J. K. Rowling



Pobieranie 1.22 Mb.
Strona9/14
Data08.05.2016
Rozmiar1.22 Mb.
1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   14

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Quidditch
Nadszedł listopad i zrobiło się bardzo zimno. Góry wo­kół szkoły pobielały, a jezioro lśniło jak stalowa tafla. Rano trawniki pokrywał szron. Z okien zamku można było zobaczyć Hagrida, jak oczyszcza oblodzone tyczki bramko­we na boisku, ubrany w kurtkę z kretów, rękawice z króli­ków i wysokie buty z bobrów.

Rozpoczął się sezon quidditcha. W sobotę Harry miał wystąpić w swoim pierwszym meczu po wielu tygodniach treningu: Gryfoni przeciw Ślizgonom. Jeśli wygrają Gryfoni, przesuną się na drugie miejsce w tabeli domów.

Mało kto widział Harry’ego w grze, bo Wood postano­wił, że będzie ich tajną bronią i utrzymywał to w tajemnicy. Ale i tak wieść o tym, że Harry trenuje jako szukający, jakoś się rozniosła i nie wiadomo było, co jest gorsze - ludzie mówiący mu, że jest naprawdę dobry, czy ci, którzy twier­dzili, że będą pod nim biegać z materacem.

Przyjaźń z Hermiona miała dla niego naprawdę duże znaczenie. Bez niej nie poradziłby sobie z nawałem prac domowych, bo Wood wyciskał z nich ostatnie poty na treningach. Pożyczyła mu też Quidditch przez wieki, książkę, która okazała się bardzo ciekawą, choć nie zawsze dodającą otuchy lekturą.

Harry dowiedział się, że w quidditchu istnieje aż siedem­set sposobów faulowania i że wszystkie zostały wykorzysta­ne w Pucharze Świata - w 1473 roku; że szukający byli zwykle najmniejszymi i najszybszymi graczami i że najpoważniejsze kontuzje przytrafiały się właśnie im; że choć rzadko docho­dziło do wypadków śmiertelnych, zdarzało się, że znikali sędziowie, by po paru miesiącach odnaleźć się na Saharze. Od czasu, gdy Harry i Ron uratowali ją od niechybnej śmierci z rąk górskiego trolla, Hermiona nie była już tak bezwzględna wobec łamania regulaminu szkolnego i obco­wanie z nią stało się o wiele przyjemniejsze. W dniu poprze­dzającym pierwszy mecz Harry’ego wszyscy troje wyszli podczas przerwy na zimny dziedziniec, a Hermiona wycza­rowała im jasny, niebieski płomień, który można było zam­knąć w słoju od marmolady. Stali, grzejąc się przy nim, kiedy nagle pojawił się Snape. Harry zauważył, że Snape utyka na jedną nogę. Skupili się blisko, by ukryć płomień, bo byli pewni, że wykorzystywanie magii do takich celów jest zabronione. Niestety, ich miny musiały się wydać Snape’owi podejrzane, bo podszedł do nich, wyraźnie chcąc się do czegoś przyczepić. Nie zobaczył płomienia, ale wypatrzył książkę, którą Harry trzymał pod pachą.

- Co tam masz, Potter?

Harry pokazał mu książkę; był to Quidditch przez wieki.

- Książek z biblioteki nie wolno wynosić poza obręb szkoły. Daj mi ją. Gryffindor traci pięć punktów.

- Przed chwilą stworzył ten przepis - mruknął Harry ze złością, kiedy Snape pokuśtykał dalej. - Ciekawe, co mu się stało w nogę.

- Nie wiem, ale mam nadzieję, że mu ostro dokucza - powiedział Ron mściwym tonem.


Tego wieczora w salonie Gryffindoru było wyjątkowo gwar­nie. Harry, Ron i Hermiona siedzieli razem tuż przy oknie. Hermiona sprawdzała im pracę domową z zaklęć. Nigdy nie dawała im gotowych wypracowań do przepisania, ale czy­tała je na głos, żeby sami doszli do właściwych odpowiedzi. Harry czuł niepokój. Bardzo mu brakowało odebranej przez Snape’a książki, bo miał nadzieję, że pogrążenie się w lekturze pomoże mu odwrócić uwagę od jutrzejszego meczu. A właściwie dlaczego tak się boi Snape’a? Wstał i oznajmił Ronowi i Hermionie, że idzie do Snape’a, żeby go poprosić o zwrot książki.

- Mnie do tego nie namówisz - odpowiedzieli rów­nocześnie.

Ale Harry uważał, że Snape mu nie odmówi, jeśli będzie przy tym jakiś inny nauczyciel.

Zszedł na dół do pokoju nauczycielskiego i zapukał. Nie było odpowiedzi. Zapukał ponownie. Nic.

Może Snape zostawił tam książkę? Warto spróbować. Uchylił lekko drzwi, zajrzał do środka - i zobaczył coś, co nim wstrząsnęło.

W pokoju byli tylko Snape i Filch. Snape zadarł szatę ponad kolana. Jedna z jego nóg była zakrwawiona i poszar­pana. Filch podawał mu bandaż.

- Cholerna sprawa - mówił Snape. - Niby jak miałem upilnować się przed trzema głowami naraz? Harry starał się jak najciszej zamknąć drzwi, ale...

- POTTER!

Twarz Snape’a wykrzywił grymas wściekłości. Puścił szybko skraj szaty, by ukryć nogę. Harry przełknął ślinę.

- Ja tylko chciałem zapytać, czy mógłby mi pan oddać moją książkę.

- WYNOŚ SIĘ! PRECZ!

Harry uciekł, zanim Snape zdążył pozbawić Gryffindor kilku kolejnych punktów. Wrócił pędem na górę.

- No i co? Masz? - zapytał Ron. - Co się stało? Harry opowiedział im szeptem, co zobaczył.

- Wiecie, co to znaczy? Próbował przejść zakazanym korytarzem! Pamiętacie? To tam właśnie szedł, kiedy go widzieliśmy w Noc Duchów... On szukał tego, czego strze­że ten potwór! I stawiam moją różdżkę, że to on wpuścił do zamku trolla, żeby narobić zamieszania!

Hermiona zrobiła wielkie oczy.

- Nie... tego by nie zrobił. Wiem, że nie jest zbyt miły, ale przecież nie próbowałby ukraść czegoś, co tak zazdrośnie ukrywa Dumbledore.

- Bo ty jesteś przekonana, że wszyscy nauczyciele są święci - prychnął Ron. - Ja tam się zgadzam z Harrym. Nie mam za grosz zaufania do tego Snape’a. Ale czego on szuka? Czego strzeże ten piekielny pies?

Harry poszedł do łóżka z głową pełną pytań. Neville chrapał już głośno, ale Harry nie mógł zasnąć. Starał się uwolnić od natłoku myśli, wiedział, że powinien się wyspać, przecież za kilka godzin wystąpi w swoim pierwszym meczu quidditcha, ale nie mógł zapomnieć wyrazu twarzy Snape’a, kiedy zobaczył jego zakrwawioną nogę.


Ranek był słoneczny i mroźny. Wielką Salę wypełniał roz­koszny zapach pieczonych kiełbasek i podniecony gwar. Wszyscy szykowali się na dobre widowisko.

- Musisz coś zjeść.

- Nie chcę.

- Chociaż kawałek tostu - błagała Hermiona.

- Nie jestem głodny.

Harry czuł się okropnie. Za godzinę miał wyjść na boisko.

- Harry, musisz mieć siły - powiedział Seamus Finnigan. - Przeciwnicy zawsze chcą wyeliminować szuka­jącego.

- Dziękuję ci, stary - odrzekł Harry, patrząc, jak Seamus polewa sobie kiełbaski keczupem.


O jedenastej na stadionie zebrała się chyba cała szkoła. Wielu miało lornetki. Ławki dla publiczności były umiesz­czone dość wysoko, ale w trakcie meczu quidditcha czasami i tak trudno było zobaczyć, co się dzieje.

Ron i Hermiona usiedli w najwyższym rzędzie, razem z Neville’em, Seamusem i Deanem. Mieli dla Harry’ego niespodziankę: wielki transparent, zrobiony z jednego z po­gryzionych przez Parszywka prześcieradeł, z napisem: POTTER NA PREZYDENTA. Dean, który był dobry z rysunków, namalował pod spodem lwa - godło Gryffindoru. Hermiona wyszukała sprytne małe zaklęcie, tak że lew i napis mieniły się różnymi kolorami.

Tymczasem Harry i reszta drużyny przebierali się w szatni w szkarłatne szaty do quidditcha (Ślizgoni mieli grać w zielonych).

Wood odchrząknął głośno, żeby wszystkich uciszyć.

- No dobra, chłopaki... - zaczął.

- I dziewczyny - powiedziała Angelina Johnson, grająca na pozycji ścigającego.

- I dziewczyny - zgodził się Wood. - To jest to.

- Coś naprawdę wielkiego - powiedział Fred Weasley.

- Coś, na co wszyscy czekaliśmy - dodał George.

- Znamy przemówienie Olivera na pamięć - po­wiedział Harry’emu Fred. - Byliśmy w drużynie w zeszłym roku.

- Wy dwaj, zamknijcie się - uciszył ich Wood. - To najlepsza drużyna Gryffindoru od wielu lat. Wychodzi­my po zwycięstwo. I wiem, że zwyciężymy.

Obrzucił ich groźnym spojrzeniem, jakby chciał dodać „albo przegramy".

- Dobra. Już czas. Życzę wszystkim powodzenia.

Harry wyszedł z szatni za Fredem i George'em i mając nadzieję, że nogi nie odmówią mu posłuszeństwa, wkroczył na boisko wśród głośnych wiwatów.

Sędziowała pani Hooch. Stała pośrodku boiska, czekając na obie drużyny. Miotłę trzymała w ręku.

- A teraz posłuchajcie: chcę, żeby to była ładna, czysta gra - powiedziała, kiedy wszyscy zawodnicy zebrali się wokół niej.

Harry zauważył, że mówiąc to, zwracała się szczególnie do kapitana Ślizgonów, Markusa Flinta z piątego roku, który sprawiał wrażenie, jakby miał w żyłach trochę krwi trollów. Kątem oka dostrzegł też powiewający wysoko transparent ze świetlistym napisem „Potter na prezydenta". Serce mu podskoczyło., Poczuł się lepiej.

- Proszę dosiąść mioteł.

Harry dosiadł swojego Nimbusa Dwa Tysiące.

Pani Hooch zadęła w wielki srebrny gwizdek.

Piętnaście mioteł poderwało się w powietrze. Zaczęło się.

- ...Angelina Johnson natychmiast przejmuje kafla... cóż to za wspaniały ścigający, ta dziewczyna, no i przy tym taka ładna...

- JORDAN!

- Przepraszam, pani profesor.

Przyjaciel bliźniaków, Lee Jordan, był komentatorem, a profesor McGonagall kontrolowała jego popisy.

- Świetne prowadzenie, zgrabny przerzut do Alicji Spinnet, to nowe odkrycie Olivera Wooda, w zeszłym roku była w rezerwie... z powrotem do Johnson i... nie, Gryfoni tracą piłkę, kapitan Ślizgonów, Marcus Flint przejmuje kafla i natychmiast podrywa się w górę... szy­buje jak orzeł... zamierza strze... nie, Wood, obrońca Gryfonów, znakomicie wyłapuje kafla, oddaje Katie Bell, co za wspaniały zwód, ograła Flinta, już jest wysoko, nur­kuje i... OCH!... to musiało zaboleć, tłuczek rąbnął ją w tył głowy... kafel w posiadaniu Ślizgonów... to Adrian Pucey szybuje ku słupkom bramkowym, ale... tak, za­blokowany przez drugi tłuczek, podbity tam przez Freda albo George’a Weasleya, trudno powiedzieć, którego... w każdym razie to bardzo ładne zagranie pałkarza i John­son znowu ma kafla, przed nią nie ma nikogo, rusza do przodu... naprawdę, mknie jak jastrząb... wyminęła pę­dzący ku niej tłuczek... słupki są już blisko... strzelaj, Angelino!... obrońca Bletchey nurkuje... nie trafia... GOL DLA GRYFONÓW!

Rozległy się radosne wiwaty Gryfonów i jęki zawodu Ślizgonów.

- Ruszajcie się! Śmiało!

- Hagrid!

Ron i Hermiona ścisnęli się, by zrobić Hagridowi miejsce obok siebie.

- Patrzyłem z mojej chaty - rzekł Hagrid, klepiąc wielką lornetę, wiszącą mu na szyi - ale to nie to, co być tutaj, w tłumie. Znicz jeszcze się nie pokazał, co?

- Nie - odrzekł Ron. - Na razie Harry nie ma wiele do roboty.

- Unika kłopotów, bardzo dobrze - powiedział Hagrid, podnosząc lornetkę do oczu i wpatrując się w plamkę na niebie.

Harry szybował wysoko, ponad grającymi, wypatrując znicza.. Była to część planu jego i Wooda.

- Trzymaj się z daleka, dopóki nie wypatrzysz znicza. - powiedział mu Wood. - Nie chcemy, żeby cię zaata­kowali, zanim nadejdzie właściwa pora.

Kiedy Angelina zdobyła pierwsze dziesięć punktów, Harry zrobił w powietrzu parę pętli, by dać upust swej radości. Teraz wrócił na swoją pozycję, rozglądając się za zniczem. Raz zobaczył jakiś złoty błysk, ale okazało się, że to tylko refleks słońca w zegarku któregoś z Weasleyów, a raz tłuczek wystrzelił ku niemu jak kula armatnia, ale zrobił unik, a po chwili pojawił się ścigający Fred Weasley.

- Jak, w porządku? - krzyknął w locie i z całej siły odbił tłuczka w kierunku Marcusa Flinta.

- Ślizgoni mają kafla - mówił Lee Jordan - ści­gający Pucey unika dwóch tłuczków, mija obu Weasleyów, Bell, śmiga ku... zaraz, zaraz... czy to był znicz?

Pomruk przeszedł przez tłum, kiedy Adrian Pucey puścił kafla, oglądając się przez ramię na złoty błysk, który prze­mknął mu koło lewego ucha.

Harry zobaczył to. Czując, jak go ogarnia fala podniece­nia, zanurkował w dół, za złotą smugą. Ślizgon Terence Higgs też ją dostrzegł. Obaj, ramię w ramię, pomknęli ku zniczowi, a wszyscy ścigający zawiśli w powietrzu, zapomi­nając o tym, co powinni robić.

Harry był szybszy od Higgsa. Widział już dobrze małą kulkę, trzepoczące srebrne skrzydełka... zwiększył szyb­kość i...

ŁUUUP! Ryk wściekłości wydarł się z gardeł Gryfonów na trybunach - Marcus Flint umyślnie zablokował Harry’ego, tak że ten ledwo się utrzymał na miotle, która zboczyła z kursu.

- Faul! - krzyczeli Gryfoni.

Pani Hooch skarciła ostro Flinta i zarządziła rzut wolny dla Gryfonów. Zrobiło się małe zamieszanie, a złoty znicz ponownie gdzieś zniknął.

- Usunąć go z boiska! Czerwona kartka! - ryczał Dean Thomas.

- O czym ty mówisz? - zdziwił się Ron.

- Czerwona kartka! W piłce nożnej pokazują ci czer­woną kartkę i musisz zejść z boiska!

- Ale to nie jest piłka nożna - przypomniał mu Ron. Hagrid poparł jednak Deana.

- Powinni zmienić przepisy. Flint mógł strącić Harry’ego z miotły.

Lee Jordan miał problemy z bezstronnością.

- Tak więc... po tym oczywistym i odrażającym oszu­stwie...

- Jordan! - warknęła profesor McGonagall.

- To znaczy... po tym jawnym, oburzającym faulu...

- Jordan, ostrzegam cię...

- No dobrze już, dobrze. Flint o mały włos nie zabił szukającego Gryfonów, co mogło się zdarzyć każdemu, to jasne, więc rzut wolny dla Gryfonów, wybija Spinnet, bez kłopotów, gra toczy się dalej, kafel wciąż w posiadaniu Gryfonów...

To się stało, gdy Harry uniknął jeszcze jednego tłuczka, który śmignął mu tuż koło głowy. Nagle jego miotła po­chyliła się gwałtownie, tak że przez ułamek sekundy był pewny, że z niej spadnie. Ścisnął mocno kij dłońmi i kola­nami. Jeszcze nigdy nie poczuł czegoś takiego.

To stało się ponownie - jakby miotła próbowała go z siebie zrzucić. Co się dzieje? Przecież Nimbus Dwa Tysiące nie może ni stąd ni zowąd postanowić, że będzie zrzucał z siebie jeźdźców. Harry spróbował zawrócić w kierunku słupków Gryffindoru - pomyślał, że trzeba poprosić Wooda o czas - i zdał sobie sprawę, że miotła w ogóle go nie słucha. Nie mógł jej zawrócić. W ogóle nie mógł nią kierować. Robiła zygzaki w powietrzu, a co jakiś czas pod­rygiwała raptownie, co sprawiało, że z wielkim trudem utrzymywał się na kiju. Lee wciąż komentował.

- Ślizgoni mają piłkę... Flint leci z kaflem... mija Spinnet... mija Bell... tłuczek trafia go prosto w twarz... mam nadzieję, że ma złamany nos... to był żart, pani profesor... strzela... och, nieeee....

Ślizgoni ryknęli z radości. Jak dotąd nikt nie zauważył dziwnego zachowania miotły Harry’ego, która unosiła go powoli coraz wyżej, poza pole gry, podrygując i robiąc gwałtowne skręty, jak narowisty koń.

- Nie mam pojęcia, co ten Harry wyprawia - mruknął Hagrid, który patrzył przez lornetkę. - Gdybym go nie znał, to bym powiedział, że stracił panowanie nad miotłą... ale przecież on nie może...

Nagle wszyscy wstali, pokazując sobie palcami Harry’ego. Jego miotła zaczęła wywijać koziołki, a on ledwo się na niej trzymał. A potem cała widownia zamarła. Miotła rap­townie podskoczyła, stanęła dęba, a Harry zsunął się z niej i zawisł na kiju, trzymając się go jedną ręką.

- Może coś się stało, kiedy go Flint przyblokował? - szepnął Seamus.

- To niemożliwe - powiedział Hagrid roztrzęsio­nym głosem. - Miotle nic nie może zaszkodzić... oprócz czarnej magii... Żaden dzieciak nie mógłby uszkodzić Nimbusa Dwa Tysiące.

Na te słowa Hermiona złapała jego lornetkę, ale zamiast spojrzeć na Harry’ego, zaczęła nią gorączkowo przeszuki­wać tłum.

- Co ty robisz? - jęknął Ron, szary na twarzy.

- Wiedziałam - wy dyszała. - Snape... zobacz.

Ron chwycił lornetkę. Snape stał pośrodku trybuny na­przeciw nich. Oczy miał utkwione w Harrym i nieustannie coś mamrotał.

- On coś robi... czaruje miotłę - powiedziała Her­miona.

- To co zrobimy?

- Zostawcie to mnie.

I znikła, zanim Ron zdążył wypowiedzieć słowo. Ron znowu skierował lornetkę na Harry’ego. Miotła dygotała tak wściekle, że wydawało się niemożliwe, by utrzymał się dłużej. Wszyscy już stali, patrząc z przerażeniem, jak Weasleyowie próbują ściągnąć Harry’ego na jedną ze swoich mioteł, ale bez rezultatu - za każdym razem, gdy się do niego zbliżali, jego miotła podskakiwała jeszcze wyżej. Krą­żyli więc pod nim, najwyraźniej mając nadzieję złapać go w locie. Tymczasem Marcus Flint przejął kafla i strzelił pięć bramek, choć nikt nie zwracał na to uwagi.

- Hermiono, zrób coś - mruczał zrozpaczony Ron.

Hermiona przepchnęła się do sektora, w którym stał Snape i pobiegła wzdłuż rzędu tuż za nim. Nawet się nie zatrzymała, żeby powiedzieć „przepraszam”, gdy niechcący popchnęła profesora Quirrella, tak że wpadł na głowę do następnego rzędu.

Kiedy dotarła do Snape’a, kucnęła, wyciągnęła różdżkę i wyszeptała parę dobrze dobranych słów. Z różdżki wystrzelił jasnoniebieski płomień - wprost na skraj szaty Snape’a.

Minęło ze trzydzieści sekund, zanim Snape zorientował się, że płonie. Po jego krótkim wrzasku poznała, że osiągnęła to, co zamierzała. Szybko zebrała płomienie do małego garnuszka, który miała w kieszeni, i wycofała się chyłkiem, prawie na czworakach. Snape nigdy się nie dowie, co się właściwie stało.

Ale to wystarczyło. Wysoko, w powietrzu, Harry nagle poczuł, że jest w stanie z powrotem dosiąść Nimbusa.

- Neville, możesz już patrzyć! - krzyknął Ron. Neville od pięciu minut szlochał z twarzą ukrytą w kurtce Hagrida.

Harry szybował już w dół. Wszyscy zobaczyli, jak zakry­wa sobie usta rękami, jakby miał zwymiotować - wylą­dował prawie na czworakach - zakaszlał - i coś złote­go spadło mu na dłoń.

- Mam znicz! - krzyknął, wymachując nim nad głową.

Mecz zakończył się ogólnym zamieszaniem.

- On go nie złapał, on go prawie połknął - ryczał wciąż Flint jeszcze dwadzieścia minut później, ale niczego to nie zmieniało: Harry nie złamał żadnego przepisu i Lee Jordan wciąż wykrzykiwał rezultat - Gryffindor wygrał stu siedemdziesięcioma punktami do sześćdziesięciu. Ale Harry już tego nie słyszał. Pił mocną herbatę w chatce Hagrida, razem z Ronem i Hermioną.

- To był Snape - wyjaśniał mu Ron. - Hermioną go zobaczyła. Czarował twoją miotłę, nie spuszczał z ciebie wzroku.

- Bzdury - rzekł Hagrid. - Niby dlaczego miał­by to robić?

Harry, Ron i Hermioną wymienili znaczące spojrzenia, zastanawiając się, czy mu powiedzieć. Harry uznał, że trzeba wyjawić prawdę.

- Czegoś się o nim dowiedziałem - powiedział. - W Noc Duchów próbował przejść koło psa o trzech gło­wach. Potwór go ugryzł. Sądzimy, że chciał ukraść to, czego strzeże pies.

Hagrid wypuścił z rąk dzbanek.

- Skąd wiecie o Puszku? - zapytał.

- O Puszku?

- No tak... to mój pies... kupiłem go od jednego Greka... w pubie, w zeszłym roku... pożyczyłem go Dumbledore'owi, żeby pilnował...

- Czego? - zapytał Harry.

- No... co to, to nie, więcej wam nic nie powiem, nawet nie pytajcie - odburknął Hagrid. - To ściśle tajne, ot co.

- Ale Snape próbował to wykraść.

- Bzdura - powtórzył Hagrid. - Snape jest na­uczycielem w Hogwarcie, nigdy by czegoś takiego nie zrobił.

- Więc dlaczego próbował zabić Harry’ego? - za­wołała Hermioną.

Po wydarzeniach ostatniego popołudnia z całą pewnością zmieniła zdanie o Snapie.

- W końcu potrafię poznać, czy ktoś rzuca zły urok, jak to zobaczę - dodała. - Trzeba mieć stały kontakt wzrokowy, a Snape ani razu nie mrugnął okiem, sama widziałam!

- A ja wam mówię, że się mylicie! - zaperzył się Hagrid. - Nie mam pojęcia, dlaczego miotła Harry’ego zachowywała się tak dziko, ale Snape nigdy by nie zabił ucznia! A teraz posłuchajcie mnie, wszyscy troje! Grzebiecie w sprawach, które was nie dotyczą. To niebezpieczne. Za­pomnijcie o tym psie, zapomnijcie o tym, czego on strzeże. To jest sprawa między profesorem Dumbledore’em a Nicolasem Flamelem...

- Aha! - krzyknął Harry. - A więc w to jest za­mieszany jakiś Nicolas Flamel, tak?

Hagrid miał taką minę, jakby był wściekły na samego siebie.

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Zwierciadło Ain Eingarp
Zbliżało się Boże Narodzenie. Pewnego ranka w połowie grudnia Hogwart obudził się pokryty grubą warstwą śniegu. Jezioro zamarzło na dobre, a Weasleyowie zostali ukarani za zaczarowanie kilkunastu piguł śniegowych, któ­re ścigały profesora Quirrella, grzmocąc w jego turban. Kilka sów, którym się udało przebić przez zamiecie i zawie­je, by przekazać pocztę, musiało przejść kurację u Hagrida. Wszyscy nie mogli doczekać się przerwy świątecznej. W pokoju wspólnym Gryffindoru i w Wielkiej Sali ogień huczał w kominkach, ale na korytarzach panował straszliwy ziąb, a w klasach wiatr łomotał w okna. Najgorsze były zajęcia z profesorem Snape'em, które odbywały się w lo­chach, gdzie oddech zamieniał się w parę; żeby się ogrzać, trzymali się jak najbliżej gorących kociołków.

- Naprawdę mi żal - powiedział Draco Malfoy na jednej z lekcji eliksirów - tych wszystkich, którzy będą musieli zostać na Boże Narodzenie, bo nie chcą ich w domu.

Kiedy to mówił, patrzył na Harry’ego. Crabbe i Goyle zachichotali. Harry, który właśnie odważał porcję sproszkowanego kręgosłupa skorpeny, zignorował ich. Od meczu quidditcha Malfoy zrobił się jeszcze bardziej nieprzyjemny. Wściekły z powodu przegranej Slytherinu, próbował wszystkich rozśmieszyć propozycją, by w następnym meczu na pozycji szukającego Harry’ego zastąpiła żaba drzewna, bo ma szersze usta. W końcu zorientował się, że nikogo to nie śmieszy. Wszyscy byli pod wielkim wrażeniem wyczynu Harry’ego, który zdołał się utrzymać na zbuntowanej miot­le. Powrócił więc do swojej dawnej metody szydzenia z jego sieroctwa i dzieciństwa u mugoli.

Harry rzeczywiście nie zamierzał wracać na święta do Dursleyów. Profesor McGonagall obeszła wszystkie domy, spisując uczniów, którzy zostają w zamku, i Harry natych­miast wpisał się na listę. Nie czuł się wcale nieszczęśliwy z tego powodu, przeciwnie, uważał, że będą to najlepsze święta, jakie dotąd przeżył. Ron i jego bracia też zostawali, ponieważ państwo Weasleyowie wybierali się do Rumunii, by odwiedzić Charliego.

Po lekcji, gdy chcieli wyjść z lochów, stwierdzili, że korytarz jest zablokowany przez wielką jodłę, spod której wystają dwie olbrzymie stopy. Po głośnym sapaniu poznali, że za drzewkiem jest Hagrid.

- Cześć, Hagrid, pomóc ci? - zapytał Ron, wpycha­jąc głowę między gałęzie.

- Nie, dzięki, dam radę, Ron.

- Może byście przestali blokować przejście, co? - roz­legł się za nimi zimny głos Malfoya. - Chcesz sobie doro­bić, Weasley? Masz nadzieję zostać gajowym, jak skończysz szkołę albo jak szkoła z tobą skończy? Chatka Hagrida to chyba pałac w porównaniu z twoim rodzinnym domem, nie?

Ron rzucił się na Malfoya, ale w tej samej chwili na szczyt schodów dotarł Snape.

- WEASLEY!

Ron puścił przód szaty Malfoya.

- Został sprowokowany, panie psorze - powiedział Hagrid, wystawiając swoją wielką, włochatą głowę zza jo­dły. - Malfoy obrażał jego rodzinę.

- Może i tak było, ale bijatyki są w Hogwarcie zaka­zane, Hagrid - rzekł Snape. - Minus pięć punktów dla Gryffindoru, Weasley, i bądź wdzięczny, że tylko tyle. Ruszajcie stąd, wszyscy.

Malfoy, Crabbe i Goyle przecisnęli się obok drzewka, rozsiewając wokoło igły i śmiejąc się głupkowato.

- Jeszcze go dostanę - wycedził Ron przez zęby. - Któregoś dnia odpowie mi za wszystko.

- Nienawidzę ich obu - mruknął Harry. - Mal­foya i Snape’a.

- No, chłopaki, głowa do góry, Boże Narodzenie za pasem - powiedział Hagrid. - Wiecie co? Chodźcie ze mną i zobaczcie Wielką Salę, wygląda naprawdę ekstra.

Poszli więc za Hagridem i jego drzewkiem do Wielkiej Sali, której dekorowaniem byli zajęci profesor McGonagall i profesor Flitwick.

- Ach, Hagrid, ostatnie drzewko... postaw je tam w rogu, dobrze?

Sala wyglądała naprawdę wspaniale. Festony ostrokrzewu i jemioły wisiały na wszystkich ścianach, a wokoło stało ze dwanaście pięknych jodeł; niektóre migotały maleńkimi sopelkami, inne jarzyły się setkami świec.

- Ile dni wam zostało do ferii świątecznych? - zapy­tał Hagrid.

- Tylko jeden - odpowiedziała Hermiona. - To mi przypomniało... Harry, Ron, mamy pół godziny do obiadu, powinniśmy pójść do biblioteki.

- Och, tak, masz rację - rzekł Ron, odrywając oczy od profesora Flitwicka, który wyczarowywał różdżką złote bombki i wieszał na gałązkach właśnie dostarczonego drze­wka.

- Do biblioteki? - zdziwił się Hagrid, wychodząc za nimi z sali. - Tuż przed feriami? Macie bzika czy jak?

- Och, tu nie chodzi o naukę - wyjaśnił mu Harry.

- Od kiedy wspomniałeś o Nicolasie Flamelu, próbujemy się dowiedzieć, kim on jest.

- Co robicie? - Hagrid wytrzeszczył oczy. - Słu­chajcie. .. mówiłem wam już... zostawcie to. Nic wam do tego, czego pilnuje Puszek.

- My tylko chcemy się dowiedzieć, kim jest ten Flamel, nic poza tym - powiedziała Hermiona.

- Chyba że ty nam powiesz i zaoszczędzisz nam trudu - dodał Harry. - Przewaliliśmy już setki książek i nic nie możemy znaleźć... Daj nam tylko jakąś wskazówkę... Wiem, że gdzieś już spotkałem to nazwisko.

- Nic nie powiem.

- No to musimy szukać sami - rzekł Harry i zo­stawili Hagrida samego, z kwaśną miną, spiesząc do biblio­teki.

Od czasu, gdy Hagridowi wyrwało się to nazwisko, rze­czywiście przetrząsali książki w poszukiwaniu jakichś infor­macji o Flamelu, bo - jak dotąd - był to jedyny spo­sób, by dowiedzieć się, co chciał wykraść Snape. Kłopot polegał na tym, że nie mieli pojęcia, od czego zacząć, bo nie wiedzieli, co takiego mógł zrobić ten Flamel, by znaleźć się w jakiejś książce. Nie było go w Wielkich czarodziejach dwu­dziestego wieku ani w Wybitnych postaciach świata magii naszych czasów; nie było go też w Najważniejszych współczesnych odkry­ciach magicznych i w Najnowszych osiągnięciach czarodziejstwa.

A biblioteka była ogromna: dziesiątki tysięcy ksiąg, setki półek, tysiące rzędów.

Hermiona sporządziła sobie listę tematów i tytułów, które postanowiła sprawdzić, natomiast Ron chodził wzdłuż półek i wyciągał woluminy na chybił trafił. Harry powędro­wał ku działowi Ksiąg Zakazanych. Niestety, żeby korzy­stać ze zgromadzonych tu dzieł, trzeba było mieć specjalne pozwolenie na piśmie od któregoś z nauczycieli, a doskonale wiedział, że żaden mu go nie da. Były tam księgi zawierające tajemnice czarnej magii, której w Hogwarcie nigdy się nie nauczało, a dostęp do nich mieli wyłącznie studenci star­szych lat, uczący się zaawansowanej obrony przeciw czarnoksięstwu.

- Czego szukasz, chłopcze?

- Niczego.

Pani Pince, bibliotekarka, machnęła mu przed nosem miotełką z piór.

- Więc lepiej stąd zmykaj. Wynoś się! Już!

Żałując, że nie przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, Harry opuścił bibliotekę. Już na samym początku ustalili, że lepiej nie pytać pani Pince, gdzie można znaleźć coś o Fla­melu. Byli pewni, że potrafiłaby im udzielić wskazówek, ale nie chcieli ryzykować, że Snape dowie się, czego szukają.

Harry czekał na korytarzu, żeby się dowiedzieć, czy Ron i Hermiona czegoś nie znaleźli, choć nie miał na to wielkiej nadziei. Poszukiwania prowadzili co prawda od dwóch tygodni, a ponieważ mogli to robić jedynie w przerwach między lekcjami, trudno się dziwić, że na nic jeszcze nie natrafili. Potrzebne im było dokładne, długie przeszukanie, bez pani Pince dyszącej im w karki.

Pięć minut później wyszli Ron i Hermiona, kręcąc gło­wami. Poszli na obiad.

- Będziecie dalej szukać, jak mnie nie będzie, tak? - powiedziała Hermiona. - I przyślijcie mi sowę, jak coś znajdziecie.

- A ty zapytaj rodziców, może coś wiedzą o tym Flamelu - rzekł Ron. - To chyba bezpieczne.

- Bardzo bezpieczne, bo oboje są dentystami - od­powiedziała Hermiona.


W końcu ferie się rozpoczęły. Ron i Harry mieli teraz aż za dużo czasu, by rozmyślać o Flamelu. W dormitorium spali tylko we dwóch, a że w salonie też było o wiele luźniej, bez trudu udawało się zająć dobre miejsca przy kominku. Prze­siadywali tam godzinami, pojadając wszystko, co dało się nadziać na rożen - chleb, angielskie bułeczki, ślazowe marmoladki - i wymyślając najróżniejsze sposoby po­zbycia się Malfoya ze szkoły, co było bardzo zabawne, nawet jeśli zupełnie nierealne.

Ron zaczął uczyć Harry’ego gry w szachy czarodziejów. Od szachów mugoli różniły się tym, że figury były żywe, co sprawiało wrażenie, że dowodzi się oddziałami w bitwie. Komplet figur Rona był bardzo stary i zniszczony. Jak wszystko, co posiadał, należał kiedyś do któregoś z członków jego rodziny - w tym przypadku do dziadka. Starość figur nie była jednak wcale ich wadą. Ron tak dobrze je znał, że bez trudu skłaniał je do robienia tego, co zechciał.

Harry grał kompletem pożyczonym od Seamusa Finnigana i miał spore trudności. Figury nie miały do niego za grosz zaufania i wciąż udzielały mu rad, co go trochę depry­mowało. „Nie stawiaj mnie tutaj, nie widzisz jego laufra? Rusz się tym, nie możemy sobie pozwolić na jego stratę”.

W wigilię Bożego Narodzenia Harry poszedł do łóżka, rozmyślając o wszystkich jutrzejszych pysznościach i zabawach, ale nie oczekując żadnych prezentów. A jednak, kiedy obudził się rano, zobaczył stosik paczuszek w nogach swo­jego łóżka.

- Wesołych świąt - mruknął Ron sennym głosem, kiedy Harry wygramolił się z łóżka i założył szlafrok.

- Nawzajem - odpowiedział Harry. - Widziałeś? Dostałem prezenty!

- A czego się spodziewałeś, pietruszki? - powiedział Ron, spoglądając na swój stos, który był trochę większy.

Harry chwycił paczuszkę leżącą na wierzchu. Zapakowa­na była w gruby, brązowy papier, na którym niewprawna ręka wypisała: „Dla Harry’ego, od Hagrida”. W środku był dość toporny drewniany flecik. Hagrid musiał go sam wy­strugać. Harry dmuchnął weń, a flet wydał dźwięk podobny do krzyku sowy.

Druga mała paczuszka zawierała kartkę:
Otrzymaliśmy wiadomość od ciebie i przesyłamy ci prezent bożonarodzeniowy. Od wuja Vernona i ciotki Petunii.
Do kartki przyklejona była taśmą moneta pięćdziesięciopensowa.

- To miłe - rzekł Harry.

Ron był bardzo zafascynowany monetą.

- Ojej! Co za kształt! To są pieniądze?

- Możesz ją zatrzymać - odpowiedział Harry, śmie­jąc się z jego zdumienia. - Hagrid, ciotka i wuj... więc od kogo ta reszta?

- Chyba wiem, od kogo jest ten - powiedział Ron, rumieniąc się i wskazując na niezbyt porządną paczkę. - Od mojej mamy. Powiedziałem jej, że nie spodziewasz się żadnych prezentów i... och, nie... - jęknął - zrobiła ci sweter Weasleyów!

Harry rozerwał paczkę i wyjął gruby, robiony na drutach, szmaragdowozielony sweter i duże pudełko domo­wych krówek.

- Co roku robi nam swetry - westchnął Ron i roz­winął swój - a mój zawsze jest kasztanowy.

- To naprawdę bardzo miłe z jej strony - rzekł Harry, próbując krówki, która okazała się bardzo smaczna.

Kolejny prezent też zawierał słodycze - wielkie pudło czekoladowych żab od Hermiony.

Pozostała już tylko jedna paczka. Harry wziął ją do ręki i pomacał. Była bardzo lekka. Rozwinął ją. Coś wiotkiego i srebrnoszarego zsunęło się na podłogę i leżało tam, poły­skując i migocąc. Ron wydał zduszony okrzyk.

- Ojej... słyszałem o tym - wyszeptał, wypuszcza­jąc z rąk pudełko fasolek wszystkich smaków od Hermiony. - Jeśli to jest to, o czym myślę... to naprawdę wielka rzadkość i bardzo cenny prezent.

- Co to jest?

Harry podniósł z podłogi lśniącą, srebrzystą szatę. Była dziwna w dotyku, jakby tkanina była wykonana z wody.

- To peleryna-niewidka - powiedział Ron z przeję­ciem. - Jestem prawie pewny... przymierz ją.

Harry zarzucił płaszcz na ramiona, a Ron wrzasnął krótko.

- Tak! Spójrz w dół!

Harry spojrzał na swoje stopy - ale stóp nie było. Podbiegł do lustra. Zobaczył swoje odbicie, ale była to tylko głowa zawieszona w powietrzu. Naciągnął pelerynę na gło­wę i odbicie całkowicie zniknęło.

- Tu jest jakaś kartka! - zawołał Ron. - Odpad­ła kartka!

Harry zdjął płaszcz i chwycił list. Napisany był wąskim, pełnym zakrętasów pismem, które widział po raz pierwszy w życiu.


Twój ojciec pozostawił to pod moją opieką, zanim umarł. Już czas, by wróciło do ciebie. Zrób z tego dobry użytek.

Życzę ci bardzo wesołych świąt.
Nie było podpisu. Harry gapił się na liścik. Ron podzi­wiał płaszcz.

- Oddałbym za to wszystko - powiedział. - Wszystko. Co ci jest?

- Nic, nic - odrzekł Harry, ale poczuł się bardzo dziwnie. Kto mu przysłał ten płaszcz? Czy naprawdę należał kiedyś do jego ojca?

Zanim zdążył coś jeszcze pomyśleć albo powiedzieć, drzwi dormitorium otworzyły się z hukiem i wpadli Fred i George Weasleyowie. Harry szybko zgarnął płaszcz i przy­krył kocem. Jakoś nie chciał się z nikim dzielić tą tajemnicą.

- Wesołych świąt!

- Hej, zobacz! Harry dostał sweter Weasleyów! Fred i George mieli na sobie niebieskie swetry; na jednym było duże F, na drugim G.

- Ale jego jest lepszy - zauważył Fred, podnosząc sweter Harry’ego. - Widać, że bardziej się przyłożyła.

- Dlaczego nie włożyłeś swojego sweterka, Ronuś? - zapytał George. - Włóż, taki jest ładny i ciepły.

- Nienawidzę koloru kasztanowego - jęknął Ron i wciągnął swój sweter przez głowę.

- Na twoim nie ma litery - zauważył George. - Chyba uważa, że nie zapominasz swojego imienia. Ale my nie jesteśmy tacy głupi, wiemy, że nazywamy się Gred i Forge.

- Co to za hałasy?

Percy Weasley wetknął głowę przez drzwi, patrząc na nich surowo. Najwyraźniej też już rozpakował część swoich

prezentów, bo miał zarzucony na ramiona sweter. Wszedł do środka, a Fred natychmiast ściągnął mu sweter.

- P czyli prefekt! Wkładaj go, Percy, my już swoje mamy na sobie, Harry też dostał.

- Nieee... nie chcę... - wysapał Percy spod swetra, który bracia już mu wciągali przez głowę, strącając przy okazji okulary.

- I dzisiaj nie siedzisz z innymi prefektami - oznaj­mił George. - Boże Narodzenie to rodzinne święto. Wyprowadzili Percy’ego z sypialni, spętanego swetrem.


Harry jeszcze nigdy w życiu nie jadł takiego świątecznego obiadu. Były tam setki tłustych, pieczonych indyków, góry pieczonych i gotowanych ziemniaków, półmiski frytek, wa­zy pełne polanego masłem groszku, srebrne łódki z gęstym sosem pieczeniowym i żurawinowym - a także sterty czarodziejskich strzelających niespodzianek, rozłożone co kawałek na wszystkich stołach. Te fantastyczne petardy nie przypominały w niczym owych żałosnych „niespodzianek” mugoli, które zwykle kupowali na Boże Narodzenie Dursleyowie i z których wypadały maleńkie plastikowe zabawki albo byle jakie papierowe kapelusze. Harry i Fred pociągnęli czarodziejską petardę za oba końce, a ona wybuchła ze straszliwym hukiem, spowiła ich obłokiem niebieskiego dymu, a ze środka wyleciał najprawdziwszy kapelusz admi­ralski i kilkanaście żywych białych myszek. Przy stole na­uczycielskim profesor Dumbledore zamienił swoją wysoką, spiczastą tiarę czarodzieja na ukwiecony beret i chichotał z dowcipu, który mu właśnie przeczytał profesor Flitwick. Po indyku pojawiły się na stołach płonące bożonarodze­niowe puddingi. Percy o mało nie złamał sobie zęba na srebrnym syklu, który był w jego porcji. Harry obserwował

Hagrida, który robił się coraz bardziej czerwony na twarzy po kolejnych kielichach wina, a w końcu pocałował profesor McGonagall w policzek, która, ku zdumieniu Harry’ego, zachichotała i spłonęła rumieńcem.

Kiedy Harry odchodził od stołu, dźwigał stos przedmio­tów, które powylatywały z petard-niespodzianek, a wśród nich pudło z niezniszczalnymi, świecącymi balonami, ze­staw do wyhodowania kurzajek i nowy komplet czarodziej­skich figur do szachów. Białe myszki gdzieś zniknęły i Harry miał nieprzyjemne przeczucie, że skończą jako bożonaro­dzeniowy obiad Pani Norris.

Po południu Harry i Weasleyowie wzięli udział w wiel­kiej bitwie na śnieżki w szkolnym parku, a później, zzięb­nięci, przemoczeni i zadyszani, wrócili do pokoju wspólnego Gryffindoru, gdzie ogień huczał w kominku. Harry zrobił chrzest bojowy swoim nowym figurom szachowym i przegrał z Ronem. Podejrzewał, że klęska nie byłaby aż tak sromotna, gdyby Percy nie pomagał bratu.

Po kolacji, na którą składały się kanapki z indykiem, krokiety, biszkopty z kremem i bożonarodzeniowy placek, wszyscy poczuli się tak ociężali i senni, że tylko siedzieli i patrzyli, jak Percy ściga po całej wieży Freda i George’a, którzy ukradli mu odznakę prefekta.

Było to dla Harry’ego najwspanialsze Boże Narodzenie w życiu, a jednak na dnie duszy coś go nękało przez cały dzień. Dopiero gdy położył się do łóżka, miał czas, by o tym pomyśleć: o pelerynie-niewidce i o tym, kto mu ją przysłał.

Ron, objedzony indykiem i ciastem i nie dręczony żad­nymi zagadkami, usnął prawie natychmiast po zasunięciu kotary swojego łoża. Harry przechylił się i wyciągnął spod łóżka pelerynę.

Jego ojca... to należało do jego ojca. Przesuwał w dłoniach delikatną tkaninę, gładką jak jedwab, lekką jak po­wietrze. Zrób z tego dobry użytek - głosił liścik.

Korciło go, by znowu wypróbować działanie czarodziej­skiego płaszcza. Wstał z łóżka i narzucił go na ramiona. Spojrzał na swoje nogi i zobaczył tylko plamę księżycowego blasku i cienie. Bardzo dziwne uczucie.

Zrób z tego dobry użytek.

Nagle rozbudził się całkowicie. W tym płaszczu cały Hogwart stoi przed nim otworem! Poczuł silne podniecenie. Przecież teraz może chodzić, gdzie chce, a Filch go nie zobaczy!

Ron mruknął przez sen. Obudzić go? Coś go powstrzy­mało.. . to płaszcz ojca... teraz poczuł to wyraźnie... po raz pierwszy... musi być sam...

Wymknął się z dormitorium, zszedł po schodach, minął pokój wspólny i przełazi przez dziurę za portretem.

- Kto tu jest? - zaskrzeczała Gruba Dama. Harry nic nie odpowiedział i ruszył cicho korytarzem.

Dokąd iść? Zatrzymał się i nagle serce zabiło mu mocno. Ależ tak! Do biblioteki, do działu Ksiąg Zakazanych. Bę­dzie mógł szperać tam do woli, czytać co zechce i zostać tak długo, aż znajdzie coś o Flamelu. Otulił się szczelnie pele­ryną i zdecydowanym krokiem wszedł do biblioteki.

W bibliotece było ciemno i niesamowicie. Zapalił lampę, żeby widzieć drogę wzdłuż rzędów książek. Lampa wyglą­dała, jakby sama płynęła w powietrzu. Czuł, że ją trzyma, ale mimo to na ten widok dreszcze przebiegały mu po plecach.

Dział Ksiąg Zakazanych mieścił się w samym końcu sali. Harry przeszedł ostrożnie ponad sznurem oddzielającym ten dział od reszty biblioteki i uniósł lampę, by widzieć tytuły książek.

Niewiele mu mówiły. Złuszczone, wyblakłe złote litery składały się na słowa w nie znanych mu językach. Niektóre księgi w ogóle nie miały tytułów na grzbiecie. Na jednej była ciemna plama, która wyglądała jak dawno zaschła krew. Poczuł mrowienie w karku. Może to sobie wyobraził, a może nie, ale miał wrażenie, że książki szepcą coś cicho, jakby wiedziały, że ogląda je ktoś, kto nie powinien tu być.

Trzeba od czegoś zacząć. Postawił ostrożnie lampę na podłodze i zaczął przeglądać najniższy rząd w poszukiwa­niu czegoś ciekawego. Jego uwagę zwrócił wielki, czarno-srebrny wolumin. Wyciągnął go z trudem, bo okazał się bardzo ciężki, wsparł na uniesionym kolanie i otworzył.

Ciszę przerwał przeszywający, mrożący krew w żyłach wrzask. Harry zatrzasnął książkę, ale wrzask trwał i trwał - wysoki, nieprzerwany, dźgający w uszy ton. Przerażony, cofnął się i przewrócił lampę, która natychmiast zgasła. Usłyszał kroki na korytarzu. Wepchnął księgę na swoje miejsce i pobiegł ku wyjściu. Minął Filcha w drzwiach; jego blade, straszne oczy wpatrywały się poprzez niego w ciemność biblioteki. Przemknął pod jego wyciągniętą ręką i po­biegł dalej korytarzem, wciąż mając w uszach ten okropny wrzask.

Zatrzymał się nagle przed jakąś zbroją. W panicznej ucieczce z biblioteki nie zwrócił w ogóle uwagi, dokąd biegnie. Było ciemno i nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Wiedział, że jakaś zbroja stoi w pobliżu kuchni, ale przecież nie schodził w dół, wciąż musiał być pięć pięter wyżej.

- Polecił mi pan, panie profesorze, żebym natychmiast pana powiadomił, jeśli ktoś będzie chodził nocą po zamku, a ktoś właśnie był w bibliotece... w dziale Ksiąg Zakazanych.

Harry poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. Filch mu­siał znać jakieś przejście na skróty, bo jego cichy, oślizgły głos zbliżał się coraz bardziej. A głos, który mu odpowie­dział, Harry poznał natychmiast.

- W dziale Ksiąg Zakazanych? No, daleko nie uciekł, zaraz go złapiemy.

To był głos Snape’a.

Harry cofnął się najciszej, jak potrafił. Na lewo majaczyły jakieś drzwi. Namacał klamkę, wstrzymał oddech i poczuł z ulgą, że drzwi ustępują. Wśliznął się do środka przez szparę i zamarł bez ruchu. Filch i Snape poszli dalej, a Harry oparł się o ścianę, oddychając głęboko i nasłuchując odda­lających się kroków. Uff! Bardzo niewiele brakowało... Dopiero po chwili rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym znalazł kryjówkę.

Pokój wyglądał jak nieużywana klasa. Pod ścianami pię­trzyły się stosy krzeseł i stolików, dostrzegł też przewrócony do góry nogami kosz na śmieci. Ale było tu również coś, co nie pasowało do całości, coś, co sprawiało wrażenie, jakby ktoś wstawił to tutaj, żeby nie zawadzało.

Było to piękne lustro, oparte o ścianę, sięgające aż do sufitu, w bogato zdobionej złotej ramie. Na szczycie ramy widniał napis: AIN EINGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTA WTE IN MAJ IBDO.

Kroki Filcha i Snape’a ucichły całkowicie i Harry poczuł, że jest bezpieczny. Zbliżył się do lustra, chcąc jeszcze raz przeżyć to niesamowite wrażenie, kiedy nie widzi się włas­nego odbicia.

Stanął przed lustrem i musiał szybko przyłożyć obie dłonie do ust, żeby nie krzyknąć. Obrócił się gwałtownie, serce waliło mu o wiele mocniej niż wtedy, gdy otworzył wrzeszczącą księgę. Był niewidzialny, a jednak zobaczył swoje odbicie w czarodziejskim płaszczu. I nie tylko swoje. Tuż za sobą ujrzał tłum postaci.

Przecież pokój był pusty! Oddychając szybko, odwrócił się powoli do lustra.

Tak, to był on, jego odbicie. Twarz biała jak papier, przerażona, a za nim... przynajmniej z dziesięć postaci. Spojrzał przez ramię do tyłu - nie zobaczył nikogo. Może oni też są niewidzialni? Może znalazł się w pokoju pełnym niewidzialnych ludzi, a to zaczarowane lustro odbija wszy­stkich, widzialnych i niewidzialnych?

Znowu spojrzał w lustro. Kobieta, która stała tuż za nim, uśmiechała się i machała do niego ręką. Sięgnął za siebie, ale nie wyczuł niczego. Gdyby naprawdę tam była, musiałby jej dotknąć, ich odbicia znajdowały się bardzo blisko sie­bie. .. Ale jego ręka natrafiła na pustkę - ta kobieta i ci inni ludzie istnieli tylko w lustrze.

Kobieta była bardzo piękna. Miała kasztanowe włosy, a jej oczy... Jej oczy są zupełnie jak moje, pomyślał Harry, przysuwając się do lustra. Jasnozielone, tego samego kształ­tu... Dopiero teraz dostrzegł, że kobieta płacze, uśmiecha się przez łzy. Stojący obok niej wysoki, chudy, czarnowłosy mężczyzna, objął ją ramieniem. Miał okulary i bardzo roz­czochrane włosy. Sterczały do tyłu tak jak Harry’emu.

Harry przysunął się tak blisko do lustra, że prawie doty­kał nosem swojego odbicia.

- Mamo? - szepnął. - Tato? Lecz oni tylko patrzyli na niego, uśmiechając się smutno. Powiódł wzrokiem po twarzach innych ludzi w zwierciadle i ujrzał inne pary takich samych zielonych oczu, inne nosy, tak podobne do jego nosa, a jeden staruszek miał nawet takie same jak on kościste kolana. Patrzył na swoją rodzinę, patrzył na nią po raz pierwszy w życiu.

Potterowie uśmiechali się i machali do niego rękami, a Harry pochłaniał ich wzrokiem, przyciskając dłonie do lustra, jakby miał nadzieję, że przeniknie przez zimne szkło i znajdzie się między nimi. A w sercu czuł przedziwną mieszaninę radości i dojmującego smutku.

Nie wiedział, jak długo tam stał. Odbicia nie bladły, a on patrzył na nie i patrzył, aż gdzieś z daleka dobiegł go jakiś hałas, który pomógł mu wrócić do rzeczywistości. Oderwał oczy od twarzy matki, szepnął: „Wrócę” i wybiegł z pokoju.
- Mogłeś mnie obudzić - powiedział ze złością Ron.

- Możesz iść dziś w nocy, wracam tam, chcę ci pokazać to zwierciadło.

- Bardzo bym chciał zobaczyć twojego tatę i twoją mamę.

- A ja chcę zobaczyć całą twoją rodzinę, wszystkich Weasleyów. Będziesz mi mógł pokazać swoich innych braci.

- Zawsze możesz ich zobaczyć - rzekł Ron. - Wy­starczy, że w lecie pojedziemy razem do mojego domu. A w ogóle, może to lustro pokazuje tylko umarłych? Szko­da, że nie znalazłeś niczego o tym Flamelu. Weź trochę bekonu, czy czegoś, dlaczego nic nie jesz?

Harry wcale nie miał ochoty na jedzenie. Widział swoich rodziców i zobaczy ich znowu tej nocy. Prawie zapomniał o Flamelu. Straciło to dla niego znaczenie. Kogo obchodzi, czego pilnuje trójgłowy pies? Czy to ważne, że Snape może to wykraść?

- Hej, nic ci nie jest? - zapytał Ron. - Wyglądasz jakoś dziwnie.
Teraz Harry bał się tylko jednego: że nie trafi po raz drugi do lustra. Wędrówka pod jednym płaszczem z Ronem też nie była łatwa. Próbowali odtworzyć trasę Harry’ego z biblioteki, ale choć przez godzinę błąkali się po ciemnych korytarzach, nie znaleźli opuszczonej klasy.

- Piekielnie zmarzłem - powiedział Ron. - Daj­my sobie z tym spokój i wracajmy do naszej wieży.

- Nie! - szepnął Harry. - Wiem, że to musi być gdzieś tutaj.

Minęli ducha wysokiej wiedźmy, szybującego w przeciw­nym kierunku, ale nikogo więcej nie spotkali. Ron właśnie zaczął jęczeć, że stopy mu zupełnie zdrętwiały z zimna, kiedy Harry dostrzegł zbroję.

- To tu... o, tutaj... tak!

Otworzyli drzwi. Harry zrzucił płaszcz z ramion i pod­biegł do lustra.

Byli tam. Jego matka i ojciec rozpromienili się na jego widok.

- Widzisz? - szepnął Harry.

- Nic nie widzę.

- Patrz! Patrz na nich wszystkich... jest ich tam wielu...

- Widzę tylko ciebie.

- Popatrz lepiej, stań tu, gdzie ja. Harry odsunął się na bok, ale teraz widział tylko Rona w jego piżamie w misie.

Ron wpatrywał się jednak w lustro jak urzeczony.

- Harry, spójrz na mnie!

- Widzisz całą swoją rodzinę?

- Nie... jestem sam... ale jakiś inny... wyglądam starzej... i jestem... jestem najlepszy!

- Co?

- Jestem... mam odznakę, taką jak miał Bili... i trzy­mam Puchar Domów... i Puchar Quidditcha... Jestem kapitanem drużyny!



Ron oderwał oczy od tego cudownego widoku i spojrzał na Harry’ego.

- Myślisz, że to lustro pokazuje przyszłość?

- Niby jak? Przecież cała moja rodzina nie żyje... poczekaj, spojrzę jeszcze raz...

- Ty już się napatrzyłeś, pozwól mi jeszcze trochę...

- Trzymasz Puchar Quidditcha, no i co z tego? A ja chcę zobaczyć moich rodziców.

- Nie pchaj mnie...

Niespodziewany hałas na korytarzu zakończył dyskusję. Nie zdawali sobie sprawy, jak głośno rozmawiają.

- Szybko!

Ron ledwo zdążył narzucić na nich płaszcz, gdy w drzwiach pojawiły się świetliste oczy Pani Norris. Stali nieruchomo, myśląc o tym samym: czy płaszcz działa na koty? Ale po długiej chwili Pani Norris wyszła.

- Nie jest dobrze... - szepnął Ron. - Może po­szła po Filcha. Założę się, że nas usłyszała. Idziemy. I wypchnął Harry’ego z pokoju.

Następnego ranka wszystko było nadal pokryte śniegiem.

- Zagramy w szachy? - zapytał Ron.

- Nie.

- Może pójdziemy odwiedzić Hagrida?



- Nie... Idź sam.

- Wiem, o czym myślisz, Harry. O tym lustrze. Nie idź tam dziś w nocy.

- Dlaczego?

- Nie wiem, mam jakieś złe przeczucie... Za dużo osób tam się kręci. Filch, Snape, teraz Pani Norris. Nie widzą cię, ale przecież w każdej chwili mogą tam wejść. A jak na coś wpadniesz?

- Mówisz zupełnie jak Hermiona.

- Mówię poważnie, Harry, nie chodź.

Ale Harry myślał tylko o jednym: o powrocie przed zaczarowane zwierciadło. Ron nie był w stanie go po­wstrzymać.
Trzeciej nocy bardzo szybko znalazł drogę. Szedł tak pręd­ko, że jego kroki dudniły w pustym korytarzu, ale tym razem nie spotkał nikogo.

I znowu zobaczył matkę i ojca, a jeden z jego dziadków pokiwał głową, uradowany. Harry usiadł na podłodze przed lustrem. Nic nie mogło go powstrzymać przed siedzeniem tu przez całą noc razem ze swoją rodziną. Nic.

Nic prócz...

- A więc znowu tu wróciłeś, Harry?

Harry poczuł się tak, jakby brzuch miał wypełniony lodem. Na jednym ze stolików przy ścianie siedział nie kto inny, jak sam Albus Dumbledore. Harry musiał przejść tuż obok niego, tak zafascynowany lustrem, że go nie zauważył.

- Ja... ja nie widziałem pana, panie profesorze.

- To dziwne, jak niewidzialność popsuła ci wzrok - rzekł Dumbledore, a Harry poczuł ulgę, bo zobaczył, że profesor się uśmiecha. - Tak więc i ty - dodał, zsuwa­jąc się ze stolika i siadając na podłodze obok Harry’ego - jak setki innych przed tobą, odkryłeś rozkosze Zwierciadła Ain Eingarp.

- Nie wiedziałem, że ono tak się nazywa, panie profe­sorze.

- Ale chyba już wiesz, co ono potrafi?

- No... pokazuje mi moją rodzinę...

- I twojego przyjaciela Rona jako prymusa.

- Skąd pan wie.

- Nie muszę mieć płaszcza, żeby stać się niewidzial­nym - powiedział łagodnie Dumbledore. - No dobrze, ale czy już wiesz, co pokazuje nam wszystkim Zwier­ciadło Ain Eingarp?

Harry potrząsnął głową.

- Zaraz ci to wyjaśnię. Tylko najszczęśliwszy człowiek na świecie mógłby używać Zwierciadła Ain Eingarp jak zwykłego lustra, to znaczy, że mógłby patrzeć w nie i wi­dzieć swoje normalne odbicie. Teraz już rozumiesz?

Harry pomyślał, a potem powiedział powoli:

- Ono pokazuje nam to, czego pragniemy... czego każdy z nas pragnie...

- Tak i nie - odpowiedział spokojnie Dumbledore. - Pokazuje nam ni mniej, ni więcej, tylko najgłębsze, najbardziej utęsknione pragnienie naszego serca. Ty, który nigdy nie znałeś swojej rodziny, widzisz ją całą, stojącą wokół ciebie. Ronald Weasley, który zawsze był w cieniu swoich braci, widzi tylko siebie, ale jako najlepszego z nich wszystkich. To lustro nie dostarcza nam jednak ani wiedzy, ani prawdy. Ludzie tracą przed nim czas, oczarowani tym, co widzą, albo nawet wpadają w szaleństwo, nie wiedząc, czy to, co widzą w zwierciadle, jest prawdziwe lub choćby możliwe.

- Jutro Zwierciadło Ain Eingarp zostanie przeniesio­ne, Harry, a ja proszę cię, żebyś już go nie szukał. Jeśli kiedykolwiek na nie się natkniesz, zostałeś ostrzeżony. Pa­miętaj: naprawdę niczego nie daje pogrążanie się w marze­niach i zapominanie o życiu. A teraz, załóż swój cudowny płaszcz i wracaj do łóżka, dobrze?

Harry wstał.

- Panie profesorze... Czy mogę o coś zapytać?

_ Właśnie to zrobiłeś. - Dumbledore uśmiechnął się. - Ale dobrze, możesz mnie jeszcze o coś zapytać.

- Co pan profesor widzi, jak patrzy w to lustro?

- Ja? Widzę siebie trzymającego parę grubych, weł­nianych skarpetek.

Harry wytrzeszczył oczy.

- Nigdy się nie ma za dużo skarpetek - powiedział Dumbledore. - Minęło jeszcze jedno Boże Narodzenie, a ja znowu nie dostałem ani jednej pary. Wszyscy wciąż dają mi książki.

Dopiero kiedy Harry znalazł się z powrotem w łóżku, pomyślał, że profesor Dumbledore mógł mu nie powiedzieć całej prawdy. Ale w końcu, uznał, spychając Parszywka ze swojej poduszki, było to bardzo osobiste pytanie.


: test -> Ksi%B9%BFji%201
test -> Test na etap centralny VII olimpiady Wiedzy Hotelarskiej 20-23 kwietnia 2015 roku
test -> Zad. 1 Zad. 2 Ruch białych – remis Ruch białych – wygrana Nazwij manewr wykonany przez białe. Zad. 3 Za
test -> Materiały Szkoleniowe – Kadra jm (1)
test -> Test nr 4 – historia polskiej motoryzacji
test -> W jakim utworze można zauważyć fascynację folklorem wiejskim? Podkreśl właściwą odpowiedź. (1 p.) „Wesele”, „Koniec wieku xix”
test -> O 1g/l Pilna transfuzja w nagłych przypadkach może być wykonywana bez próby zgodności: a tak b nie c wykonanie próby zgodności podczas transfuzji
test -> Wojewódzki Konkurs Języka Angielskiego dla uczniów gimnazjum w roku szkolnym 2012/2013 stopień rejonowy – 01. 2013
test -> Technik logistyk (autor: Krzysztof Zowada)
Ksi%B9%BFji%201 -> Andrzej Sapkowski czas pogardy
Ksi%B9%BFji%201 -> Andrzej Sapkowski czas pogardy

Pobieranie 1.22 Mb.

1   ...   6   7   8   9   10   11   12   13   14




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna