I nagroda Adam Bolesław Wierzbicki Dłużek k/Lubska, (woj lubuskie) godło „Po przejściach” Sześć hektarów niespełnionych marzeń



Pobieranie 37.59 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar37.59 Kb.
I Nagroda

Adam Bolesław Wierzbicki - Dłużek k/Lubska, (woj. lubuskie)

godło „Po przejściach”

Sześć hektarów niespełnionych marzeń

(Fragment)


- Tylko pamiętajcie zanim jakąś kupicie sprawdźcie czy jest spokojna i czy się miękko doi i żeby nie kopała. Najlepiej niech będzie czarno-białą z haefów , ale i czerwona holenderka też może być. Tylko starej łupy mi nie kupcie. Najwyżej po dwóch trzech cielakach. W papiery nie musisz patrzeć, bo w papierach można napisać wszystko. Po rogach poznasz ile ma lat. Pamiętaj Rafał, żebyś pieniędzy nie zgubił. Najlepiej schowaj je do wewnętrznej kieszeni bluzy, bo ci wypadną jak się będziesz schylał. Dwa i pól tysiąca to nie dwadzieścia pięć złotych. Za dwa i pół tysiąca to teraz samochód można kupić i jeszcze parę lat nim pojeździć -ojciec stojąc na schodach do ganku dawał nam ostatnie wskazówki. Całą tą litanie rad i uwag wysłuchiwałem już dzisiaj chyba piąty raz. Zdawałem sobie sprawę, najchętniej pojechał by z nami, jednak lekarz przepisał mu jakieś zastrzyki i kazał leżeć w łóżku przez najbliższy tydzień. Od kilkunastu lat miał problemy z korzonkami Przed dwoma dniami dopadły go znowu.

- Tylko konia mi nie gnaj. Nie ma już pięciu lat. A do Sosnówki piętnaście kilometrów w jedną stronę będzie. Jak przyjedziecie na miejsce to nie zapomnij go wyprzęgnąć rozchęzłać i dać siana, a po pół godziny dasz mu wody. Gdzieś tam wodę znajdziesz. Wiadro na wóz włożyłeś?

- Włożyłem włożyłem – odpowiedziałem znudzony zbyt długim wywodem ojca, który znałem niemal na pamięć siadając na wóz i odwiązując lejce z drewnianej kłonicy.

- A jak pójdziecie wybierać krowę to narzuć mu na grzbiet kapotę , bo ma pewno będzie zgrzany. Niech pan na niego uważa panie Edmundzie – zwrócił się ojciec do mężczyzny otwierającego wjazdową bramę -Żeby znowu konia nie zamęczył. Jedzcie powoli. Noga za nogą. Dzień już długi do wieczora zdążycie obrócić.

-Będę uważał Staszku. Będę uważał- powiedział pan Edmund . –Ale przecież on już nie ma piętnastu lat. Chłop dorosły wie co robi.

- On to chyba nigdy nie wydorośleje i nie wiadomo co mu do głowy strzeli Nie pamięta pan jak zaraz po szkole kiedy we wsi dożynki były z tym durnym Miklaszewskim z Osiny za kowboi się przebrali i zrobili wóz jak z dzikiego zachodu –Będę woził ludzi w stylu retro powiedział wtedy do mnie zarobię sobie parę złotych na studia. A wywieźli jakieś dziewczyny nad jezioro i trzy dni ich nie było. Słoma sprasowana nie ma czym zwozić. Przyjeżdżam nad jezioro. Dyszel złamany. Jedna opona nadpaliła się od ogniska, że niemal na feldze trzeba było wracać, koń skubie jakieś resztki suchej trawy, o oni pijani leżą w namiocie z jakimiś dziewczynami. Tak nazarabiał. Dyszel musiałem nowy wyciosać dętkę i oponę kupić. Tak nazarabiał.

- Idź już ojciec do domu. Przecież lekarz kazał ci leżeć - powiedziałem uderzając lekko konia lejcami w zadek.

Wóz powoli wytoczył się na drogę.

- Wsiada pan panie Edmundzie Ruszamy, bo nam wszystkie krowy wykupią i dalej będzie pan musiał kupować mleko w markecie

- Tylko mi konia nie gnaj -usłyszałem z oddali głos ojca. Odwróciłem głowę do tyłu. Ojciec stał na schodach do ganku odprowadzając nas wzrokiem nim znikneliśmy za zakrętem.

Siedzący obok mnie pan Edmund był emerytowanym agronomem. Dobiegał siedemdziesiątki, lecz przy ładowaniu gnoju czy robotach w lesie potrafił przerobić niejednego pięćdziesięciolatka. - Gdzie on miał stracić siły mawiał o nim ojciec. Przez czterdzieści parę lat tylko wypełniał papiery robiąc spisy i plany. Niejednokrotnie gdy pojechał w teren a był na kacu i robić mu się nie chciało, a była ładna pogoda poszedł tylko do sołtysa podbił delegacje i cały dzień przespał w życie po czym tak rozpisał sobie dzień, że w papierach wszystko się zgadzało. - Pan Edmund pochodził z małej podkieleckiej wsi. W domu było ich siedmioro rodzeństwa. Gospodarka niewielka niecałe cztery hektary. Praktycznie nie było się czym dzielić. Więc jego rodzice postanowili, że ziemie oraz drewnianą krytą strzechą dwuizbową chatę wraz zabudowaniami przepiszą na najstarszego syna, który w zamian za to pomoże młodszemu rodzeństwu w zdobyciu edukacji i urządzeniu się w mieście. Pan Edmund po skończeniu szkoły podstawowej postanowił opuścić rodzinne strony. Jak większość młodych ludzi zaraz po wojnie także i jego pociągał szeroki świat Wszak do tej pory najdalej był w Kielcach. Na początek wybrał Białystok gdzie przez dwa i pół roku uczęszczał na kurs dla młodszych techników agromelioracyjnych, który skończył z wyróżnieniem. Następnie skierowana go do Sulechowa gdzie podjął pierwszą prace. Jako kierownika ekipy melioracyjnej rzucano go z miejsca na miejsce w zależności gdzie była robota, a tej na początku lat pięćdziesiątych nie brakowało. Podobała mu się taka praca. Ciągle gdzie indziej. Nowe miejsca, nowi znajomi, a przede wszystkim nowe dziewczyny, o których zawsze i przy każdej okazji lubił opowiadać. Trwało to do czasu, aż założył rodzinę. Młodej żonie nie podobało się to że mąż tylko raz na tydzień do domu przyjeżdża i to w stanie wskazującym na spożycie alkoholu więc którejś niedzieli wspólnie doszli do wniosku że lepiej będzie dla mich, a przede wszystkim dla ich półrocznego syna, jeśli zrezygnuje z pracy w melioracji i podejmie prace w gromadzkiej radzie jako agronom, którą zaproponował mu znajomy. Już jako pracownik gromadzkiej rady skończył zaocznie technikum rolnicze w Szprotawie i mimo zmian administracyjnych na stanowisku agronoma, którego w latach osiemdziesiątych określano jako doradcę rolnego przepracował do emerytury. Jeszcze jako agronom został szczęśliwym posiadaczem ogródka działkowego, co w latach osiemdziesiątych nie było wcale takie proste, gdyż chętnych na posiadanie kilku arów własnej ziemi było więcej niż wolnych działek. Jednak po siedemnastu latach powiedział dość. Opłaty za użytkowanie działki z roku na rok rosły, a i nikt z domowników do pracy na działce się nie garnął, toteż utrzymanie działki i wszystkie koszty z tym związane spadły na jego barki.

- A co ja się będę przemęczał Jak młodym robić się nie chce -mawiał zawsze do ojca. -Patrzą tylko na gotowe. Świeże truskawki, ogórki, pomidory to z chęcią zjedzą ale pomoc to nie ma komu. A żona to tylko siedzi przed telewizorem i wszystkie seriale ogląda.

W połowie lat sześćdziesiątych gdy tylko rozpoczął prace jako agronom jedną z wsi na jego rejonie był Bełżyń. Podczas spisu trafił do Kamińskich, którzy w niedziele wydali za mąż córkę. Gospodarze zapewne chcąc przypodobać się nowemu agronomowi, który jakby nie było reprezentował władzę ugościli go wedle staropolskiego zwyczaju nie żałując wybornego bimbru i najlepszej zagrychy, która i tak by się zmarnowała, bo goście weselni nie dopisali, a lodówki czy zamrażarki nikt w tych czasach jeszcze nie widział na oczy. Zaproponowali mu nawet nocleg, bo kto by pijanego niemal do nieprzytomności w listopadową pluchę z domu wypraszał. Jednak słaniając się na nogach grzecznie odmówił.

- W domu czeka żona i syn –wybełkotał chwiejąc się na nogach.

Po czym siadł na rower i zygzakiem drogą wyłożoną kocimi łbami ruszył w kierunku Zaliszewa. Daleko nie zajechał . Wracający z miasta od znajomych, którym woził ziemniaki ojciec dostrzegł go leżącego w przydrożnym rowie z głowa opartą na służbowej aktówce. Obok oparty o przydrożną lipę stał rower.

- To chyba nasz agronom –rzekła do ojca siedząca obok niego na wozie babka. –Pewnie te pijaki Kamińscy tak go napoili do domu trza go zabrać. Trza nie mieć serca, żeby czełowika w taką pogodę w rowie zostawić.

Tak się rozpoczęła znajomość mojego ojca z panem Edmundem, która zbiegiem lat przerodziła się w przyjaźń. Mimo tego, że ojciec przez cały czas, mówił do niego przez pan, choć różnica wieku miedzy nimi nie przekraczała dziesięciu lat i nie przeszkadzało mu to wcale, że pan Edmund od początku ich znajomości mówił do niego po imieniu. Wszak wówczas uważano, że agronom to nie byle kto i poważanie mu się należy. Starsi ludzie zazwyczaj wołali do niego przez wy. Na przykład : Chodźcie no agronom coś się was poradzę, albo przyjdźcie do mnie później agronom jak z pola zjadę, miodu lipowego kazałem żonie wam przygotować, a jak będziecie chcieli to jakąś butelczynę miodówki wypijemy. Do nich pan Edmund zwracał się również przez wy używając nazwiska przed którym nigdy nie wymawiał słowa pan, chodź od niektórych był młodszy nawet kilkadziesiąt lat. Zaraz do was przyjdę Kamiński tylko u Ignaczaka sprawę załatwię, lub przygotujcie tą butelczynę Kowal, po trzeciej do was zajdę. Wyglądało to tak jakby rozmawiający byli członkami Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Tak się wtedy mówiło w przedwojennym wiejskim stylu. Młodsi, ci co naukę rozpoczęli po wojnie zwracali się do niego panie agronomie, a ci co znali go bliżej do których należał także mój ojciec mówili do niego panie Edmundzie. Do nich pan Edmund zwracał się po imieniu, a jak nie znał imienia bezpośrednio po nazwisku.

Od czasu gdy emerytowany agronom sprzedał swój ogródek działkowy przyjeżdżał do nas niemal codziennie pomagając przy wszelkich robotach w gospodarstwie. Za swoją pomoc nie brał od ojca żadnych pieniędzy. Zadawalał się wszystkim tym co dawała ziemia i zwierzęta trzymane na gospodarce. Woził wiec regularnie mleko, śmietanę, ser, jajka. Na jesieni dostawał od ojca tyle ziemniaków i warzyw, że starczało mu na całą zimę. Po każdym świniobiciu był też zawsze przez ojca hojnie obdarowywany. Do faktu, że przebywał u nas chętniej niż w domu przyczyniała się niewątpliwie w jego żona ,której ma stare lata uległ do tego stopnia, że oddawał jej niemal całą swą emeryturę, z której dostawał tylko trzydzieści złotych, a nawet bał się zjeść ząbek czosnku, który bardzo lubił, gdyż jego żona nie znosiła jego zapachu.

- Baba jest po to, żeby dbać o dom – mawiał zawsze - a chłop w domu to wrzód na dupie i musi sobie znaleźć jakieś zajęcie, żeby babie nie przeszkadzać.

Ruszyliśmy asfaltem w stronę Zaliszewa. Spojrzałem na zegarek dochodziła ósma. Zatrzymałem wóz przed sklepem. Musiałem kupić papierosy. Po wyjściu z aresztu paliłem prawie dwie paczki dziennie. Przed sklepem stało kilku bełżyńskich pijaków, których wszelkie myśli i działania kierowały się ku jednemu celowi, a było nim nie dopuszczanie do kaca. Wchodząc od sklepu spojrzałem w ich kierunku, podniosłem do góry prawą dłoń i powiedziałem krótko cześć. Na ich twarzach ujrzałem drwiące uśmiechy. Nie miałem najmniejszego zamiaru podchodzić do nich i wdawać się w jakiekolwiek rozmowy czy dyskusje. Po pierwsze nie miałem czasu, a nawet gdybym znalazł czas to po prostu nie miałem chęci na rozważania z osobnikami, których największym problemem był brak dwóch złotych do napoju winopodobnego o dostojnej nazwie Ambasador. Wystarczyło mi w zupełności, że oni rozmawiali no mój temat.

- Patrzcie chłopaki Magister wrócił na stare śmieci – usłyszałem ustawiając się w długiej jak zawsze o tej porze kolejce głos Roberta Orskiego zwanego Ogryzkiem, o którym w Bełżyniu mówili, że mimo swych czterdziestu sześciu lat jeszcze w życiu nie ruchał.

- Taki z niego magister jak z Kwaśniewskiego. Studiował chyba z dziesięć lat i nigdy nawet drugiego roku nie skończył –rozwinął wywód na mój temat Zbyszek Malinowski, któremu drzewo w lesie nogę zmiażdżyło i od tej pory we wsi wszyscy wołali na niego Kuternoga. Gminna wieść niosła, że kąpał się najwyżej raz w miesiącu, gdy robił sobie przerwę w piciu. Nic więc dziwnego, że jego żona, którą n notorycznie tłukł najczęściej ,gdy był niedopity, a sklep był już zamknięty, a ta nie chciała jechać rowerem do Zaliszewa, by kupić mu przynajmniej jedną nalewką załapała pracę w Włoszech, gdzie opiekowała się starsza kobietą po pół roku zciągnęła na wakacje syna i oświadczyła mu w liście, że układa sobie nowe życie pod słonecznym niebem Italii, a do niego nie ma zamiaru wracać. W sumie wcale jej się nie dziwie, jaka kobieta chciała by dzielić łoże z mężczyzną, który nigdy w życiu nie trzymał w ręku szczoteczki do zębów.

- Stary Miernicki wszystkie dolary co mu stryj ze Stanów przysyłał w jego edukacje wpakował – wtrącił się do rozmowy Mietek Wożniak zwany Grzybiarzem wszak to on we wsi zawsze do domu przynosił pierwsze grzyby , o którym żartem mówili, że nawet w lutym z pod śniegu w lesie dwa kozaki wygrzebie. –Nowy dom by wybudował. I jeszcze ta sprawa z narkotykami. Mówią, że na adwokata też się Miernicki nieźle wybulił, by synka marnotrawnego z kryminału wyciągnąć. Do dziś by w pierdlu siedział.

- No, ale wreszcie ma go przy sobie –powiedział Kuternoga. -Chyba prędko z Bełżynia nie wyfrunie. Gdzie mu będzie lepiej jak u starego.

- Ja bym nie był taki pewny – dodał Grzybiarz. – Z nim nic nie wiadomo. Cholera wie co mu znowu do głowy strzeli.

- Chyba zostanie. Jak nie zapomniał jeszcze jak się koniem powozi to jeszcze może z niego rolnik będzie –usłyszałem głos Ogryzka biorąc z lady resztę w drobnym bilonie.

Pozostali parsknęli głośnym śmiechem, poczym umilkli ujrzawszy mnie na progu drzwi wejściowych

Miałem głęboko w dupie co o mnie mówią. Gdy siedziałem na Świebodzkiej ojciec podczas widzenia opowiadał mi co na mój temat we wsi mówili. Wystarczyło pójść pod sklep, aby usłyszeć, że siedzę w południowoamerykańskim więzieniu, że ojciec wysłał mi wszystkie dolary tylko po to, żebym nie był tam osadzonym najniższej kategorii i nie robił za męską dziwkę i że najprawdopodobniej dostałem dwadzieścia pięć lat za przemyt pięciu kilogramów kokainy. Później, gdy dowiedzieli się o tym, że ojciec otrzymuje listy ode mnie na których jako adres nadawcy figuruje Areszt Śledczy we Wrocławiu mawiano, że tylko po to Interpol ściągnął mnie do Polski, abym wydał nazwiska swoich mocodawców. W zamian za co zamiast piętnastu lat odsiedzę tylko dziesięć i to w Polsce , a nie w Chile czy w Boliwii. Jakie więc było zdziwienie we wsi, gdy po ośmiu miesiącach od czasu mego aresztowania wysiadłem pod sklepem z taksówki. Nie zaskoczyło mnie wiec to, że wkrótce pod sklepem zaczęto domniemywać, że skoro tak szybko mnie wypuścili z więzienia to musze być tajnym współpracownikiem Centralnego Biura Śledczego, czyli takim współczesnym ormowcem tylko, że na większą skale. Po miesiącu zszedłem już z pierwszego miejsca podsklepowych rozważań. Zdetronizował mnie Rysiek Kowal , którego zawinęli za kradzież torów kolejowych. Poszkodowany czyli Polskie Koleje Państwowe oszacował stratę na sumę trzystu pięćdziesięciu tysięcy złotych wynikającą z faktu rozebrania fragmentu linii kolejowej, po której już od dwunastu lat nie przejechał żaden pociąg. Wszyscy zastanawiali się co młody Kowal zrobił z jedną trzecią tej sumy wszak na robocie złapali ich trzech. Niektórzy nawet rzucili hasło, żeby w nocy pokopać u niego w sadzie pod drzewami, bo ktoś widział go jak krótko przed aresztowaniem przechadzał się ze szpadlem po swoim sadzie. Więc zapewne coś musiał zakopywać. Jednak mało kto wiedział, ze Rysiek Kowal zakopał za stodołą rozjechanego przez samochód psa.

Sklep we wsi był jeden. Od ponad dziesięciu lat prowadził go sołtys. Poprzednio należał do Gminnej Spółdzielni mającej swoją siedzibie w Zaliszewie. Jednak na początku lat dziewięćdziesiątych prezes GS-u postanowił pozbyć się przynoszącej coraz większe straty placówki. Do przetargu na dzierżawę budynku sklepowego zgłosił się tylko jeden chętny mieszkający w Bełżyniu Janek Sowiński, który przed rokiem wyszedł z wojska i nie mogąc znaleźć pracy w swoim zawodzie postanowił zaryzykować i zająć się handlem wkładając w otwarcie interesu całe swe oszczędności. Nikt z zewnątrz do przetargu się nie zgłosił. Za przestrogę posłużyli tu zapewne Misiakowscy z Zaliszewa, którzy rok przed przetargiem otworzyli sklep w pomieszczeniach wynajmowanych od PGR. Chcieli zrobić konkurencje dla GS. Miał być większy wybór towaru, niższe ceny, a i godziny otwarcia sklepu miały być wydłużone. Tym chcieli przyciągnąć klientów. I przyciągnęli. Jednak po pół roku ogłosili plajtę, gdyż większość klientów brała na krechę, a ze ściągnięciem długów mięli problemy, wszak ciężko jest ściągnąć dług znając kogoś tylko z twarzy i gdy ma się zapisany w zeszycie tylko jego numer domu podany nie zawsze zgodnie z prawdą. Miejscowi pijacy szybko wyczuli miękkie serce początkujących handlowców zaciągając dług, którego nigdy nie zamierzali oddać. Nawet z okolicznych wsi przyjeżdżali co niektórzy, bo usłyszeli, że w Bełzyniu na PGR-e na krzywy ryj napić się można. Po czterech miesiącach Misiakowscy stwierdzili , że są bankrutami, wszak już nie mięli za co kupić towaru. Zalegali w piekarni mleczarni i hurtowniach. Stracili wszystko to co zarobili handlując czym się dało przez dwa lata na flaumarku w Berlinie. Gwoździem do trumny okazała się dla nich kontrola z Urzędu Skarbowego. Doszli zapewne do wniosku , że w Polsce uczciwych interesów robić się nie da. Pieniędzy od dłużników nie byli w stanie odzyskać, bo gdy ich widzieli odwracali głowę. przechodzili na drugą stronę , lub tłumaczyli się , że lada dzień oddadzą , po czym szli na zakupy do geesowskiego sklepu, gdzie sprzedawała stara Tałajowa, której do emerytury brakowało tylko pół roku. Mieszkała w Bełżyniu od pięćdziesięciu lat, a w sklepie pracowała od niemal trzydziestu. Przez ten czas nigdy nie miała manka. Dokładnie wiedziała komu co i do kiedy można dać na zeszyt.

Młody ambitny Sowiński szybko pokazał na co go stać. Rozpoczynając prowadzenie sklepu wstawał o czwartej, aby przed piątą przywieźć pieczywo i nabiał. O piątej stawał już za ladą, po to aby ci co szli do pracy na szóstą mogli u niego zrobić zakupy. Z dłużnikami też szybko zrobił porządek. Miejscowe żule po prostu się go bały, bo prał po ryju wszystkich, którzy ociągali się ze spłatą dług, a przyłożyć potrafił. Jeszcze przed wojskiem przez pięć lat ćwiczył karate, a w wojsku służył w zielonych beretach, gdzie mógł rozwinąć swoje umiejętności walki wręcz. Nie był też ułomkiem i przy swoich stu osiemdziesięciu pięciu centymetrach wzrostu ważył prawie sto kilogramów, brzuch miał płaski, a w bicepsie ponad czterdzieści centymetrów. Niejednokrotnie jednym uderzeniem z liścia, przywoływał do porządku miejscowego menela próbującego rozrabiać pod sklepem powalając go na ziemię, choć większość wolała upaść po pierwszym uderzeniu, bo Sowiński nie miał w zwyczaju bić leżących. Niewypłacalni nie mięli innej możliwości, jak odpracować swój dług przy budowie jego nowego domu, który na ogrodzie podwórka jego matki szybko piął się do góry, lub przynieść coś pod zastaw, który zazwyczaj ze względu na brak środków finansowych zastawiającego przepadał. Tak więc, zaplecze sklepu pełne zazwyczaj było sprzętu AGD, RTV, rowerów i elektronarzędzi, które wkrótce trafiały jedynego komisu w Zaliszewie, prowadzonego przez kolegę z wojska obrotnego sklepikarza. Warto dodać, że zarówno stawki przy robotach budowlanych, jak i wartości zastawianych przedmiotów zawsze ustalał Sowiński i zazwyczaj były one więcej niż niskie.

W egzekwowaniu długów Sowiński wykazywał się bezwzględnością. Przykładem na to może być to jak potraktował Guglasową, która przez trzy miesiące zwlekała z uregulowaniem rachunku wynoszącego prawie dwa miliony i wszelkie sprawunki załatwiała w mieście. Sowiński dowiedział się że przyznali jej rentę, o którą starała się prawie dwa lata i od razu na początek wzięła na raty nowy kolorowy telewizor. Poszedł do niej do domu. Wszedł do pokoju gdzie stał telewizor, odłączywszy go od przewodów wziął pod pachę i zaczął kierować się w stronę wyjściowych drzwi. Guglasowa w płacz zarzekając, że w ciągu tygodnia wszystko ureguluje. Jednak nie skruszyła tym serca obrotnego sklepikarza. Wyniósł telewizor dodając, że jeśli nie ureguluje całego długu w ciągu trzech dni nowy telewizor pójdzie do żyda. Nazajutrz Guglasowa przyszła do sklepu przynosząc całą sumę którą była winna.

W rok po otwarciu sklepu Sowińki oświadczył, że zamierz startować w najbliższych wyborach na sołtysa. Co niektórzy sędziwi członkowie rady sołeckiej nie dawali mu żadnej szansy, twierdząc że ma mleko pod nosem i żadnych układów środowiskach urzędniczych i samorządowych. Jednak, ku zaskoczeniu wielu sceptyków ambitny sklepikarz sołtysem został. Dzięki nowoczesnej kampanii wyborczej, w której miejsce kiełbasy wyborczej zastąpiło kilka skrzynek piwa i taniego wina. Na początek swojej działalności utworzył w Bełżyniu drużynę piłkarską, której stał się głównym sponsorem. Zorganizował też festyn dla mieszkańców wsi z zabawą do białego rana jednak większość jego inicjatyw blokowana była przez nieprzychylną mu radę sołecką, a przede wszystkim przez radnego rady gminnej Michałaka, uważającego się bełżyńską wyrocznie w każdej sprawie, z którym młody sołtys nie mógł znaleźć wspólnego języka i który bał się stracić swe wpływy we wsi na rzecz obrotnego właściciela sklepu. Nic więc dziwnego, że gdy przed wyborami samorządowymi doszło do Michalaka, że Sowiński zamierza ubiegać się o mandat radnego szybko zrobił mu w gminie, oraz wśród radnych opinie lichwiarza i pasera na skutek czego żadna licząca się partia ani ugrupowanie wyborcze nie chciało wystawić go ze swojej listy. Od tej pory między Sowińskim, a Michalakiem zawsze dochodziło do tarć. Doszło nawet do tego, że nikt z domowników radnego nie robił zakupów w sklepie prowadzonym przez sołtysa. Sowiński nie przejął tym się wcale, ciągle rozkręcał interes. Wkrótce wykupił sklep na własność i znacznie go rozbudował, jednocześnie poszerzając asortyment towarów. Następnie zatrudnił pracownice, po czym za ladą pojawiła się także praktykantka. Kończył budowę domu. Kupił dostawczego mercedesa i nową skodę, a zaczynał od starego żuka. Wszystkich jednak dziwiło to, że mimo, że zbliżał się do chrystusowego wieku nikt go jeszcze nigdy nie widział z dziewczyną. Zaczęto nawet cicho szeptać po wsi, że musi chyba być pedałem, bo ma dwie ładne zapatrzone w niego pracownice i do żadnej się nie przystawia. Wkrótce poszła po Bełżyniu plotka, że ktoś z Zaliszewa widział go na dancingu w zielonogórskie Palmiarni Jak się bawił, z młodą atrakcyjną brunetką. Po pewnym czasie wszyscy pozamykali usta, gdy Janek Sowiński pojawił się na Pasterce z ową pięknością, którą okazała się nauczycielką języka angielskiego

Od kiedy wraz z upadkiem PGR-u zamknięto w Bełżyniu klub rolnika. Całe wiejskie życie koncentrowało się w sklepie i jego najbliższym otoczeniu. Tu można było nająć ludzi do żniw, sianokosów, zwózki drzewa czy robót budowlanych. Na tablicy ogłoszeń przed sklepem wieszano wszelkie informacje gminne, zaproszenia na pikniki i festyny uchwały burmistrza i zarządu miasta informacje o kolejnym poborze do wojska, oraz nekrologi, których w zasadzie można było by nie zamieszczać, gdyż gdy ktoś usłyszał kościelne dzwony obwieszczające czyjąś śmierć wystarczyło, że poszedł do sklepu i już wiedział kogo Pan Bóg powołał na wieczną służbę, oraz kiedy i o której godzinie będzie pogrzeb. W sklepie można się było dowiedzieć, kto kiedy i z kim wstępuje w związek małżeński i czy planowane jest huczne wesele, czy tylko przyjęcie ślubne, kto jest w ciąży i na kiedy ma termin porodu, czyje dziecko nie otrzymało promocji do następnej klasy, kto zachorował, kogo zabrali do szpitala, od kogo odeszła żona i jeszcze o wielu innych sprawach. Praktycznie o wszystkim. Wszak większość mieszkańców Bełżynia stanowią renciści, emeryci, bezrobotni, lub rolnicy posiadający najwyżej jeden ogon. Nie mogą przecież w nieskończoność siedzieć przed telewizorem i oglądać powtórki telewizyjnych seriali i sitkomów , a w gazetach czytają najczęściej jedynie program telewizyjny. Od czasu do czasu każdy potrzebuje wyjść do ludzi i o czymś porozmawiać. Wychodząc z założenia, że wielką politykę na którą się nie ma wpływu należy zostawić tym w Warszawie powinno się rozmawiać o tym co na miejscu. Najlepiej więc o sąsiadach i znajomych.

Niech sobie gadają wiejskie ćwoki. Pomyślałem idąc w kierunku wozu. Mają nawet problem, aby pójść raz w miesiącu do Zaliszewa i podpisać listę w biurze pracy, bo przed wyjściem należy się wykąpać, wypada się ogolić i założyć jakieś niedzielne ubranie o ile się takie posiada.

Nie spoglądając w ich kierunku wskoczyłem na wóz.

- No panie Edmundzie jedziemy. Do Sosnówki jeszcze kawałek drogi –powiedziałem uderzając konia lejcami. Leciwa kobyła ruszyła truchtem.



Nie jechaliśmy prosto drogą asfaltową prowadzącą do Zaliszewa. Postanowiliśmy objechać je od strony zachodniej. Tą drogą było wprawdzie prawie trzy kilometry dłużej, jednak nie będziemy musieli przebijać się przez ruchliwe centrum miasta, które przecina drogo krajowa i dwie wojewódzkie. Jeszcze w Bełżyniu skręciliśmy na polną drogę. Minęliśmy ostatnie wiejskie zabudowania, cmentarz i dojechaliśmy do pól należących niegdyś do PGR-u, a aktualnie będących w posiadaniu Kurii Biskupiej. Pod lasem ujrzałem dwa traktory orzące nie uprawianą od ponad dziesięciu lat ziemię.
Pobieranie 37.59 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna