Jerzy Pomianowski zwierzenia outsidera



Pobieranie 27.74 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar27.74 Kb.




Jerzy Pomianowski
ZWIERZENIA OUTSIDERA
Francuzi znają pojęcie moi haissable, owego nieznośnego „ja”, którego unika pisarz wprawny, choćby nawet rozpierała go pycha. Niesposób jednak wyrzec się stosowania tego nienawistnego zaimka , skoro powzięło się zamiar przytoczenia przykładów wpływu kultury i tradycji chrześcijańskiej na zachowanie i poglądy polskiego inteligenta w czasach, kiedy – tępiony przez obce i własne władze, wyzuty z przywilejów stanowych, wabiony jałmużną do pułapki, łudzony logiką rządzącej utopii - mógł podeprzeć się tylko tymi elementarnymi przekonaniami, jakie uważał za niezbywalną część własnej natury. Otóż wśród tych pewników, tych twardych ziaren, jakie zostały mu na sicie podświadomości, znajdujemy z reguły pojęcia wzięte z Ewangelii, wrośnięte w tradycję języka i obyczaju. Byłby to truizm, banał, ale rzecz w tym, iż owe wpływy są wyraźnie widoczne również w zapatrywaniach, słowach(także pisanych)i postępkach (także bezwiednych) sporego odłamu Polaków, wywodzących się z kręgów dalekich od Kościoła, wiernych innej wierze, albo głoszących wobec wszelkiej wiary swoją obojętność. Wydaje mi się , że świadectwo takich właśnie osób jest w tym właśnie przypadku osobliwie ważne, tak, jak bywa z zeznaniem sądowym świadka postronnego.

Uda nam się może wykazać, że sytuacja owych nie-katolickich świadków była w Polsce zgoła odmienna od położenia podobnych im istot w innych krajach w tych samych epokach. Owszem, nie była lepsza, gdy mowa o XX-tym wieku. Skądinąd jednak – wiek XIX w Polsce był teatrem fenomenu bez precedensów w dziejach kontynentu.

Przede wszystkim - był to wiek rozpowszechnienia, ba, umasowienia zarówno postaw, jak i praw, które przedtem były udziałem i wyróżnikiem drobnej tylko cząstki ludności kontynentu. Dla wciąż rosnącej większości jego krajów był wiekiem kodeksu Napoleona, wyzwolenia chłopów i obalenia pańszczyzny, niepowstrzymanego procesu równouprawnienia kobiet, znoszenia ograniczeń wyborczych, zwycięskich walk z jedynowładztwem i cenzurą, wiekiem Stevensona, Edisona, Pasteura, Semmelweissa, a także Mazzoniego i Marksa, Byrona i Zoli.

Ale równocześnie był to wiek walki obozu wolności i materialnego postępu z Kościołem katolickim jako instytucją; upadek państwa kościelnego we Włoszech był apogeum tej walki. Otóż to starcie, czysto polityczne, miało naturalny, lecz feralny wpływ na rolę i powagę samej religii w życiu duchowym społeczeństw Europy. Nie wdając się w opis szczegółów tego procesu, stwierdźmy tylko, że wiekowy spór, tak wyraziście opisany przez Drapera w jego „Dziejach stosunku wiary do rozumu” , został powszechnie uznany za rozstrzygnięty na korzyść racjonalizmu. Z dorobku Fryderyka Nietsche’go cytowano najczęściej jego formułę „Bóg umarł”. Filozofowie tej ery przekonani byli – wzorem astronomów i przyrodników - że lada chwila drogą badań odsłoni się im się natura i źródło zjawiska, zwanego życiem, a pytanie o sens bytu doczeka się odpowiedzi sprawdzalnej naukowo.

Owszem, Kościół walnie przyczynił się do skurczenia się w Europie obszaru i głębi myśli religijnej, trwoniąc swoją energię na obronę politycznego i materialnego stanu posiadania, na trwanie przy anachronicznych aksjomatach i zwalczanie zasady rozdziału państwa i Kościoła. W rezultacie tej postawy i kontrofensywy racjonalistów, oświecony ogół zobaczył religię na antypodach wolności, demokracji, postępu. Przykłady tak świetnych i otwartych umysłów, jak kardynał Newman, czy Włodzimierz Sołowiow, uznano za wyjątki, potwierdzające regułę, bo też zachodnie stronnictwa zachowawcze stale osłaniały się autorytetem wiary i Kościoła walcząc z całą tą zgrają liberałów, republikanów, demokratów i podobnych wywrotowców, wrogów państwa i władzy.

I oto – Polska, bodaj tylko Polska wyróżnia się na tym tle odrębnością.

W tym kraju rozdartym, podzielonym, religia większości mieszkańców, katolicka, odegrała, jak to każdy szkolaczek wie, rolę ważnej spójni narodowej. Ale- inaczej, niż w opisanej reszcie chrześcijańskiej Europy, w dziewiętnastym, decydującym wieku, kiedy owo poczucie, że jest się Polakiem, przebiło się dopiero do świadomości wielkich rzesz – ani myśląca większość tych rzesz, ani Kościół nie obróciły się przeciw wolności, nie życzyły sobie zachowania stanu rzeczy, nie modliły się za pomyślność władzy, ani jej rodzimych rzeczników. Długi szereg najbardziej czynnych kapłanów stał otwarcie po stronie owych rebeliantów i wywrotowców. Wielu wzięło udział desperackim powstaniu 1863 roku – jak ksiądz Mackiewicz, czy ksiądz Brzózka, ostatni z jego bojowników. Co więcej, w tym samym duchu działają nie tylko katolicy. Na Śląsku cieszyńskim stronnictwu polskiemu przewodzi wspaniały pastor Michejda. W Kongresówce, rzecz gdzie indziej niesłychana, w polskim, podziemnym ruchu narodowym biorą coraz żywszy udział kapłani żydowscy. O rabinie Meiselsie wie się dużo; mało kto wie, że w katolickich kościołach w latach 1861-63 przemawiał rabin Izaak Kramsztyk, znakomity kaznodzieja warszawski. Kościół polski bronił wtedy narodu przed zaborcą, nie zaś przed współobywatelami innej wiary.

Nie chcemy tu wcale idealizować przeszłości; również w Polsce dziewiętnastowiecznej nie brakowało konformistów, ani wsteczników, upatrujących we władzy carskiej, albo pruskiej najpewniejszą straż własnych interesów. Nie zapominamy, że w najlepszych nawet chwilach patriotycznej solidarności Polaków -wierzących i agnostyków- nie było mowy o sielance. Pamiętamy też o przekształceniu liberalnej Ligi Narodowej w Narodową Demokrację i ofensywę jej wymownych publicystów z Dmowskim na czele przeciw marzeniom o Rzeczypospolitej wielonarodowej ; o to w istocie chodziło w ich walce z socjalistami i Piłsudskim. . Ale w żadnym innym kraju kontynentu nie znajdują historycy zjawiska -z grubsza biorąc- powszechnego: tak długiego poparcia wiernych dla haseł i ruchów wolnościowych, przeciwnych panującej władzy, które kler gdzie indziej zwalczał.

Tak, władza była obca, ale to nie wszystko tłumaczy. Korzenie tego zjawiska miały w Polsce dość dawną tradycję . To znaczy – jedną z dwóch polskich tradycji, powtórzmy to głośno za Janem Józefem Lipskim i Pawłem Jasienicą.

Pierwsza z nich, nazwijmy ją sarmacką, miała za sobą – przyznajmy – od Soboru Trydenckiego - poparcie większości tych, co mieli prawo udziału w życiu politycznym: magnaterii, szlachty i kleru. Jej przewaga wyparła z Polski nie tylko różnowierców, lecz także wszelką myśl, różniącą się od przesądów i nawyków tej większości. Jak doprowadziła do cywilizacyjnej degradacji kraju i jego upadku , wykazali znawcy przedmiotu, miary Władysława Smoleńskiego i Michała Bobrzyńskiego. Nie śmiemy sięgać do nich, aby przypominać klęski, spowodowane przez tych bohaterów współczesnej polityki historycznej. Przytoczmy jednak to, co Bobrzyński pisze o drugiej z polskich tradycji, wiodącej się od działań i ksiąg ludzi polskiego Odrodzenia i – tak jest – Oświecenia.

Zamiast w wyłączności swojej się zaskorupiać, tworzyć z siebie straszydło na wróble i w tym się swojej dopatrywać ochrony, puszczaliśmy się dawniej na rozbujałe fale tych prądów religijnych, społecznych, politycznych, które wstrząsały Europą, pracowaliśmy w jednym szeregu nad rozwiązaniem wielkich zagadnień, które na porządku dziennym rozwoju narodów stawały”

Otóż tradycja ta, która okrzepła za Jagiellonów, gdy Polska była od sąsiadów potężniejsza i bogatsza w obywatelskie prawa -nie zgasła ze szczętem w okresie inwolucji i zdołała odnowić się. Zbyt późno, aby uratować byt państwowy, lecz jeszcze na czas, aby –tuż przed ostatnim rozbiorem -założyć podwaliny systemu oświatowego i wesprzeć polską kulturę. Wbrew potocznym poglądom, spora część kleru stała w Polsce nad kołyską protoplastów inteligencji, tej warstwy, która za chwilę, po rozbiorach, stać się miała nauczycielką sztuki przetrwania dla całej reszty narodu. Nie tylko Konarski, czy Kołłątay musi tu być wspomniany, ale i ksiądz Kluk, ojciec botaniki polskiej, ksiądz Osiński, czy ksiądz Narwojsz, jaki wyposażył w narzędzia astronomiczne obserwatorium Tyzenhauza, ani dbając o potępienie Kopernika z Galileuszem.



W XIX wieku, stuleciu powstań i obcego ucisku, bez tej tradycji nie byłoby ani szkolnictwa, ani świetnego piśmiennictwa polskiego. To ona też była sprawczynią fenomenu w istocie bezprzykładnego: owej magnetycznej siły przyciągania kultury polskiej, która skłoniła tylu obcoplemieńców do oddania się w jej służbę.

Należę do tej gromady. Dziad mój, Abraham Ber Birnbaum był kompozytorem i dyrygentem, nadkantorem synagog w Częstochowie i w Łodzi, reformatorem liturgicznej muzyki synagogalnej; wprowadził do niej organy. Założył w Częstochowie polsko-żydowskie Stowarzyszenie Artystyczne „Lira”. Dwie jego córki zostały wybitnymi śpiewaczkami, trzecia, Helena Gruszecka, znaną aktorką, nasamprzód w „Reducie” Osterwy i Limanowskiego, później w trupie Stefana Jaracza. Starszy syn, Mieczysław Birnbaum, kawaler Virtuti Militari, peowiak, szef Wydziału Politycznego M.S.Wojskowych, delegat Piłsudskiego do rokowań z bolszewikami , leży w Katyniu w mundurze porucznika; był pierwszym tłumaczem Babla i Zoszczenki. Młodszy, Stanisław, peowiak, podoficer IV dywizji gen. Żeligowskiego, wrócił z wojny 1920 r. z Krzyżem Niepodległości, jako starszy sierżant 28 pułku Strzelców Kaniowskich. Był technikiem-włókniarzem, członkiem Stowarzyszenia Wolnomyślicieli i moim ojcem. Matka była nauczycielką polskiego; z liceum w Tworzyjankach( założonego przez Teresę Sielberstein po zamordowaniu przez strajkujące robotnice jej syna, fabrykanta), moja matka wyniosla zamiłowanie do poezji i znajomość dobrej połowy pieśni ludowych, zebranych przez Kolberga. Ukończyłem Polskie Społeczne Gimnazjum Męskie w Łodzi, gdzie polskiego i propedeutyki filozofii uczył Mieczysław Jastrun. Aż do reformy Jędrzejewicza nikogo w mojej klasie nie obchodziło, jakiego wyznania jest kolega z ławki. Byliśmy Polakami z Łodzi; nikt nie widział jeszcze wtedy na jej murach rysunków szubienicy z wiszącą gwiazdą Dawida. Pierwszy raz zobaczyłem coś w tym rodzaju na Uniwersytecie Warszawskim, ale ani te malunki, ani transparent z maja 1938 „Gdańska nie oddamy! Precz z Żydami! ONR czuwa!” nie przesłonił mi figury profesora Kotarbińskiego, gdy wykładał stojąc, tak, jak stali w ławach studenci krwi żydowskiej. Byłem członkiem Polskiej Partii Socjalistycznej i felietonistą jej organu „Młodzi idą”. Wyjaśniam tym, którzy tych czasów nie mogą pamiętać, że w Niemczech, Włoszech i tuż pod bokiem zjawili się przywódcy, wierzący, że wojna jest zabiegiem higienicznym, koniecznym dla eliminacji bez żadnego miłosierdzia podludzi z sezonowych państw, przeszkadzających wyższej rasie w zaprowadzeniu porządku i trenowaniu cnót. Na szczęście poznałem w międzyczasie miesięcznik „Verbum”, instytut w Laskach i księdza Korniłowicza, który przytoczył mi tezę świętego Augustyna: wszystkie cnoty są nieważne bez cnoty miłosierdzia. Reszty dokonała kampania wrześniowa; żadnej bohaterskiej roli nie udało mi się w niej odegrać, ale już w październiku znalazłem się w kopalni „Krasnopole” w Donbasie, gdzie na poziomie 600 pchałem wózki z węglem, dopóki żółtaczka zakaźna nie zaprowadziła mnie do lazaretu. Tam miłosierdzie doktora Ustimienki pozwoliło mi doczekać się napaści Niemców i traktatu Sikorski-Majski. Zdałem na studia medyczne i ukończyłem je w Moskwie summa cum laude, dzięki czemu, po repatriacji mogłem podjąć pracę nie w Ministerstwie Prawdy, ani w Ministerstwie Miłości, tylko w skromnym Ministerstwie Zdrowia, u ministra Michejdy, chadeka, syna sławnego pastora. Byłem członkiem partii, ale należałem do wichrzycieli, do tzw rewizjonistów, jak moi przyjaciele – Jan Strzelecki i Leszek Kołakowski. Jeśli ktoś zechce wiedzieć, czemu, jego wzorem,nie formalizuję moich skłonności religijnych i oczywistych związków z kulturą chrześcijańską, chętnie wyjaśnię, że z dwóch powodów.

Pierwszym jest wstyd, jaki czułbym nieustannie, gdybym porzucił te miliony Żydów, zabitych za to samo, czym ja byłem i jestem naznaczony w oczach ich wrogów, chociaż nie praktykowałem ich obrzędów i nie znałem dobrze ich pradawnej kultury, ani języka. Odwrócić się od nich, to jakby zgodzić się, że zabójcy mieli rację, bo ofiary niewarte są pamięci, a ich straszliwa zagłada nawet mnie, pisarza, to jest zawodowego obserwatora, niczego nie nauczyła.

Drugim jest przekonanie, które wynika z przytoczonych już opinii na temat dwóch tradycji, bytujących obok siebie w Polsce -i o Polsce. Sądzę oto, że tylko jedna z nich warta jest kontynuacji i obrony. Aby zaś jej bronić, trzeba występować bez przyłbicy i nie przyznawać racji antagoniście własnym zachowaniem. Chodzi o bagatelkę: o prawo do miana Polaka, o to, czy daje owo prawo krew, tzw pochodzenie, czyli rasa – czy też język i przynależność do wspólnoty kulturowej.
Niech mi będzie wybaczony nietakt przytoczenia własnych słów ze szkicu „Zbójnicka modlitwa”(publikowanego w „Literaturze” w listopadzie 1972, a przedrukowanego w moim tomie„Wybór wrażeń”), które dały powód „Trybunie Ludu”, znanej obrończyni polskiej tradycji i chwały, do kontrataku. Wywołały go takie moje słowa:

„Polska kultura jest nieustającym fenomenem przetapiania i asymilacji różnorodnych pierwiastków narodowych, zbieranych od sąsiadów, przybyszów, obcoplemieńców. Nigdy na tym nie traciła. Miała niezwykłą moc przyciągania i wcielania w polską treść tych odległych, a chętnych zapożyczeń. W tym była zawsze jej siła.Najwymowniejszych dowodów dostarczył wiek XIX. Polska była w niewoli. Nie dla kariery, nie dla zysku stali się Polakami i stanęli obok Polaków, a nie zaborców! – tacy twórcy polskiej kultury, jak Kramsztyk, Askenazy, Korczak, Natanson, Leśmian – synowie żydowskich rodziców, czy Kolberg, Bandtke, Linde – synowie rodziców niemieckich. Dzieje polskiej sztuki są ciągiem żywych dowodów na rzecz możliwości współżycia plemion, a przeciw szowinizmowi, przeciw jałowej nietolerancji. Smutno myśleć o tych, co chcieli Polski jednolitej plemiennie i kulturowo, uwolnionej od obcych i podejrzanych elementów, oskrobanej, ogołoconej. Polska kultura zbyt wiele zawdzięcza Polakom z powołania, nie z zawodu…”

Można się było przy tejże okazji powołać na profesora Tadeusza Kotarbińskiego, który wtedy właśnie, wkrótce po marcowych tryumfach sarmackiej tradycji i sierpniowym najeździe patriotów od Paktu Warszawskiego na Czechosłowację, powiedział ze zwykłą swoją, bardzo cywilną odwagą:

Polskość – to nie sarmackość, nie wyłączność pochodzenia od kmieci i wojowników pralechickich i od tego, co z nich później zrobiło średniowiecze. Polskość – to raczej wieloźródłowy amalgamat, sprawniejszy od jednolitej rdzenności tak, jak stal – amalgamat właśnie – sprawniejszy jest od czystego żelaza”

Wszystko to napisane było i przytoczone w Rzymie, gdzie piszący te słowa znalazł się w 1969 roku, aby wykładać polonistykę na uniwersytetach włoskich i tłumaczyć dla „Kultury” Jerzego Giedroyca „Archipelag GUŁag” Sołżenicyna i dzieła innych wywrotowców, tak bliskie opisanej tu tradycji Tadeusza Kotarbińskiego i Pawła Jasienicy, czy księży Hugona Kołłątaja i Józefa Tischnera. Stamtąd właśnie, ze stolicy chrześcijaństwa, łatwiej było dostrzec, która to z dwóch polskich tradycji bliższa była i jest duchowi Ewangelii: czy owa sarmacka, czy raczej owa otwarta na myśl i pomocną dłoń humanistycznej Europy.

Zawołaniem polskim, które świat z największym podziwem pamięta, jest



zapewne hasło, wypisane na sztandarach polskich Powstania Listopadowego: ZA NASZĄ WOLNOŚĆ I WASZĄ. Sądzę, że nie jest to jedynie majstersztyk politycznej propagandy. Słyszę w tym haśle pogłos tych słów Chrystusa, które były rewolucyjnym novum dla Jego żydowskich współplemieńców i wyznawców: miłujcie nieprzyjacioły wasze. Polacy potrafili temu najtrudniejszemu z przykazań nadać rzeczowy sens – i to w momencie walki. Myślę, że jest to ważniejszym tytułem do wysokiego miejsca w historii, niż pamięć chwalebnych klęsk i szumnych zwycięstw.




Pobieranie 27.74 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna