Jerzy Żyżyński Odbudować kapitałową bazę dla emerytur kapitałowych Motto: Uświadamiałem sobie w coraz większym stopniu, że takie kategorie jak „błędne” i „słuszne”, „prawdziwe”



Pobieranie 161.76 Kb.
Data10.05.2016
Rozmiar161.76 Kb.


Jerzy Żyżyński

Odbudować kapitałową bazę dla emerytur kapitałowych

Motto: Uświadamiałem sobie w coraz większym stopniu, że takie kategorie jak „błędne” i „słuszne”, „prawdziwe” i „fałszywe” w ekonomii politycznej, a także w wewnętrznie sprzecznej rzeczywistości realnie istniejącego społeczeństwa i gospodarki narodowej nie są wcale tak proste i jednoznaczne, jak byśmy chcieli. Rzadko związki przyczynowo-skutkowe są oczywiste i namacalne, zwykle nakładają się na nie inne czynniki działające równolegle.1

Wychodzi na jaw zaskakująca i dla niektórych bardzo smutna prawda z emeryturami. Oto pojawiają się dramatyczne głosy komentujące z niepokojem, jak niskie okazują się emerytury z nowego systemu - że czeka nas 50-60 procent ostatniej pensji, ale nawet, jak twierdzi prof. Witold Orłowski co najwyżej 30 procent. W efekcie ten, kto zarabia obecnie pensję minimalną – lub odprowadzał składkę od minimalnej pensji – 1600 zł., po 45 latach pracy otrzyma na starość 533 zł”, a ten, kto „dochrapał się” średniej, dostanie na emeryturze nieco ponad 1000 zł, po opłaceniu czynszów zostanie mu na bułkę z najtańszą margaryna i chudym serkiem. Chciało by się powiedzieć: emerycie, śmietniki całej Polski stoją przed tobą otworem….ale czy po ostatniej reformie śmieciowej będzie co wygrzebać ze śmietników?

Ale w indywidualnych przypadkach może być nawet gorzej. Pojawiła się informacja o emeryturach znanych osób ze świata artystycznego: znakomita pol­ska tan­cer­ka, pamiętana przez wielbicieli so­list­ka te­atral­na i dzien­ni­kar­ka Kry­sty­na M. może li­czyć mie­sięcz­nie na za­le­d­wie 160 zł eme­ry­tu­ry; Lider znanego zespołu z lat 70-tych, Krzysz­tof C. - 570 zł eme­ry­tu­ry; nie­wie­le wię­cej An­drzej R., wybitny pio­sen­karz es­tra­do­wy, sa­ty­ryk i kom­po­zy­tor - 590 zł; wspaniała gwiaz­da pol­skiej es­tra­dy Ma­ry­la R. więcej, ale tylko 1000 zł, a jej świetna koleżanka Kry­sty­na G. 1100 tys. zł.2

Oczywiście, za taką emeryturę nie da się wyżyć, jak ktoś nie odłożył (a niełatwo było odłożyć w świecie domagającym się ciągłego dorównywania różnym wylansowanym przez środowiska „szpanerskim” wymaganiom), albo nie ma dodatkowych stałych dochodów z jakichś tantiem (które są marne w świecie zdominowanym przez zwolenników darmowego kopiowania) to go czeka jak w zamierzchły czasach XVIII czy XIX w. dogorywanie w przytułku.

Przytoczone przykłady są skrajne i dotyczą określonej kategorii członków naszej społeczności – artystów. Ale przecież emerytury są ogólnie bardzo niskie: w 2013 r. 67% emerytur to poniżej 2000 zł, 46%, czyli prawie połowa - do 1600 zł, nieco ponad 1/3 do 1400 zł - to są nędzne wypłaty, tylko 10% ma powyżej 3000 zł; średnia wyniosła 1717 zł.. Warto zauważyć, że najniższa ustawowa płaca w tymże 2013 r. wynosiła 1600 zł (a obecnie 1680 zł.)3, zatem znaczna część, prawie 40% emerytur jest niższa od tej zapewniającej najbardziej podstawowe utrzymanie kwoty.

Ci, którzy lekceważą tę sytuację nie rozumieją, że emerytura, tak zresztą jak i pensja, powinna człowiekowi dostarczyć środków zapewniających pokrycie kosztów utrzymania na poziomie godnym dla jego statusu – a wielu ludziom nie zapewni nawet poziomu podstawowego. W wyniku ich ignorancji wprowadzono zabójczy dla ludzi system.

Rzecz w tym, że podstawą systemu, który zaczął obowiązywać od tego roku jest tzw. zdefiniowana składka, a nie zdefiniowane świadczenie, jak było wcześniej. Przy zdefiniowanym świadczeniu emeryt otrzymywał emeryturę w określonej proporcji do otrzymywanych w ostatnim okresie aktywności zawodowej wynagrodzeń – i właśnie stosownie do jego zdefiniowanego statusu. Teraz emerytura staje się funkcją sumy odkładanych składek, które tworzą tzw. kapitał emerytalny: będziesz miał tyle, ile można ci wypłacić z tego, co sobie uskładałeś na swoje konto.



Ale jeśli emerytury mają być oparte na kapitale, to pytanie podstawowe brzmi: - Gdzie jest ten kapitał, na jakiej podstawie powstał, czy stanowi wystarczającą bazę dla systemu emerytalnego?

I rzecz w tym, że odpowiedź na to pytanie jest trudna, bo cały system został oparty na błędnych podstawach. Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że w ogóle system kapitałowy jest problemem sam w sobie, gdyż wynika z niezrozumienia ekonomicznych funkcji oszczędności, tego, że forsowanie wysokiego ich poziomu, jakie jest konsekwencją całej koncepcji kapitałowego systemu emerytalnego, szkodzi gospodarce, bo oszczędności to nie wydane dochody, a to oznacza wyrwanie części dochodów z realnego obiegu gospodarczego i bezpośrednie uderzenie w popyt, co szkodzi koniunkturze i służy głównie pompowaniu jałowych wtórnych obrotów na rynkach finansowych, co prowadzi do złudnego, obciążonego bardzo wysokim ryzykiem bogactwa. Co prawda nasz system ma tylko częściowo charakter kapitałowy, ale i tak jest obciążony dużym ryzykiem i da bardzo niską emeryturę. Spróbuję w paru słowach wyłożyć jego „logikę”.

Podstawę obliczenia emerytury stanowi suma dwóch wielkości: zwaloryzowanego kapitału początkowego i zwaloryzowanych składek na ubezpieczenie emerytalne. Kapitał początkowy określa się na dzień 1 stycznia 1999 r., i jest ewidencjonowany - tak jak składki na ubezpieczenie emerytalne - na indywidualnym koncie każdego ubezpieczonego. I to wydaje się logiczne, ale gdy wejdziemy w szczegóły, pojawiają się problemy.

Skomplikowany jest sam sposób określenia kapitału początkowego. Oblicza się go na bazie tak zwanych okresów składkowych (gdy ktoś udokumentował odprowadzanie składek przed 1999 r.) i nieskładkowych (gdy tych składek nie odprowadzał). Problem z przywołanymi przykładami artystów polega na tym, że pracowali w zawodach, w których nie byli zatrudnieni na etacie, dawali koncerty, pracowali na zlecenia, umowy, od których składki nie były odprowadzane – w efekcie nie mają podstaw do wyliczenia im przyzwoitego kapitału emerytalnego. Często pracodawca dla zmniejszenia obciążenia kosztów składką ZUS-owską, zatrudniał na różnych formach zatrudnienia, które pozwoliły zaoszczędzić na składce i zwiększyć rentowność – co przecież i na znacznie większą skalę i w przypadku wielu innych zawodów obserwujemy obecnie. Aktorzy na przykład (przypadek artystów jest szczególnie charakterystyczny w swym niedostosowaniu do obecnego systemu) w teatrach zatrudnieni byli na nisko opłacanych etatach, zarabiali na premiach od występów, zleceniach dawanych przez media i organizatorów różnych imprez, albo tantiemach – ale przecież to szczęście dostania się w takie wyższe sfery zawodowe mieli nie wszyscy. W efekcie większość ich życia zawodowego to „okresy nieskładkowe”, dające najniższą podstawę do wyznaczenia kapitału emerytalnego. Teraz wszyscy oni znaleźli się na emerytalnym lodzie – ale przecież nikt ich wcześniej nie uprzedzał, ze zmienione zostaną reguły gry.

W obliczeniach wykorzystuje się dość dowolne współczynniki, inaczej „ważące” okresy składkowe i nieskładkowe - w trudnej sytuacji emerytalnej stawia to nie tylko artystów, ale też na przykład matki poświęcające się wychowaniu dzieci. Do obliczenia kapitału emerytalnego wykorzystuje się osobliwy współczynnik p, który jest geometryczną średnią dwóch współczynników – jeden można określić jako wiekowy, drugi- stażowy; podstawę wymiaru, która wynika z mnożenia przez niczym nieuzasadniony współczynnik 110% przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia z II kwartału 1998 r. 1220,89 zł – dlaczego akurat tego II kwartału; a te 89 groszy to – można powiedzieć – rozweselająca część całej koncepcji – aż dziw bierze, że nikt z urzędników nie wpadł na pomysł, by zaokrąglić kwoty bazowe przynajmniej do pełnych złotych, jeśli nie do dziesiątek.

Powstaje suma trzech kwot: części za okresy składkowe, części za okresy nieskładkowe oraz tzw. części socjalnej – cała bardzo i niepotrzebnie skomplikowana procedura służy temu, żeby obliczyć kwotę, którą interpretuje się jako hipotetyczną emeryturę, którą ktoś otrzymałby gdyby w 1999 r. przeszedł na emeryturę – np. 524,84 zł – którą mnoży się przez 209 miesięcy – jest to średnie dalsze trwanie życia kobiet i mężczyzn w wieku 62 lat na dzień 1 stycznia 1999 r. ogłoszone w dniu 25 marca 1999 r. przez Prezesa GUS. Powstaje na przykład, jak w przykładzie propagowanym przez GUS, kwota kapitału początkowego 109 691,56 zł – i kwota ta jest potem corocznie waloryzowana razem z wpłacanymi od 1999 r. składkami emerytalnymi wskaźnikiem, który jest równy wskaźnikowi cen towarów i usług konsumpcyjnych ogółem w roku kalendarzowym poprzedzającym termin waloryzacji – mamy tu zatem cofnięcie o rok - w stosunku do poprzedniego roku, powiększonemu o wzrost realny sumy przypisu składek (koszmarna biurokratyczna terminologia!!) na ubezpieczenie emerytalne w roku kalendarzowym poprzedzającym termin waloryzacji w stosunku do roku poprzedniego. W momencie przechodzenia na emeryturę na bazie tego indywidualnego „uzbieranego kapitału” oblicza się emeryturę, która wynika z zwykłego podzielenia tego „kapitału”, przez średnie statystyczne dalsze trwanie życia dla wieku danej osoby (z tzw. tablic dalszego trwania życia).

I problem polega na tym, że tu de facto nadużywa się pojęcia „kapitał”. Kapitał finansowy jest to bowiem kwota środków, która zostaje powierzona instytucji finansowej i stanowi pasywa jej bilansu, czyli jest jej zobowiązaniem wobec kontrahenta, i kwota ta jest uaktywniana przez instytucję finansową tak, aby ten kontrahent się wzbogacił – w przypadku prawdziwego kapitału nie może być zwykłego dzielenia lecz musi działać stopa procentowa i wynik jest określony przez formułę zwaną „rentą dożywotnią”.

Najważniejszą taką instytucją finansową zarządzającą kapitałem jest (powinien być) bank - środki mu powierzone nazywamy depozytem, a uaktywnia je głównie udzielając kredytów wspomagających funkcjonowanie i rozwój gospodarki. W tym systemie emerytalnym to, co nazwano kapitałem, jest tylko jakąś wirtualną kwotą, która nie funkcjonuje jako kapitał. Jako kapitał funkcjonowała tylko ta część, którą przekazywano OFE, ale zasady według których je utworzono były błędne, gdyż te instytucje finansowe z jednej strony tworzyły dług publiczny, z drugiej inwestowały w obligacje, co tworzyło fikcyjną i szkodzącą gospodarce pętlę obiegu środków, z drugiej inwestowały na obciążonym dużym ryzykiem rynku akcji – dlatego słusznie zrobiono „wyrywając” część środków z tego szkodliwego systemu i do tego brały sobie horrendalne, całkowicie nieuzasadnione opłaty za zarządzanie (podzielam pogląd, że ich nieuzasadniona wysokość powinna być przedmiotem dochodzeń prokuratorskich). Jednakże system emerytalny nadal jest oparty na koncepcji kapitałowej ze zdefiniowaną składką a nie zdefiniowanym świadczeniem: „będziesz miał tyle, ile można ci dać z tego, co uzbierałeś”. A da ci tylko tyle, ile wynika ze zwykłego podzielenia uzbieranej kwoty przez średnie dalsze trwanie życia, nie jest to zatem kapitał, bo kapitał to są środki, które pracują.

Pierwszy zatem problem to sama definicja kapitału. Drugi to strukturalna wadliwość jego podstawy. Kapitał początkowy jest oparty na osobliwie wyliczanej kwocie będącej funkcją między innymi średniego wynagrodzenia w II kwartale 1999 r. (ta osobliwa kwota 1220,89 zł) i nie ma nic wspólnego z uzyskiwanymi przez kandydata na emeryta zarobkami i realnie przez niego wpłacanymi składkami, nie jest to zatem żaden rzeczywisty kapitał (a marność emerytury będzie jak najbardziej rzeczywista). Ale co istotne, te średnie zarobki są bezpośrednią (choć osiągniętą 10 lat po upadku komunizmu) strukturalną schedą po komunizmie.

Rzecz w tym, że twórcy tej koncepcji zapomnieli, iż nasze płace z okresu komunizmu i jeszcze w 1999 r. nie były w stanie zbudować kapitału emerytalnego zdolnego zapewnić nam godne życie na emeryturze, bo były z zasady niskie, znaczna część konsumpcji miała charakter zbiorowy, płace nie odzwierciedlały wkładu pracowników w wytwarzany dochód narodowy, w efekcie ten będący podstawą nowego systemu emerytalnego „składnik kapitałowy” płac musi być zaniżony. Gdyby nawet dochodziło do odłożenia części wynagrodzenia jako inwestycji w realny kapitał, to nie byłoby możliwe zgromadzenie kapitału adekwatnego do obecnego systemu, który charakteryzuje się wyższym „upieniężnieniem” gospodarki, większa część dóbr funkcjonuje w systemie rynkowym i ma ceny relatywnie wyższe niż w okresie komunizmu, gdy ceny były dotowane.

Poza tym trzeba było wziąć pod uwagę to, że w wielu zawodach ludzie – jak ci artyści - byli zatrudniani według form zatrudnienia, które nie tworzyły składek emerytalnych większość ich aktywności to według tego systemu okresy nieskładkowe. A przecież nikt im wtedy nie powiedział, że w przyszłości zasady emerytalne zostaną zmienione. Czyż nie mają teraz prawa pozwać polskie państwo, oskarżyć je, że zostali oszukani?

Teraz jesteśmy właściwie w sytuacji bez wyjścia: w ramach tego mechanizmu nie da się poprawić sytuacji ludzi wpuszczonych w ten system, są skazani na nędzę. Wydaje się, że jest jedno wyjście: wrócić do tradycyjnego systemu transferowego, ale jest pytanie, czy można by wtedy poprawić sytuację emerytów, czy obecny system, gospodarka, jest w stanie wygenerować środki na uczciwe podwyższenie emerytur?



Ale może by ten fakt „wpuszczenia” w strukturalnie wadliwy system wykorzystać na dokonanie zasadniczego skoku strukturalnego? Wracam do mojej dawnej tezy z wydanej 17 lat temu pracy4, gdzie udowodniłem, że urynkawianie gospodarki socjalistycznej wymagało wykreowania pieniądza transakcyjnego, że trzeba było dostosować ilość pieniądza do zmienionego systemu - przejścia na gospodarkę rynkową, gdzie dokonane zostaje urynkowienie wielu cen. Wtedy ja jednak ograniczałem się do pieniądza jako środka wymiany (zgodnie z formułą wymiany Fishera MV = PQ), ale przecież trzeba uwzględnić też kapitałową funkcję pieniądza - i to jest problem, który nam się obecnie ze szczególną siłą ujawnia.

Przypomnijmy zatem, co składa się na agregat pieniężny. Pieniądz to - mówiąc najkrócej – nośnik siły nabywczej, specyficzne narzędzie, które służy do nabywania, kupowania dóbr i usług; w systemie rynkowym dostajemy go w jakiejś proporcji do tego, co sami wnieśliśmy do gospodarki. Ten nośnik siły nabywczej – jako tzw. pieniądz transakcyjny - służy do nabywania bieżącego dóbr i usług, przekazujemy go innym członkom społeczności (płacąc podatki, czynsze itd.), ale jest też odkładany na przyszłość, jest gromadzony przez lata, tworząc w ten sposób bazę kapitałową systemu pieniężnego, swego rodzaju fundament kapitałowy, na którym opiera się system finansowy gospodarki rynkowej. Podstawowa masa tego, co jest odkładane, „osiada” w bankach, gdzie stanowi tzw. kapitał obcy zapisany w pasywach bilansów, jest z jednej strony zobowiązaniem banków wobec deponentów, z drugiej strony jest uaktywniany poprzez udzielanie kredytów w różnych formach.

W efekcie powstaje zasób pieniądza, który nazywamy agregatem pieniężnym, jest on jak warstwy cebuli, tworzony przez różne kolejne coraz wyższe formy pieniądza. W Polsce wielkość agregatu pieniężnego podaje NBP. Pierwszą, wewnętrzną warstwę tworzy pieniądz M1 – jest to pieniądz gotówkowy w obiegu i w kasach banków - to124 mld zł, oraz depozyty bieżące (kiedyś nazywało się to pieniądz czekowy lub pieniądz na każde żądanie) – jest to 433 mld zł (w tym gospodarstwa domowe 283 mld zł, przedsiębiorstwa 100 mld zł., reszta to różne instytucje mające jakieś środki na kontach bieżących) - w sumie pieniądza M1 jest 548 mld zł.

Druga warstwa pieniądza to różne formy depozytów terminowych, czyli pieniądz odłożony, z tego gospodarstwa domowe mają 272 mld zł, przedsiębiorstwa 91 mld zł, - w sumie pieniądz M2 to M1 plus te terminowe oszczędności, które są zobowiązaniami sektora finansowego, głównie banków, wobec ludności i przedsiębiorstw – łącznie M2 to 954 mld zł – jest to podstawowa masa pieniądza w gospodarce, która służy bieżącej wymianie i jest rezerwuarem, z którego czerpane są środki finansujące rozwój gospodarki.

Można zatem powiedzieć, że agregat pieniężny składa się z pieniądza cyrkulującego, stanowiącego swego rodzaju rdzeń zasobu pieniądza i pieniądza odłożonego, stanowiącego drugą warstwę zasobu M2. Rdzeń zasobu, pieniądz M1, służy realizacji procesów wymiany, czyli zakupom dóbr i usług, jest bezpośrednio związany z dochodami uzyskiwanymi przez gospodarstwa domowe i podmioty gospodarcze - gdy na przykład wypłacają mi pensję, to zostaje ona wpłacona na mój rachunek oszczędnościowo-rozliczeniowy – stanowi część M1.

Kluczowe znaczenie ma ekonomiczna funkcja tej drugiej i następnych (u nas mało znaczących) warstw agregatu pieniężnego. Są to depozyty i lokaty terminowe, zatem służą wymianie - ale w przyszłości, gdy ktoś straci pracę, czy będzie chciał kupić jakieś dobro trwałego użytku, na przykład lodówkę, to zwykle sięgnie do swych zasobów zgromadzonych jako depozyty terminowe w banku – to jest pieniądz, który służy wymianie w szczególnych sytuacjach w przyszłości. Z jednej strony stanowi amortyzator, rezerwę siły nabywczej, która stabilizuje gospodarkę, a z drugiej strony te depozyty są podstawą akcji kredytowej banków, gdy są uaktywniane poprzez udzielanie kredytów. Inne niż bankowe depozyty formy lokat muszą być zamieniane na pieniądz na rynkach aktywów i z tego powodu są obciążone ryzykiem. Te wyższe formy pieniądza stanowią podstawę wyższych form kapitału finansowego gospodarki, ale jego zasadnicza baza to depozyty tworzące drugą warstwę pieniądza M2.

Problem polega na tym, że ta podaż pieniądza M2 w Polsce to 54% do góra 58% PKB - jak w krajach głębokiego trzeciego świata, podczas gdy w krajach UE i innych krajach rozwiniętego kapitalizmu podaż pieniądza to grubo ponad 100% PKB. Ilustruje to tabela:

Tabela 1. Relacja pieniądza M2 do PKB w wybranych krajach w %



Kraj

2009

2010

2011

2012

Polska 100

Luksemburg

601,7

536,0

499,1

480,3

830

Cypr

280,7

283,4

268,8

263,7

455

Japonia

227,0

226,1

238,4

241,2

417

Holandia

222,2

226,0

233,0

238,9

413

Portugalia

176,1

186,1

202,5

198,5

343

Hiszpania

210,1

212,0

204,8

193,9

335

Szwajcaria

151,4

154,6

168,3

188,0

325

Chiny

179,0

180,8

180,0

187,6

324

Austria

201,9

193,6

187,1

175,5

303

Niemcy

193,4

184,2

178,6

173,3

299

Malta

162,6

164,9

165,0

168,8

292

Włochy

140,9

152,5

153,6

165,1

285

W. Brytania

178,4

177,0

163,5

161,6

279

Irlandia

232,4

191,5

167,9

160,8

278

Francja

145,9

150,2

158,5

157,8

273

Korea Płd

147,1

141,5

141,8

144,3

249

Belgia

140,9

136,2

134,1

136,5

236

Finlandia

108,1

110,6

114,8

117,9

204

Grecja

115,5

108,0

97,9

100,1

173

Islandia

108,3

95,0

96,2

89,8

155

USA

90,4

84,8

87,1

87,4

151

Szwecja

99,8

85,0

87,1

85,2

147

Brazylia

69,0

68,7

74,0

80,8

140

Chorwacja

68,7

78,5

78,2

80,7

139

Bułgaria

69,9

72,0

75,6

79,6

137

Czechy

72,1

72,8

74,2

77,3

134

Słowenia

76,9

82,7

80,7

76,3

132

Afryka Płd.

80,9

78,3

77,3

75,2

130

Dania

92,3

83,9

74,3

74,6

129

Estonia

60,2

59,6

68,4

67,4

116

Węgry

63,0

63,5

64,9

60,9

105

Polska

53,7

55,4

57,9

57,9

100

Turcja

54,6

56,1

54,7

55,4

96

Ukraina

53,4

55,2

52,6

54,9

95

Rosja

49,2

51,4

51,5

51,5

89

Litwa

48,6

50,9

47,5

47,4

82

Łotwa

44,9

51,4

46,7

44,1

76

Źródło: opracowanie własne według danych: Money and quasi money (M2) as % of GDP (World Bank); dane posortowane według wartości dla 2012 r.

Warto zwrócić uwagę na Chiny. Tam podaż pieniądza M2 stanowi 190% PKB; w latach 2009 – 2012 wzrosła z 170% do 187,6%. Pewnym ewenementem są Stany Zjednoczone i niektóre inne kraje wysoko rozwinięte, gdzie stosunek pieniądza M2 do PKB jest relatywnie niski, ale jest tak dlatego, że bardzo wysokie aktywa są gromadzone w wyższych formach pieniądza, tworzących agregaty M3 i M4 (warto dodać, że w Polsce pieniądz M3 jest tylko o 14 mld zł większy od M2 – tworzą go operacje z przyrzeczeniem odkupu ( 9 mld zł) i dłużne papiery wartościowe do 2 lat (5 mld zł).

Relacja pieniądza M2 do PKB zmieniała się w Polsce, dochodząc do obecnych wartości z poziomów dużo niższych. Poniższy wykres ukazuje kształtowanie się pieniądza M1 i M2 w Polsce od roku 1996.

Rys. 1. Pieniądz M1 i M2 w relacji do PKB w Polsce

Jak widzimy, okresowe spadki pieniądza M1 w okresach kryzysowych były związane z lekkim wzrostem agregatu M2 – pieniądz był odkładany w różnych formach depozytów.

Polska, jak i inne kraje postkomunistyczne mają ogólnie słabe systemy pieniężne, stosunek M2 do PKB kształtuje się od ok. 60% do nieco ponad 70%5, jest tak dlatego, że tak jak w Polsce przez całe lata nie był uwzględniony składnik kapitałowy, nie nagromadzono dostatecznego zasobu pieniądza. Wyższych składników agregatu pieniężnego po prostu nie gromadzono, bo tak jak u nas niskie były płace, pieniądz tylko służył transakcjom, a w czasie transformacji gospodarki zniszczono zasoby oszczędności, jakie były nagromadzone w czasach komunistycznych, między innymi poprzez krótką hiperinflację i niezwaloryzowanie istniejącego zasobu oszczędności - potencjalnego kapitału finansowego.

Drugi wykres pokazuje kształtowanie się pieniądza M2 w Polsce w dłuższym przedziale czasu, od roku 1985. Jak widzimy, w 1989 r. ilość pieniądza gwałtownie zwiększyła się, co było związane z zjawiskiem krótkiej hiperinflacji i dokonano raptownego (tzw. terapia szokowa6) zredukowania wartości oszczędności posiadanych przez Polaków – zamiast wykorzystać je do realizacji programu prywatyzacji i uwłaszczenia lub zamrozić na przyszłe lata właśnie po to, by były podstawą zasobu kapitałowego. To wtedy stało się to, co prof. Ryszard Domański podsumował krótko: „Miałem uzbierane pieniądze Fiata… i z dnia na dzień okazało się, że starczy na jedno koło.” Ludzie potracili olbrzymie oszczędności, składane czasami przez lata na różne ważne cele – samochód, mieszkanie itp.

Rys. 2. Pieniądz M2 w relacji do PKB w Polsce

W rezultacie zasób pieniądza gwałtownie zmniejszył się do poniżej 30% PKB - inflacja w tym czasie zmniejszała się jednak powoli. Obecny zasób pieniądza odpowiada temu z roku 1989, ale gospodarka jest już inna, znacznie szerszy jest zakres funkcjonowania rynku – dlatego choć pieniądza jest tyle, co w 1989 r. - to nie ma inflacji.

Zauważmy, że to zubożenie naszego agregatu pieniężnego o składnik kapitałowy jest ważne w kontekście perspektywy wejścia do strefy euro w jakiejś (nieokreślonej co prawda na razie) przyszłości. Jesteśmy ubodzy nie tylko naszymi płacami, ale i oszczędnościami, a to musi mieć określone konsekwencje dla wejścia do strefy euro – niestety nie dyskutowane zbyt głęboko ani przez ekonomistów, ani tym bardziej przez polityków.

Ale system pieniężny gospodarki rynkowej powinien stać na dwóch nogach: nodze pieniądza transakcyjnego i nodze kapitałowej – pieniądza odłożonego w systemie bankowym. Gwałtowna redukcja ilości pieniądza także w części kapitałowej i zniszczenie nagromadzonych oszczędności wynikała z niezrozumienia, że znanego powiedzenia Miltona Friedmana, że „inflacja jest zjawiskiem wyłącznie pieniężnym”, czyli ma zależeć od ilości pieniądza – nie można brać dosłownie. Tak naprawdę inflacja nie zależy bowiem od ilości pieniądza, czyli wielkości jego zasobu, lecz od strumienia jaki z tego zasobu wypływa na rynek w formie pieniądza transakcyjnego, jego podstawowym źródłem jest pieniądz M1, a druga warstwa agregatu M2 jest tylko wtórnym źródłem, zasilającym głównie wydatki na dobra trwałe i inne wyższego rzędu, w pewnej mierze inwestycje, gdy jest wypłacany przez deponentów, oraz wydatki inwestycyjne, gdy jest wprowadzany do gospodarki po aktywnej stronie bilansów banków.

Tak więc pieniądz odłożony w drugiej warstwie agregatu pieniężnego nie służy zatem wymianie bezpośrednio, ale w szczególnych sytuacjach (wymienione wyżej rodzaje wydatków, ale też: utrata pracy, inne akcydentalne wydatki - na przykład na leczenie), zatem stabilizuje system – to jest bardzo ważna jego funkcja. Ale jednocześnie dynamizuje gospodarkę, gdyż uaktywniany staje się podstawą pieniądza kredytowego. Ważne znaczenie mają oszczędności tworzące wyższe warstwy agregatu pieniężnego, odłożone na stare lata – czyli w systemie emerytalnym, one „wkraczają” do wymiany, gdy pracownik przechodzi na emeryturę – i tu pojawia się problem kapitału emerytalnego.

Używając tej metafory można powiedzieć, że gospodarka rynkowa stoi stabilnie nogach pieniądza transakcyjnego i pieniądza kapitałowego - zasobu odłożonych oszczędności - i nie zajdzie daleko, jeśli ta druga noga jest cherlawa, jak w Polsce. Czyż zatem nie jest tak, że system rynkowy prawidłowo funkcjonuje tylko wtedy, gdy istnieje taki zasób nagromadzonego przez lata kapitału finansowego? – A skoro tak, to trzeba odtworzyć ten zasób.

Kwestia struktury zasobu pieniądza w relacji do PKB tworzonego w gospodarce rynkowej była dotąd lekceważona, gdyż pieniądz jest traktowany strumieniowo i endogenicznie, jako kreowany przez gospodarkę, problem stawiano tylko w kontekście wpływu strumienia pieniądza wydawanego, czyli funkcjonującego w procesach wymiany, na procesy równowagi – i w efekcie na skutki inflacyjne.

Zastanówmy się nad naturą pieniądza i kwestią jego genezy - trochę refleksji o naturze pieniądza:

Ekonomiści od lat spierają się o naturę pieniądza: czy jest on endogeniczny, czy egzogeniczny, a więc, czy jest wykreowany wewnątrz, gospodarka jego źródłem, czy dany jest gospodarce z zewnątrz.

A w gruncie rzeczy i to, i to: jest zarówno endogeniczny, jak i egzogeniczny. Egzogeniczny był na przykład pieniądz kruszcowy - dostarczony kruszec, srebro lub złoto, był pieniądzem, czyli służył jako środek wymiany i był tezauryzowany. O ten pieniądz toczyły się wojny, podbijano kraje dysponujące złotem lub srebrem, rabowano je i wyznaczano lenna, by strumień pieniędzy zasilał kraj zwycięski. Chodziło o pieniądze złote lub srebrne, które miały wtedy jak najbardziej egzogeniczny charakter, i miały wartość same w sobie - bo były pieniądzem kruszcowym.

Jednak dzisiejszy pieniądz jest w większej mierze endogeniczny, bo zostaje wykreowany przede wszystkim przez system bankowy jako pieniądz kredytowy (otwarte rachunki bankowe) w odpowiedzi na popyt - ten pieniądz zależy od procesów ekonomicznych. Popyt na pieniądz endogeniczny jest określony przez gospodarkę – potrzebę wypłacania wynagrodzeń w pieniądzu i dla realizacji transakcji wymiany – dlatego tworzy rdzeń agregatu M1 – jego wielkością steruje bank centralny prowadząc operacje otwartego rynku – bank centralny dostosowuje się do popytu ujawnianego przez gospodarkę, ale bardzo wstrzemięźliwie go kreuje - na tym polega endogeniczność pieniądza. Wartość tego pieniądza powstaje w procesie wymiany, w momencie dokonywania transakcji zakupu towaru, sam materialnej wartości nie ma - to kawałek papieru lub znacznie mniej wartego niż nominał metalu (poza monetami groszowymi, których metal jest, jak niedawno ujawniono, więcej wart od nominału). Postuluje się więc – słusznie, że pieniądz jako nośnik siły nabywczej powinien mieć wartość stabilną - dlatego walczymy o to, by nie było inflacji, która sukcesywnie obniża wartość pieniądza.

Ten endogeniczny pieniądz powstaje w strumieniowym procesie tworzenia dochodu narodowego – przypomnijmy, że kategorie ekonomiczne dzielą się na strumienie i zasoby: strumieniem jest dochód narodowy, produkt narodowy, dochody, oszczędności jako strumień środków oderwanych od strumienia dochodu w wyniku aktu rezygnacji z wydawania tych dochodów, strumieniem są inwestycje, jako środki wydane na cele o charakterze kapitałowym (zwiększające zasób kapitału), ale też inwestycje finansowe. Ale oszczędności są też zasobem - jako swego rodzaju "basen" środków (funduszy) zgromadzonych - pieniądza odłożonego w systemie bankowym na kontach depozytowych - to jest ta depozytowa część agregatu pieniężnego M2. Ogólnie biorąc, zasoby to odłożone zapasy towarów, a przede wszystkim wszelki nagromadzony majątek; także ludzie z ich zdolnościami, wiedzą i umiejętnościami – dlatego mówimy o „kapitale ludzkim”. Szczególnym zasobem jest pieniądz - jego częścią są właśnie te zgromadzone zasoby oszczędności, które powodują we wszystkich krajach o rozwiniętych gospodarkach, że agregat pieniężny M2 jest o wiele procent większy od wartości PKB.

I właśnie cały problem polega na tym, że zdrowa gospodarka potrzebuje tego "basenu" nagromadzonego w latach wcześniejszych zasobu pieniężnego, który pozwala gospodarce działać dzięki wykorzystywaniu środków kredytowych, które banki swobodniej i za niższą stopę procentową mogą wprowadzać do gospodarki. Depozyty to kapitał obcy banków, ich zobowiązania, które muszą być uaktywniane, zatem wtedy, gdy zasób jest większy, kredyt staje się bardziej dostępny i stopy procentowe mogą być niższe – a nawet muszą, by łatwiej było te środki ulokować w gospodarce – banki żyją bardziej dzięki wysokim obrotom niż dzięki śrubowaniu swych marż na wąskim rynku kredytowym.

Ale pieniądz musi być też egzogeniczny - był zawsze egzogeniczny, właśnie dlatego, że to jest zasób. Jak powiedziałem, o ten zasób toczyły się kiedyś wojny orężne, wojownicy, którzy narabowali w zawojowanym kraju, wprowadzali zrabowany kruszcowy pieniądz do swojej gospodarki i to ją pobudzało - taki był de facto ekonomiczny cel wojen. Ale by ten cel osiągnąć nie zawsze potrzebne były wojny. Gdy w połowie XVI w. odkryto wielkie złoża srebra w Ameryce Południowej (srebrna góra Potosi), to dostawy hiszpańskiego srebra wydatnie ożywiły gospodarkę europejską - jak to niedawno przypomniano w serialu historycznym "Ludzkość - historia nas wszystkich".

Ożywiły, bo po prostu umożliwiły większą kreację pieniądza - wprowadzanego poprzez wydatki rządowe uwolnione od konieczności finansowania podatkami. Państwo miało szczególny dochód - nazywa się to w ekonomii "dochodem z senioratu", albo po prostu senioratem - wynikającym z prawa władcy do bicia monety - czyli kreacji pieniądza. W nadmiarze kreowany, powoduje inflację, ale kreowany mądrze, tak aby pobudzać zdolności wytwórcze gospodarki - powoduje jej rozwój i ekspansję kraju. Dostawy złota miały w epoce pieniądza kruszcowego zasadnicze znaczenie, bo złoto mające swoją własną wartość, było odkładane, tezauryzowane, i wypadało z obiegu; w Anglii każdy, kto wyprawiał się na zamorskie podróże na przykład do Indii, musiał przywieźć więcej złota niż go ewentualnie wywiózł7.

Rezygnacja z prawa do kreacji własnego pieniądza w wyniku wejścia do strefy wspólnej waluty w sytuacji, gdy ma się uszczuplony agregat pieniężny, oznacza skazanie się na peryferyjność i pozycję żebraka - uzależnienie żebracze, jak teraz nasze od środków unijnych – bynajmniej nie służy gospodarce, ale problem polega na tym, że pierwotną przyczyną jest utracenie zasobu pieniądza w tej drugiej warstwie agregatu pieniężnego, jakie dokonało się na początku transformacji.

Znaczenie pieniądza zilustrujmy następującą metaforą. Gospodarkę można przyrównać do ogrodu: rosnące w nim rośliny (przedsiębiorstwa) potrzebują dla swego funkcjonowania życiodajnej wody (środków finansowych), którą pobierają z wód gruntowych (agregatu pieniężnego). I po to, by rośliny w ogrodzie rosły i dawały dorodne owoce, poziom wód gruntowych (wielkość agregatu pieniężnego) musi być dostatecznie wysoki (agregat pieniężny musi być dostatecznie duży w relacji do PKB), wtedy system korzeniowy zostaje zaopatrzony w dostateczną ilość wody (system bankowy może szeroko alokować kredyty w gospodarce). Ogród wymaga zatem nawodnienia – z jednej strony, gdy ogród rośnie trzeba sukcesywnie dodawać wody - na przykład zgodnie z tym, co postulował Milton Friedman, by agregat pieniężny poszerzać w stałym tempie równym tempu wzrostu gospodarki – agregat M1 pieniądza transakcyjnego musi być powiększany poprzez kreację pieniądza, co przecież bezpośrednio wynika z formuły wymiany Irvinga Fishera (MV = PQ); jednakże formuła Fishera dotyczy pieniądza używanego bezpośrednio do transakcji gospodarczych, czyli w wymianie, jest to zatem pieniądz M1. Z drugiej jednak strony, trzeba zapewnić, by poziom wód gruntowych był dostatecznie wysoki (wielkość agregatu pieniężnego M2), bo jeśli będzie za niski, to wrażliwsze, delikatniejsze rośliny o płytkim systemie korzeniowym uschną, a rozrosną się chwasty o silnych korzeniach. My musimy jednak zdawać sobie sprawę z tego, że gospodarka naszego kraju, jak i innych naszego regionu, wyrosła na bazie tego, co zostawił system komunistyczny - w którym pieniądz pełnił zubożone funkcje. W efekcie poziom „wód gruntowych” był niski, bo rosnące w nim „rośliny” miały rozbudowany system bezpośredniego dostarczania „wody” - przedsiębiorstwa były zaopatrywane w środki finansowe przez centralnego planistę. Gospodarka potrzebuje zatem uzupełnienia zasobu wody, tak aby podnieść poziom „wód gruntowych”: trzeba wykreować pieniądz rozszerzający agregat pieniężny. Byłby to druk pieniądza nie po to, by finansować wydatki, lecz po to, by poprawić strukturę gospodarki, wzmocnić ją przez rozszerzenie agregatu pieniężnego M2.

Tak więc, trzeba wyciągnąć wnioski z tego, że dokonano u nas swego rodzaju ekonomicznego oszustwa, redukując na początku lat 90-tych zasób zgromadzonych oszczędności ludzi (miał na samochód, ostało mu się na jedno koło). I to jest powód, dla którego zasób pieniądza M2 jest w Polsce na poziomie biednych niedorozwiniętych krajów - uważam, że jest to jedna z przyczyn słabości naszego systemu bankowego.

Trzeba zatem wyciągnąć wnioski z tego, że panująca doktryna doprowadziła do tego, że w Polsce (i innych krajach postkomunistycznych) zniszczono strukturę zasobu pieniądza, a polityka dochodowa (nędzy płacowej) i polityka wobec rynku pracy (tolerowanie masowego zatrudniania na umowach śmieciowych i za najniższą płacę) tylko pogłębiają problem. Z istniejącego stanu rzeczy wynika logiczny wniosek następujący. Skoro wprowadzono emerytalny system kapitałowy i teraz ludzie budzą się zaszokowani, że ich emerytury to 170, 500 lub góra 1000 zł, to wynika to z dwóch powodów:

Po pierwsze z tego, że ich wynagrodzenia w czasach socjalizmu i do momentu naliczania kapitału początkowego były z zasady relatywnie niskie, bo znaczna część konsumpcji to była konsumpcja zbiorowa i dotowana przez państwo. I po drugie, nie tylko dochody ludzi nie posiadały właściwego składnika kapitałowego, ale ludzie byli zatrudniani na bez składkowych zasadach. Praktyczne anulowanie w 1990 r. oszczędności ludzi miało inny charakter, uderzało w ich indywidualne, własne zasoby, te wymienione dwa powody uderzały w podstawy strukturalne tego, co ma być obecnie źródłem środków dla emerytów, w kapitału emerytalnego.

I z tych dwóch powodów agregat pieniężny w socjalizmie był relatywnie niski, a ponieważ wszystkim sterował centralny planista, zaś bank centralny generował środki stosownie do jego potrzeb, to w tamtej rzeczywistości wystarczyło. Ale w warunkach gospodarki rynkowej nie można akceptować tego swoistego strukturalnego spadku, w sferze pieniądza nie może być kontynuacji, trzeba dokonać swoistej strukturalnej reformy i ten składnik kapitałowy powinno się wtórnie wygenerować – skoro potencjalne jego podstawy (agregat, jaki mieliśmy w 1989 r.) zostały zniszczone. I to właśnie emerytalny system kapitałowy wymusza na nas działania polegające na odbudowie właściwego poziomu agregatu pieniężnego – dzięki temu nie tylko emeryci dostaliby wsparcie – ale co być może ważniejsze: gospodarka uzyskałaby właściwy poziom „wód gruntowych” systemu finansowego.

Pytanie, jak tego technicznie dokonać. Wydaje się, że jest prosty sposób na dopełnienie wielkości agregatu pieniężnego do poziomu właściwego dla naszej pozycji w systemie finansowym Unii Europejskiej, czyli porównywalnego z tym, co mają inne kraje Wspólnoty. Trzeba dokapitalizować system emerytalny poprzez emisję pieniądza do właściwego poziomu - musiałoby to być w sumie od 1 do 1,5 biliona złotych (sposób wyliczenia tej kwoty – dalej) - tak by uzupełnić nasz system pieniężny budując konta kapitałowe przyszłych emerytów.

To dokapitalizowanie systemu emerytalnego nie byłoby – w każdym razie bezpośrednio - działaniem zagrażającym stabilności gospodarki, bo nie finansowałoby wydatków (strumienia) – to jest wszak zabronione – ale powiększałoby zasób pieniądza – a to nie to samo. Powiększenie zasobu stabilizującego system nie jest tym samym, co finansowanie wydatków drukiem pieniądza, ma charakter reformy strukturalnej. Byłoby jak zasilenie rezerwuaru wody zgromadzonego w zalewie zbudowanym w pobliżu miasta, po to, by zgromadzona w nim woda służyła podniesieniu poziomu wód gruntowych.

Choć u ortodoksyjnych ekonomistów pomysł ten może budzić sprzeciw, to przecież byłoby to nic innego jak operacja zaawansowanego QE (Quantitative Easing), której celem byłoby jednak nie jak w USA zasilenie bilansów banków, których aktywa straciły raptownie na wartości w wyniku kryzysu, lecz wykreowanie czegoś, czego nie było z powodu istnienia pewnej strukturalnej schedy po socjalizmie, byłoby to zbudowanie brakującego systemowi pieniężnemu składnika kapitałowego – analogicznie do tego, jaki posiadają zaawansowane gospodarki krajów zachodnich.

Sens tego zabiegu wyjaśnię poniższą metaforą ujętą w ramce.




Pieniądz jest przecież tylko specyficznym ekonomicznym narzędziem, służącym wymianie, nabywaniu dóbr i usług, tak jak narzędziem jest nóż, którym kroimy chleb w stołówce domu wczasowego. Po to, by konsumowanie porannego śniadania przebiegało sprawnie, musimy na stołówce mieć odpowiednią ilość noży - najlepiej, gdy każdy ma swój nóż obok talerza z bułką i chlebem – mógłby być tylko jeden nóż na stolik – ale wtedy konsumowanie śniadania będzie przebiegało mniej sprawnie, zajmie więcej czasu (wystąpią zatory w krojeniu bułek i smarowaniu kanapek – tak jak występują zatory płatnicze, gdy w gospodarce jest za mało pieniądza). Gdy naszym seniorom kroiliśmy chleb własnymi nożami (system transferowy), noży wystarczyło, gdy jednak powiadamy odchodzącym na emeryturę, że mają sami sobie kroić chleb (system kapitałowy), musimy dostarczyć na stołówkę więcej noży. Tak samo emerytalny system kapitałowy stawia bezpośrednio potrzebę istnienia większego zasobu pieniądza – w jego części kapitałowej.

Jak takiego zabiegu dokonać? Tu można by wykorzystać pomysł sformułowany w czasie jednej z debat Prawa i Sprawiedliwości przez głównego ekonomistę SKOK-ów, Janusza Szewczaka, który chyba pierwszy go sformułował - utworzenia banku emerytalnego powiązanego z ZUS-em. Technika zasilenia tego banku byłaby prosta. Bank ten z mocy ustawy powinien wyemitować odpowiednią ilość obligacji przyporządkowanych poszczególnym kontom emerytalnym obywateli, w stosownej wielokrotności tego, co dla nich nagromadzono w czasach komunizmu - jako rekompensatę za utracone (nieuzyskane) należności.

Te obligacje byłyby wykupione przez bank centralny, który w ten sposób zasiliłby bank emerytalny w środki pieniężne. Bank musiałby środki te stopniowo wprowadzać do gospodarki finansując jej rozwój, z drugiej strony zasilając wypłaty emerytur według zasady wypłacania renty dożywotniej. Jak łatwo obliczyć wykorzystując znany wzór matematyki finansowej na wielkość renty z nagromadzonego kapitału, wykreowanie na każdego emeryta i rencistę od ok. 140 tys. zł (mężczyźni) do 170 tys. zł (kobiety – różnica kwot wynika z różnic dalszego trwania życia: kobiety żyją dłużej) da przy stopie procentowej 3% (kapitał by pracował) przy założeniu średniego czasu życia po przejściu na emeryturę dla kobiet i mężczyzn zgodnie z tablicami trwania życia, dodatkową wypłatę ok. 1000 zł. miesięcznie Zważywszy, że emerytów i rencistów jest ok. 7 mln, dałoby to w przybliżeniu wymienioną wyżej kwotę dokapitalizowania. W efekcie relacja pieniądza M2 do PKB ukształtowałaby się na poziomie ponad 115% -145% PKB (różnie, zależnie od wariantu zasilenia) – mielibyśmy wtedy taką typową europejską strukturę agregatu pieniężnego.

Jak sądzę, nie ma w Unii Europejskiej prawa, które by tego zabraniało, bo nikt nie mógł wpaść na pomysł zabronienia czegoś, co nikomu jeszcze nie przyszło do głowy. Polski system pieniężny upodobniłby się strukturalnie do systemów krajów Unii Europejskiej, zostałby dobudowany składnik, jaki by istniał, gdyby to PKB, jakie posiadamy, powstawało w okresie powojennym w gospodarce rynkowej, gdybyśmy ją mieli zamiast systemu socjalistycznego, w którym pieniądz nie pełnił wszystkich właściwych mu funkcji. Obywatele mieliby wtedy nagromadzony zasób oszczędności emerytalnych tworzących kapitał emerytalny, który łącznie z pieniądzem transakcyjnym M1 stanowiłby ponad 100% PKB.

Co ważne, taki manewr nie powiększałby długu publicznego. Ta emisja byłaby de facto restrukturyzacją systemu finansowego, dobudowaniem mu fundamentów kapitałowych, bo system finansowy krajów zachodnich ma fundamenty budowane latami, my ich nie mamy te fundamenty trzeba odtworzyć, innymi słowy, trzeba odbudować to, co by istniało, gdyby rzeczowy stan naszego PKB powstał w wyniku funkcjonowania gospodarki rynkowej przez cały okres powojenny. To by nie tylko nie tworzyło długu, ale i nie wymagałoby obsługi, bo byłyby to po prostu bezprocentowe obligacje wykupione przez bank centralny od banku komercyjnego - to by był mechanizm kreacji przez bank centralny tworzywa dla tych fundamentów kapitałowych, jakich potrzebujemy. Efektem byłoby radykalne zmniejszenie stopy procentowej, zrównanie z poziomem europejskim, zostałby pobudzony cały system finansowy.

Gospodarka jest jak gmach składający się z części nadziemnej i fundamentów. Musimy sobie uświadomić, że gospodarce brakuje fundamentów kapitałowych, wcześniej gmach gospodarki był budowany z założeniem, że fundamenty nie są potrzebne, wystarczy zbudować tylko górną część do użytku codziennego (pieniądz transakcyjny). Gdy wchodzimy w międzynarodowy system ekonomii rynkowej opartej na fundamentach kapitałowych (to zrobiono z systemem emerytalnym), to musimy dobudować fundamenty, okazuje się, że teraz grunt jakby ubitej gliny staje się miałki i chybotliwy, bez fundamentów gmach się rozpadnie.



1 Thilo Sarrazin, „Europa nie potrzebuje euro Jak polityczne myślenie życzeniowe doprowadziło nas do kryzysu”, Studio Emka, Warszawa 2013, s. 23

2 Źródło: Onet.pl; nazwisk nie podaję, gdyż ta informacja internetowa nie była udokumentowana – co nie podważa jej wiarygodności.

3 Netto od kwoty 1600 zł to 1181 zł , a od kwoty 1680 zł to 1237 zł.

4 Jerzy Żyżyński, Pieniądz a transformacja gospodarki, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 1997,

5 Pomijając Rosję , Ukrainę, Litwę i Łotwę, które jako jedyne kraje postsocjalistyczne mają relację M2 do PKB niższą niż Polska.

6 Jak trafnie kreślił prof. Grzegorz Kołodko, raczej „szok bez terapii”… a można by jeszcze trafniej skorygować: „szok wpędzający w poważną strukturalną chorobę”.

7 J. K. Galbraith, Ekonomia w perspektywie, PTE, Warszawa 2011.






©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna