnień ze strony Ducha Świętego. Pragnąc tego, by chwała Boża rosła i by Kościół miał jak największy pożytek z jego kapłaństwa i z tych zdolności, które posiadał, a które zdeponował w nim dobry Bóg, postanowił swoje siły oddać do dyspozycji Zgromadzenia. Następnie, śledząc jego biografię, widzimy już tylko konsekwentne decyzje i postawy, będące wynikiem powziętej decyzji. Wszystkie swoje siły pragnął oddać Zgromadzeniu. Bronił się od innych urzędów, funkcji i godności, by oddać się życiu braterskiemu w mariańskiej wspólnocie. Doskonale przy tym zdawał sobie sprawę, że wielkie dzieła w Kościele przynoszą zdecydowanie lepsze owoce, gdy podejmowane są w sposób zespołowy. Znał dzieje Kościoła i wiedział, że zakony uzupełniały duszpasterstwo prowadzone przez duchowieństwo diecezjalne z jednej strony o swoje indywidualne charyzmaty, o swoją charakterystyczną duchowość, a z drugiej – o nowe dzieła, podejmowwane jako wyraz tych charyzmatów. Zakony wchodziły w te pola działalności, w które księżom diecezjalnym trudno byłoby wejść. I choć Ojciec Odnowiciel nie wykluczał form zwykłej działalności parafialnej, a nawet ją przewidział dla odnowionych marianów, to miał dla nich cały wachlarz zadań, które miałyby odpowiadać na najbardziej palące potrzeby Kościoła. Wyznaczając potem – jako generał Zgromadzenia – nowe pola działalności, czynił to zgodnie z zapisanymi w „Dzienniku” słowami: „Wybierając prace i zadania do spełnienia należy mieć na względzie nie tyle nalegania ludzi, ile raczej większą chwałę Bożą, pożytek Kościoła i zbawienie dusz”. By zaś rosła chwała Boża, marianie mieli zajmować się dziełem katolickiego wychowania, nauczania, spełniać prace społeczne w duchu ewangelicznym, propagować katolicką prasę i książkę oraz wychodzić ku szerokim rzeszom ubogich i pokrzywdzonych.
Na drugiej kapitule odnowionego Zgromadzenia, w Gdańsku 1923 r., niektórzy ze współbraci dążyli do tego, by doprecyzować zadania Kongregacji, by wyodrębnić tzw. cele szczegółowe, które przypisane są niektórym zakonom. Ojciec Odnowiciel bronił ich przed takim sposobem ujmowania sprawy. Widział, jak szerokie są perspektywy pracy dla tych, którzy rzeczywiście chcą rozeznawać potrzeby Kościoła i znaki czasu. Nie chciał ograniczać apostolatu do dwóch, czy trzech dzieł. W ten sposób „chwała Boża i zbawienie dusz”, czyli to, co jest celem ogólnym wszystkich wspólnot zakonnych bez wyjątku, stało się nie tylko celem ogólnym, ale jeśli można tak powiedzieć, także „celem szczegółowym” marianów.
Wielu marianów – w duchu tak pojmowanej wizji apostolatu – podjęło się dzieł bardzo różnorodnych. Ks. Władysław Lewandowicz wychowywał rzesze katolików świeckich do apostolskiej odpowiedzialności za Kościół, czy to w Stowarzyszeniu Młodzieży Katolickiej „Odrodzenie”, której był współzałożycielem, czy w Akcji Katolickiej Archidiecezji Warszawskiej, którą kierował. Br. Bronisław Załuski przez wiele lat kierował bielańskim gimnazjum, które wychowało setki przedstawicieli katolickiej elity intelektualnej. Księża Zygmunt Trószyński na warszawskim Marymoncie i Władysław Łysik na warszawskiej Pradze bronili przed utratą ludzkiej godności całe rzesze biedaków i społecznie pokrzywdzonych. Błogosławieni męczennicy z Rosicy nie pozostawili swoich wiernych mimo groźby utraty życia; zostali z nimi, głosząc im słowo Boże i niosąc sakramentalną posługę, aż po własną męczeńską śmierć. Ks. Wincenty Dvaranauskas zgromadził w mariampolskim klasztorze największe na Litwie zbiory książek, nie tylko religijnych, by nieść posłannictwo Ewangelii i zwykłą, ludzką oświatę pod jak najliczniejsze strzechy domostw. Ks. Józef Jarzębowski, tam, gdzie tylko się pojawił, wszczepiał w serca swoich wychowanków miłość do Boga i do ojczyzny. W końcu przejął się misją głoszenia światu orędzia o Bożym Miłosierdziu, a inni marianie, zwłaszcza w Ameryce Północnej, poprzez słowo drukowane zanieśli to orędzie w rozmaite zakątki świata. Ks. Marian Wiśniewski chciał, by prawda o Bożej Miłości wyrażona w nabożeństwie do Serca Jezusa triumfowała w katolickich rodzinach w Polsce i postanowił to orędzie zinstytucjonalizować poprzez formalny ruch i pracę wydawniczą. Ks. Aleksander Sękowski stworzył jednoosobowe „wydawnictwo” – wydał setki tysięcy egzemplarzy broszur i książek, które w większości sam rozprowadził, głównie w czasie głoszonych przez siebie misji i rekolekcji. Podobnych przykładów jest oczywiście więcej.
Kościół cenił sobie taką aktywność marianów. Nuncjusz Achilles Ratti chwalił nasze Zgromadzenie przed Stolicą Apostolską, a później, jako papież Pius XI, powoływał marianów do specjalnych misji, zwłaszcza związanych z delikatną posługą jednania prawosławnych Rosjan z Kościołem katolickim (misja w Harbinie, godności nadawane o. Buczysowi, a potem innym ojcom). Także biskupi powoływali marianów do rozmaitych zadań, w których należało wykazać się znajomością rzeczy i duszpasterską wrażliwością.
Nie przypominam tych faktów po to, byśmy popadali w jakąś megalomanię. Przytaczam je w tym celu, byśmy na nowo chcieli sobie uświadomić, jak wielkie rzeczy może czynić Bóg w osobach, które chwałę Bożą przedkładają ponad wszystko inne, w osobach, które nie mają upodobania w kompromisach, ale pragną oddać się całkowicie Bogu. Tacy ludzie wstępowali do odnowionego Zgromadzenia, pociągnięci niejednokrotnie osobistym przykładem i charyzmą Ojca Odnowiciela. To byli często duchowni widzący potrzebę podejmowania nowych dzieł w Kościele, który przez lata znajdował się pod panowaniem rosyjskim, w Kościele, który nie miał możliwości należytego rozwoju, skrępowany przez władze carskie. To były „niespokojne dusze”, ale niespokojne z tego powodu, że Bóg nie jest należycie znany i kochany, że Jego słowo jest jeszcze w wielu kręgach nieznane, a w wielu innych – prześladowane.
Dla nas, po latach, jest to wezwanie, byśmy na nowo odkrywali tę świeżość i swoistą nowość, którą wniósł do naszej wspólnoty Ojciec Odnowiciel. Byśmy nie poprzestawali na tym, co zastane oraz na tym, co zewnętrzne.
Przychodząc do Zgromadzenia zastaliśmy pewne struktury i zadania. Po wojnie marianie w Polsce i na wschód od niej skoncentrowali się głównie na pracy parafialnej. Nic dziwnego. W Polsce odebrano nam szkoły i zakłady wychowawcze, a na Wschodzie cakowicie zniszczono nasze struktury zakonne. Wielu dziś nie wyobraża sobie innej pracy, niż parafialna. Ukształtowało się bowiem coś w rodzaju pokolenia proboszczów i wikariuszy. Nie chcę deprecjonować pracy parafialnej; sam w niej krótko uczestniczyłem i czułem się szczęśliwy. W ramach tej pracy też zresztą można wynajdować pola zaniedbane i potrzebujące robotników. Ale można zadać pytanie: czy formuła naszego Zgromadzenia wyczerpuje się tylko w pracy parafialnej? Czy dla szerzenia chwały Bożej nie można i dziś wchodzić w inne środowiska, o czym marzył nasz Odnowiciel? Czy nie jest to także dziś aktualne zadanie, nie tylko dla duchownych, ale dla braci zakonnych z naszej wspólnoty?
Inne niebezpieczeństwo, które nam grozi, to nadmierna koncentracja na tym, co zewnętrzne. Osobiście z niepokojem śledzę toczącą się dyskusję nad ewentualnym wprowadzeniem habitów. Chciałbym, żeby była ona troską o wymiar charyzmatyczny naszego życia. Czasem jednak obawiam się, że wynika ona ze zwykłych sentymentów, albo z upodobań natury estetycznej, tym bardziej, iż ośmielę się trochę niegrzecznie zauważyć, że często brakuje w argumentacji niektórych braci podstawowej wiedzy na ten temat. Dla dzisiejszego Patrona kwestia, czy marianie mają nosić habity, czy też nie, była – jeśli nie drugo-, to nawet trzeciorzędna. W Kongregacji ds. Zakonów poradzono mu, by marianie nie przywdziewali habitów. Odczytał to jako głos Kościoła i znak czasu. Jednocześnie w pewnym miejscu swojego „Dziennika” wyznał: Obyśmy nasze myśli, pragnienia i zamiary kierowali ku temu jednemu, aby wszędzie wnosić Chrystusa, wszystko przepajać jego duchem, wszędzie wywyższać imię Kościoła. W tym celu mamy się posługiwać wszystkimi uczciwymi środkami: strojem kapłanów lub jeżeli byłoby lepiej - habitem zakonnym, a jeżeli byłoby stosowniej - odzieniem świeckim [...]”. A więc znowu można powiedzieć, na przykładzie powyższych słów, że duch Chrystusowy i dobre imię Kościoła to wartości nadrzędne. Wszystko inne ma służyć tym wartościom, ma służyć wzrostowi chwały Bożej.
Świętemu Janowi Bosko niektórzy ze współbraci wypominali, że nie wprowadził żadnego elementu wyróżniającego i salezjanie nie różnią się niczym od innych duchownych w kwestii stroju. Świątobliwy zakonodawca na taki „zarzut” miał odpowiedzieć z właściwym sobie humorem: „Jeśli głupcowi wskaże się palcem na gwiazdę, to głupi, zamiast na gwiazdę, patrzy na palec”. Ważne jest, byśmy i my nie skupiali się na palcu, ale na gwieździe. Byśmy środków nie mylili z celami, celów nie zastępowali nadmierną koncentracją na środkach.
„Ponieważ żadnym znakiem zewnętrznym nie będą zdradzać powołania swego zakonnego, niczym różnić się nie będą od pobożnych i ubogich kapłanów lub wiernych świeckich, tym bardziej zatem będą starać się rozwijać w sobie i umacniać ducha zakonnego” – uczy nas bł. Jerzy. Oczywiście można na te słowa odpowiedzieć: inne zakony (bo zgromadzenia zakonne najczęściej nie, ale to już osobna i bardziej złożona kwestia...) noszą właściwe im stroje zakonne, nie rezygnują z nich i nie można im zarzucić braku ducha zakonnego, albo koncentracji na znakach zewnętrznych. Rzeczywiście, nie można. Co nie oznacza, że trzeba nam w naszym sposobie myślenia zabiegać i dbać o to, by nasze pragnienia i dążenia, także te związane ze strojem, były troską o wzrost chwały Bożej, a nie własnego dobrego samopoczucia.
Kończąc, przywołam dalsze słowa bł. Jerzego z pierwszych akapitów jego „Dziennika”: „Chwała Boża i zbawienie dusz! Czyż może być jakiś inny cel wyższy i szlachetniejszy ponad ten? W porównaniu z nim jakże nikłe wydaje się wszystko inne!”.






©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna