J. K. Rowling



Pobieranie 1.22 Mb.
Strona2/14
Data08.05.2016
Rozmiar1.22 Mb.
1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14

ROZDZIAŁ DRUGI

Znikająca szyba
Od czasu, gdy Dursleyowie znaleźli pod drzwiami swo­jego siostrzeńca, minęło już prawie dziesięć lat, a Privet Drive wcale się nie zmieniło. Słońce wzeszło nad tym samym schludnym frontowym ogródkiem i oświetliło mo­siężną czwórkę na drzwiach domu Dursleyów, a potem wśliznęło się do ich salonu, który był dokładnie taki sam, jak w ów wieczór, kiedy to w wieczornym dzienniku po­jawiły się złowróżbne doniesienia o sowach. Ile czasu mi­nęło, można się było zorientować tylko po fotografiach stojących na obramowaniu kominka. Dziesięć lat temu było tam mnóstwo zdjęć czegoś, co przypominało wielką, ró­żową piłkę plażową w różnokolorowych czepkach, ale Dudley Dursley już dawno przestał być berbeciem i teraz fotografie przedstawiały tęgiego chłopca o jasnych włosach: a to na swoim pierwszym rowerze, a to na karuzeli w we­sołym miasteczku, przy komputerze z ojcem czy w ra­mionach matki. W salonie nie było absolutnie nic, co by świadczyło, że w tym domu mieszka jeszcze jakiś inny chłopiec.

A jednak Harry Potter tam był i w tym momencie spał, choć nie miało to trwać długo. Ciotka Petunia już wstała i wkrótce rozległ się jej wrzaskliwy głos:

- Wstawaj! Dosyć tego spania! Już! Harry obudził się i podskoczył na łóżku. Ciotka znowu załomotała w drzwi.

- Wstawać! - zaskrzeczała.

Harry usłyszał jej kroki zmierzające w kierunku kuchni, a potem brzęk patelni stawianej na kuchence. Przetoczył się na plecy i próbował przypomnieć sobie sen, z którego go wyrwano. To był dobry sen. Był w nim latający motocykl. Harry miał dziwne wrażenie, że śniło mu się to nie po raz pierwszy.

Ciotka powróciła pod drzwi.

- Wstałeś już? - zapytała.

- Prawie - odpowiedział Harry.

- No to wstawaj, chcę, żebyś przypilnował bekonu. I żeby mi się nie przypalił! Są urodziny Dudziaczka i wszy­stko ma być jak należy!

Harry jęknął.

- Co powiedziałeś? - warknęła przez drzwi jego ciotka.

- Nic, nic...

Urodziny Dudleya - jak mógł o tym zapomnieć! Zwlókł się z łóżka i zaczął szukać skarpetek. Znalazł je pod łóżkiem i zanim włożył, wyciągnął z jednej pająka. Harry był przyzwyczajony do pająków, bo w komórce pod scho­dami było ich pełno, a tam właśnie sypiał.

Ubrał się i poszedł do kuchni. Stołu prawie nie było widać spod prezentów dla Dudleya. Wyglądało na to, że jest tam nowy komputer, który Dudley chciał dostać, a także tele­wizor i rower wyścigowy. Harry nie miał pojęcia, po co mu ten rower, bo Dudley był gruby i nie uprawiał żadnego sportu - chyba że za dyscyplinę sportową uzna się bicie słabszych. Jego ulubionym workiem treningowym był właśnie Harry, ale nieczęsto udawało mu się go złapać. Harry był bardzo szybki, choć wcale na to nie wyglądał.

Być może miało to coś wspólnego z mieszkaniem w cie­mnej komórce, ale Harry był bardzo mały i chudy jak na swój wiek. A sprawiał wrażenie jeszcze mniejszego i szczu­plejszego niż w rzeczywistości, bo nosił wyłącznie stare ubrania po Dudleyu, który był prawie cztery razy od niego większy. Harry miał drobną buzię, kościste kolana, czarne włosy i jasne, zielone oczy. Nosił okrągłe okulary, zawsze poklejone celuloidową taśmą, bo od czasu do czasu Dudleyowi udawało się jednak trafić go w nos. Jedyną rzeczą, którą Harry lubił w swoim wyglądzie, była bardzo cienka blizna na czole, przypominająca zygzak błyskawicy. Miał ją od dawna i pamiętał, że kiedy był bardzo mały, zapytał ciotkę Petunię, skąd ją ma.

- To pamiątka po wypadku samochodowym, w któ­rym zginęli twoi rodzice - odpowiedziała. - I nie zadawaj pytań.



Nie zadawaj pytań - to była pierwsza zasada rządząca spokojnym życiem państwa Dursleyów.

Wuj Vernon wszedł do kuchni, gdy Harry przewracał bekon na drugą stronę.

- Uczesz się! - warknął wuj na dzień dobry.

Przynajmniej raz w tygodniu wuj Vernon spoglądał znad gazety i donośnym głosem oznajmiał, że Harry powinien się ostrzyc. Harry musiał się strzyc o wiele częściej niż reszta chłopców z jego klasy razem wzięta, ale niewiele to poma­gało - włosy natychmiast mu odrastały.

Harry smażył już jajka, kiedy do kuchni wszedł Dudley z matką. Dudley był bardzo podobny do wuja Vernona.

Miał duży, różowy nos, wodniste niebieskie oczy i gęste jasne włosy, przylizane gładko na wielkiej głowie. On też prawie nie miał szyi. Ciotka Petunia często mówiła, że Dudley wygląda jak amorek, natomiast Harry często mó­wił, że Dudley wygląda jak prosię w peruce.

Harry postawił talerze z jajkami i bekonem na stole, co nie było łatwe z powodu ilości prezentów, które Dudley właśnie żmudnie przeliczał. Kiedy skończył, twarz mu się wyciągnęła.

- Trzydzieści sześć - oznajmił, patrząc na matkę i ojca. - O dwa mniej niż w zeszłym roku.

- Kochanie, nie policzyłeś prezentu od cioci Marge. Widzisz, jest pod tym wielkim od mamusi i tatusia.

- No dobra, więc trzydzieści siedem - powiedział Dudley, czerwony na twarzy. Harry, który zorientował się już, że nadchodzi jeden z napadów złości Dudleya, zaczął szybko połykać swój bekon, na wypadek, gdyby Dudley przewrócił stół.

Ciotka Petunia najwyraźniej też wyczuła niebezpieczeń­stwo, bo powiedziała szybko:

- I kupimy ci dzisiaj jeszcze dwa prezenty. Co ty na to, misiaczku? Jeszcze dwa prezenty. W porządku?

Dudley zastanawiał się w milczeniu. Sprawiał wrażenie, jakby go to kosztowało wiele wysiłku.

- Więc będę miał trzydzieści... - zaczął powoli - trzydzieści...

- Trzydzieści dziewięć, cukiereczku - dokończyła za niego ciotka Petunia.

- Aha. - Dudley usiadł ciężko przy stole i chwycił najbliższą paczkę. - No to w porządku. Wuj Vernon zacmokał.

- Nasz mały spryciarz potrafi dbać o swoje interesy!

Zupełnie jak jego ojciec. Tak trzymać, Dudley! - Poczochrał synowi włosy.

W tym momencie zadzwonił telefon i ciotka Petunia poszła go odebrać, a Harry i wuj Vernon obserwowali, jak Dudley rozpakowuje rower wyścigowy, kamerę wideo, zdalnie sterowany samolot, szesnaście nowych gier kompu­terowych i magnetowid. Rozpakowywał właśnie złoty zega­rek na rękę, kiedy wróciła ciotka Petunia. Na jej twarzy malował się gniew i niepokój.

- Złe nowiny, Vernon - oznajmiła. - Pani Figg złamała nogę. Nie może go zabrać - wskazała głową Harry’ego.

Dudley otworzył usta z przerażenia, a Harry’emu mocniej zabiło serce. W każde urodziny rodzice zabierali Dudleya i któregoś z jego kolegów na cały dzień do miasta, do weso­łego miasteczka, McDonalda albo do kina. W każde urodziny Dudleya Harry’ego zostawiano u pani Figg, lekko zwariowa­nej staruszki, która mieszkała dwie ulice dalej. Harry niena­widził tego domu. Śmierdziało tam kapustą, a pani Figg zmuszała go do oglądania zdjęć wszystkich swoich kotów.

- No i co? - zapytała ciotka Petunia, patrząc na Harry’ego, jakby on to zaplanował.

Harry wiedział, że powinno mu być przykro z powodu złamania nogi przez panią Figg, ale nie było to łatwe, bo bardzo się cieszył, że dopiero za rok będzie zmuszony do ponownego oglądania Maleństwa, Śnieżki, Pazurka i Czubatka.

- Możemy zadzwonić do Marge - podsunął wuj Vernon.

- Nie bądź głupi, Vernon, ona go nie znosi.

Dursleyowie często rozmawiali o Harrym tak, jakby go nie było - albo raczej jakby był opóźniony w rozwoju i nie mógł ich zrozumieć.

- A ta jak-jej-tam, twoja przyjaciółka... Yvonne?

- Jest na urlopie na Majorce - warknęła ciotka Pe­tunia.

- Możecie mnie po prostu zostawić tutaj - zapropo­nował z nadzieją w sercu Harry (mógłby oglądać, co zechce w telewizji, a może nawet dorwać się do komputera Dudleya).

Ciotka Petunia wyglądała, jakby właśnie przełknęła cy­trynę.

- I po powrocie zastać dom w ruinach? - prychnęła.

- Nie wysadzę domu w powietrze - zapewnił Har­ry, ale nikt go nie słuchał.

- Może zabierzemy go do zoo - powiedziała wolno ciotka Petunia - i... zostawimy w samochodzie...

- To nowy samochód i nie pozwolę, by siedział w nim sam...

Dudley zaczął głośno płakać. Tak naprawdę nie płakał

- minęło już wiele lat, odkąd płakał naprawdę - ale wiedział, że jeśli się wykrzywi i zawyje, dostanie od matki wszystko, czego zapragnie.

- Nie płacz, mój buziaczku, mamusia nie pozwoli zepsuć ci twojego święta! - zawołała, biorąc go w ra­miona.

- Ja... nie... chcę... żeby on... sz-sz-szedł z naaaami!

- zawył Dudley pomiędzy dwoma głośnymi szlochami.

- On zawsze wszystko psuuuuje! - I wykrzywił się zło­śliwie do Harry’ego spod ramienia matki. Właśnie wtedy rozległ się dzwonek.

- Och, mój Boże, już są! - powiedziała gorączkowo ciotka Petunia i w chwilę później wszedł najlepszy przyjaciel Dudleya, Pierś Polkiss, ze swoją matką. Pierś był kościstym chłopcem o szczurzej twarzy. Zwykle to on trzymał ofiary z tyłu za ręce, kiedy Dudley je bił. Dudley natychmiast przestał udawać, że płacze.

Pół godziny później Harry, nie wierząc we własne szczę­ście, siedział z Piersem i Dudleyem na tylnym siedzeniu samochodu Dursleyów, po raz pierwszy w życiu jadąc do zoo. Ciotka i wuj nie byli w stanie wymyślić, co z nim zrobić, więc, chcąc nie chcąc, musieli go zabrać. Przed odjazdem wuj Vernon wziął go jednak na bok.

- Ostrzegam cię, chłopcze - powiedział, przysuwa­jąc swoją wielką purpurową twarz do twarzy Harry’ego - wystarczy jeden głupi dowcip... a nie wyjdziesz z komórki aż do Bożego Narodzenia.

- Nic nie zrobię - zarzekał się Harry. - Naprawdę...

Ale wuj Vernon wcale mu nie uwierzył. Nikt mu nigdy nie wierzył.

Problem polegał na tym, że wokół Harry’ego często zdarzały się dziwne rzeczy, a Dursleyów trudno było prze­konać, że to nie jego wina.

Kiedyś ciotka Petunia wściekła się na niego, bo wrócił od fryzjera, wyglądając tak, jakby w ogóle u niego nie był, więc złapała nożyce kuchenne i obcięła mu włosy tuż przy głowie, pozostawiając tylko grzywkę, „żeby przykryć tę okropną bliznę". Dudley pękał ze śmiechu na jego widok, a Harry spędził bezsenną noc, wyobrażając sobie, co się będzie działo w szkole. Następnego ranka stwierdził jednak, że włosy całkowicie mu odrosły, jakby ciotka Petunia wcale ich nie obcinała. Za karę przesiedział przez tydzień w ko­mórce, chociaż próbował im wytłumaczyć, że nie potrafi wyjaśnić, w jaki sposób tak szybko odrosły.

Innym razem ciotka Petunia próbowała go zmusić do włożenia ohydnego starego swetra (brązowego z pomarań­czowymi pomponikami). Im ostrzej się zabierała do włożenia mu go przez głowę, tym bardziej sweter się kurczył, aż w końcu pasował znakomicie na lalkę, ale z pewnością nie na Harry’ego. Ciotka Petunia uznała, że musiał się skurczyć w praniu i tym razem, ku jego uldze, Harry nie został ukarany.

Wpadł natomiast w spore kłopoty, kiedy pewnego razu stwierdzono, że siedzi na dachu szkolnej kuchni. Jak zwykle ścigała go banda Dudleya, kiedy nagle, ku zaskoczeniu wszystkich, nie wyłączając samego Harry’ego, znalazł się na kominie. Państwo Dursleyowie otrzymali bardzo niemiły list od dyrektorki szkoły, w którym żaliła się, że Harry łazi po dachach. A próbował tylko (jak krzyczał do wuja Vernona przez zamknięte drzwi komórki) wskoczyć za wielki zbiornik na śmieci tuż obok drzwi do kuchni. Harry przy­puszczał, że to silny podmuch wiatru musiał go porwać aż na dach.

Ale dzisiaj miało być inaczej. Warto było znieść nawet towarzystwo Dudleya i Piersa, żeby być w miejscach, które nie przypominają szkoły, ciemnej komórki pod schodami albo śmierdzącego kapustą saloniku pani Figg.

Podczas jazdy wuj Vernon użalał się przed ciotką Petu­nią. A lubił użalać się na wszystko: na ludzi w pracy, na Harry’ego, na radę nadzorczą, na Harry’ego, na bank, na Harry’ego, a była to tylko drobna część jego ulubionych tematów. Tym razem uskarżał się na motocykle.

- ...rozbijają się wszędzie jak maniacy... ci młodzi chu­ligani - powiedział, kiedy wyprzedził ich jakiś motocykl.

- Śnił mi się motocykl - powiedział Harry, przypo­minając sobie nagle swój sen. - Leciał w powietrzu.

Mało brakowało, a wuj Vernon uderzyłby w samochód jadący przed nimi. Odwrócił się z twarzą przypominającą olbrzymi burak z wąsami i ryknął na Harry’ego:

- MOTOCYKLE NIE LATAJĄ! Dudley i Pierś zachichotali.

- Wiem, że nie latają - oświadczył Harry. - To był tylko sen.

Prawdę mówiąc, żałował, że w ogóle się odezwał. Jedne­go tylko Dursleyowie nie znosili jeszcze bardziej od zadawa­nia im pytań: kiedy mówił o czymś, co zachowywało się nie tak, jak powinno, bez względu, czy było to we śnie, czy w kreskówce. Uważali to po prostu za niebezpieczne.

Była to bardzo słoneczna sobota i zoo odwiedziło mnó­stwo rodzin. Przy wejściu Dursleyowie kupili Dudleyowi i Piersowi wielkie lody czekoladowe, a potem kupili taniego cytrynowego loda Harry’emu, ponieważ nie zdążyli go od­ciągnąć od samochodu z lodami, zanim uśmiechnięta sprze­dawczyni zapytała go, co sobie wybrał. Nie jest zły, myślał Harry, liżąc loda i obserwując goryla, który drapał się po głowie i wyglądał zupełnie jak Dudley, tyle że nie miał jasnych włosów.

Harry już dawno nie przeżył tak cudownego przedpołud­nia. Trzymał się blisko Dursleyów, więc Dudley i Pierś, których wkrótce znudziło oglądanie zwierząt, nie mogli od­dać się swojemu ulubionemu hobby, jakim było poszturchi­wanie, kopanie i szczypanie Harry’ego. Lunch zjedli w miejs­cowej restauracji, a kiedy Dudley dostał ataku złego humoru, bo na jego ciastku było za mało kremu, wuj Vernon kupił mu drugie, a Harry’emu pozwolono skończyć pierwsze.

Po zjedzeniu deseru Harry poczuł, że to wszystko jest za piękne, aby trwało długo.

Potem poszli do pawilonu z gadami. W środku było zimno i ciemno; wzdłuż ścian biegł rząd podświetlonych okien. Za nimi pełzały po pniach, gałęziach i kamieniach jaszczurki i węże najróżniejszych gatunków. Dudley i Pierś chcieli zobaczyć wielkie jadowite kobry i grube pytony, mogące zmiażdżyć człowieka. Dudley szybko wypatrzył największego gada. Wyglądał, jakby mógł owinąć się wokół samochodu wuja Vernona i zmiażdżyć go tak, by przypo­minał pojemnik na śmieci, ale w tym momencie wyraźnie nie był w odpowiednim nastroju. Prawdę mówiąc, po prostu mocno spal. Dudley przycisnął nos do szyby, wpatrując się w połyskujące brązowe sploty.

- Zrób, żeby się poruszył - poprosił ojca płaczli­wym tonem.

Wuj Vernon zastukał palcami w szybę, ale wąż ani drgnął.

- Zrób to jeszcze raz - zajęczał Dudley. Wuj Vernon zabębnił w szybę knykciami, ale wąż drzemał dalej.

- To jest okropnie nudne - oświadczył Dudley i od­szedł.

Harry podszedł do szyby i wpatrzył się intensywnie w węża. Nie byłby wcale zaskoczony, gdyby okazało się, że wąż po prostu zdechł z nudów - nie miał żadnego towa­rzystwa prócz tych wszystkich głupich ludzi, którzy przez cały dzień bębnili palcami w szybę, starając się zakłócić mu spokój. To jeszcze gorsze od spania w komórce pod schoda­mi, do której zbliżała się tylko ciotka Petunia, żeby rano załomotać w drzwi. No i mógł z niej wychodzić…

Nagle wąż otworzył paciorkowate oczy. Powoli, bardzo powoli podniósł głowę - teraz jego oczy znalazły się na poziomie oczu Harry’ego.

Mrugnął do niego.

Harry wytrzeszczył oczy, a potem rozejrzał się szybko dookoła, żeby się upewnić, czy nikt tego nie widział. Upew­niwszy się, spojrzał znów na węża i też puścił do niego oko.

Wąż wskazał głową na wuja Vernona i Dudleya, a potem spojrzał na sufit. Harry’emu wydało się oczywiste, że znaczy to: „Muszę to znosić przez cały czas".

- Wiem - mruknął Harry, chociaż nie był pewny, czy wąż go słyszy. - To musi być naprawdę przykre. Wąż żywo pokiwał głową.

- Skąd pochodzisz? - zapytał Harry. Wąż dźgnął ogonem niewielką tabliczkę tuż za szybą. Harry zerknął na nią. Boa dusiciel, Brazylia.

- Fajnie tam było?

Boa dusiciel dźgnął ponownie tabliczkę, a Harry prze­czytał: Ten okaz wyhodowany został w zoo.

- Aha, rozumiem... więc nigdy nie byłeś w Brazylii?

Kiedy wąż potrząsnął głową, za plecami Harry’ego roz­legł się ogłuszający wrzask, który sprawił, że obaj podsko­czyli.

- DUDLEY! PANIE DURSLEY! CHODŹCIE I PO­PATRZCIE NA TEGO WĘŻA! NIE UWIERZYCIE, CO ON ROBI!

Dudley pospieszył ku nim swoim kaczkowatym kro­kiem.

- Zjeżdżaj - rozkazał, uderzając Harry’ego w żebra. Harry, zaskoczony, upadł na betonową posadzkę. To, co wydarzyło się w następnej chwili, stało się tak szybko, że nikt nie zauważył, jak w jednej sekundzie Pierś i Dudley wlepiali nosy w szybę, w następnej odskoczyli do tyłu, wrzeszcząc z przerażenia.

Harry usiadł i aż go zatkało: przednia szyba zniknęła. Wielki wąż odwinął się błyskawicznie i ześliznął na posadz­kę. Wszyscy obecni w terrarium zaczęli krzyczeć i tłoczyć się do wyjść.

Harry mógłby przysiąc, że kiedy wąż prześlizgiwał się obok niego, usłyszał syczący głos:

- Brazylio, przybywam... Graciasss, amigo. Opiekun terrarium był w stanie silnego szoku.

- Ale ta szyba - powtarzał w kółko. - Gdzie się podziała szyba?

Dyrektor zoo osobiście nalał ciotce Petunii filiżankę mocnej, słodkiej herbaty, przepraszając ją nieustannie. Pierś i Dudley coś bełkotali. Harry był pewny, że wąż, przesuwając się obok nich po podłodze, tylko żartobliwie chapnął ich w pięty, ale zanim doszli do samochodu, Dudley opowiadał, że niewiele brakowało, a straciłby nogę, podczas gdy Pierś przysięgał, że wąż owinął się wokół niego, chcąc go zmiażdżyć. Najgorsze było jednak to, że kiedy Pierś trochę się uspokoił, powiedział:

- Harry akurat z nim rozmawiał. Prawda, Harry?

Wuj Vernon odczekał, aż Pierś znajdzie się bezpiecznie w swoim domu, po czym zabrał się za Harry’ego. Był tak wściekły, że ledwo mógł mówić. Udało mu się tylko wybeł­kotać:

- Precz... do komórki... siedzieć tam... bez jedzenia - po czym opadł na fotel. Ciotka Petunia musiała mu natychmiast podać dużą brandy.

Harry leżał w swojej ciemnej komórce, żałując, że nie ma zegarka. Nie miał pojęcia, która może być godzina, i nie wiedział, czy Dursleyowie już zasnęli. Dopóki nie zasnęli, nie mógł ryzykować wymknięcia się do kuchni po coś do zjedzenia.

Mieszkał u Dursleyów już prawie dziesięć lat, dziesięć żałosnych lat od czasu, gdy był niemowlęciem, a jego rodzi­ce zginęli w wypadku. Nie pamiętał, czy był wtedy z nimi w tym samochodzie. Czasami, kiedy wytężał pamięć podczas długich godzin spędzanych w ciemnej komórce, miewał dziwną wizję: oślepiający błysk zielonego światła i palący ból w czole. Przypuszczał, że mogło to być wspomnienie tego wypadku, nie potrafił sobie jednak wyobrazić, skąd pochodziło zielone światło. Nie pamiętał też w ogóle swoich rodziców. Ciotka i wuj nigdy o nich nie mówili, a jemu nie wolno było zadawać pytań. W domu nie było ani jednej ich fotografii.

Kiedy był młodszy, wciąż marzył o jakimś nieznanym krewnym, który przybędzie i zabierze go z tego domu, ale nigdy nic takiego się nie wydarzyło; Dursleyowie byli jego jedyną rodziną. Czasami jednak myślał (albo raczej miał nadzieję), że znają go niektórzy spotykani na ulicy obcy ludzie. Sami byli bardzo dziwni, to fakt. Kiedyś ukłonił mu się jakiś człowieczyna w fioletowym kapeluszu, kiedy Harry towarzyszył ciotce Petunii i Dudleyowi na zakupach. Ciotka Petunia zapytała Harry’ego ze złością, czy zna tego człowie­ka, a potem wygoniła ich ze sklepu, choć niczego jeszcze nie kupiła. Innym razem pomachała mu wesoło z autobusu jakaś dziwaczna kobieta ubrana na zielono. Raz jakiś łysy facet w długiej purpurowej pelerynie uścisnął mu rękę na ulicy, po czym oddalił się bez słowa. Najdziwniejsze było to, że ci wszyscy ludzie zdawali się znikać, gdy tylko Harry próbował im się lepiej przyjrzeć.

W szkole Harry nie miał przyjaciół. Wszyscy wiedzieli, że banda Dudleya poluje na tego dziwoląga Harry’ego Pottera, w tych jego workowatych spodniach i z połamanymi okularami, a bandzie Dudleya nikt nie chciał się narażać.



ROZDZIAŁ TRZECI

Listy od nikogo
Za ucieczkę brazylijskiego boa dusiciela Harry zarobił najdłuższą jak dotąd karę. Kiedy pozwolono mu wre­szcie wyjść z komórki, zaczęły się już letnie wakacje, a Dudley zdążył zepsuć swoją nową kamerę wideo, rozbić swój zdalnie sterowany samolot i podczas swojej pierwszej prze­jażdżki rowerem wyścigowym wpaść na starą panią Figg, która o kulach przechodziła właśnie przez Privet Drive.

Harry cieszył się, że nie musi już chodzić do szkoły, ale nie uchroniło go to od napaści bandy Dudleya, która co­dziennie odwiedzała jego dom. Pierś, Dennis, Malcolm i Gordon byli wielcy i głupi, ale Dudley, największy i naj­głupszy z nich, był ich przywódcą. Pozostali członkowie bandy z rozkoszą przyłączali się do ulubionej dyscypliny sportowej Dudleya: polowania na Harry’ego.

Harry starał się więc spędzać jak najwięcej czasu poza domem, wałęsając się po okolicy i czekając na koniec waka­cji, w czym dostrzegał promyk nadziei. We wrześniu miał pójść do gimnazjum i po raz pierwszy w życiu pozbyć się towarzystwa Dudleya, bo ten został przyjęty do prywatnej szkoły Smeltinga, tej samej, do której uczęszczał kiedyś wuj Vernon. Miał tam również chodzić Piers Polkiss. Natomiast Harry’ego zapisano do Stonewall, miejscowego gimnazjum publicznego. Dudley uważał, że to bardzo zabawne.

- W Stonewall pierwszego dnia wpychają ci głowę do muszli klozetowej - powiedział Harry’emu. - Chcesz pójść ze mną na górę, żeby potrenować?

- Nie, dziękuję - odrzekł Harry. - Biedna mu­szla jeszcze nigdy nie widziała czegoś tak okropnego jak twoja głowa, więc może ją zemdlić. - I zwiał, zanim sens tych słów dotarł do Dudleya.

Pewnego lipcowego dnia ciotka Petunia zabrała Dudleya do Londynu, żeby mu kupić szkolny mundurek, a Harry został oddany na przechowanie do pani Figg. Tym razem u pani Figg nie było tak nudno jak zwykle. Okazało się, że nogę złamała, potykając się o jednego ze swoich kotów, i już nie wyrażała się o nich tak czule jak dawniej. Pozwoliła Harry’emu oglądać telewizję i dała mu kawałek czekolado­wego tortu, który smakował, jakby leżał w kredensie od kilku lat.

Tego wieczora Dudley paradował po salonie w swym nowym mundurku. Chłopcy ze Smeltinga nosili kasztano­we surduty, pomarańczowe pumpy zapinane pod kolanami i płaskie słomkowe kapelusze zwane wioślarkami. Mieli też sękate kije zwane smeltingami, którymi okładali się nawza­jem, kiedy żaden nauczyciel nie patrzył. Uznawano to za dobrą szkołę przygotowującą ich do dorosłego życia.

Patrząc na Dudleya w jego nowym mundurku, wuj Vernon burknął, że to najwspanialsza chwila w jego życiu. Ciotka Petunia zalała się łzami i wyznała, iż nie może uwierzyć, że to jej maleńki Dudlejek, tak już wyrósł i taki jest przystojny, naprawdę. Harry nie dowierzał sobie aż tak, żeby wyrazić swoją opinię. Trochę się bał, że kiedy starał się powstrzymać od śmiechu, pękły mu dwa żebra.

Kiedy następnego ranka Harry wszedł do kuchni, poczuł jakiś okropny zapach. Smród zdawał się buchać z wielkiego kotła stojącego w zlewie, więc podszedł do niego i zajrzał do środka. W kotle było pełno szarej wody, w której pływały jakieś brudne szmaty.

- Co to jest? - zapytał ciotkę Petunię. Ściągnęła wargi, jak zawsze, kiedy ośmielił się o coś zapytać.

- Twój nowy mundurek szkolny - odpowiedziała. Harry ponownie zajrzał do kotła.

- Och, nie wiedziałem, że ma być mokry.

- Nie bądź głupi - warknęła ciotka Petunia. - Farbuję ci na szaro stare ubranie Dudleya. Jak skończę, będzie wyglądało jak normalny szkolny mundurek.

Harry poważnie w to wątpił, ale uznał, że lepiej nie wyrażać swojego zdania. Usiadł przy stole i starał się nie myśleć o tym, co będzie, kiedy w czymś takim wkroczy po raz pierwszy do gimnazjum Stonewall - jakby miał na sobie płaty skóry słonia.

Wszedł Dudley, a za nim wuj Vernon, obaj marszcząc nosy z powodu zapachu bijącego z nowego mundurka Harry’ego. Wuj Vernon jak zwykle otworzył gazetę, a Dudley zaczął bębnić po stole swoim kijem, z którym już się nie rozstawał.

Usłyszeli szczęk klapki osłaniającej szczelinę w drzwiach i pacnięcia listów spadających na matę.

- Przynieś pocztę, Dudley - powiedział wuj Vernon znad gazety.

- Niech Harry przyniesie.

- Przynieś pocztę, Harry.

- Niech Dudley przyniesie.

- Dudley, przyłóż mu smeltingiem.

Harry umknął przed smeltingiem i poszedł do drzwi. Na macie leżały trzy przesyłki: pocztówka od siostry wuja Vernona, Marge, która wyjechała na urlop na wyspę Wight, brązowa koperta, wyglądająca na rachunek, i - list do Harry’ego.

Harry podniósł go, czując, że serce zadygotało mu jak gigantyczna gumowa taśma. Jeszcze nigdy nie otrzymał listu. Bo i od kogo? Nie miał przyjaciół, nie miał innych krewnych, nie był zapisany do żadnej biblioteki, więc nigdy nie otrzymywał nawet zwykłych ponagleń, by oddać książki. A jednak ta koperta była zaadresowana tak wyraźnie, że nie było mowy o pomyłce:
Pan H. Potter

Komórka pod Schodami

Privet Drive 4

Little Whinging

Surrey
Koperta była gruba i ciężka, z żółtawego pergaminu, a adres wypisano szmaragdowozielonym atramentem. Nie było żadnego znaczka.

Odwróciwszy kopertę drżącą ręką, Harry dostrzegł wo­skową pieczęć z herbem: lew, łabędź, borsuk i wąż wokół dużej litery H.

- Pospiesz się, chłopcze! - krzyknął z kuchni wuj Vernon. - Co ty tam robisz? Sprawdzasz, czy w listach nie ma bomby? - Zachichotał z własnego dowcipu.

Harry wrócił do kuchni, wciąż wpatrując się w swój list. Wręczył wujowi Vernonowi rachunek i pocztówkę, usiadł i zaczął powoli otwierać żółtą kopertę.

Wuj Vernon rozerwał rachunek, chrząknął z niesma­kiem i rzucił okiem na pocztówkę.

- Marge jest chora - poinformował ciotkę Petunię. - Jadła jakieś trąbiki...

- Tato! - zawołał Dudley. - Tato, Harry coś do­stał!

Harry rozkładał już list, napisany na takim samym gru­bym pergaminie, kiedy mu go wyrwała ręka wuja Vernona.

- To do mnie! - powiedział Harry, próbując odzy­skać list.

- Tak? A niby kto miałby do ciebie napisać? - za­rechotał wuj Vernon, otwierając list jednym ruchem. Jego twarz zmieniła się z czerwonej na zieloną szybciej niż światła na rogu ulicy. A na tym się nie skończyło. Po kilku sekun­dach poszarzała już jak stara owsianka.

- P-P-Petunio! - wyrzucił z siebie wraz z odde­chem.

Dudley próbował złapać list, żeby go przeczytać, ale wuj Vernon trzymał kartkę z dala od niego. Ciotka Petunia łapczywie chwyciła list i przeczytała pierwszą linijkę. Przez chwilę wyglądała tak, jakby miała zemdleć. Złapała się za szyję i wydała kilka dźwięków charakterystycznych dla osób, które się krztuszą.

- Vernon! O Boże... Vernon!

Wpatrywali się w siebie, jakby zapomnieli, że Harry i Dudley są nadal w kuchni. Dudley nie był do tego przy­zwyczajony. Pacnął ojca smeltingiem w głowę.

- Chcę to przeczytać - oznajmił głośno.

- Nie, ja chcę to przeczytać - krzyknął Harry - bo to list do mnie!

- Wynoście się obaj - zaskrzeczał wuj Vernon, wsu­wając list do koperty.

Harry nie drgnął.

- CHCĘ MÓJ LIST! - krzyknął.

- Muszę go zobaczyć! - wrzasnął Dudley.

- WYNOCHA! - ryknął wuj Vernon, po czym chwycił Harry’ego i Dudleya za karki i wyrzucił ich do przedpokoju, zatrzaskując za nimi drzwi do kuchni. Harry i Dudley rzucili się na siebie w milczeniu, walcząc o to, kto przyłoży ucho do dziurki od klucza. Zwyciężył Dudley, więc Harry, z okularami wiszącymi mu na jednym uchu, położył się płasko na brzuchu, drugim uchem przywierając do szcze­liny między drzwiami a podłogą.

- Vernonie - mówiła ciotka Petunia rozdygotanym głosem - spójrz na ten adres... skąd oni mogli wiedzieć, gdzie on sypia? Myślisz, że obserwują nasz dom?

- Obserwują... szpiegują... może za nami łażą - mruknął wuj Vernon.

- Więc co powinniśmy zrobić, Vernonie? Odpisać? Powiedzieć im, że nie chcemy...

Harry widział czarne, błyszczące półbuty wuja Vernona, maszerujące tam i z powrotem po kuchni.

- Nie - oznajmił w końcu. - Nie, po prostu to zignorujemy. Jeśli nie otrzymają odpowiedzi... Tak, to najlepsze wyjście... po prostu nic nie zrobimy...

- Ale...

- Petunio, nikogo takiego nie ma w naszym domu! Czy kiedy go przygarnęliśmy, nie przysięgliśmy sobie, że wyplenimy z niego te niebezpieczne bzdury?


Tego popołudnia, po powrocie do domu, wuj Vernon zrobił coś, czego nigdy dotąd nie robił: odwiedził Harry’ego w jego komórce pod schodami.

- Gdzie jest mój list? - zapytał Harry, gdy tylko wuj Vernon przecisnął się przez drzwi. - Kto do mnie napisał?

- Nikt. List zaadresowano do ciebie przez pomyłkę - oświadczył krótko wuj Vernon. - Spaliłem go.

- To nie była pomyłka - powiedział ze złością Harry. - Była na nim moja komórka.

- MILCZ! - ryknął wuj Vernon, a kilka pająków spadło z sufitu. Wziął parę głębokich oddechów, a potem zmusił się do uśmiechu, który wyglądał tak, jakby go roz­bolał brzuch.

- Eee... tak, Harry... co do tej komórki... Twoja ciotka i ja pomyśleliśmy sobie... że jesteś już taki duży... No więc uważamy, że może by ci było wygodniej w drugiej sypialni Dudleya.

- Dlaczego? - wyjąkał Harry.

- Nie zadawaj pytań! - warknął wuj. - Zabierz swoje rzeczy i idź na górę.

Dursleyowie mieli cztery sypialnie: jedną dla wuja Vernona i ciotki Petunii, jedną dla gości (zwykle nocowała tam Marge, siostra wuja Vernona), jedną, w której spał Dudley, i jedną, w której trzymał swoje stare zabawki i rzeczy, które nie mieściły się w jego pierwszej sypialni. Harry’emu wy­starczyło przejść z komórki na pierwsze piętro tylko raz, aby przenieść wszystko, co posiadał. Usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Prawie wszystko było połamane lub zepsute. Stara kamera wideo leżała na małym czołgu na baterie, którym Dudley wjechał kiedyś w psa sąsiadów; w kącie stał pierwszy telewizor Dudleya, który rozwalił kopniakiem, kiedy przestano nadawać jego ulubiony program; była też wielka klatka dla ptaków, w której kiedyś mieszkała papu­ga, ale pewnego dnia Dudley wymienił ją w szkole na prawdziwą wiatrówkę. Klatka stała na półce, której jeden koniec zwisał smętnie, bo Dudley kiedyś na niej usiadł. Inne półki zawalone były książkami. Były to jedyne przedmioty w tym pokoju, które wyglądały, jakby ich nikt nigdy nie dotykał.

Z dołu dobiegły jęki Dudleya, skarżącego się matce:

- Nie chcę go tam... Ten pokój jest mi potrzebny... Wywal go stamtąd...

Harry westchnął i wyciągnął się na łóżku. Jeszcze wczoraj oddałby wszystko, żeby tu zamieszkać. Dzisiaj wolałby sie­dzieć w swojej komórce z tym listem, niż tutaj bez niego.


Następnego dnia przy śniadaniu było dość spokojnie. Dud­ley pogrążony był w głębokim szoku. Nie pomogło wycie, grzmocenie ojca smeltingiem, symulowanie wymiotów, ko­panie matki, rzucenie żółwiem w ściankę terrarium, tak że wpadł przez zbitą szybę do środka. Drugiej sypialni nie odzyskał. Harry wspominał wczorajszy poranek i przekli­nał sam siebie, że nie otworzył listu w przedpokoju. Wuj Vernon i ciotka Petunia spoglądali na siebie ponurym wzro­kiem.

Kiedy przyszła poczta, wuj Vernon, który sprawiał wra­żenie, jakby chciał być miły dla Harry’ego, kazał Dudleyowi ją przynieść. Najpierw usłyszeli łomot, kiedy walił smeltin­giem we wszystko, co było w przedpokoju, a potem jego okrzyk:

- Jest następny! „Pan H. Potter, Najmniejsza Sypial­nia, Privet Drive 4...”

Wuj Vernon wydał z siebie zduszony okrzyk, zerwał się z krzesła i pobiegł do przedpokoju, a za nim pobiegł Harry. Żeby wydrzeć Dudleyowi list, wuj Vernon musiał powa­lić go na podłogę, co okazało się trudne, bo Harry złapał wuja Vernona od tyłu za szyję. Po minucie zażartej walki, w której jedna i druga strona oberwała smeltingiem, wuj Vernon wyprostował się, dysząc ciężko, z listem Harry’ego w ręku.

- Idź do swojej komórki.,. znaczy się, do swojej sypial­ni - wycharczał w stronę Harry’ego. - A ty Dudley... odejdź... po prostu zejdź mi z oczu.

Harry krążył po swoim nowym pokoju, nie mogąc się uspokoić. Ktoś wiedział, że przeniesiono go z komórki i że prawdopodobnie nie otrzymał pierwszego listu. Może spró­bują jeszcze raz? Na pewno. Ale tym razem się nie zawiodą. Harry miał już pewien plan.


Następnego ranka zreperowany budzik zadzwonił o szóstej. Harry szybko wyłączył alarm i ubrał się po cichu. Wiedział, że nie może obudzić Dursleyów. Zszedł ostrożnie na dół, nie zapalając żadnego światła.

Miał zamiar czekać na listonosza na rogu Privet Drive i wziąć od niego listy przeznaczone dla numeru czwartego. Serce biło mu jak młot, kiedy skradał się ciemnym przed­pokojem do frontowych drzwi... - AAAAU!

Harry podskoczył w powietrze; wszedł jedną nogą na coś wielkiego i rozlazłego, co spoczywało na macie przed drzwiami - coś żywego!

Na górze pstryknęły światła i Harry, ku swemu przera­żeniu, zobaczył, że to coś wielkiego i rozlazłego było twarzą jego wuja. Wuj Vernon leżał pod drzwiami w śpiworze, najwyraźniej chcąc się upewnić, że Harry nie zrobi tego, co właśnie próbował zrobić. Wrzeszczał na Harry’ego przez pół godziny, a potem kazał mu iść do kuchni i przynieść filiżan­kę herbaty. Zrozpaczony Harry powlókł się do kuchni, a kiedy wrócił, listy akurat wpadły przez szparę prosto w ręce wuja Vernona. Harry zdążył zauważyć trzy listy zaadre­sowane tym samym zielonym atramentem.

- Chcę... - zaczął, ale wuj Vernon darł już listy na kawałki.

Tego dnia wuj Vernon nie poszedł do pracy. Został w domu i zabił gwoździami szparę na listy.

- Mam na nich sposób - wyjaśnił ciotce Petunii przez zęby, którymi ściskał kilka gwoździ. - Jeśli nie będą mogli dostarczyć listów, po prostu dadzą nam spokój.

- Nie jestem pewna, czy to poskutkuje, Vernonie.

- Och, Petunio, oni rozumują bardzo dziwnie, oni nie są tacy jak ty albo ja - powiedział wuj Vernon, próbując wbić gwóźdź w kawałek owocowego ciasta, który mu właś­nie przyniosła ciotka Petunia.
W piątek przyszło aż dwanaście listów zaadresowanych do Harry’ego. Szpara w drzwiach była zabita, więc wciśnięto je przez szczelinę pod drzwiami, wetknięto w szpary po bo­kach, a kilka wepchnięto przez małe okienko łazienki na parterze.

Wuj Vernon znowu nie poszedł do pracy. Po spaleniu wszystkich listów wziął młotek i gwoździe, po czym poza­bijał szpary i szczeliny w drzwiach frontowych i kuchen­nych, tak że nikt nie mógł wyjść. Nucił pod nosem „Na palcach przez tulipany" i podskakiwał przy najcichszym odgłosie.


W sobotę wszystko zaczęło się wymykać spod kontroli. Do domu przeniknęły dwadzieścia cztery listy, zwinięte w kulki i ukryte w dwóch tuzinach jajek, które zdumiony mleczarz podał ciotce Petunii przez okno w salonie. Podczas gdy wuj Vernon dzwonił, wściekły, na pocztę i do mleczarni, próbując znaleźć kogoś, komu by mógł złożyć zażalenie, ciotka Petunia miażdżyła listy na papkę w mikserze.

- Bardzo jestem ciekaw, komu może aż tak bardzo zależeć, żeby się z tobą porozumieć? - zapytał Dudley Harry’ego.


: test -> Ksi%B9%BFji%201
test -> Test na etap centralny VII olimpiady Wiedzy Hotelarskiej 20-23 kwietnia 2015 roku
test -> Zad. 1 Zad. 2 Ruch białych – remis Ruch białych – wygrana Nazwij manewr wykonany przez białe. Zad. 3 Za
test -> Materiały Szkoleniowe – Kadra jm (1)
test -> Test nr 4 – historia polskiej motoryzacji
test -> W jakim utworze można zauważyć fascynację folklorem wiejskim? Podkreśl właściwą odpowiedź. (1 p.) „Wesele”, „Koniec wieku xix”
test -> O 1g/l Pilna transfuzja w nagłych przypadkach może być wykonywana bez próby zgodności: a tak b nie c wykonanie próby zgodności podczas transfuzji
test -> Wojewódzki Konkurs Języka Angielskiego dla uczniów gimnazjum w roku szkolnym 2012/2013 stopień rejonowy – 01. 2013
test -> Technik logistyk (autor: Krzysztof Zowada)
Ksi%B9%BFji%201 -> Andrzej Sapkowski czas pogardy
Ksi%B9%BFji%201 -> Andrzej Sapkowski czas pogardy

Pobieranie 1.22 Mb.

1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   14




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna