Józef Piłsudski, temu z 1989 r przede wszystkim nszz „Solidarność” z liderem Lechem Wałęsą



Pobieranie 23.37 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar23.37 Kb.

Rok 1989 w historii Polski był niezwykle bogaty w ważne wydarzenia, od stycznia po grudzień. Wśród nich bardzo istotne miejsce zajmowały przeprowadzone w czerwcu wybory parlamentarne. Ich wyniki i następujące później ogromne zmiany spowodowały, że często uznaje się je za najważniejsze z wydarzeń tego roku, twierdząc wręcz, że rok 1989 to przede wszystkim rok zwycięskich dla opozycji wyborów, mimo wszystkich „kontraktowych” ograniczeń.


Historia

Czasami też ten właśnie rok uznaje się za najważniejszą datę graniczną w najnowszych dziejach Polski, za datę początkową narodzin wolności. Można jednak spojrzeć na czas czerwcowych wyborów także jako na początek nieco dłuższego procesu. Z rokiem 1989 jest trochę tak jak z 1918. Albowiem wówczas, w początkach Polski Odrodzonej, dyplomatyczne i militarne boje o granice zakończono dopiero w 1921 roku. W samym 1918 Polska nie miała nawet połowy terytorium, jakie pozyskała ostatecznie po trzech niezwykle ciężkich latach. Tak samo w 1989 r. był to początek bezpośredniego dojścia do pełnej suwerenności i do faktycznych rządów narodu. I co najmniej do jesieni 1991 r., czyli do całkowicie demokratycznych wyborów ten proces trwał. A dodajmy, że obce wojska opuściły kraj dopiero w 1993 r. Chcąc jeszcze mocniej nawiązać do pewnych analogii między odzyskaniem wolności w 1918 r. i w 1989 r., traktując te roczne daty jako początek kilkuletnich procesów, warto wspomnieć, że w obu wypadkach naród miał wielkich liderów. Temu z 1918 roku przewodził przede wszystkim Józef Piłsudski, temu z 1989 r. przede wszystkim NSZZ „Solidarność” z liderem Lechem Wałęsą na czele, wspieranym przez wielką rzeszę działaczy związku w całym kraju. Należy oczywiście pamiętać, że ostatnia droga do wolności faktycznie zaczęła się już w 1980 roku, właśnie w Gdańsku i od samego początku jej najważniejszym patronem nie był żaden ze związkowych działaczy, ale ktoś ważniejszy. Chodzi oczywiście o Jana Pawła II i ogromne znaczenie pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do Ojczyzny. Kościół Katolicki był i dla „Solidarności”, i dla ogromnej większości społeczeństwa podstawowym wsparciem w walce o wolność z komunistami. To Kościół przez długie lata komunistycznego zniewolenia zapewnił, że wewnętrznego ducha wolności nie zdławiono. Dodać w tym miejscu warto, że pod koniec maja 1989 r., podczas jednego ze spotkań przedwyborczych Olgi Krzyżanowskiej zorganizowanego w Pszczółkach, wspólnie z kandydującym do Senatu Lechem Kaczyńskim, kandydatka do Sejmu w okręgu tczewskim dobitnie podkreśliła rolę wydarzeń z 1979 roku, mówiąc m.in.: „pierwszą rzeczą, która pobudziła naród, była wizyta Papieża w Polsce, drugą rzeczą było powstanie i działanie Solidarności w 1980 roku”.


Wybory najważniejsze

Podczas obrad Okrągłego Stołu sprawa wyborów należała do najważniejszych. Przypomnijmy, że do 1989 r. ‘wybory’ parlamentarne w PRL były całkowitą fikcją, gdyż faktycznie to PZPR za pośrednictwem swojego aparatu oraz podporządkowanych organizacji decydowała o składzie Sejmu już na poziomie zgłaszania kandydatów. W ordynacjach wyborczych, od 1952 r., aż po 1985 r., zabezpieczone były gwarancje, że komunistyczna partia będzie kontrolowała władzę ustawodawczą. W 1989 r. było inaczej. Uzgodniono, że odbędą się całkowicie wolne wybory do Senatu. O sto miejsc mieli rywalizować kandydaci w oparciu o większościowy system wyborczy. Po trzy mandaty w województwach warszawskim i katowickim, po dwa w pozostałych. Do Sejmu ostateczne uzgodnienie przewidywało przydzielenie 65 proc. mandatów dla strony rządowej, a 35 proc. miało być obsadzone w wyniku wolnych wyborów. Oznaczało to, że bez względu na wynik kandydaci PZPR, ZSL, SD, OPZZ, PAX, PZKS i UchS, których dla uproszczenia będę określał jako ‘stronę rządową’, mieli zagwarantową większość kwalifikowaną w Sejmie – razem 299 mandatów. „Solidarność” mogła walczyć tylko o pozostałe 161 miejsc. W tej sytuacji wybory nie były w istocie wyborami o władzę, ale o to, czy opozycja będzie silniejsza, czy słabsza. Ustalenie podczas rozmów Okragłego Stołu, że ewentualne weto Senatu może być przełamywane dopiero większością 2/3 głosów Sejmu oznaczało, że gdyby opozycja odniosła sukces w wyborach do Sejmu i do Senatu, to mogła uzyskac możliwość blokowania koalicyjnej większości. Ceną, jaką zapłacono za tę szansę wzmocnienia roli solidarnościowej strony w parlamencie, było zaakceptowanie wzmocnienia uprawnień prezydenta. Miało go wyłonić Zgromadzenie Narodowe na sześcioletnią kadencję bezwzględną większością głosów. W tej sytuacji nawet stuprocentowy sukces „Solidarności”, czyli łącznie 261 miejsc w Zgromadzeniu Narodowym (100 w Senacie i 161 w Sejmie), nie zagrażał kandydatowi koalicji (299 miejsc w Sejmie). Prezydentowi zagwarantowano prawo weta ustawodawczego, które Sejm mógł uchylić większością 2/3 głosów. Prezydent miał też prawo rozwiązywania parlamentu, m.in. wtedy gdy uchwalona przez parlament ustawa godziła w konstytucyjne prerogatywy prezydenta, a także szereg innych uprawnień, np. zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi. Czyniło to prezydenturę bardzo silną. Generalnie więc komuniści mogli czuć się zabezpieczeni nawet w wypadku czarnego scenariusza. Wspomnieć też należy, że strona rządowa starała się stworzyć wspólną listę krajową do Sejmu dla reprezentantów obu stron. Opozycja nie zgodziła się, ale strona rządowa pozostawiła listę. Dominowali na niej czołowi politycy z PZPR, m.in. Czesław Kiszczak, Stanisław Ciosek, czy Mieczysław Rakowski. Na liście był także przywódca OPZZ Alfred Miodowicz, lider ZSL – Roman Malinowski oraz przywódca SD – Jerzy Jóźwiak. Strona rządowa przekonana, że lista krajowa nie będzie zagrożona przyjęła do ordynacji zasadę, że wybrani byli tylko ci, którzy otrzymali ponad 50 proc. ważnych głosów w skali kraju. Obawy, wyrażone m.in. przez Mariana Orzechowskiego na posiedzeniu Biura Politycznego, zbagatelizowano. Łącznie z listy krajowej miało być wybranych 35 posłów, a 425 w 108 okręgach, w ktorych wybierano od dwóch do pięciu posłów. W każdym z okręgów z góry przewidziano podział mandatów dla poszczególnych ugrupowań ze strony koalicyjnej oraz dla kandydatów bezpartyjnych.
Sejm zatwierdza

Uzgodnienia Okrągłego Stołu zostały uchwalone przez Sejm 7 kwietnia 1989 r. Termin wyborów został wyznaczony przez Radę Państwa w dniu 13 kwietnia 1989 r. Pierwsza tura miała odbyć się 4 czerwca, a druga tura 18 czerwca. Na jak najszybszym terminie wyborów zależało stronie rządowej. Obawiała się, że zbyt dużo czasu na kampanię będzie korzystniejsze dla opozycji. Warto wspomnieć, że 17 kwietnia Sąd Wojewódzki w Warszawie podjął decyzję w sprawie wznowienia legalnej działalności NSZZ „Solidarność”. Sprawa ta była przedmiotem sporu wewnątrz „Solidarności”, gdyż część działaczy, w tym Andrzej Gwiazda, domagała się relegalizacji. 20 kwietnia zalegalizowany został także NSZZ Rolników Indywidualnych „Solidarność”. W elitach partyjnych istniało przekonanie, że opozycja zdobędzie tylko część mandatów do Sejmu i Senatu. Optymistycznie oceniał szanse w jednym z wywiadów lider opozycji, czyli Lech Wałęsa. Przewidywał sukces na poziomie około 115 miejsc do Sejmu i do 70 proc. w Senacie. Krajowa Komisja Wykonawcza NSZZ „Solidarność” już w dniu uchwalenia przez Sejm ordynacji powierzyła kierowanie kampanią wyborczą Komitetowi Obywatelskiemu przy Przewodniczącym NSZZ „Solidarność”. KO powstał 18 grudnia 1988 r., gdy grupa doradców Lecha Wałęsy zaprosiła do udziału w jego pracach 135 działaczy opozycji. Byli wśród nich m.in. Jacek Kuroń, Adam Michnik, Bronisław Geremek, Tadeusz Mazowiecki, Adam Strzembosz, Witold Trzeciakowski, Jerzy Regulski Henryk Wujec (sekretarz KO). Kilkanaście komisji Komitetu zajmowało się szczegółowymi przygotowaniami do Okrągłego Stołu. W związku z wyborami KO miał rozbudować struktury przez utworzenie regionalnych Komitetów. W niektórych ośrodkach już one istniały. Zadaniem KO w wyborach było opracowanie list kandydatów, wybranie przedstawicieli „Solidarności” do komisji wyborczych oraz akcja propagandowa. Niektórzy działacze zgłosili zastrzeżenia do takiej koncepcji, wyrażając wątpliwości, czy KO było wystarczająco reprezentatywne, aby wyłaniać kandydatów. Aleksander Hall 8 kwietnia na posiedzeniu Komitetu apelował, aby zwrócić się do innych organizacji opozycyjnych z ofertą porozumienia wyborczego. Koncepcję poszerzenia zaplecza popierali też Adam Strzembosz, Tadeusz Mazowiecki, Jacek Bartyzel, Jan Olszewski, Jerzy Regulski Jan Rokita. Większość członków KO poparła jednak stanowisko Bronisława Geremka Jacka Kuronia, wsparte przez Wałęsę, że poszerzenie obozu solidarnościowego mogło doprowadzić do rozpadu opozycji i klęski w wyborach. Odbyło się głosowanie i 66 członków KO poparło stanowisko Wałęsy. Przeciw, czyli za szeroką koalicją opozycji, głosowało 19, a 13 członków wstrzymało się od głosu. W połowie kwietnia we wszystkich regionach uruchomiono lokalne Komitety Obywatelskie. Poza wsparciem „Solidarności”, zyskały one tez pomoc rozmaitych struktur opozycyjnych, działaczy Klubów Inteligencji Katolickiej, a także Kościoła. W części miast doszło do sporów o kształt komitetów oraz o listy kandydatów do Sejmu i Senatu. Spory z reguły skutecznie rozwiązywał centralny Komitet Obywatelski. Ogromną rolę w całej kampanii odegrał Kościół, co wywołało protesty ze strony władz, w tym masową akcję rozmów profilaktycznych z duchownymi.
Kampania wyborcza

Lista kandydatów oraz program wyborczy zostały zatwierdzone 23 kwietnia 1989 roku. Poparło to rozstrzygnięcie 92 członków KO, 1 był przeciw, 9 wstrzymało się. W tym okresie z kandydowania zrezygnowali m.in. Jan Olszewski, Tadeusz Mazowieki Aleksander Hall, protestując w ten sposób przeciw odrzuceniu koncepcji poszerzenia zaplecza politycznego. Z kolei Bogdan Borusewicz, Zbigniew Bujak czy Władysław Frasyniuk uznali, że praca związkowa jest dla nich ważniejsza od parlamentarnej i również nie kandydowali. Także Wałęsa podjął decyzję o rezygnacji z kandydowania. Stał się jednak najważniejszym symbolem tych wyborów, gdyż zgodnie z pomysłem Andrzeja Wajdy na wszystkich plakatach kandydatów KO zamieszczano zdjęcie kandydata z Wałęsą. Wzmocniło to pozycję osób, z których wiele nie było szerzej znanych opinii publicznej. Koncepcja jednolitego elementu plakatów dała też cenny argument propagandowy, sugerujący zwartość środowiska kandydatów opozycji. Kampania Komitetu Obywatelskiego prowadzona była bardzo skutecznie, z wykorzystaniem m.in. znanych artystów, rozpowszechnianiem licznych materiałów informacyjnych. Opozycja w pełni wykorzystała też czas antenowy na kampanie w radiu i telewizji. Uruchomienie 9 maja „Gazety Wyborczej” ogromnie wsparło akcję wyborczą opozycji. Niektóre ośrodki opozycyjne wystąpiły w wyborach z własnymi kandydatami. Najliczniej KPN, 16 kandydatów do Sejmu i 6 do Senatu. Podobnie uczyniły także inne grupy, wspierane m.in. przez Ryszarda Bendera, Janusza Zabłockiego, Władysława Siłę-Nowickiego czy Kazimierza Świtonia. Była to pod pewnymi względami sytuacja ułatwiająca walkę polityczną calej opozycji, gdyż aparat bezpieczeństwa musiał znacznie więcej sił poświęcić na inwigilację i nękanie także tych działaczy, szczególnie że wielu z nich, szczególnie z KPN, ocenianych było jako większe zagrożenie niż kandydaci KO. Także PZPR postanowiła konkurować o dodatkowe miejsca w Sejmie, zgłaszając bezpartyjnych kandydatów blisko związanych z komunistyczną partią, np. Jerzego Urbana. Łącznie wystawiono ponad 300 takich kandydatów. Wspomnieć należy także o najbardziej krytycznie nastawionej części opozycji, z silnym ośrodkiem w Gdańsku, nieakceptującej rozmów z komunistami i układów z nimi. Wzywała do bojkotu wyborów. Była to m.in. „Solidarność Walcząca”, czy Grupa Robocza Komisji Krajowej NSZZ „Solidarność”. Środowiska te domagały się odsunięcia PZPR od władzy i całkowicie wolnych wyborów. Hasła bojkotu wspierały też niektóre grupy młodzieżowe, co najmocniej ujawniło się w manifestacjach w Krakowie 16-18 maja, w których wzięli udział m.in. działacze NZS, KPN, Federacji Młodzieży Walczącej i WiP. PZPR i jej sojusznicy nie potrafili przed wyborami uniknąć wewnętrznych konfliktów. Najmocniej ujawniły się przy zgłaszaniu kandydatów do Senatu. PZPR sama zgłosiła aż 187, ZSL 67, a SD 67, co razem ponad trzykrotnie przekraczało listę miejsc i wywołało oczywiście zmniejszenie szans kandydatów koalicji. Rywalizacja i spory pojawiły się też przy ustalaniu list kandydatów partyjnych do Sejmu. Dodać też należy, że część kandydatów partyjnych już podczas kampanii deklarowała, że będzie wspierać „Solidarność”.

Frekwencja wyborcza 4 czerwca wyniosła 62.3 proc., co uznano za słabą, ale późniejsze wieloletnie doświadczenia pokazały, że była po prostu przeciętna. Wyniki wyborów zostały uznane za sensacyjne i za ogromne zwycięstwo „Solidarności”. Ze 161 miejsc niepartyjnych do Sejmu juz w pierwszej turze kandydaci „S” wzięli 160, a Andrzej Wybrański z Inowrocławia wywalczył swój mandat dwa tygodnie później. W wyborach do Senatu „S” wzięła w pierwszej turze aż 92 mandaty, a ośmiu kandydatów, którzy nie uzyskali 4 czerwca wymaganej większości głosów, przeszło do drugiej tury. Siedmiu z nich uzyskało mandaty. „Solidarność” straciła więc tylko jeden mandat w Senacie. Jednak prawdziwą sensację zawierały szczegółowe dane. Do Senatu kandydaci koalicji zyskali poparcie tylko 17 proc. głosujących, przegrali więc w sposób wyjątkowo dotkliwy. Tylko nieliczna grupa najbardziej znanych kandydatów partyjnych do Senatu przekroczyła tę średnią, a tylko jeden zdobył więcej niż 30 proc. głosów. W wyborach do Sejmu z listy koalicyjnej wymaganą większość głosów w pierwszej turze zdobyli tylko trzej kandydaci, jeden z PZPR (Marian Czerwiński) i dwoje z ZSL (Władysław Żabiński Teresa Liszcz), zawdzięczając ten sukces poparciu „Solidarności” w swoich okręgach. Pozostałych 296 kandydatów partyjnych miało zdobyć mandaty dopiero w drugiej turze, ale ogromne znaczenie miało też to, że definitywnie przepadli, nie wchodząc do drugiej tury, liczni pierwsi sekretarze komitetów wojewódzkich, wysokiej rangi urzędnicy i wojskowi. Jednak największym ciosem dla władz była klęska listy krajowej. Z 35 wysokiej rangi partyjnych notabli tylko dwóch (Mikołaj KozakiewiczAdam Zieliński) uzyskało wymagane 50 proc., a ściślej odpowiednio 50,9 oraz 50,7 proc.). Dodajmy, że oceniano, iż największą rolę w „ocaleniu” tych kandydatów odgrywał fakt, że ich nazwiska umieszczone na dole listy po prostu przypadkowo uniknęły części skreśleń. Pozostali kandydaci otrzymali od 38 proc. do 49,9 proc. czyli dość dużo, ale za mało aby wejść do Sejmu. Zgodnie z obowiązującą ordynacją 33 mandaty powinny pozostać nieobsadzone.


dr hab. Mirosław Golon



Dyrektor Oddziału Instytutu Pamięci Narodowej w Gdańsku
W artykule wykorzystano przede wszystkim opracowanie Antoniego Dudka, Reglamentowana rewolucja. Rozkład dyktatury komunistycznej w Polsce 1988-1990, Kraków 2004 oraz materiały z zasobów IPN w Gdańsku.
Ciąg dalszy w następnym numerze „Magazynu”




©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna