Kontekst teoretyczny do podstawowego tekstu: Seminarium Instytutu Socjologii uw 9 marca 2010



Pobieranie 427.53 Kb.
Strona1/7
Data07.05.2016
Rozmiar427.53 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7
Kontekst teoretyczny do podstawowego tekstu: Seminarium Instytutu Socjologii UW 9 marca 2010

Mikołaj Lewicki


Fragmenty pracy doktorskiej, Polski dyskurs transformacyjny w perspektywie teorii modernizacji i czasu, napisanej pod kierunkiem prof. dr hab. Mirosławy Marody

Hasło „No Future”, które pamiętam z mojego dzieciństwa, gdy pojawiało się ni stąd ni z owąd na warszawskich murach, obok zamazywanych haseł opozycyjnych, było malowane na murach Londynu, a później całej Zachodniej Europy jako symbol antyestabliszmentowego myślenia. Dopiero po wielu latach, właściwie niedawno zdałem sobie sprawę, że punkowskie „No Future”, narodziło się w świecie, którego przyszłość była tak pewna, jak nigdy nie była pewna w moim świecie. Bez względu na to, czy mowa o latach PRL-u, czy też o okresie po ’89.

Jeden z największych paradoksów, jakie próbuję opisać w swej rozprawie doktorskiej polega na tym, że w momencie, gdy przyszłość społeczeństw najbardziej rozwiniętych była najbardziej pewna i gwarantowana przez model „welfare state”, nastąpiło gwałtowne załamanie myślenia o projektach przyszłości. Załamanie, które po roku ’89 zamieniło się w ideologię „końca historii”, a później – stało się zbiorową obsesją znikającej przyszłości i pełnego pośpiechu, pędu ku nieznanemu. Co zatem stało się z przyszłością – zarówno „polską”, jak i przyszłością społeczeństw późnej nowoczesności?

To właśnie wokół tego pytania o przyszłość, skoncentrowane są analizy mojej rozprawy doktorskiej. Punktem ich wyjścia jest dość oczywiste założenie, iż myślenie o przyszłości przebiega zawsze w pewnych ogólniejszych ramach interpretacyjnych. Przez dziesiątki lat to myślenie o przyszłości – zarówno w naukach społecznych, jak i w obszarze polityki - podporządkowane było próbom odkrycia „obiektywnych mechanizmów” zmiany, a tym samym podzielało ogólne cechy paradygmatu nowoczesności pojmowanego jako sposób myślenia i bycia (Bauman 2003, Wagner 1998). Dyskurs modernizacyjny, którego specyficzną odmianą jest dyskurs transformacyjny, osadzony jest na pewnych metateoretycznych fundamentach – przyjęciu założeń o możliwości obiektywnego poznania, które doprowadzi do stworzenia spójnego i całościowego obrazu rzeczywistości społecznej, a jeśli nie całościowego, to obiektywnego obrazu jednego z jej elementów (np. struktury społecznej, tożsamości narodowej, czy też podziałów politycznych). To zaś miało otworzyć możliwości kontroli rzeczywistości, dzięki przyrostowi wiedzy oraz ewolucyjności zmian społecznych.

W swej rozprawie próbuję wykazać, iż ramy dyskursu, oparte na paradygmacie „nowoczesności zorganizowanej”, w której ład społeczny opiera się na funkcjonalnym zróżnicowaniu, idei i instytucjach państwa narodowego oraz „welfare state” (Wagner 1994), stają się obecnie „gorsetem”, w którym coraz trudniej opisać zmianę społeczną dokonującą się nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Jak pokazuję, pojęcie modernizacji, centralne dla tego typu dyskursu, jest używane w zasadniczo dwóch znaczeniach: jako procesu „unowocześniania”, ciągłego „wytwarzania” i „konstruowania” nowoczesności, oraz jako procesu osiągania nowoczesności przez kraje, które zostały uznane za opóźnione, zacofane, bądź rozwijające się i „goniące” te najbardziej rozwinięte, a więc – jako drogi do nowoczesności. Poddając krytycznej analizie oba te znaczenia w pierwszej części mej rozprawy, odwołuję się do dwóch perspektyw myślenia:

- po pierwsze, do tych nurtów krytyki paradygmatu nowoczesności – reprezentowanych m.in. przez Becka, Giddensa, Luhmanna, Latoura, czy też Foucault - w których pojawia się problem obserwacji. Obserwacja ta jest zawsze zależna i uwikłana przez punkt obserwacyjny, co ogranicza „obiektywność” przyjmowanych w jej ramach wskaźników postępu, a także, prowadzi do przedefiniowania pojęcia kontroli. Peter Wagner mówi w tym kontekście o nowoczesności zorganizowanej jako modelu dyscyplinizowanych społeczeństw liberalnych i ten paradoks świetnie pokazuje, że im bardziej staramy się kontrolować społeczeństwo, by było w nim więcej wolności dla jednostek, tym bardziej staje się ono opresywne, a przede wszystkim – niepewne i pozbawione stabilności

- po drugie, odwołuję się do krytyki paradygmatu modernizacji jako pewnego modelu zmiany społecznej. Jeśli nie uniwersalnego, to przynajmniej konstruowanego w oparciu o uniwersalne wskaźniki oraz o przekonanie, że istnieje pewien uniwersalny wzorzec rozwiniętych społeczeństw. Sama konstatacja wielości modernizacji nie jest tu jednak punktem docelowym. Staram się pokazać, iż problem porównywania rozwojów jest problemem na wskroś temporalnym – jest porównywaniem dwóch ruchów. Pytaniem podstawowym staje się tu pytanie jakich ruchów: modelowego i imitującego, czy też wielu ruchów wzajemnie współzależnych?

Tak ukierunkowane rozważania teoretyczne nad nowoczesnością i modernizacją doprowadzają mnie do kwestii czasu społecznego jako sposobu obserwacji zmiany społecznej oraz takich procesów, których nie sposób zamknąć w uniwersalnych modelach. Innymi słowy, w drugiej części rozprawy proponuję, by przyjrzeć się zarówno owym ogólnym ramom interpretacyjnym, jak i samym dyskursom o zmianie społecznej, z perspektywy teorii czasu społecznego, rozwijanych coraz intensywniej w paradygmacie „późnej nowoczesności” (Adam 1990, Beck 2002, Giddens 2000, Wagner 1994, Luhmann 2008).

Krytyka nowoczesności z perspektywy czasu społecznego wymaga najpierw zdefiniowania czasu. Meadowskie pojmowanie czasu jako sposobu wiązania przeszłości z przyszłością, w teraźniejszości, rozwinięte, ale i twórczo wkomponowane w pojęcia procesu i struktury, w teorii Luhmanna oraz koncepcjach Helgi Nowotny, dotyczących „czasu laboratoryjnego” oraz „rozszerzonej teraźniejszości” pozwalają mi spojrzeć na fenomen pośpiechu oraz braku przyszłości z innej perspektywy niż ta, którą na ogół proponują krytycy „kultury instant”, antropolodzy badający tożsamość i jej rozpad, itd. Z tej perspektywy, problem czasu to problem redukcji złożoności, która nie pozwala pozbyć się problemu ryzyka. Ryzyka przeciwstawionego nie tyle bezpieczeństwu, lecz niebezpieczeństwu.

Inaczej mówiąc, późna nowoczesność wysuwa na plan pierwszy problem niepewności i niestabilności sposobów obserwacji oraz działania systemów i podsystemów społecznych. Czy mowa tu o problemie ekologicznym, czy też o współzależnościach między gospodarką a polityką lub kulturą, we wszystkich obszarach natykamy się na kwestię tego, że ludzka wiedza produkuje skutki uboczne – efekty działań ludzkich, które wymykają się kontroli społecznej. Nowoczesność starała się ich pozbyć poprzez ich eksternalizację, także poza czas – poprzez uznawanie pewnych zdarzeń i ich obserwacji, za nieprawdopodobne, niemożliwe, przeszłe, czy tradycyjne. Horyzontem, który to usprawiedliwiał miała być pewna i opanowana przyszłość.

W późnej nowoczesności, w której obecnie żyjemy, zaczynamy dostrzegać, iż zabiegi wokół kontroli przyszłości prowadzą do przepełnienia teraźniejszości informacjami i decyzjami. Stąd kategoria rozszerzonej teraźniejszości – jako sposobu, w jaki społeczeństwo nie chcąc definiować niepewności, stara się ją zakryć zabiegami, które mają ją wyeliminować teraz i w przyszłości. Przyjęcie perspektywy proponowanej przez Luhmanna pozwala dostrzec, że współzależności między podsystemami i systemami społecznymi są obecnie tak duże, iż czas porzucić myślenie o pewności i stabilności i przyjrzeć się temu, w jaki sposób możemy sobie inaczej poradzić z niepewnością. Z tej perspektywy problemy nie tylko o zasięgu globalnym, dotyczące np. zmian klimatycznych, ale i problemy rozwoju społeczeństw „modernizujących się”, jawią się jako problemy definiowania przyszłości. Przyszłości nieustannie obciążonej naddatkiem wielu możliwych scenariuszy, do których społeczeństwo powinno się przygotowywać, miast stawiać na kolejne konstrukty pewności, społecznej integracji, etc.

Konstatacja ta, zamykająca drugą część mej rozprawy doktorskiej, stanowi zarazem punkt wyjścia do części trzeciej, w której poddaję analizie polskie dyskursy transformacyjne. Skupiam się w niej na analizie dwóch modelowych sposobów myślenia o zmianie społecznej, ustanawiających dwa sposoby konstruowania przyszłości.

Pierwszy z nich to przyszłość zamknięta w paradygmacie modernizacji jako imitacji. Znajduje ona swój wyraz głównie w procesach transformacji gospodarczej, potocznie określanej jako „terapia szokowa”. Towarzyszący jej dyskurs startuje od pojęcia „normalizacji” - ma być tak jak na Zachodzie – lecz w swej istocie zmierza ku rewolucyjnemu czasowi, a jak staram się pokazać, de facto dokonuje rewolucji w strukturach poznawczych, która wrzuca polskie społeczeństwo w struktury czasu ponowoczesnego, z jego problemem zindywidualizowanej niepewności. W ramach tego dyskursu Polacy mają stać się przedsiębiorczymi jednostkami, zarządzającymi swym bezpieczeństwem. Państwo i społeczeństwo są w tej perspektywie myślenia raczej zagrożeniami niż zabezpieczeniami.

Drugi modelowy typ dyskursu, który poddaję analizie, przyjmuje wizję przyszłości zamkniętej w wyidealizowanej przeszłości republikańskiej wspólnoty. Wizja ta, obecna w dyskursie o IV RP, jest dla mnie ilustracją funkcjonowania w Polsce takich struktur temporalnych, które problem przyszłości rozwiązują poprzez zwrócenie się ku przeszłości. I to w podwójnym sensie, gdyż startują one od rewolucyjnego projektu rozliczenia się z przeszłością, rozdziału czystej wspólnoty od wspólnoty brudnej, zwanej także „układem”, by zmierzać do „normalizacji” znajdującej swój wyraz w wyobrażeniu Polski „illo tempore” – jako republikańskiej wspólnoty, nieskażonej podziałami społecznymi oraz postmodernistycznym relatywizmem. Paradoksalnie, to właśnie ten typ myślenia, przyjmującego, iż polską drogą do nowoczesności jest powrót do przeszłości – zarówno w postaci rozliczenia się z nią, jak i w postaci idealnego wzorca - pozwala lepiej dostrzec współzależności z otoczeniem polskiego społeczeństwa, niż miało to i ma miejsce w beztroskim przekonaniu o wspólnocie celów i interesów, patronującym myśleniu w kategoriach „terapii szokowej”.

Praca moja ma ambicje głównie teoretyczne. Uważam, iż bez refleksji nad poznawczymi ograniczeniami możliwości mówienia o ładzie społecznym oraz o rozwoju społeczeństw, nie sposób zrozumieć zmian w Polsce. Staram się jedynie zasygnalizować, iż dyskurs publiczny, choć trzyma się kategorii nowoczesnych, de facto mnoży kryzysy i wikła się w probelmy złożonych relacji między podsystemami społecznymi, takimi jak gospodarka, polityka, czy prawo i kultura. Dzieje się tak dlatego, iż miast „domykać” i stabilizować przyszłość, w istocie ją eliminuje. W moim przekonaniu, dopiero przyjęcie perspektywy, przy której widać, iż problemy polskie coraz trudniej dają się włożyć w gorset myślenia nowoczesnego, pozwala dostrzec, iż po roku ’89 społeczeństwo polskie zaczęło funkcjonować w czasie ponowoczesnym.

Czy jednak konstatacja, iż pod wpływem tego ponowoczesnego czasu przyszłość Polski znika, a wykorzystywane formy detemporalizacji – poprzez zamrażanie przyszłości bądź przeszłości - są coraz mniej skuteczne nie prowadzi po prostu do wniosku, iż podobnie jak w społeczeństwach rozwiniętych, mamy do czynienia z problemem prezentyzmu współczesnych kultur? Z jednej strony tak – rzeczywiście, stajemy przed pozornie tym samym problemem, przed którym stają społeczeństwa, które dyskusji o późnej nowoczesności nie unikają. Z drugiej jednakże, sam fakt, iż polski dyskurs kwituje wszelkie próby wyjścia poza paradygmat nowoczesności jako przejaw „postmodernistycznego bełkotu”, znacząco ogranicza możliwość dostrzeżenia, że nasza przyszłość jest dużo bardziej zależna od przyszłości „na zewnątrz”, niż od wewnętrznej przebudowy polskiego społeczeństwa, czy to w duchu liberalnym, czy republikańskim. Jeśli chce się budować projekt, to być może najpierw należy przyjrzeć się jego obecnym i potencjalnym ograniczeniom.



1.3. Redefinicja racjonalności porządku społecznego – „nowoczesność zorganizowana”

U podłoża myślenia o nowoczesności pojawił się szereg pytań dotyczących samego procesu zmiany. Po pierwsze, ze względu na samą dynamikę zmian (wystarczy tu wspomnieć o doświadczeniu rewolucyjnym), ład społeczny przestał być oczywistością. Doświadczenie rozpadu, wyrażane bardzo różnie – poprzez wykorzenienie, alienację, zerwanie, etc., skłoniło do zadawania szeregu fundamentalnych, jak się okazało, dla socjologii pytań: o warunki zmiany i stabilności poszczególnych społeczeństw, dynamikę wewnętrzną i zewnętrzną procesów społecznych, czy też wreszcie – możliwości kontroli procesów zmiany. Odpowiedzi na te pytania były, jak się wydaje, w większości optymistyczne bądź dające przynajmniej perspektywy na przyszłość. Wynikało to w dużej mierze z obserwacji rozwoju społecznego, poprzez coraz bardziej zinstytucjonalizowane, normatywizowane i abstrakcyjne „konwencje” (Wagner 2000: 31-35). Dopiero w XX wieku, w dyskursie o nowoczesności, rezerwa czy też nawet wątpienie w oświeceniowy porządek absolutny, oparty na racjonalnym ładzie wolnych jednostek, pojawiły się wątki wprowadzające ograniczenia i korekty do procesu rozwoju społecznego.

Tak więc, na przykład rynek przestał być traktowany jako naturalny mechanizm, regulujący relacje między jednostkami, w sposób wyłącznie racjonalny, prowadzący do uzgodnienia interesów partykularnych z interesem ogólnospołecznym, jakim był wzrost gospodarczy, a w efekcie – przyrost ogólnospołecznego dobrobytu. Dla Marksa, racjonalność rynkowa była wszechogarniającym procesem „subsumcji” wszystkiego tego, co nie utowarowione, zamiany relacji społecznych (urzeczowienie) i doprowadzeniem do dehumanizacji, już nie tylko stosunków produkcji, ale właściwie całej cywilizacji. Modernizacja kapitalistyczna była więc nieuchronna, wyniszczająca, ale jednocześnie była jedyną drogą do rewolucji i stworzenia nowego społeczeństwa, opartego na Wielkim Projekcie, który miałby doprowadzić do powstania societas perfecta. (Marks 1976; Flis 1989)

Gdy jednak z czasem okazało się, że prawa rynkowe mogą prowadzić do ograniczenia konkurencji – tworzenia się monopoli, napięcia zaś między poszczególnymi grupami społecznymi (ujęte w dychotomiczny podział między pracodawcami i pracownikami) tudzież między gospodarkami poszczególnych państw wymagają ingerencji państw, prawa rynkowe miały ulec korekcie. Doprowadziło to do stworzenia regulacji zapewniających demonopolizację, ale także określających normy relacji między pracodawcami a pracownikami. Normatywizacja pracy – jej czasu, warunków, sposobów wynagradzania, reprezentacji pracowniczej, etc. została włączona w regulacje rynkowe. Zmieniło to rozumienie efektywności przedsiębiorstw. Efektywna praca miała być możliwa wówczas, gdy zorganizuje się już nie tylko warunki pracy, ale także wypoczynku oraz zabezpieczenia podstawowych potrzeb pracowników. Przykładem tego typu myślenia był fordyzm (Bendix 2000).

Od czasu analiz Keynesa, kwestie skutków ubocznych działania rynku, w postaci, choćby bezrobocia, czy biedy przestały być zagadnieniami marginalnymi, lecz stanęły w centrum zainteresowania ekonomistów, dążących do optymalizacji funkcjonowania wolnych rynków (Landes 2000). Nie byłoby to możliwe bez refleksji nad konsumpcją i jej wzorcami. Tu także od lat dwudziestych XX wieku mieliśmy do czynienia z konwencjonalizacją, jak twierdzi Wagner (1994). Utowarowienie zastąpiło wymianę opartą na wykorzystaniu tego, co dziś nazwalibyśmy kapitałem społecznym, efektywność produkcji pozwoliła na ogromne zwiększenie dostępności towarów, a zatem ich umasowienie. To zaś doprowadziło do dwóch równolegle biegnących procesów: homogenizacji wzorców konsumpcji oraz indywidualizacji samej konsumpcji, przede wszystkim w oparciu o strukturalne zróżnicowanie społeczne (Bourdieu 2006; Inglehardt 1997).

Analiza wielu takich konwencjonalizacji doprowadziła Wagnera do sformułowania pojęcia „zorganizowanej nowoczesności” – takiej, która poprzez szereg konwencjonalizacji tworzy system społeczny składający się z wielu podsystemów rządzących się własnymi logikami, ale jednocześnie będących względnie autonomicznymi i często wchodzącymi ze sobą w szereg współzależności. Owe współzależności regulowane są abstrahującymi od kontekstu regułami, które definiują zasady partycypacji, działania i kontroli w danych instytucjach. Tu szczególnie ważnym opisem była zapoczątkowana przez Webera analiza biurokratyzacji. Zarówno dla niego, jak i kontynuatorów analizy nowoczesnych instytucji ten wymiar nowoczesności stanowi jej centralną właściwość, ponieważ z funkcjonowaniem nowych reguł w instytucjach powiązane są procesy kulturowe a przede wszystkim polityczne. Zasady określające granice polityczności, warunki uczestnictwa w niej, a także – zasady legitymizacji i reprezentacji (jako najbardziej istotnej kwestii politycznej) stały się więc granicami wyznaczającymi nie tylko porządek wewnętrzny państw narodowych, ale miały także - poprzez odniesienie do „innych” - regulować relacje z innymi społeczeństwami.

Syntezy pojęcia nowoczesności (zwanej przez niego Pierwszą Nowoczesnością) dokonał miedzy innymi Ulrich Beck, wskazując na jej sześć zasadniczych jej cech (Beck, Bonss, Lau 2003). Społeczeństwa nowoczesne są społeczeństwami państwa-narodu (1), skupionego na określonym terytorium, z dobrze zarysowanym porządkiem instytucjonalnym, definiującym państwo, ale także wyznaczającym ramy działalności dla przedsiębiorstw (sfery gospodarczej), w której powstały relacje między kapitałem a pracą, początkowo postrzegane jako z natury antagonistyczne, z czasem – jako sfera poddająca się koordynacji i regulacji. Jednocześnie relacje te zaczęły wyznaczać podziały grupowe – czy też lepiej powiedzieć – klasowe, na których ufundowany został porządek polityczny. Nie byłoby to możliwe bez stanowiącego ich podłoże płciowego podziału pracy, opartego na modelu nuklearnej rodziny, z asymetrią relacji między kobietą, a mężczyzną i upodmiotowieniem przede wszystkim, mężczyzny, jako pełnoprawnego i najpełniej korzystającego z wolności.

Indywidualizacja (2) tych społeczeństw – proces tworzenia jednostek, których status wyznaczany jest przez osiąganie, a nie przypisanie, oraz przez wolną wolę, także w tworzeniu wspólnot, grup i społeczności, regulowany jest poprzez instytucje – normy, wartości, regulujące relacje między nimi. To „społeczeństwa pracy” (3) [work-societies], w których dąży się do pełnego zatrudnienia (wykorzystania całej siły roboczej), które przyniesie najbardziej zracjonalizowany i zaplanowany system gospodarczy i społeczny. Przyroda (4) (natura) jest z jednej strony niewyczerpalnym substratem, czymś zewnętrznym wobec ładu społecznego, jednocześnie jest jego podstawą ze względu na wykorzystanie jej jako surowca w procesie rozwoju. Jej wykorzystaniu i regulacji relacji wewnątrz i na zewnątrz społeczeństwa ma służyć naukowa racjonalność (5), której rozwój rozumiany jest jako demistyfikacja tego, co do tej pory miało panować nad jednostkami (odczarowanie świata, ale jednocześnie – emancypacja). Wzrost złożoności relacji społecznych i instytucjonalnych jest rozwiązywany poprzez funkcjonalne zróżnicowanie (6) i powstanie względnie autonomicznych podsystemów, regulujących poszczególne zbiory instytucji i praktyk. Nie byłoby to skuteczne, zdaniem Becka, bez podziału na ekspertów i sferę, w której obowiązuje zdrowy rozsądek, z oczywistym prymatem wiedzy eksperckiej nad zdroworozsądkową.


4.2.4. Czas nowoczesności


Barbara Adam (2003) zaproponowała, by czas nowoczesności scharakteryzować poprzez „5 K” („5 C's”):



  1. kreację czasu wedle ludzkiego projektu

  2. komodyfikację czasu

  3. kompresję czasu

  4. kontrolę czasu

  5. kolonizację czasu.

Kreacja czasu na ludzką miarę” to nic innego jak czas linearny, który został „odkryty” przez Newtona, a następnie zuniwersalizowany i zeksternalizowany. Nie ma w nim Boga jako gwaranta teleologii. Mało kto obecnie pamięta, iż istniały, czy istnieją nadal inne sposoby oznaczania zmiany, bądź określania wymiarów czasu. Jak sugeruje Adam, stało się tak wówczas, gdy „czas światowy” zaczął być postrzegany wedle praw postępu, czy historii, jako logiki niezależnej od ludzkiego działania. A nawet jeśli zależnej, to nie tyle poprzez nadawanie sensu czasowi i jego wymiarom, ile poprzez zmienną ze swej natury interpretację pozycji wydarzeń, na jednej osi czasu. Kłócić się można na temat daty upadku Kartaginy czy śmierci Sokratesa, tudzież tego, czy to śmierć Cezara była początkiem końca Imperium Rzymskiego, czy też raczej dopiero później i nie tyle na skutek śmierci Cezara, ile na skutek szeregu poprzedzających ją wydarzeń, nastąpił wspomniany proces. Jednak nikt nie zakwestionuje odniesienia do astrologicznych miar czasu.



Komodyfikacja czasu jest konsekwencją struktury czasu światowego – jego abstrakcyjności i niezależności od kontekstu. Dodajmy jedynie, iż ta właściwość czasu wydaje się być najłatwiej wytłumaczalną, jeśli wziąć pod uwagę przyczyny, dla których czas na ludzką miarę stał się czasem wszechobecnym i dominującym. Czas utowarowiony przypomina medium komunikacji tak, jak opisywanym jest medium komunikacji w rodzaju pieniądza (Parsons 1968). Czas jako własność i jako abstrakcyjna jednostka pomiaru może być z powodzeniem stosowana niezależnie od kontekstu, co w świetle poprzedniego rozdziału doskonale pasuje do nowoczesnego ideału wiedzy. Poszczególne podsystemy społeczne – ekonomia, polityka, rodzina, czy nauka rządzą się własnymi formami zróżnicowania funkcjonalnego. Tworzą swe własne „społeczeństwa” (Luhmann 1989: 91-120). Tym, co pozwala skoordynować komunikację między nimi, jest odniesienie do czasu światowego – koordynacja komunikacji podsystemów, poprzez czas.

Jak już zostało to podkreślone, newtonowskie miary czasu jako przemierzania odcinka w przestrzeni pozwalają na kompresję czasu poprzez przyśpieszenie mierzonych procesów, odnajdujące swe dowody w coraz dokładniej odmierzanym czasie zegarowym. Technologiczny rozwój pozwala zatem skrócić czas potrzebny do zakończenia pewnego procesu i rozpoczęcia nowego. To właśnie kompresją czasu tłumaczy się przyśpieszenie, jak łatwo zauważyć w odniesieniu do opisanych na początku koncepcji „przyspieszenia wszystkiego”. Kompresja oznacza jednakże również to, iż procesy, które były od siebie oddalone zarówno przestrzennie, jak i czasowo, stają się sobie bliższe i coraz trudniej oddzielić wzajemnych współzależności między nimi. To tu z kolei jest miejsce na tłumaczenie paradoksu fragmentacji doświadczenia – skoro coraz trudniej oddzielić od siebie równoległe procesy, to znaczy, iż ich wzajemne współzależności są trudne do usunięcia z pola widzenia, trudne do zignorowania. Chodzi tu o taki typ ignorancji, jaki miewali fizycy, ucinając dziesiąte miejsce po przecinku, w pomiarach procesów, czy ekonomiści w mierzeniu relacji między walutami. Tymczasem procesy równoległe przestają być rodzajem „szumu”, który należy zredukować, by odkryć ważne związki przyczynowo-skutkowe, lecz stają się nieodłącznym elementem postrzegania procesów. Te obserwacje przysługują jednak już bardziej analizie ponowoczesności, o której nieco dalej.



Kontrola nad czasem jest kolejną, w świetle tego, co zostało już opisane, oczywistą właściwością czasu nowoczesności. Skoro czas ma być obiektywny i uniwersalny, to znaczy, iż można nim skolonizować wszystkie te przestrzenie (wszystkie te społeczeństwa), w których do tej pory tenże nie dominował. Ale kolonizacja czasem nowoczesności, odnosi się, zdaniem Adam także do procesów kolonizowania wymiarów przeszłości i przyszłości. Przeszłość, na podstawie teraźniejszego stanu wiedzy jest na nowo odkrywana i na nowo opanowywana, szczególnie w tych wymiarach, które do tej pory wydawały się być trudne do zrozumienia (współczesna znajomość etiologii chorób pozwala dokonać radykalnych reinterpretacji średniowiecza (problemu zarazy, na przykład), zaś projektowanie rozwoju społecznego zapewnia kolonizację wymiaru przyszłości.

Werner Bergmann (1983), opierając się głównie na koncepcjach Luhmanna, wskazuje na cztery podstawowe formy kolonizacji przyszłości. Pierwszą z nich są utopie, jako radykalnie różne od istniejących (teraźniejszych) porządków. Jednocześnie utopie są “przyszłością, która nie może się zacząć” - są nieosiągalnymi horyzontami myślenia i odnoszenia teraźniejszości, do przyszłości. Wedle Luhmanna (ale także w tradycji Szkoły Frankfurckiej), utopie przyszłości wyrażają społeczne nadzieje oraz obawy. Są zarazem narzędziem krytyki teraźniejszości. Sposobem budowania alternatyw dla tego, co wydaje się być pewne, konieczne czy naturalne (Bloch 1955; Mannheim 1992). Z kolei technologie oraz planowania orientują społeczeństwa ku temu, co na zasadzie ciągłości oraz wedle zastanej wiedzy, ma być pewne, dzięki rozwojowi technologii oraz poprzez planowanie. Tworzone są zatem stochastyczne równania, statystyczne wyliczenia prawdopodobieństwa oraz jasno zdefiniowane porządki przyczynowo-skutkowe, które mają pozwolić na zarządzanie przyszłością – jej kontrolę. Wreszcie kolejnym obszarem kolonizacji przyszłości poprzez czas nowoczesności stają się ubezpieczenia społeczne i kwestia bezpieczeństwa socjalnego. Kwestia pewności przyszłości przestaje być kwestią wyłącznie poznawczą, nabierając coraz bardziej wymiaru moralnego (uprawnienia), prawnego i instytucjonalnego. Bezpieczeństwo przyszłości populacji staje się domeną już nie tyle określonych grup (np. przedsiębiorców, od czasów “ekonomii społecznej”, czy też w modelu fordowskim), lecz przede wszystkim – politycznej reprezentacji – państwa i jego instytucji. Planowanie i statystyki zostają zaprzęgnięte w dokonywanie prognoz, perspektyw, a przede wszystkim – planowanie bezpieczeństwa przyszłości.

Jak zauważa Bergmann, tak wysokie wartościowanie bezpieczeństwa nie byłoby możliwe, gdyby nie rozwinęły się formy myślenia o perspektywach temporalnych (horyzontu przyszłości jako głównego odniesienia dla teraźniejszych decyzji i działań), unaukowionego (w formie pojęcia i modelu racjonalności) moralizowania na temat odraczania gratyfikacji. Pewność przyszłości, zawarta w pojęciu bezpieczeństwa staje się dla “zorganizowanej nowoczesności” niemal tym, czym był Eschaton dla społeczeństw opartych na wizji przyszłości jako wizji Sądu Ostatecznego. “Bezpieczeństwo socjalne będzie udziałem wszystkich” - bardziej lub mniej otwarcie brzmiała obietnica zorganizowanej nowoczesności.

Jednak równie ważną formą kolonizacji przyszłości były także rewolucje. Mając właściwości myślenia utopijnego, ideologie rewolucyjne przyjmowały jednocześnie niepewność oraz ryzyko jako punkt wyjścia do pewnej jasnej i radykalnej w swym odniesieniu do teraźniejszości wizji przyszłego społeczeństwa. Choć ufundowane na doświadczeniu zerwania z dotychczasowym porządkiem – na niepewności, rewolucje w gruncie rzeczy ograniczały niemal nieskończenie wielokrotną wizję przyszłego rozwoju społecznego do wizji emancypacji, poprzez rozszerzenie obszaru wolności. Wyzwolenie, paradoksalnie jednak, choć odwołuje się do braku ograniczeń, definicją tego, kto, jak i w imię czego ma być wyzwolony, jednocześnie pozwala opanować niepewność otwartego horyzontu przyszłości. A zatem – ją skolonizować.

Wymienione przez Adam “5 K”, jak się wydaje, dobrze podsumowują paradygmat czasu ilościowego, zobiektywizowanego w pomiarze zegara oraz eksternalizacji jego doświadczenia. A więc uznania, iż czas jest właściwością świata, niezależną od jego postrzegania. Wydarzenia mają przypisaną im pozycję na osi czasu. “Strzałka czasu”, czyli bieg czasu implikuje, iż owa pozycja jest nieodwracalna. Ale jednocześnie, owo ułożenie na osi czasu sprawia, iż można się „cofać” w czasie, chcąc odkryć przeszłość. Przeszłość jest więc jedna, a jej odkrycie jest aktywnością odkrywania, a nie wytwarzania, rekonstrukcji, etc.

Opis czasu nowoczesności, wedle Adam, de facto zamyka kwestie omówione poprzez pokazanie genezy czasu ilościowego, zarówno z perspektywy analitycznej (czas serii B), jak i historycznej – kolejnych przekształceń „czasu światowego”, tudzież współistnienia z nim innych form temporalnych.



8.4. Transformacja – modernizacja - postmodernizacja

Szczególnie po przystąpieniu Polski do Unii Europejskiej, głosy podsumowujące lata transformacji stały się niemal powszechne. Jednym z nich był głos Marka Ziółkowskiego, choć jeszcze antycypujący akcesję, bardzo charakterystyczny dla problematyzowania modernizacji, a starający się przedstawić logikę już nie tyle transformacji, co modernizacji Polski, w warunkach jej uczestnictwa, przynajmniej prawnego i instytucjonalnego w strukturze państw rozwiniętych – w Unii Europejskiej.


Choć transformacja – powtórzmy – została uwieńczona sukcesem, to oczywiste jest, że zmiany w społeczeństwie polskim dokonują się nadal. Zmienia się charakter gospodarki, następuje przejście od społeczeństwa przemysłowo-rolniczego do społeczeństwa postindustrialnego, usługowego, informacyjnego, dokonało się ekonomiczne, społeczne i kulturowe otwarcie na świat, przejście od ‘prowincji imperium’, do peryferii czy półperyferii światowego systemu gospodarczego czy kulturowego. Zmiany te można ujmować w kategoriach modernizacji, które to pojęcie jest genus proximum dla pojęcia transformacji.(...)

Dokonujące modernizacji społeczeństwo polskie jest w znacznej mierze grupą ‘naśladowczą’ w stosunku do społeczeństwa ‘przodujących’. Tak jak używało się pojęcia „transformacja imitacyjna', tak też można mówić o ‘modernizacji imitacyjnej’. (Ziółkowski 1999: 41)


Nie tylko więc chronologicznie późniejsze losy Planu Hausnera, ale także wcześniejsze głosy w dyskursie naukowym i publicznym ogłaszały koniec etapu transformacji – zmiany reformatorskiej, która przyniosła normalność. „Normalność” jako pojęcie porządkujące typ dyskursu zaczęła się jednak już na początku lat 90-tych, gdy przestano mówić o „bezkrwawej rewolucji”, a zaczęto o „koniecznych reformach”.

Kiedy więc stało się jasne, iż o rewolucji roku 1989 nie może być mowy, na placu boju pozostał dyskurs o powrocie do normalności. Kwestią sporną pozostało jedynie, jak i w jakim porządku łączyć ze sobą owe „bloki” zmian takie, jak wprowadzanie instytucji demokracji parlamentarnej, gospodarki wolnorynkowej, z rozwiniętym sektorem prywatnym i zredukowanym udziałem państwa i sektora publicznego w relacjach rynkowych, jak tworzyć nowe prawo, zachowując ciągłość z prawem sprzed 1989 roku, jak krzewić przedsiębiorczość i uczyć funkcjonowania w nowych warunkach społecznych i gospodarczych, czy wreszcie – jak regulować wzajemne relacje między owymi zmianami.

Z perspektywy najbardziej technologicznej wszystko zamykało się w trójcy - „stabilizacja [pieniądza], liberalizacja [gospodarki, szczególnie na poziomie mikro – decyzji konsumenckich i możliwości działalności gospodarczej], budowa instytucji [gospodarczych, politycznych, etc.]” (Balcerowicz 1997). Świadomość jednostek, nawyki i instytucje z natury swojej zmieniają się wolniej niż reguły rynkowe, tudzież następują co najwyżej na skutek decyzji politycznych, a nie równolegle z nimi. Dlatego też, znaturalizowane pozostają takie kwestie jak same reformy gospodarcze, definicja warunków początkowych, tudzież zależności miedzy gospodarką a innymi podsystemami społecznymi. Te ostatnie stanowią de facto czynniki przyśpieszające, bądź częściej – spowalniające zmiany gospodarcze, które są także o tyle naturalne, że nieuchronne i zobiektywizowane.
Niektórzy obserwatorzy obarczają radykalną transformację gos­podarczą winą za polityczne komplikacje, jakie w toku tych przemian się pojawiają. Jest to typowy błąd w rozumowaniu według zasady post hoc, ergo proper hoc. Jest prawdą, że problemy gospodarcze rzeczywi­ście oddziałują na zachowania polityczne, a największym wyzwaniem, przed jakim stają kraje postsocjalistyczne, jest potrzeba utrzymania i umocnienia demokracji oraz doprowadzenia do końca procesu przechodzenia do kapitalistycznej gospodarki rynkowej. Zmiany poli­tyczne mają jednak również swoją własną dynamikę, określoną czynnikami pozaekonomicznymi, które w pewnych przypadkach są nawet ważniejsze niż czynniki ekonomiczne. Z pewnością tak właśnie było w Polsce, gdzie np. raczej niefortunne terminy wyborcze (wybory prezydenckie w 1990 r., tj. w pierwszym roku transformacji gospodar­czej, oraz wybory parlamentarne w 1991 r.) nie miały nic wspólnego z czynnikami ekonomicznymi. Ta ewolucja polityczna była, ogólnie rzecz biorąc, obiektywnym hamulcem reformy gospodarczej i można by nawet twierdzić, że korzystne wyniki gospodarcze uzyskano wbrew niej (Balcerowicz 1993b).

Zamiast oskarżać radykalną reformę o spowodowanie kom­plikacji politycznych, należałoby raczej uznać ją za czynnik, który umożliwia wykorzystanie specyficznego kapitału politycznego do posu­wania naprzód transformacji gospodarczej. (Balcerowicz 1997: 79)


Nic nie jest tak pewne, jak model gospodarki rynkowej w wersji neoliberalnej, jak można by wnioskować z tekstów już nie tylko Balcerowicza, ale także innych ekonomistów, a także dziennikarzy i komentatorów polskiej gospodarki (Gadomski 2004, Winiecki 2007).

Jednocześnie, projekt jaki Balcerowicz realizował, jako wicepremier dwóch rządów – „pierwszego wolnego rządu”, premiera Mazowieckiego i drugiego – premiera Buzka, miał cechy projektu rewolucyjnego, nazywanego przez samego autora – transformacją bliską maksymalnej prędkości – terapią szokową:


„Terapię szokową" w czystej postaci, tj. radykalne przejście do prywatnej gospodarki rynkowej, możemy określić jako takie prze­kształcenia, w toku których poszczególne procesy składowe przebiega­ją ze swoją maksymalną możliwą prędkością. Jak to zwykle bywa w przypadku kategorii „czystych", trudno znaleźć w rzeczywistości dokładny odpowiednik takiego typu przemian. Być może najbliższy byłby przykład Wschodnich Niemiec. ... Innym przykładem podejścia radykalnego są przemiany gos­podarcze realizowane w Polsce w latach 1990-1991. Były one przed­miotem wielu analiz, czasami wręcz karykaturalnych. Warto więc podkreślić radykalny, ale nie dogmatyczny charakter polskiej reformy gospodarczej. Była ona radykalna, albowiem wiele ważnych procesów przebiegało w tempie zbliżonym do maksymalnego, jednocześnie zaś nie była dogmatyczna w tym sensie, iż w pewnych dziedzinach, w których brak było niezbędnych warunków instytucjonalnych do wprowadzenia mechanizmów rynkowych i w których celowe wydawa­ło się zastosowanie przejściowych rozwiązań nierynkowych, z takiej możliwości skorzystano. (Balcerowicz 1997: 96)
To podstawowy paradoks polskiej modernizacji: zmiany, które były najbardziej radykalne- w sferze gospodarczej, nazwane transformacją gospodarki, a mające cechy zmian rewolucyjnych, o czym będzie jeszcze mowa - pozostały niemal natychmiast uznane za część naturalnego porządku III Rzeczypospolitej. Natomiast zmiany w innych sferach – choć w owym dyskursie także uznane za z gruntu reformistyczne, a nie rewolucyjne, budziły szereg wątpliwości oraz dylematów, obecnych w dyskursie publicznym oraz naukowym. O tyle więc jest transformacja „powrotem do normalności”, o ile nie mówi się o radykalnych zmianach gospodarczych i nie próbuje powiązać ich ze zmianami w innych podsystemach społecznych. Dlatego też takie terminy jak „kapitalizm zaprojektowany” („capitalism by design”) w intencji ich twórców miały wskazywać na paradoksy, a w efekcie okazywały się dobrymi etykietami, które miały określać na wskroś, jak chcieliby tego ich zwolennicy, racjonalne i naturalne procesy rozwoju.

Paradoks tego typu myślenia o zmianie polegał także na tym, że instrumentem wprowadzania zmian, mających przynieść endogennie i spontanicznie wykształcający się porządek społeczno-gospodarczy miało być państwo. Ale jednocześnie udział państwa w gospodarce był od początku uznawany jako zło konieczne. Jego rola miała się sprowadzać do regulatora konfliktów społecznych, poprzez polityczne instytucje oraz regulatora reguł makroekonomicznych, które należało maksymalnie oddzielić od kontekstu politycznego. Docelowo – im mniej państwa w gospodarce, tym lepiej. Tymczasem w okresie transformacji potrzebne są reguły stanu wyjątkowego.



Zgodnie z duchem i zasadami myślenia o nowoczesności zorganizowanej, przyjęto perspektywę, w której najważniejsza jest odpowiedź na pytanie o relacje między podsystemami definiowanymi jako niemal „bloki” z opowieści sowietologów o sporach o władzę w ZSRR (blok przemysłowo-zbrojeniowy vs. blok paliwowo-energetyczny), nazywane w dyskursie „ładem instytucjonalnym”, gospodarką, „polityką”, bądź „sferą polityczną”, społeczeństwem lub grupami społecznymi, tudzież kulturą. Porządek synchronii szybko więc nabierał cech porządku diachronii, w którym rozważa się relacje między jednostkami układu na zasadzie odniesień do modelu i próbuje wypracować uzasadnienia bądź wytłumaczenia dla ewentualnych odstępstw od modelu. Czas jest zaś traktowany jako ograniczony zasób.

Mamy więc do czynienia z „pierwszym” „K” Barbary Adam – czas nabiera coraz bardziej wartości przeliczeniowej, łatwo go utowarowić. Oczywiście nie było to nowością po roku 1989. Pieniądz jako medium wymiany oraz stosunki pracy, które jak najbardziej oparte były na „studiach ruchu” istniały właściwie od tego samego momentu, jak w innych krajach Europy. Nowe natomiast jest ich „urynkowienie” i poddanie ekspansji rynku na nowe jak dotychczas dziedziny aktywności (podsystemy). Czas coraz bardziej stawał się pieniądzem, ale jednocześnie – mając swą wymierną wartość – stawał się jeszcze bardziej abstrakcyjny. A im bardziej abstrakcyjny, tym łatwiej przekładalny między podsystemami.

Ta przekładalność, jak zostało to już wcześniej przedstawione ma swoje ograniczenia, które stawały się coraz bardziej widoczne, gdy tłumaczenia w obrębie modelu oraz teorii tudzież nawet mniej naukowych koncepcji wymagały do sięgnięcia po elementy nie tyle abstrakcyjne, co odwołujące się do kontekstu. A ten – wraz z ze swoim specyficznym uspołecznienienm, niósł w sobie czas inny, niż światowy i abstrakcyjny „Standard Time”. Ilustracją konfliktów między wymiarami czasu – przestrzenią doświadczenia i horyzontem oczekiwań, a tym, w jaki sposób pieniądz jako medium wymiany transformuje czas w wartość przeliczeniową jest kwestia prywatyzacji. Oto na podstawie narzędzi ekonomicznych oraz kryteriów wyceny [accountability] wyceniane zostały nie tylko dobra trwałe i ruchome (takie jak surowce, grunt, maszyny, a nawet projekty przedsiębiorstw), lecz również „czynnik ludzki” - a więc sami pracownicy z ich umiejętnościami oraz oczekiwaniami. Owa wycena była zamianą czasu na pieniądz w podwójnym sensie: po pierwsze, zakładała, iż uabstrakcyjnienie wartości prywatyzowanego zakładu określi jego „prawdziwą wartość”, nie skrywaną pod żadnymi ideologiami, podobnie, jak terapia szokowa odkryła prawdziwe bezrobocie PRL-u, zdaniem Balcerowicza. Podział majątku prywatyzowanych przedsiębiorstw odbywał się wedle zupełnie nowej logiki, której nie rozumieli pracownicy zakładów, a szerzej – społeczeństwo.

Jak pokazuje Elizabeth Dunn, w książce „Prywatyzując Polskę”, to właśnie kryteria wyceny były czymś, co wprowadziło rewolucyjne rozumienie nie tylko pracy i wartości zakładu pracy, ale także rewolucyjnie wprowadzało konwersję czasu (doświadczeń pracowników oraz ich poczucie własnej wartości) na jednostki pieniężne (Dunn 2008). Po drugie jednak – wycena zakładała, iż pracownicy będą mieli kompetencje do tego, by stać się „udziałowcami”, a nie jedynie pracownikami przedsiębiorstwa. A zatem zakładała uwewnętrznienie nowych zasad, które wówczas były całkowicie niezrozumiałe dla pracowników prywatyzowanych przedsiębiorstw. Jeśli więc Spojrzymy na te dwa wymiary procesu prywatyzacji, okaże się, że utowarowienie czasu jest w Polsce procesem, który nie skończył się wraz z industrializacją i wprowadzeniem na ziemiach polskich walut oraz systemów pracy najemnej.”Rzeczywista wartość przedsiębiorstw” nie jest tym, co uznane za ich wartość przez społeczeństwo i pracowników prywatyzowanych zakładów..



Standaryzacja czasu w przypadku dyskursu „normalizacyjnego” polega na interpretacji zmian społecznych postrzeganych jako chaotyczne, poprzez „raster” społeczeństw nowoczesności zorganizowanej, a nawet – późnej nowoczesności.

Dobrym przykładem takiego procesu są wyjaśnienia zmian w postawach i świecie wartości, odnoszone wprost do koncepcji Inglehardta. Miast wedle liniowej ewolucji postaw i wartości, determinowanych przez takie uniwersalne czynniki jak demokratyzacja, wzrost gospodarczy, czy też religijność społeczeństw, społeczeństwo polskie nie tylko odchodzi o wartości postmaterialistycznych, na rzecz materialistycznych, w wyniku transformacji. Okazuje się, że przyczyn tego procesu szuka się w cechach „stałych”, kulturowych tego społeczeństwa. A więc powrót wartości materialistycznych tłumaczy się dziedzictwem komunizmu, a brak korelacji między statusem majątkowym a postawą indywidualistyczną – z kolei katolicyzmem (wartościami religijnymi), wyznawanym powszechnie przez Polaków. Wyższy status materialny nie wiąże się koniecznie z większym udziałem postaw i wartości postmaterialistycznych oraz z większą ich sekularyzacją. Tłumaczenie tej obserwacji jest odniesione do przeszłości, w której znajduje się wartości tłumaczące odstępstwa od normy. Przeszłość i teraźniejszość są tym samym temporalizowane, choć już niekoniecznie w obrębie i w logice teorii, która ma pokazywać w zasadzie proces zmiany wartości, i to w planie globalnym. Z kolei sam powrót do wartości materialistycznych przeczy podstawowej zależności teorii – między rozwojem gospodarczym, a demokratyzacją i „postmaterializacją”. Dla naszych rozważań ważne jest dostrzeżenie, iż po pierwsze – w tłumaczeniu zdetemporalizowanego wzorca, w którym czas jedynie wskazuje na punkt danego społeczeństwa w ruchu po jednej osi, pojawia się – poprzez wprowadzenie wartości ilustrujących przeszłość – wymiar temporalny. Po drugie, „powrót” do wytłumaczeń wartościami, niezamierzenie wprowadza przeszłość w interpretację, która od owej przeszłości, jako zestawu „starych” (tradycyjnych) wartości miała abstrahować.

Standaryzacja czasu, którą generują teorie powrotu do normalności, tudzież – prostej konwergencji, cechuje się jeszcze jedną, niemal logicznie wynikającą właściwością – determinizmem, który jest z kolei projektowany na przyszłość:
Naszym celem jest Zachód. Przy założeniu, że niski poziom GNP jest wymiernym wskaźnikiem ekonomicznego dystansu dzielącego Polskę od rozwiniętych krajów kapitalistycznych, brak klasy średniej można traktować jako sumaryczny wskaźnik socjologicznego dystansu. Chodzi tu o dystans mierzony poziomem zamożności, konsumpcji, stylu życia, odmiennych orientacji i postaw.” (Domański 2002a: 8)
A więc badania nad klasą średnią są jednocześnie wskazywaniem pozycji Polski na osi czasu światowego. Im mniej klasy średniej – tym dalej do rozwiniętych. Tego typu myślenie de facto wprowadza zatem wartościowanie „norma-dewiacja lub odstępstwo”, które pozwala definiować procesy zmiany społecznej w kategoriach „adaptacji”:
Występujący w latach 90. kilkudziesięcioprocentowy spadek poparcia dla nierówności dochodów, przy wzroście akceptacji dla polityki socjalnej rządu, jest zaprzeczeniem ideologii middle class. Niepokojące dla zwolenników klasy średniej może być to, że nie wzrosły skłonności do polegania na sobie; w porównaniu do lat 80. kształtowały się one nawet na nieco niższym poziomie, przy czym również odwrót od indywidualizmu deklarowanego w badaniach nastąpił wśród inteligencji i właścicieli firm, z którymi wiązano największe nadzieje. Można rzec, że w świadomości społecznej nie ma wyraźnych oznak adaptacji do zmian. (Domański 2002b: 45)
Przeszłość, jako „kolektor” starych wartości, które mają być stopniowo odrzucane, uporczywie wraca w postaci owych nawyków i strategii obronnych jednostek wobec zmiany, które naznaczane są jako nieumiejętność adaptacji. Przeszłość w tym sensie jest więc odrębnym światem, który nie ma racji istnienia, bądź też jest zbędnym elementem teraźniejszości.

Obok podstawowego rozróżnienia – norma-dewiacja, pojawia się drugie, które już powyżej – w analizie języka „naturalnych” praw ekonomii się pojawiał – na kolektyw i jednostkę. Tu znów, widać wyraźnie, iż umieszczenie rozwoju społecznego na osi czasu, pozwala na przypisanie „znaków” - wartościowanie poszczególnych wymiarów czasu. Kolektyw pełni w tego typu opisie rolę tego, co przynależy przeszłości. Jednostka – czegoś, co pojawia się w teraźniejszości, a w przyszłości stanie sie dominującą forma przeżywania świata:


Orientacje na sukces nie rozwiną się w Polsce, dopóki w świadomości społecznej nie umocni się podobny nakaz moralny i nie stanie się normą myślenie: 'musisz sam zadbać o swój los, bo system kapitalistyczny wynagradza tylko tych, którzy idą do przodu'. 'Polski sen' musi stać się jak 'amerykański', ostrzegawczym ośrodkiem kontroli. (Domański 2000: 158)

Oczywiście nie znaczy to, iż społeczeństwo – kolektyw są wartościowane negatywnie, jednak to perspektywa jednostki i jej czas stają się punktem odniesienia dla pomiaru rozwoju oraz dla opisywania samego procesu zmiany. Bo to właśnie bardziej lub mniej potocznie rozumiany indywidualizm staje się owym „rastrem rozwoju”, o którym pisał Koselleck.

Hierarchia wartości znajduje swe odbicie w „hierarchii” wymiarów czasowych. I choć te miały nie grać roli, stają się w istocie elementami budującymi pozorną synchronię. Przeszłość (= kolektyw + materializm + „stara” struktura społeczna) to wyznaczenie miejsca wartościom przez nią symbolizowanym, w „szeregu” ewolucji społeczeństw, zostawiających w tyle, to co nieadekwatne i niefunkcjonalne.

Warto tu odwołać się do przynajmniej jeszcze jednej ilustracji współzależności temporalnych pojawiających się w z pozoru zdetemporalizowanym wzorcu dyskursu normalizacyjnego. Podobnie jak w modelu modernizacji kulturowej, wedle Inglehardta czy Hofstede widać, iż niejednokrotnie przyjmuje się w tego typu myśleniu monokauzalny sposób tłumaczenia ludzkich zachowań: mamy normę i zachowanie ludzkie. Może ono być z nią zgodne lub nie; tertium non datur:


W warstwie formułowanych ideałów czy percepcji świata orientacje zawierać mogą pewne konkretne przekonania ściśle określone treściowo. Obejmują one jednak przede wszystkim pewne podstawowe kategorie wartościowania, rozpoznawania i odczuwania obiektów dostępnych percepcji czy wartościowaniu. Człowiek wszak może wtedy tylko uporządkować, zdefiniować, ocenić i odpowiednio zareagować na otaczające go obiekty bądź zdarzenia, kiedy potrafi podciągnąć je pod pewną ogólniejszą kategorię, zastosować pewne – niekoniecznie w pełni uświadamiane – reguły porządkujące rzeczywistość, pozwalające np. zaklasyfikować dane obiekty czy zdarzenia jako równoważne w pewnym aspekcie (np. percepcyjnym albo ewaluacyjnym). Tak więc w pojęciu orientacji zawierają się także pewne implicite przyjmowane reguły przetwarzania informacji o życiu społecznym. (Koralewicz, Ziółkowski, 2003: 16)

Jeśli ułożymy wartości w pewną hierarchię (zawieszając na razie pytanie o jej prawomocność), to okaże się, iż działania ludzkie układają się w dychotomiczne zestawy właściwości oraz przypadłości, niezależnych od historii i biografii:


Indywidualizm wiąże się zwykle z koncepcją ładu społecznego pojmowanego jako wypadkowa autonomicznych decyzji wielu podmiotów, ładu w którym występują obok obopólnie korzystnych form współpracy rozmaite formy konkurencji , a także konflikty, które pełnią często funkcję regulacyjną (Simmel 1975, Coser 1956). Kolektywizm natomiast wiązałby się raczej z pojęciem integracji, spójności, współzależności i harmonii. (Koralewicz, Ziółkowski: 30)
A zatem znów – przeciwstawienie kolektywizmu indywidualizmowi wydaje się być oczywistym i naturalnym sposobem opisu przejścia nowoczesnego. Tyle, że nie jest on osadzony w procesie zmian, a w reprezentujących go wartościach i wtórnie powiązanych z nimi wymiarami czasu. Wystarczy pomyśleć o tym, jak badają relację kolektywizm-indywidualizm Elias czy Mead, by uświadomić sobie, że zestawy właściwości postaw są arbitralne i kontyngentne. Mogą wynikać z danych (kon-)figuracji społecznych, w których np. indywidualizm jest wynikiem socjogenezy splecionej z psychogenezą, w niepowtarzalnym dla procesu cywilizacyjnego układzie. I to on może co najwyżej „wyprodukować” idealizacje odwołujące się do „godności” jednostki czy też samorealizacji (choć akurat ta forma, jak pokazuje Elias jest już stosunkowo nowa w dziejach społeczeństw nowożytnych; Elias 1991).

Teoriom detemporalizującym proces zmiany „ucieka” wymiar sprzężeń między normami oraz ich wzajemnych oddziaływań, nie w abstrakcji, lecz w konkretnych okolicznościach historycznych, w których ludzie zestawiają wymiary czasu, budując złożone formy jego przeżywania (vide nostalgia, o której poniżej). To zaś nie ma nic wspólnego z uniwersalnymi hierarchiami wartości. Przeszłość rozpada się na wiele dostępnych interpretacji, a przyszłość „nie może się zacząć”, bo odwołując się do napięcia kolektyw-jednostka, kontrola kolektywu jest uwewnętrzniana do tego stopnia, że przestaje być dla jednostki transparentna (Elias 1991, Foucault 1997, Bourdieu 2006). Przyszłość, choć wyznaczana świadomymi decyzjami, obarczona jest już nie tyle jasną ewolucją wartości, lecz okazuje się być „marmurkiem” - powiązaniem reprezentacji wartości z różnych porządków (Ziółkowski 1999). Polacy są zatem trochę nowocześni, a trochę ponowocześni – w jakim stopniu oraz z w jakich okolicznościach? - Tego myślenie „normalizacyjne” wedle modeli nowoczesności zorganizowanej zdaje się nie tłumaczyć. Tym bardziej, że zawodzą tu schematy przyporządkowania wartości do struktury społecznej czy demograficznej. Przeszłość tym samym nosi w sobie wiele scenariuszy, które mogą być aktualizowane w zależności od kontekstu. Tymczasem odwołując się do sposobu myślenia zawartego w koncepcjach klasy średniej, przeszłość w badaniach społecznych, opartych na metodologicznym indywidualiźmie wygląda nieco inaczej.

Jest to prosta ekstrapolacja tego, co obecnie oraz arbitralne przyjmowanie deklaracji respondentów, za zasadne bądź wątpliwe. W badaniach nad ubóstwem w Polsce, Henryk Domański, poszukując w teraźniejszości (badania) przeszłości – tego, na ile biedni obecnie wówczas byli biedni, przyjmuje ich odpowiedzi dotyczące stopnia deprywacji z powodu biedy za wiarygodne. A więc pytanie o wspomnienie bycia głodnym tudzież niewystarczająco ciepło ubranym ma ten sam status poznawczy i prawomocność deklaracji, jak stwierdzenie dotyczące teraźniejszości. W tym samym badaniu, tłumaczenie poczucia większej deprywacji w okresie transformacji jest tłumaczone następująco:
Uderzająca zgodność opinii: we wszystkich krajach wskazują one na pogorszenie się sytuacji życiowej. Trudno przeniknąć podłoże tych postaw, jednak wolno założyć, że oceniając własne warunki wystawiano również ocenę nowemu ustrojowi i władzy jako czynnikom odpowiedzialnym za całokształt dokonujących się zmian (Domański 2002b: 43)
Tym razem atrybucja motywacji i toku myślenia respondenta poddana jest innemu wartościowaniu, w którym atrybucje obserwatora (naukowca) są nadrzędne wobec atrybucji respondentów. Przeszłość znów „wchodzi tylnymi drzwiami” jako klucz do wytłumaczenia nieścisłości między modelem, a jego realizacją. Owa przeszłość nie jest jednak sposobem w jaki obserwowani o niej myślą i do czego im ona służy, lecz przeszłością z wprojektowanymi w nią wartościami.

Tego typu myślenie jednak trafia na problem w przypadku, który dla tej analizy jest zasadniczy – co zrobić gdy pojawiają się dwa (lub więcej) modeli dla jednej rzeczywistości?

Problem ten był już widoczny w przypadku badań w ramach pojęć i teorii Inglehardta. Rozwiązuje się go poprzez tłumaczenie odejścia rzeczywistości od modelu na skutek „bagażu” przeszłości, która wtarga do teraźniejszości. Nie chodzi tu o sam problem przeszłej teraźniejszości w teraźniejszej przeszłości (a zatem problem tzw. „prawdy historycznej”), lecz o sposób obserwacji: sam model (a więc zarówno jego adekwatność, jak i warunki możliwości jego realizacji) pozostaje nie poruszony. Nikt nie pyta się, czy strategie identyfikowane jako przeszłe nie są aktualne także w obrębie współczesności, (definiowanej także jako późna nowoczesność) nie tylko społeczeństw modernizujących się, bądź też – to co nazywane jest jako norma nie jest zdezaktualizowane w ramach porządku już nie nowoczesnego, lecz późnonowoczesnego, który ma współwystępować z nowoczesnym. Mówiąc mniej abstrakcyjnie – nie wiadomo, czy to co definiowane w społeczeństwie polskim jako właściwość społeczeństwa ponowoczesnego, w gruncie rzeczy takowym jest, już nie na podstawie przyporządkowania, lecz na podstawie rozumienia i samorozumienia działań przez społeczeństwo. Z kolei na poziomie modelu, krzyżowanie się właściwości (nowoczesnych i ponowoczesnych) nie pozwala na utrzymanie jasno wytyczonej, jednoliniowej drogi rozwoju. Dlatego też język nawet naukowy przybiera formy modalizacji z języka powinności: klasa średni „musi” się pojawić, społeczeństwo „musi” się dostosować, etc.

Podobny model myślenia znajdziemy w ocenie zachowań, które poprzez zestawienie wartości z wymiarami czasu, uznawane są za to, co niegdyś nazywano „wstecznictwem”:

Wydaje się, że konflikt osiągnął dynamikę trudną do opanowania. Jego rezultatem jest głęboka demoralizacja życia politycznego. Powrócił najgorszy populizm i nikczemny antysemityzm, słychać wzajemne oskarżenia o złodziejstwo i agenturalność. Jedni mówią o insektach, inni robią aluzje do rzekomego homoseksualizmu swych adwersarzy; jeszcze inni palą kukłę urzędującego prezydenta i posługują się najbardziej plugawymi oszczerstwami bez śladu dowodów.

Jest to walka o ten sam elektorat, podatny na ten sam typ argumentów; jest to walka wyniszczająca dla wszystkich ugrupowań wyrosłych z antykomunistycznej opozycji; dla urzędującego prezydenta i jego urzędu, dla parlamentu i opozycji parlamentarnej; dla Polski i polskiej demokracji. (Michnik 1993)



Kolonizacja przeszłości i przyszłości poprzez wartości, które należą do modelu normalizacji pozwala ustabilizować ład teraźniejszy poprzez wskazanie jego nieuchronności w dziejach przeszłych oraz pewność w przyszłości. Jak widać, operowanie wymiarami temporalnymi, z jednej strony „temporalizuje” cały model, wprowadzając w niego niejasności, z drugiej – pozwala na utrzymanie modelu, dzięki wytłumaczeniom odstępstw od niego jako lokalnych anomalii, które wynikają z przeszłości. A jej symptomy w teraźniejszości są jedynie niesprawnością adaptacyjną, która z czasem winna być przezwyciężona.

Odniesienie do abstrakcyjnego modelu zasłania także być może jeden z najważniejszych wymiarów tego typu obserwacji. Jeśli uznaje się determinizm dziejów oraz jednocześnie przyjmuje endogenne zmiany jako najważniejsze, by nie powiedzieć – jedynie istotne, traci się możliwość refleksji nad sytuacją, w której realizacja modelu zależy od hegemonii wyznaczających model, nie zaś wyłącznie woli modernizujących się.

Temporalność myślenia o transformacji jako powrocie do normalności jawi się w świetle tej analizy jako ruch od detemporalizacji będącej „strategią” analityczną, zakładającą czas światowy i jego pomiar do temporalizacji, pojawiającej się w momencie, gdy próbuje się wytłumaczyć anomalie lub też objąć nią szereg procesów, które identyfikowane są przez różne fazy jednego modelu – a więc - przez równoczesność nierównoczesnego.

„Czas laboratoryjny” pozwala więc na wprowadzanie zdetemporalizowanych struktur poznawczych w sytuacji, która - jak zostało to na początku przedstawione - charakteryzuje się szczególną wielością czasów. Wielością równoległych procesów, które wskazują na różne wymiary uspołecznienia w momencie, gdy społeczeństwo podlega gwałtownym zmianom. Analiza temporalności w tym sensie dostarcza informacji, jakie sposoby myślenia ową zmianę tłumaczą i co w ten sposób uprawomocniają. „Laboratorium historii” nie jest więc samo w sobie wyjątkowe w kontekście nowoczesności zorganizowanej. Nie jest wyjątkowa w niej rola naukowców i status wiedzy, która ma być niezależna od obserwatora. W kontekście tego, co wiemy o „czasie laboratoryjnym” i jego oddziaływaniu na warunki „naturalne” kwestia ingerencji w „naturę” jest nieco bardziej złożona. Na razie nie skupiając się na tym, co mówią nam „skutki uboczne” o samym procesie zmian, warto zwrócić uwagę na relacje temporalne obrazujące uprawomocnienie przyjęcia takiego, a nie innego modelu transformacji. W tym kontekście normalizowane (naturalizowane) stają się sposoby uprawomocnienia elity zmiany, która ma działać zgodnie z dziejową koniecznością i określa, co jest zgodne z drogą modernizacyjną, a co nie.

Operowanie „zamrożoną” przeszłością oraz przyszłością jako przeszłą teraźniejszością rozwiniętych pozwala stabilizować i uprawomocniać porządek modernizacji.

Ewentualne „skutki uboczne” z kolei – a więc to co „wystaje” spoza modelu, interpretowane są w kategoriach wiążących wymiary czasu z wartościami po to, by hierarchicznie określać relacje między wartościami oraz ustanawiać monokauzalne relacje, które prowadzą do, na pozór apodyktycznych wniosków.



Myślenie normalizacyjne ma także swą wersję krytyczną, która traktuje nieprzystawalność modelu do polskiej rzeczywistości już nie jako tymczasową anomalię, ale szuka w owych nieścisłościach elementów nowego ładu. „Niedokończona modernizacja” ma przede wszystkim trzy wymiary:

  • tezy o zatrzymanym rozwoju instytucjonalnym (Rychard 1996, Kolarska-Bobińska 1998, Mokrzycki 2000)

  • w konsekwencji – braku wykształconej równowagi interesów między grupami społecznymi

  • utrzymaniu przepaści między jednostką (obywatelem), a państwem – wyrażającemu się zarówno w postawie indywidualistycznego zatomizowania (Śpiewak 2001) lub też w wykształcaniu się ukrytych, zakulisowych mechanizmów obrony partykularnych interesów (Staniszkis 2000, Zybertowicz 2008, Śpiewak 2005, Krasnodębski 2005)

Dla niniejszej analizy, zasadnicze znaczenie ma przyjęcie z jednej strony – pewności co do samego wzorca modernizacji – a zatem – podważania drogi jego realizacji, tudzież obserwacji braku tożsamości współczesności zarówno z tym, co nazywane jest „starym ładem (ew. Systemem bądź układem), jak i z tym, co nowe.:
Polska przechodzi od roku 1989, zasadniczą transformację ustrojową. I to właśnie chyba spór o naturę i skutki tego procesu powoduje rosnącą popularność sądów, że mamy do czynienia z niejedną Polską. Po pierwsze bowiem, w sposób nieuchronny przychodzi tu na myśl odmienność między tym, co 'stare', a tym, co 'nowe'. Paradoksalnie zresztą, jak zauważyła kiedyś Elżbieta Tarkowska, waga dziedzictwa przeszłości rośnie wraz z zaawansowaniem samej transformacji. Będąc coraz bardziej w przyszłości, odczuwamy coraz silniej związki z przeszłością (Tarkowska 1995).(...) Po drugie okazało się, że okres przejściowy między 'starym', a 'nowym' wcale nie trwa bardzo krótko, przeciwnie, przedłuża się, a nawet do pewnego stopnia zaczyna się utrwalać, ukazując własną logikę, której nie można sprowadzić ani do logiki systemu starego, ani do logiki systemu nowego. (Rychard 2005: 112)
Andrzej Rychard, podobnie, jak Edmund Mokrzycki, czy też Marek Ziółkowski przyjmują, iż w obliczu takiego zróżnicowania form porządku społecznego i jego nieoczywistości, szczególnie w odniesieniu do wzorca (społeczeństw zachodnich), w Polsce trudno mówić o „rostowowskim” samoczynnym rozwoju społeczno-gospodarczym. Krytyczne oceny pojawiają się wówczas, gdy badacze nie patrzą wyłącznie na „obiektywne” wskaźniki rozwoju, lecz obserwują „jakość” instytucji oraz starają się zwrócić uwagę na niedorozwój Polski, z perspektywy krajów rozwiniętych. Nie wynika to z ich wrodzonego pesymizmu, lecz z przyjęcia, iż rozwój społeczny i zmiana mogą być możliwe wówczas, gdy w społeczeństwie rozwijają się mechanizmy współzależności (np. interesów grupowych) nie dające się opisać w kategoriach jednostkowych deklaracji, zasobów czy cech. W dyskursie dotyczącym gospodarki, szczególnie publicystycznym, poszukiwano „koła zamachowego” gospodarki, typując jej kolejne gałęzie, lub wskazując na rolę inwestycji zagranicznych, a w naukach społecznych poszukiwano „agenta zmiany” (Mokrzycki 2000), który dążyłby do zakończenia transformacji, osiągnięcia celu – stworzenia nowoczesnego społeczeństwa i stałby na straży porządku społecznego tak, jak klasa średnia stoi na straży społeczeństw demokratycznych, wedle modelu typowego dla nowoczesności zorganizowanej.

Tymczasem jednostki zaczynają funkcjonować w paru, krzyżujących się logikach, układach, wedle różnych strategii, które w modelach często występują rozdzielnie lub charakteryzują „trajektorie” zachowań reprezentantów jednej kategorii, a nie są używane przez tych samych, dobierających zachowania do okoliczności, gdy ich zachowanie nie jest spójne w ramach uogólnionych wzorców postępowania.


Jak wynika z badań Richarda Rose'a i Christiana Haerpfera, ludzie starali się czerpać dochody z wielu źródeł utrzymania. Ta 'wielość portfeli', jak określają to zjawisko autorzy, obejmowała m.in. pracę zarobkową, pomoc niezarobkową, udział w gospodarce nieformalnej, różnego rodzaju zasiłki. Wedle tych badań przeciętna liczba 'gospodarek', w których uczestniczyła jednostka w badanych krajach wynosiła 3,7 (Rose Haerpfer 1993, 29). Z kolei z badań realizowanych przeze mnie wynikało, że rodzice pytani o preferowaną przyszłość dla swojego dorastającego potomstwa stosunkowo często wymieniali (łącznie) pracę w sektorze państwowym i prowadzenie prywatnego biznesu (Rychard 2005: 123)
Działania Polaków pozbawione są spójności, gdyby starać się „złożyć” obserwacje i dane, wytwarzane w ramach jednego paradygmatu – socjologii ilościowej, ale i tej, która dokonuje analiz w odniesieniu do mechanizmów integracji (vide Luhmann). Tego typu myślenie doprowadza Rycharda i wielu innych obserwatorów modernizacji do rozważań nad „wielowarstwowością” obserwowanej rzeczywistości społecznej.

Pojawiły się więc diagnozy mówiące o „pęknięciach”, o niejasnej strukturze instytucji, o układach, które od razu zostały określone jako kapitalizm polityczny nomenklatury. W następstwie tego – myślenie w kategoriach dualistycznych: sceny i kulisów (polityki), dwóch Polsk (wygranych i przegranych), Polsk dwóch prędkości, etc.

Właściwie od połowy lat 90-tych, do roku 2005 mamy do czynienia z krytyką transformacji, obecną głównie w dyskursie naukowym oraz prawicowym dyskursie publicznym, opartą na przekonaniu, iż rzeczywistość mija się z modelem, do którego Polska miała zmierzać. Diagnozy są bardziej lub mniej krytyczne, jednak nie tyle wobec celów i niepożądanych efektów, rozważając możliwości ich osiągnięcia, ile raczej poszukują „hamulców”, „barier”, „chaosu, który jest zinstytucjonalizowany”, etc. W dyskursie transformacyjnym pojawiają się paradoksy, które trudno wyjaśnić na bazie modelu modernizacji jako konwergencji i to w takim najbardziej „technologicznym” wydaniu – jako wprowadzenie „Świętej Trójcy” - stabilizacji, liberalizacji oraz budowy instytucji. Pojawiają się więc takie określenia jak „kapitalizm bez kapitalistów”, „władza bez polityki, polityka bez władzy”, społeczeństwa postmaterialistycznego z dominacją wartości materialistycznych.

W tym więc sensie – dostrzegania problemu złożoności rzeczywistości, którą coraz trudniej zamknąć w jednym modelu nawiązującym do nowoczesności zorganizowanej, poprzez przyjęcie epistemologii reprezentacji oraz przekonanie, iż wiedza o społeczeństwie przynosi jego kontrolę oraz zapewnia obiektywność poznania – krytycy powrotu do normalności w istocie dekonstruują swój własny paradygmat myślenia. W jego miejsce pojawiają się formy synkretyczne. Szuka się kategorii, które zastąpią brakujące wymiary społeczne – klasy, mechanizmów integracji, w takim kształcie, w jakim dotychczas się ich używało.

Standaryzacja czasu miała pozwolić na wprowadzenie przejrzystych reprezentacji regulacji między podsystemami. Wiadomym miało się stać, kiedy wprowadzać reformy gospodarcze, a kiedy – polityczne, co regulować, a co pozostawić prawom wolnego rynku. Nie było więc mowy o centralistycznym planowaniu. A przede wszystkim – punktem odniesienia stały się działania jednostki, nie zaś relacja między państwem a społeczeństwem (kolektywem). Najmodniejsze hasła wyborcze odwoływały się do obietnicy lepszego świata już w nowoczesności, po dotarciu do niej - chodziło o „wyzwolenie energii Polaków”, stworzenie klasy średniej, wybór przyszłości, etc.

Raster pojęciowy opisu zmiany zbudowany był zatem wokół ewolucyjnie rozumianej, jednoliniowej i w gruncie rzeczy całkowicie przewidywalnej sekwencji zdarzeń. Gdy pojawiły się symptomy „pęknięć” owego rastra, zaczęto poszukiwać sposobów powiązań modeli ułożonych sekwencyjnie (przyszłych teraźniejszości, wg. teorii nowoczesności zorganizowanej) w teraźniejszości, poprzez wskazywanie, iż to co przyszłe już częściowo realizuje się obecnie.

I tak Marek Ziółkowski, w cytowanym już tekście o przejściu ponowoczesnym, twierdził, iż polskie społeczeństwo jest poddane trzem równolegle się odbywającym procesom, które wcześniej były fazami ewolucji społeczeństw nowoczesnych. Owe fazy to:


  • wczesna nowoczesność (oparta na dominacji klasy średniej i etyce produktywności)

  • późna nowoczesność (w której dominuje „riesmanowska” zewnątrzsterowność i konsumpcja)

  • ponowoczesność (wobec zaspokojenia konsumpcyjnego, które jednak nadal się rozwija, następuje przejście ku wartościom post-materialistycznym, zmienia się wymiar władzy, która niejako „skomercjalizowana” i odcieleśniona staje się władzą uwodzenia i jest rozproszona)

Podsumowaniem współwystępowania tych trzech faz jest następująca konstatacja:
W dzisiejszej Polsce olbrzymią rolę odgrywają interesy transgresyjne i wartości naśladowcze, wywodzące się z prób imitacji jednocześnie wszystkich tych trzech faz, które przecież pod wieloma względami wyraźnie się sobie przeciwstawiają.(Ziółkowski 1999: 44)

Dostrzeżenie konfliktu zasad nie skłania jednak do przemyślenia sposobu ewentualnych powiązań, tudzież sensowności tego typu zestawień. Stąd stwierdza się, iż w społeczeństwie po prostu funkcjonują owe trzy typy (fazy), dzięki (po-)nowoczesnej, zglobalizowanej gospodarce. Wskazanie na gospodarkę, jako sferę, która może mieć kluczowe znaczenie dla zrozumienia owych zaskakujących powiązań nie prowadzi jednak do refleksji nad nią. Ryzyko życia w zindywidualizowanym, urynkowionym świecie jest dla Ziółkowskiego ryzykiem związanym z możliwością zaspokajania potrzeb, ułożonych niczym w hierachii Maslowa. Tym samym, Ziółkowski, niczym teoretycy późnej nowoczesności dochodzi do problemu złożoności społeczeństwa, ale trzyma się w istocie porządku, w którym jest twarda rzeczywistość społeczna i natura ludzkich potrzeb. Co więcej, sposób myślenia Ziółkowskiego zawiera w sobie charakterystyczne dla nowoczesności zorganizowanej, postrzeganie niepewności jako stanu wskazującego na niebezpieczeństwo (a nie ryzyko, rozumiane tak, jak proponuje się w późnej nowoczesności). Niepewność jest wiązana ze strategiami indywidualistycznymi, przenoszonymi na poziom dyskursu o wartościach (które są obserwowane przez naukowca, miast obserwowanych aktorów), a nie – tego, jak to jednostki rozumieją swe działanie oraz w jakie ramy je wpisują.


Wobec niepewności otoczenia i zagrożenia dotychczasowych standardów i wzrostu ryzyka dopuszcza się więc mnogość celów i sposobów postępowania. Należy walczyć o swój los wszystkimi możliwymi metodami, od produktywnej przedsiębiorczości, przez szukanie ułatwień i spokoju, aż po niewychylanie się i zapewnienie sobie przynajmniej minimum. W tej dziedzinie zdaje się obowiązywać zasada anything goes, a stare strategie przystosowawcze z epoki 'realnego socjalizmu' współwystępują ze strategiami nowymi podporządkowanymi regułom i możliwościom stwarzanym przez nowy ład ekonomiczno-społeczny (Ziółkowski 1999: 231)
Efektem jest w tym wypadku „umoralnienie” terminu anything goes, pierwotnie określającego postawę poznawczą, a nie stosunek do wartości (Fayerabend 1996), w której właśnie najistotniejszym elementem jest sposób obserwacji rzeczywistości i jego prawomocność. Zestawienie dwóch strategii działania – z przeszłości ('realnego socjalizmu') i z przyszłości (postmodernistyczne antyhing goes) nie prowadzi do określenia tego, w jaki sposób takie zestawienie jest możliwe, na ile trwałe oraz jakie są jego źródła, lecz wiedzie ku wartościowaniu. Brak koncepcji powiązania przeszłości i przyszłości w teraźniejszości sprawia, iż odwołując się do przykładów Ziółkowskiego, rozważającego jednostkowe strategie działania, przede wszystkim w sferze gospodarczej, umykają choćby różnice (teoretyczne i opisowe) między tym, co nazywane było pasywnością jednostek poddanych totalitarnemu zniewoleniu (paradygmat myślenia w kat. homo sovieticus), „kombinowaniem” - a co w analizach Kornaia, można by odnieść do umiejętności operowania w podwojonych strukturach (partii i instytucji publicznych – przedsiębiorstw, instytucji rządowych, etc.), przy wykorzystaniu zasobów obu oraz transferów między nimi, która to zasada stopniowo przenoszona była na inne obszary działania społecznego (Narojek 1991) , a skończywszy na „przedsiębiorczości” jednostek, (np. Polaków) po roku 1989 (Skąpska 1998).

Powyższa analiza, oprócz ukazania porządku temporalnego w dyskursie normalizacyjnym, miała także zilustrować ograniczenia i paradoksy, jakie w myśleniu według paradygmatu zorganizowanej nowoczesności się pojawiają. Powróćmy zatem do perspektywy zaproponowanej w późnej nowoczesności tak jak próbuje to uczynić Ziółkowski, należy najpierw zrefleksywizować swój własny punkt obserwacyjny. A zatem zastanowić się, jaki jest status poznawczy oraz ograniczenia tworzonych konstrukcji, które rzeczywistość społeczną mają wyjaśniać. Jak się wydaje, ograniczenia poznawcze, jakie wiążą się z dwoma typami dyskursu transformacyjnego, przedstawionymi powyżej skłaniają do refleksji nad nie tyle tym, czy rzeczywistość jest bardziej złożona niż jej opisy (co sugeruje podejście wyjaśniające rozpad modelowego podejścia do opisu społeczeństwa polskiego), lecz czy sposób wiązania „obrazów” społeczeństwa w trakcie procesu jego zmiany jest adekwatny. To w niej odkryjemy, iż ujmowanie całego porządku społecznego jest krokiem karkołomnym (Latour 2005), choć nie znaczy to, iż niemożliwym (Luhmann 1989, Habermas 2001, Beck 2002, Giddens 2000). Jeśli chcemy opisać, na przykład nachodzące na siebie elementy z różnych porządków modelowania społeczeństw, tak jak próbuje to uczynić Ziółkowski, należy najpierw zrefleksywizować swój własny punkt obserwacyjny. A zatem zastanowić się, jaki jest status poznawczy oraz ograniczenia tworzonych konstrukcji, które rzeczywistość społeczną mają wyjaśniać. Jak się wydaje, ograniczenia poznawcze, jakie wiążą się z dwoma typami dyskursu transformacyjnego, przedstawionymi powyżej skłaniają do refleksji nad nie tyle tym, czy rzeczywistość jest bardziej złożona niż jej opisy (co sugeruje podejście wyjaśniające rozpad modelowego podejścia do opisu społeczeństwa polskiego), lecz czy sposób wiązania „obrazów” społeczeństwa w trakcie procesu jego zmiany jest adekwatny.





Pobieranie 427.53 Kb.

  1   2   3   4   5   6   7




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna