Kontekst teoretyczny do podstawowego tekstu: Seminarium Instytutu Socjologii uw 9 marca 2010



Pobieranie 427.53 Kb.
Strona4/7
Data07.05.2016
Rozmiar427.53 Kb.
1   2   3   4   5   6   7

10. 1. Oczekiwania wobec przełomu


Na podstawie analiz tematyzujących kwestię bezpieczeństwa i indywidualizacji, możemy postawić dwa pytania:

Jak możliwe było odtworzenie świata, gdy z większości relacji „wypadło” państwo? Takie pytanie wypadałoby zadać, gdy myśli się o analizach Narojka, dotyczących socjalistycznego welfare state. Doświadczenie PRL-u postawiło w szczególnie intensywny sposób napięcie między społeczeństwem, a państwem. Tymczasem nowe reguły, już nie tylko gospodarki, budowały ład na napięciu między państwem i społeczeństwem, a jednostką. Z jednej strony, jak zostało to przedstawione w poprzedniej części, państwo implicite wiązało się z blokowaniem reform, z niebezpieczeństwem opanowania żywiołu zmian (rewolucyjnych) przez aparat państwa (biurokrację, grupy interesu, etc.). Z drugiej, to przedsiębiorcza jednostka była przeciwstawiana roszczeniowym grupom społecznym i społeczeństwu homini etaticus.

Jaki ład powstał w miejsce chaosu normatywnego i braku bezpieczeństwa społecznego? - można by spytać się próbując kontynuować tropy analityczne Mirosławy Marody. W dyskursie krytycznym wobec normalizacji mieliśmy do czynienia z myśleniem o barierach i niemożliwościach stworzenia nowego ładu, o „utraconej dynamice”. W tym kontekście, okres przed rokiem 1989 zachowuje ciągłości z okresem transformacji. Staje się to przedmiotem namysłu, generującego myślenie o IV RP. Nie ma jednak w tym dyskursie miejsca na refleksję współzależności między gospodarką, a społeczeństwem i polityką. Być może z wyjątkiem analiz Jadwigi Staniszkis, główny nurt krytyki normalizacji skupia się na kwestiach politycznych oraz na ewentualnym traktowaniu poszczególnych podsystemów gospodarczych, bądź grup społecznych w obrębie kategorii, które im odpowiadają. Gdy pisze się o rolnictwie, raczej nie rozważa się kwestii problemów światowych rynków artykułów spożywczych i ich ewentualnego wpływu na przyszłość rolników. Gdy pisze się o demokracji i partiach politycznych, raczej nie pisze się o współzależnościach między rozwojem rynków kapitałowych oraz drobnej przedsiębiorczości, a zmianami struktury społecznej. Chyba, że mowa o grupach interesu, które zatrzymały modernizację.

Jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych Narojek pisał, wskazując na napięcia między tworzeniem się demokracji a tworzeniem kapitalizmu:


Żeby zaś uniknąć destabilizacji społeczeństwa w okresie przebudowy, również działanie mechanizmów rynkowych winno być miarkowane i dostosowane do wytrzymałości ludzi nie nawykłych dotąd podlegać bezwzględnemu przymusowi ekonomicznemu. (Narojek 1996: 221)

Dyskurs radykalnego powrotu do normalności przeczył słowom Narojka o tyle, że jak się okazało, zmiany o maksymalnym wektorze przyśpieszenia zostały dokonane, zaś ład demokratyczny utrzymany. Można zatem się spytać, co takiego sprawiło, iż wobec tak dramatycznych zmian, dyskurs transformacyjny w Polsce utrzymał swą prawomocność i dominację w wersji radykalnego powrotu do normalności?



10.2. Kapitalizm jako podstawa transformacji


„Powrót do normalności”, jak to już zostało przedstawione zakładał, iż zmiany społeczne po roku 1989 miały być oparte na stworzeniu stabilnego systemu gospodarczego, opartego na gospodarce wolnorynkowej oraz demokracji jako formie porządku politycznego. „Naturalizacja” zmian gospodarczych sprawiła, iż w dyskursie transformacyjnym, jak się wydaje główne spory toczyły się o kształt demokracji – porządku politycznego. I na porządku politycznym skupia się gros analiz dotyczących transformacji. Powstanie kapitalizmu w Polsce, jego legitymizacja oraz funkcjonowanie zaś stało się domeną głównie ekonomistów. To kategorie z dyskursu ekonomicznego i to o określonej jego wersji – ekonomii neoklasycznej zdawały się i zdają nadal wyznaczać prawomocność analiz funkcjonowania gospodarki wolnorynkowej w Polsce (Kochanowicz 2007).

Starając się wskazać na możliwość innej obserwacji zmiany społecznej w Polsce po roku 1989 warto jednak spojrzeć na zmiany gospodarcze oraz ich implikacje społeczne poprzez aparat pojęciowy proponowany w tej rozprawie – a więc poprzez kategorie związane z koncepcjami czasu społecznego. Choć analiza przekształceń gospodarczych oraz definiowanie kapitalizmu w Polsce po roku 1989 wymagałoby oddzielnych rozważań lub też znaczącego rozszerzenia niniejszej analizy, warto podjąć wysiłek zrozumienia zmian społecznych z perspektywy tego, w jaki sposób podsystem gospodarczy tworzy współzależności z innymi podsystemami oraz jakie wymiary temporalne w nim się pojawiają, a które obecne są w dyskursie na temat sfery gospodarczej w Polsce. Interesować w dalszej analizie będzie nas szczególnie zmiana w wymiarze pracy i rynku pracy jako tych elementów podsystemu gospodarczego, które stały się przedmiotem analiz wskazujących na sytuację społeczeństwa polskiego przed przełomem roku '89. Kwestia oczekiwań oraz bezpieczeństwa (zarówno w sensie bezpieczeństwa egzystencjalnego, jak i bezpieczeństwa jako kategorii percepcji) wydają się być dobrą ilustracją dla zrozumienia zmiany społecznej.

Paradygmat nowoczesności zorganizowanej oznacza, iż podsystemy społeczeństwa funkcjonalnie zróżnicowanego to systemy względnie izolowane – wykonujące swe obserwacje i działania w oparciu o podstawowe selekcje (kody i programy) pozwalające na rozpoznanie systemu i jego otoczenia (Luhmann 1982). Upraszczając i używając innego języka niż z teorii Luhmanna, tworzą one swą racjonalność, która pozwala na utrzymanie systemu oraz komunikację z innymi. Dzięki oczekiwaniom, zawartym w rolach społecznych, możliwa jest komunikacja wewnątrz systemu i z jego otoczeniem. Podsystem ekonomii, selekcjonując wedle kodu płaci/nie płaci (w starszej wersji - własność/brak własności) porządkuje swą „rzeczywistość”. Racjonalność gospodarki rynkowej opiera się na zasadzie, iż komunikację w gospodarce regulują kwestie oczekiwań co do płatności, regulowane na wolnym rynku. Rynek dokonuje regulacji, miast centrum (np. państwa). Taka racjonalność została uznana za bardziej efektywną i bardziej... racjonalną w konkurencji między radykalną formą nowoczesności zorganizowanej komunizmu, a kapitalizmem Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych.

W dyskursie powrotu do normalności państwo nie tylko stało się elementem szkodzącym regulacjom wolnego rynku, ale stało się antytezą tego drugiego. Choć nowoczesność zorganizowana w wersji kapitalistycznego welfare state nie zakładała wcale takiej redukcji funkcji państwa, w „powrocie do normalności” racjonalności wolnorynkowej został nadany paradygmat neoliberalny. Im mniej państwa, tym lepiej. Nie miejsce tu, by analizować implikacje takiego założenia (czy też trafność takiej generalizacji dla całej polskiej gospodarki), ale warto zatrzymać się na kwestii deregulacji gospodarki, a szczególnie rynku pracy, bo to właśnie na rynku pracy, wycofanie się państwa z relacji, o których pisał Narojek oznaczało radykalną ekonomizację tego, co było „zdezekonomizowane”.


Deregulacja rynku pracy to w jej czystej formie - „ograniczenia prawnych form kontroli rynku pracy” (Frieske 2003, 12).
Szerzej, jest to „usuwanie ograniczeń w swobodnym działaniu rynku pracy (Gregg, Manning 1997, 395), zwiększenie swobody działania podmiotów gospodarczych i zmniejszenie państwowej regulacji w dziedzinie zbiorowych stosunków pracy (Wiśniewski 1999, 37). Odpowiednio do wymienionych wcześniej form regulacji rynku pracy, kierunki deregulacji obejmują reformy zwiększające role sił rynkowych i swobodę działania podmiotów w zakresie systemu zabezpieczenia społecznego, płac minimalnych, ochrony stosunku pracy i uprawnień związków zawodowych. (Kwiatkowski 2003: 19)
Można przyjąć, iż dwie generalne przesłanki stały za postulatem deregulacji rynku pracy: przekonanie o racjonalności działania wolnego rynku i jego samoregulacji oraz niechęć wobec biurokracji, jako elementów starego porządku, zdetemporalizowanego w wyobrażeniu biurokracji jako rzeczywistości niemal wyłącznie socjalistycznego welfare state. Deregulacja miała oznaczać i wciąż w dyskursie normalizacyjnym oznacza, iż bardziej efektywne i racjonalne są takie formy kooperacji między pracodawcami a pracownikami, a także między podmiotami gospodarki, które pozostawiają maksimum decyzji w rękach stron zawierających kontrakty, kodujących wedle zasady płaci/nie płaci. Oczywistością w dyskursie normalizacyjnym było przyjęcie, iż deregulacja oznacza zwiększenie efektywności całej gospodarki. A zatem prowadzi do rozwoju społeczeństwa, poprzez zwiększenie się jego dobrobytu. Przeszłość – czyli socjalistyczne welfare state jest tu synonimem nieracjonalności. Państwo oraz regulacje prawne, w dużej mierze powstałe w owej odmianie welfare state oznacza biurokrację, skrępowanie przepisami oraz generowanie kosztów w miejscu, gdzie porozumienie stron miałoby zapewnić najefektywniejsze rozwiązanie. Jak pisze Mieczysław Kabaj,
Deregulacja to niemal magiczne słowo, powtarzane codziennie w mediach opanowało ono umysły ekonomistów, rodząc nadzieję na rozwiązanie problemów, których przyczyny leżą jednak głównie w sferze polityki makroekonomicznej: wzrostu gospodarczego, popytu, inwestycji, stopy procentowej, kursu walutowego i importu bezrobocia (Kabaj 2003: 69)
Kabaj jednocześnie próbuje zdiagnozować polski rynek pracy pod względem jego elastyczności.

Po pierwsze zauważa, iż jeśli elastycznością jest kwestia ruchliwości zatrudnionych (zwalniania i zatrudniania na umowy o pracę), to warto zwrócić uwagę, iż dotyczył ów proces w roku 2003 3,5 mln pracowników, na 10 mln pracujących.


W 2001 r. pracodawcy zwolnili ponad 470 tys,. Pracowników, co oznacza, że wypowiedzenie z pracy otrzymało w każdym dniu roboczym blisko 1,9 tys. pracowników. Czy to mało czy dużo, czy istotnie rynek pracy jest bardzo sztywny – jak twierdzą pracodawcy, niektórzy ekonomiści, politycy i publicyści – skoro w każdym roku prawie 3-3,5 mln osób zmienia pracę na nieco ponad 10 mln pracowników najemnych.(Kabaj 2003:72)
Po drugie, maleje ilość wypowiedzeń (ze strony pracowników), zaś stale rośnie – ilość zwolnień, co wskazuje na to, iż regulacje mające przynajmniej w dyskursie normalizacyjnym wskazywać na spętanie pracodawców, de facto dają dość dużo swobody.

Można więc powiedzieć, iż deregulacja rynku pracy, choć postulowana w formie coraz bardziej zdecydowanej, już ma miejsce na polskim rynku pracy. Istotne tu jest to, iż taki typ deregulacji przenosi i ma przenosić komunikację z poziomu grup społecznych tudzież podmiotów takich jak państwo – przedsiębiorstwa, na poziom indywidualnych porozumień i ustaleń. Polacy mają samodzielnie pracy szukać, a państwo winno zapewniać minimum ochrony warunków pracy oraz przestrzegania reguł stabilizujących zasadę kontraktu tudzież efektywności wymiany gospodarczej.

Analizy deregulacji rynku pracy zdają się nie tylko dekonstruować przekonanie, iż polski rynek pracy jest sztywny, lecz także wskazują na nieoczywistość związku między regulacjami prawnymi i kontrolą państwa, a efektywnością gospodarki (Winczorek 2003).

Nie to jednak jest najbardziej istotne dla tej analizy. Chodzi tu raczej o wskazanie zasady organizującej ten dyskurs – odpowiedzialność za relacje jest przenoszona z centrum na podmioty gospodarcze oraz na prawo jako ramy wymiany ekonomicznej.

Deregulacja implikuje, iż ograniczenia szeregu uprawnień (np. płacy minimalnej, zasiłków, w przypadku bezrobotnych, roli związków zawodowych) spowodują naturalną regulację rynku, poprzez zmianę zachowań jednostek: zaczną one być bardziej aktywne i mniej roszczące, gdy okaże się, że „koszty” pozostania bez pracy, bądź utrzymywania przywilejów są wyższe, niż potencjalne profity wynikające z udziału w dynamicznie rozwijającym się rynku. Stoi za tym w istocie zasada odroczonej gratyfikacji - mniej pomocy teraz, by w przyszłości czerpać większe profity (a jednocześnie zmniejszać obciążenia państwa). Tyle, że jest to założenie dotyczące już jednostek, które mają ową zasadę uwewnętrznioną, wraz z przekonaniem, iż działania w obrębie instytucji przyniosą spodziewane efekty (gratyfikację).

Wedle tej samej zasady została przeprowadzona reforma systemu emerytalnego. Pieniądze mają zmierzać za ubezpieczonym – być „znaczone” jego indywidualną efektywnością (zarobkami). Reforma miała przede wszystkim zapewnić przetrwanie systemu ubezpieczeń w obliczu zmian demograficznych oraz zwiększyć jego efektywność, tudzież także sprawiedliwość (związanie wysokości benefitów ubezpieczeń z indywidualnymi wkładami do systemu ubezpieczeń). Znów, warto tu zwrócić uwagę na nieoczywistość związków między racjonalnością reformy, a jej skutkami dla rynku pracy:


Reforma emerytalna wprowadziła dla pracowników silne zachęty do uczestnictwa w rynku pracy, nie zwiększyła natomiast bodźców do zatrudnienia dla pracodawców. Obniżenie składki emerytalnej, które mogłoby takie bodźce uruchomić, nie było możliwe z powodu obecnych, a tym bardziej przewidywanych w przyszłości (przy uwzględnieniu procesów demograficznych), kosztów zabezpieczenia emerytalnego. W związku z tym należy się spodziewać, że pracodawcy będą nadal chcieli ograniczać socjalne koszty pracy przez zatrudnianie nieformalne lub stosowanie form nietypowych. Takie ich działania spowodują ograniczenie ochrony emerytalnej osób w ten sposób zatrudnianych. (Czepulis-Rutkowska 2003:112).
Efektem powyższych procesów jest zatem przeniesienie odpowiedzialności za funkcjonowanie na rynku pracy oraz za swe bezpieczeństwo w przyszłości, na jednostki. Oczywiście dotyczy to w różnym stopniu, różnych grup społecznych, jednak zasada przeprowadzania zmian wydaje się tu dość czytelna. Deregulacja zakłada przeniesienie ciężaru podejmowania decyzji o aktywności na jednostki, ponieważ mają one uwewnętrznione zasady odroczonej gratyfikacji. W imię profitów w przyszłości, wyrzekają się uprawnień dziś. I są stosunkowo pewne, iż owe profity na nie czekają.

Jeśli powrócimy do opisów kwestii bezpieczeństwa oraz oczekiwań wobec siebie, innych oraz wobec państwa, przedstawionych tu w analizach Wincjusza Narojka oraz Mirosławy Marody, to warto zwrócić uwagę na to, iż to państwo przestało być gwarantem bezpieczeństwa egzystencjalnego w takim stopniu, w jakim było nim w socjalistycznym welfare state. Wydaje się to być oczywistością. Szczególnie jeśli dodamy, iż implicite przyjęto, że percepcja bezpieczeństwa będzie rosła wraz z większą racjonalnością decyzji gospodarczych, zwłaszcza na poziomie mikro – zawieranych kontraktów, umów o pracę, etc.

O tym, iż założenie nie musi być tak naturalne, jak normalność transformacji, wspomina Kazimierz Frieske, podsumowując analizy kwestii deregulacji rynku pracy:
W sumie wypada stwierdzić, że jeśli wyłania się z tych tekstów jakakolwiek wspólna teza, to ma ona przede wszystkim charakter przestrogi mówiącej, że nawet gdyby miało być tak, iż z deregulacją rynku pracy warto wiązać rozmaite nadzieje na poprawę jego kondycji – co wcale nie jest takie pewne – to i tak może się łatwo okazać, że to, co chcielibyśmy mieć za sukces, dotkliwie boli – tyle, że już poza polem całej operacji (Frieske 2003: 13)
Frieske sugeruje więc, iż trudno dostrzec efekty zmian gospodarczych, ograniczając się do analiz ekonomicznych czy prawnych (choć i te wydają się wskazywać na nieoczywistości założeń ekonomii neoklasycznej). Nie chodzi tu o wykazywanie ograniczeń i problemów związanych z redukcją złożoności, jakiej dokonuje się w nowoczesności zorganizowanej, lecz raczej o wskazanie na logikę zmiany. W dyskursie ekonomicznym deregulacja definiowana jest jako niezbędny proces, zgodny z założeniem liberalizacji rynku. Efekty ekonomiczne tego procesu są postrzegane poprzez przyszłość modernizacji według modelu mającego prowadzić do konwergencji. Odniesienia do gospodarek rozwiniętych uzasadniają decyzje deregulacyjne, bo deregulacje w gospodarkach rozwiniętych mają być przyczyną ich rozwoju. Społeczeństwo ma być więc beneficjentem zmian gospodarczych.

Jak zatem realizowana była i jest owa zmiana polegająca na zmianie sposobu regulacji relacji między podmiotami gospodarczymi – organizacjami oraz jednostkami na rynku? Logiką zmiany jest tu indywidualizacja, która jest sposobem redukcji złożoności także w podsystemie gospodarki. Te operacje, które do tej pory były zapośredniczone przez centrum (podejmujące decyzje) przenoszone są na poziom lokalny lub indywidualny. Tym samym problem, przed jakim stanęły społeczeństwa nowoczesności zorganizowanej – koordynacji działań przez centrum, znajduje swe rozwiązanie w równoczesnym do gospodarek rozwiniętych, budowaniu modelu neoliberalnego w Polsce. Przyszłość społeczeństwa przechodzącego modernizację staje się w ten sposób zbieżna z teraźniejszością i teraźniejszą przyszłością społeczeństw rozwiniętych. Zmiany gospodarcze ponownie mają więc stać się „awangardą” innego projektu nowoczesności, już nie zorganizowanej, lecz nowoczesności późnej (Wagner 1994). Deregulację gospodarczą można wszak uznać, za proces dekonwencjonalizacji – kryzysu dotychczasowego sposobu budowania instytucji. W tym kontekście, projekt modernizacji w Polsce po roku 1989 był oparty na rozwiązaniu kryzysu nowoczesności zorganizowanej. Choć wszystko wskazuje, na poziomie dyskursu normalizacyjnego, czy nawet rewolucyjnego (z jego „Autostradami...”), iż przed nami „normalna” nowoczesność zorganizowana, w istocie tworzymy ponowoczesność „zdezorganizowaną”, można by upraszczając rozwinąć myślenie Petera Wagnera (Wagner 1994)

Aby uchwycić zmianę modelu nowoczesności w obrębie podsystemu gospodarczego i wskazać na jej implikacje dla zmiany społecznej, przy zastosowaniu aparatu wypracowanego w tej analizie, warto skoncentrować się na problemie ryzyka, bezpieczeństwa oraz horyzontu oczekiwań. To one zaprowadzą nas do odpowiedzi na pytanie – co się dzieje z horyzontem przyszłości, gdy odrzucić obserwację w paradygmacie zmiany modernizacyjnej jako imitacji bądź rewolucji.

10.3. Przełom roku 1989


Jak się wydaje, można w tym miejscu postawić hipotezę, iż przełom, z perspektywy percepcji niepewności nie był tak wielkim przełomem. Niepewność jako nieprawdopodobieństwo komunikacji pozostaje problemem aktualnym i wartym analizy, jeśli próbuje się zrozumieć proces zmiany społecznej w Polsce po roku 1989. Przełom tego roku był jedynie nową formą niepewności (nieprawdopodobieństwa) komunikacji. I to właśnie w sposobie komunikacji w czasie wyraża się nowy rodzaj niepewności oraz sposobów na jej redukcję.

Badania nad kulturą gospodarczą w Polsce wskazują na ważne tropy, które jak się wydaje, mogą dostarczyć na razie hipotetycznych obserwacji, już nie z poziomu dyskursu publicznego (choć i w nim „ślady” takich sposobów obserwacji społecznej znajdziemy), lecz w dyskursie dotyczącym rynku pracy oraz zarządzania, szczególnie w przedsiębiorstwach.

Oczekiwania społeczne wobec nowych przedsiębiorstw, nowych pracodawców, a w gruncie rzeczy – wobec całej gospodarki były określane przez pracowników jako wyobrażenie w pełni racjonalnej organizacji, która w doskonały sposób potrafi wiązać ze sobą interesy i oczekiwania jednostek, z interesami i rozwojem organizacji. Świadczy o tym mowa o legitymizacji „kapitalizmu bez kapitalistów” (Szelenyi, Townsend 1998). Choć reguły ekonomicznej racjonalności były na ogół akceptowane, jednocześnie sami kapitaliści (przedsiębiorcy) byli postrzegani jako główni beneficjenci, niejednokrotnie działający wbrew interesom ogółu czy też nawet wówczas, gdy reguły racjonalności były wymieniane obok zasadności utrzymywania państwowych etatów (Gardawski 1999). Po latach życia w absurdalnych regułach, nadejść miał czas działania w instytucjach mających jasno określone reguły oraz przejrzyste współzależności między rolami, jakie się miało podjąć w fabryce, biurze, czy sklepie (Dunn 2008; Ost 2007).

Respondenci badań jakościowych, prowadzonych nie tylko zresztą w Polsce, w przedsiębiorstwach z kapitałem zagranicznym oraz nowych przedsiębiorstwach prywatnych podkreślają, iż owo oczekiwanie było po części nierealistyczne (Lewicki 2007). Po części zaś wskazują, iż racjonalność „ścieżki kariery” wraz ze wzrostem doświadczeń wypierała refleksje i takie struktury myślenia, które zakładały wspólnotę interesów i celów między jednostką, a przedsiębiorstwem, czy szerzej - instytucją. Doświadczeni pracownicy mówią o własnym rozwoju, co najwyżej na jego tle wskazując na procesy dotyczące całej organizacji, w której funkcjonują. Nierealistyczność oczekiwań z kolei miała wynikać z trzech nakładających się obserwacji. Po pierwsze, okazało się, iż interesy organizacji często przegrywają z interesami partykularnymi. Po drugie, Polacy nie byli w stanie dostrzec logiki skali globalnej w organizacjach operujących w Polsce. Kupno droższych niż przeciętnie, w Polsce surowców, czy materiałów i ich import zdawały się być bezsensowne w obliczu potencjalnych oszczędności na poziomie organizacji (filii) w Polsce. Horyzont ekonomii skali globalnej był niedostrzegalny. Po trzecie – i co być może najważniejsze – okazało się, iż coraz częściej Polacy spotykają się z nowymi formami kształtowania relacji w pracy. „Partnerstwo” i „luźna rozmowa” zastąpić miały polecenia i hierarchiczne relacje z przełożonymi. „Team spirit” miał zastąpić jasne reguły podziału pracy i odpowiedzialności. Wreszcie nowe metody zarządzania, takie jak „Total Productivity Management”, „Six Sigma”, etc. oparte były nie na sztywnych regułach i sformalizowanej strukturze, lecz otwierały na zupełnie inne sposoby kształtowania relacji w organizacji.

Te „nowe formy rządomyślności”, o czym poniżej, wprowadzały dezorientację wśród polskich (wschodnioeuropejskich) pracowników i przeczyły ich horyzontowi oczekiwań dotyczących racjonalności. Jednym z dostrzegalnych efektów niezgodności horyzontu oczekiwań z teraźniejszością był proces indywidualizacji – obserwacji otoczenia przez jednostki w kategoriach własnych perspektyw i celów oraz odchodzenie od oczekiwań wobec organizacji, instytucji na których organizacje zostały zbudowane czy wobec kolektywu (innych pracowników, menedżerów, etc.). Współzależności, kształtowane przez nowe formy zarządzania i zasady funkcjonowania w organizacji, odwoływać się zaczęły do innego typu zarządzania, niż ten, który byłby zgodny z modelem nowoczesności zorganizowanej. Aby przedstawić tę różnicę, należy odwołać się do opisywanej w poprzednich częściach pracy, koncepcji wskazującej na związki między kształtowaniem się myślenia i dyskursu o urządzaniu społeczeństwa - „rządomyślności”, zaproponowanej przez Michela Foucault.

10.4. Indywidualizacja ryzyka


Stosunkowo abstrakcyjne stwierdzenie Luhmanna dotyczące selekcji ryzyko/zagrożenie (zamiast bezpieczeństwo/ryzyko, charakterystyczne dla nowoczesności zorganizowanej) można odnaleźć w analizach dyskursu związanych z „rządomyślnością”. Ten ostatni to termin stworzony przez Michela Foucault w jego analizach biowładzy. Mówiąc najkrócej rządomyślność [franc. gouvermentalite, ang. governmentality) to sposób zarządzania społeczeństwem – myślenia o nim w kategoriach populacji, której głównym zadaniem jest przetrwanie i rozwój. Rządomyślność, zdaniem Marka Kurowskiego można rozpatrywać na trzech planach „troski”: 1. o siebie (vide analizy seksualności wg Foucault; Foucault 1995), 2. troski o innych jako troski o rodzinę i najbliższych, o swą własną wspólnotę oraz 3. troski o populację, opisanej już w tym tekście przy okazji omawiania „ekonomii społecznej” w rozdziale poświęconym czasowi społecznemu (Foucault 1988, Burchell 1991). Dyscyplinizacja społeczeństwa, o której mówi Peter Wagner jest podstawową formą troski o populację, innych oraz siebie w nowoczesności.

Analizy Foucault, podobnie jak Eliasa (choć przy użyciu nieco innych pojęć) wskazują, jak owa dyscyplinizacja i zarządzanie populacją było w procesie historycznym uwewnętrzniane. A zatem kontrola społeczna z systemu sankcji zewnętrznych stawała się kontrolą sankcji nakładanych przez... samego siebie. „Doskonałą” emanacją związania trzech typów troski oraz wytworzenia się społeczeństwa dyscyplinizującego było welfare state, w którym urządzanie społeczeństwa (kwestia bezpieczeństwa była tu centralna) wiązało się z wysokim stopniem uwewnętrznienia reguł odroczonej gratyfikacji, racjonalności oraz samokontroli. Metoda Foucault była zbieżna z metodą Luhmanna na jednej, zasadniczej płaszczyźnie – kognitywnego podejścia do analizy dyskursu oraz komunikacji. Foucault pisał:

(…) moim zadaniem jest dostrzeżenie w jaki sposób ludzie rządzą samymi sobą i innymi poprzez produkcję prawdy. Powtarzam raz jeszcze, że produkcja prawdy nie oznacza produkcji prawdziwych stwierdzeń (utterances), lecz ustanawianie domen, w których praktyki prawdy i fałszu mogą zostać ustanowione, zaordynowane i być stałe (pertinent)” (Foucault 1988: 79)
Pytamy zatem o warunki możliwości, a nie o status ontologiczny obserwacji oraz opisów społeczeństw.

Analizy rządomyślności w aspekcie tego, w jaki sposób społeczeństwo oraz władza wytwarzają politykę populacyjną doprowadziły do skoncentrowania się także na problemie ryzyka, jako problemie który ukazuje proces przejścia od takiego urządzenia społeczeństwa, w którym zasadą naczelną jest dyscyplinizacja, do takiego, w którym zasadą naczelną staje się samo-dyscyplinizacja.

Jak pisze Pat O' Maley, „z punktu widzenia rządomyślności, ryzyka i niepewności nie są ani prawdziwe ani nieprawdziwe [urojone]. Raczej są to sposoby, wedle których rzeczywistość (real) jest wyobrażana jaka powinna być przez różne reżimy rządu po to, by można było nią rządzić.” (O'Maley 2002: 15)

Z tej perspektywy nowoczesność zorganizowana, ufundowana na liberalnej idei wolności i ładu miała swe wyobrażenie niepewności oraz sposobów jej redukcji:


Ludzkie potrzeby, w konfrontacji z niepewnością motywowały ich do przewidywania i bycia roztropnym, pracy i bycia produktywnym. Racjonalności klasycznego liberalizmu wytwarzały kulturę wyrzeczenia (self-denial) i obronnego bezpieczeństwa (defensive security). Najważniejsi teoretycy, tacy jak Jeremy Bentham (1962) promowali wysiłek zmierzający do ochrony przed potencjalnie niszczącymi efektami, poprzez codzienne zabiegi i poświęcenia, które pozwoliłyby przetrwać w czasach burzy. Wyrzeczenie skutkowało wolnością w postaci bezpieczeństwa. (O' Maley 2002: 98)

Główną postawą, która owo zabezpieczenie przyszłości i opanowanie niepewności teraźniejszości zapewniała była przedsiębiorczość, rozumiana jako podstawa wszelkiej aktywności, opartej na własnej inicjatywie i zmierzającej do pomnożenia własnych zasobów, bez łamania reguł gry społecznej.

Owe zasady ulegają zmianie, gdy zasada liberalna jest zastępowana zasadą neoliberalną.
Neoliberalizm oznacza powrót do akcentowania niepewności. (...) W okresie klasycznego liberalizmu tylko członkowie elity biznesu mieli prawo być niezależnymi (free-wheeling) przedsiębiorcami, podczas gdy obecnie każdy ma szukać wolności poprzez przedsiębiorczość. Sam liberalizm jest więc „uprzedsiębiorczony” [enterprised], w takim sensie, że świat jest postrzegany jako taki, w którym każda aktywność obciążona jest ryzykiem w środowisku konkurencyjnej niepewności. (...) Neoliberalizm poszukuje takich sposobów, by przemienić ryzyko jako technikę opieki społecznej na rzecz odpowiedzialności zakładanej w samorządzących się jednostkach [entities]. W tym sensie liberalne państwo przede wszystkim umożliwia i ułatwia życie podejmującemu ryzyko przedsiębiorczości. (O'Maley 2002: 101)
O uwewnętrznieniu reguł dyscyplinizacji mowa była zarówno w pierwszej części tej pracy, jak i w drugiej. Tu należałoby jedynie przypomnieć, iż uwewnętrznianie owych reguł dyscyplinizacji staje się coraz mniej transparentne dla jednostek. Coraz mniej wiemy o sobie samych, bo coraz głębsze pokłady naszej „podświadomości”, „ukrytej wiedzy” [tacit knowledge], etc. „Społeczeństwo wie coraz bardziej, że nie wie”, można by sparafrazować twierdzenia Luhmanna na temat relfeksywizacji wiedzy we współczesności (Luhmann 1989).

Luhmann podkreśla, iż kwestia percepcji ryzyka to kwestia przyjęcia perspektywy obserwacji drugiego rzędu:


(...) możemy mówić o ryzyku tylko jeśli przyjmujemy, iż osoba która postrzega ryzyko i uznaje je, dokonuje rozróżnień, pomiędzy dobrymi a złymi efektami, zaletami i wadami, zyskami i stratami oraz rozróżnienia między prawdopodobieństwem a nieprawdopodobieństwem. Każdy, kto zachowuje się ryzykownie – kto na przykład podejmuje ryzyko w ruchu ulicznym lub bawi się bronią robi to jako obserwator pierwszego rzędu. Ale gdy rozważa podjęcie ryzyka, obserwuje siebie z pozycji obserwatora drugiego rzędu. Dopiero wówczas możemy mówić o świadomości ryzyka oraz o komunikacji o ryzyku. Tylko wówczas rozróżnienia związane z ryzykiem konstytuują punkt wyjścia dla operacji, która bierze pod uwagę drugą stronę rozróżnienia, a nie jedynie dostrzega podejmowane działanie. (Luhmann 1993: 219)
A więc percepcja ryzyka na poziomie jednostki pojawia się w decyzjach o działaniu, które obarczone jest niepewnością. Najistotniejszym dla niniejszych rozważań oraz powodem wprowadzenia perspektywy rządomyślności jest taki sposób obserwacji kwestii niepewności, w którym pokazuje się, iż „odkrycie” ryzyka jako istotnej kategorii poznawczej, a dla tej analizy – także temporalnej, wiąże się z analizami indywidualizacji, rozumianej jako przeniesienie percepcji ryzyka z poziomu obserwacji instytucji (zarządzania populacją) na poziom troski o siebie. Dobrze ilustrują to słowa Petera Millera oraz Nikolasa Rose'a, uczniów Foucault, rozwijających koncepcję „rządomyślności”:
„Przedsiębiorcze” działania przedsiębiorstw, organizacji i jednostek, miast planowania i interwencji państwa, miały zapewnić pogodzenie tego, co znane było jako „ludzka natura”, z ekonomicznymi imperatywami produkcji oraz demokratycznymi imperatywami polityki. Przedsiębiorstwo [enterprises] znaczyło tu nie tylko formę organizacyjną – oddzielnych jednostek, które ze sobą konkurują – lecz raczej wyobrażenie pewnego rodzaju działania, które mogłoby być zaaplikowane w równym stopniu organizacjom takim jak szpitale, uniwersytety, jednostkom w tych organizacjach, bez względu na to, czy to robotnicy czy menedżerowie, a w gruncie rzeczy – ludziom w ogóle, w ich codziennym funkcjonowaniu. „Przedsiębiorcze ja” [enterprising self] stało się nową tożsamością pracownika, w której zatarte były, czy też wręcz zakryte różnice między robotnikiem a menedżerem. „Przedsiębiorcze ja” stało się aktywnym obywatelem demokracji w działaniu, bez względu czy to w dziale produkcyjnym, wielkiej korporacji, czy też w trakcie wykonywania podstawowych czynności w małym sklepie. (Miller, Rose 2001: 58 )
Koncepcja rządomyślności zakłada jednak nie tylko, iż można powiązać kwestie gospodarcze i socjalne, z politycznymi. Troska o populację ma swe analogie w trosce o innych oraz w trosce o siebie. Kiedy więc myślimy o zasadzie wycofania się państwa z regulacji rynkowych, w dyskursie neoliberalnym, warto zauważyć, iż jego korelatem będzie wycofanie się państwa jako stabilizatora porządku instytucjonalnego na poziomie mikrorelacji. „Enterprising self” jest więc do pewnego stopnia „produktem” takiego urządzania społeczeństwa, w którym kwestia ryzyka jest indywidualizowana, o ile w ogóle kategoria ryzyka może być odniesiona do jednostek, a nie populacji (Castel 1991).

W studiach nad rządomyślnością, niezwykle bogatych jeśli chodzi o ich zakres, ważne dla niniejszych rozważań będą te, które problematyzują kwestię ryzyka (ubezpieczeń) oraz kwestię pracy jako kwestię ekonomiczną i społeczną. Ten drugi problem odnosić się będzie do kwestii społecznej ryzyka „powrotu do normalności”.

W późnej nowoczesności żegnamy się z paradygmatem społeczeństw w pełni zatrudnionych [full-employment societies], charakteryzujących welfare state, na rzecz społeczeństw permanentnie narażonych na zmianę na poziomie ogólnym i na poziomie jednostek (Beck 2002, Giddens 2000, Castells 2007). Gotowość na zmianę, umiejętność radzenia sobie w sytuacji utraty jednej z podstawowych ról społecznych – pracownika, mają być właściwościami przypisanymi do myślenia jednostek.

Odnosząc powyższe obserwacje do współzależności społecznych wytwarzanych w dyskursie i praktykach związanych z funkcjonowaniem przedsiębiorstw w Polsce, po roku 1989 możemy rozpoznać wytwarzane w oczekiwaniach oraz doświadczeniach pracowników relacje, które wskazują na napięcia między przestrzenią doświadczenia opartego na pracy w socjalistycznych przedsiębiorstwach, a szerzej organizacjach, z oczekiwaniami wobec nowych reguł instytucjonalnych oraz ich nowymi i do tej pory nieznanymi formami regulowania i zarządzania organizacjami. Mamy do czynienia z przestrzenią doświadczenia tych, którzy pracowali w socjalistycznych organizacjach, ich oczekiwaniami wobec zmiany funkcjonowania organizacji, w których rozpoczęli nową pracę oraz coraz większą ilością praktyk i dyskursów, które są implementowane według modelu funkcjonującego w późnej nowoczesności.

Warto zwrócić uwagę, iż w stosunku do przejścia liberalizm-neoliberalizm w rządomyślności, w Polsce trudno byłoby mówić, iż zorganizowana nowoczesność, w swej zradykalizowanej formie wszczepiała zasady odroczonej gratyfikacji oraz bezpieczeństwa jako efektu własnej aktywności (przedsiębiorczości). Oczywiście, zarówno osiąganie bezpieczeństwa, jak i odraczanie gratyfikacji tworzyły „przestrzeń doświadczenia” w momencie przełomu, ale było to odroczenie raczej wynikające z poszukiwania alternatywnych sposobów zarabiania i gratyfikacji (od „Saksów” do szarej strefy i czarnego rynku), niźli z otwarcie realizowanej zasady przedsiębiorczości oraz wzajemności w relacjach z innymi (troska o innych), na wzór tej, jaka istniała w systemie pracy stworzonym przez Forda, czy też w zachodnim welfare state, gdy traciło się pracę, bądź zdrowie.

I tak, „starzy” pracownicy, w sytuacji niepewności związanej ze zmianą funkcjonowania organizacji bądź zatrudnieniem, a więc w takiej, która powstała po roku 1989 przyjmują postawę „przeczekać i zobaczyć co dalej” (Proppe Kostera 1995). Ich działania są determinowane strategią dotychczas używaną, gdy relacje społeczne są nieprzejrzyste, a wiedza w funkcjonowaniu organizacji nie przynosi jasnych dyrektyw do działania. Tymczasem jednym z podstawowych oczekiwań, formułowanych w dyskursie zarządzających przedsiębiorstwami jest definiowanie zaangażowania, oddania [commitment] oraz motywacji pracowników. Pracowników winna cechować przedsiębiorczość oraz inicjatywa. Z tej perspektywy, strategia „starych” pracowników okazuje się być nieadekwatna. Ale konflikt między oczekiwaniem a wymaganiem nie dotyczy wyłącznie pracowników z „bagażem” nawyków z przeszłości. Napięcie między oczekiwaniami zarządzających a strategiami pracowników wzrasta, gdy okazuje się, iż hierarchiczność organizacji nie wiąże się wprost z kompetencjami do podejmowania decyzji. Decyzje, oparte na „inicjatywie” oraz „zaangażowaniu” mają być podejmowane przez niemal każdego pracownika, bez względu na jego pozycję w hierarchicznym systemie.

Dyskurs o nowych metodach zarządzania oparty jest na odwoływaniu się, zarówno do nowych reguł zarządzania, w którym mniej hierarchiczności, a więcej – współdziałania wobec celów oraz wyzwań organizacji, jak i do osobowości pracowników. Mają się oni cechować „zaangażowaniem”, „pasją”, a praca ma być formą osiągania własnej, indywidualnej satysfakcji. Tylko pracownicy, którzy byli socjalizowani do nowego systemu pracy poprzez edukację opartą na nowych formach zarządzania oraz ci, którzy mieli doświadczenie pracy w kapitalistycznych przedsiębiorstwach (a więc epizod pracy „na Zachodzie”) mają adekwatne oczekiwania wobec nowych organizacji. To im powierza się funkcje zarządcze. Ich działania dobrze wypełniają wzorzec pracownika, który ma inicjatywę i podejmuje decyzje. Ci, którzy nie posiadają takiego zasobu wiedzy oraz przestrzeni doświadczeń, postrzegając odpowiedzialność za decyzje jako domenę przełożonych oraz doświadczając niepewności związanej z nowymi regułami, starają się decyzji nie podejmować. Lub też podejmują je i działają bez komunikowania i uzgodnienia z przełożonymi. Podobnie jak w socjalistycznych organizacjach, wychodzą z założenia, iż racjonalnym jest wykonanie zadania „po swojemu”.

Z kolei „zaangażowanie” wobec pracy jest na ogół wyrażane poprzez spędzanie jak najdłuższej ilości czasu w pracy. Zadaniem zarządzających jest włączanie pracowników w podejmowanie decyzji, w ustalanie strategii działania organizacji. To wymaga odwołania już nie tyle do porządku hierarchii, ile do realizacji norm, które są związane z realizacją modelu „przedsiębiorczego ja”. Brak uwewnętrznienia takiej zasady percepcji siebie i rzeczywistości wprowadza pracowników w stan dezorientacji wobec tego, jakie reguły oraz jakie zachowania są od nich oczekiwane. Jeśli zestawimy relacje temporalne, które pojawiają się na poziomie dyskursywnym oraz w trakcie interakcji między pracownikami, zarządzającymi oraz ich otoczeniem, okaże się, iż budowanie takich relacji, w których działania będą skoordynowane wymaga redukowania temporalizacji wedle których działają jednostki. W przypadku współzależności w przedsiębiorstwach widać, że struktura wieku, hierarchia oraz wynikające z socjalizacji rozumienie dyskursu organizującego zarządzanie, determinują pozycję oraz „sprawność” działania w organizacji. Dyskurs dotyczący zarządzania pełni tu rolę nowej ideologii określającej relacje w organizacji podobnie, jak uprzednio „ideologie menedżeryzmu” wskazywały na model relacji między pracownikami, menedżerami oraz właścicielami organizacji (Bendix 2000).

Oczekiwania pracowników okazują się nie tyle sprzeczne z tym, czym nowe organizacje są, lecz raczej – przynajmniej częściowo nieadekwatne, bo odnoszące się do takiego modelu, który związany jest z przeszłą teraźniejszością krajów rozwiniętych, a więc do przeszłości organizacji pracy opartej na biurokracji, sformalizowaniu i jasnych standardach, w tym – zestandaryzowanym czasie pracy. Nie znaczy to, iż biurokracja, standaryzacja i formalizacja nie występują w nowych organizacjach. Jednak nie są już identyfikowane z doskonałym ładem i najbardziej efektywnym modelem organizacji. Organizacje mają przystosowywać się do zmiany w ich otoczeniu – począwszy od konsumentów, poprzez gospodarkę, a skończywszy na społeczeństwie. Wyrazem tego są także docierające do Polski już nie tylko ideologie zarządzania, ale także ładu gospodarczego, tudzież umiejscowienia gospodarki (przedsiębiorstw) w społeczeństwie (społeczna odpowiedzialność biznesu).

Mamy więc do czynienia coraz częściej z ideałem podkreślającym zmienność i potrzebę elastyczności. Dotyczy on głównie ekonomii tudzież tego, co w gospodarczym podsystemie może być zakodowane. Można jednak powiedzieć, iż właśnie te cechy gospodarki odwołują się do takich sposobów redukcji złożoności, które oparte są na „rozszerzonej teraźniejszości”. A więc – nie da się zredukować temporalizacji powstałych w wyniku wielu, złożonych selekcji podsystemu z jego otoczeniem, do zdetemporalizowanej, uniwersalnej przyszłości, bez względu – czy przedsiębiorstwa, niegdyś zapewniającego swym pracownikom spokojne i bezpieczne życie (fordyzm i socjalizm), czy też jednostki, która buduje swą „ścieżkę kariery”. Jak w związku z tym zabezpieczana jest przyszłość? Przez intensyfikację działań w teraźniejszości – przez szukanie wszelkich możliwości i szans oraz dostrzeganie zagrożeń. W kategoriach maximum possible loss myśli już wielu Polaków. To im czas biegnie zbyt szybko. To oni są w ciągłym pośpiechu. Nie chodzi tu już o ilość czasu spędzonego w pracy (choć tu Polska jest w europejskiej czołówce). Raczej chodzi o strukturę myślenia o swej przyszłości oraz modalizacjach doświadczenia, które się posiada. Warto odwołać się w tym miejscu do słów młodej osoby biorącej udział w dyskusji na temat „wyścigu szczurów”, zamieszczonej na portalu poświęconym świadomemu kształtowaniu swej kariery:


„Wyścig szczurów”?... Po polsku to raczej „wyścig chomików”. Pamiętajmy w jakim kraju żyjemy. Tu trzeba naprawdę się napracować, żeby osiągnąć to co dla ludzi na Zachodzie jest oczywiste. Łapiemy praktyki, robimy wolontariaty, a i tak grozi nam bezrobocie. Rynek pracy nie jest dla nas przyjazny. W Europie wolontariusz ma pierwszeństwo zatrudnienia, jest promowany. W Polsce po półrocznej praktyce możesz pożegnać się z firmą. Gonimy, bo taka jest konieczność, ale nie bierzemy udziału w „wyścigu szczurów”. (Majka 2006)
Choć z pewnością osobnej analizy lub badań wymagałaby obserwacja tego, na ile nowe współzależności, powstałe w oparciu o nowy dyskurs zarządzania sobą i organizacją jest powszechny, tu chodzi raczej o wskazanie na procesy, które powodują wytwarzanie się nowych relacji temporalnych, bliższych ponowoczesnym obserwacjom dotyczącym „rozszerzonej teraźniejszości” oraz kwestii ryzyka, niż nowoczesnym formom standaryzacji.

Trudno jednocześnie byłoby w tym miejscu przyjąć, iż „mała indywidualizacja”, opisana przez Narojka jest podstawą i gruntem, na którym pojawiła się indywidualizacja ryzyka, jaką wyznacza nowy dyskurs i praktyki związane z zarządzaniem. Jednak warto zwrócić uwagę, iż dla zmiany społecznej, postrzeganej przez jej wymiar temporalny nie sposób zbudować jednego, standardowego modelu, w którym inwestowanie w przyszłość swojego wykształcenia, kompetencji zawodowych jest relatywnie pewna i przewidywalna. Co więcej, zmiana społeczna odbywa się poprzez wzrost złożoności, którego redukcje do zorganizowania nowoczesności wydają się coraz mniej pewne i prawdopodobne, jeśli brać pod uwagę spodziewane efekty działań. Ani rynek nie tworzy stabilnego i wewnętrznie przewidywalnego systemu, ani też sami pracownicy nie mają pewności co do swej biografii zawodowej. Refleksywizacja tej złożoności pojawia się wśród jednostek działających w warunkach owej zwiększonej złożoności. Aktywność w teraźniejszości przede wszystkim ma zredukować niepewność horyzontu przyszłości. W „rozszerzonej teraźniejszości” trzeba zatem równolegle dbać o wiele różnych, potencjalnych szans i brać pod uwagę ryzyko z nimi związane. Czas biegnie zbyt szybko.



10.5. Skok w ponowoczesność

Czy jednak dotyczy to wyłącznie tych, którym przyszło działać w nowych organizacjach, nowych przedsiębiorstwach, a więc grupy społecznej, która zdaniem Marka Ziółkowskiego ulega procesowi postmodernizacji? Czy można przyjąć, iż chodzi tu wyłącznie o grupy „narażone” i „podatne” na nowe procesy?

Temporalność procesów społecznych w polskim dyskursie socjologicznym jest szczególnie obecna (jeśli wręcz – niemal nie wyłącznie) w badaniach nad ubóstwem i wykluczeniem. Badania Elżbiety Tarkowskiej oraz wielu innych, jak twierdzą ich autorzy, zwracają uwagę na aspekt temporalny ubóstwa, gdyż dopiero rozpoznanie biedy (bycia i stawania się ubogim) jako procesu oraz dokonywanie rozróżnień temporalnych pozwala zrozumieć złożoność zjawiska oraz dokonać adekwatnego opisu, który, jak to często bywa w przypadku tego typu problemów – ma mieć implikacje praktyczne, a przynajmniej – wyznaczać dyrektywy działania w zakresie polityki społecznej.

Jolanta Grotowska Leder przeciwstawia statyczne (w dużej mierze – statystyczne) badania ubóstwa, dynamicznym.

W podejściu dynamicznym uwaga przesuwa się z biednych jednostek grup i zbiorowości na długość okresu, w którym doświadczają one braku środków wystarczających na podstawowe potrzeby. (...) Koncepcje dynamiczne zakładają procesualność biedy, tzn. Określony jej przebieg z dramaturgią powiązanych w ciągi przyczynowo-skutkowych zdarzeń, które w kolejnych etapach ulegają zmianie. Do najważniejszych osiągnięć dynamicznej koncepcji analizy biedy należy zaliczyć rewizję koncepcji przyczynowości biedy. Tradycyjne analizy przyczyn biedy poszukiwały czynników, które powoduje ubożenie i trwanie w biedzie. Bieda ujęta w ramy czasowe, jako zjawisko trwające w czasie, ma swój początek i koniec. W biografiach biednych ludzi i w historiach biednych rodzin epizody biedy przeplatają się z okresami przezwyciężenia, bo czasowe ustąpienie niedostatku nie likwiduje zagrożenia w postaci ponownego zubożenia (Grotowska-Leder 2002: 89)
Jak się wydaje, mamy tu do czynienia z aplikacją myślenia o procesualności, o którym mowa także powyżej, gdy nasza uwaga skupia się na pośpiechu. A więc – to długość pozostawania w ubóstwie, jej trwanie, czasem także rozciągnięte na pokolenia, decyduje o sposobie, w jaki biedni oraz ich otoczenie się opisują, jakim procesom podlegają oraz w jaki sposób odnoszą się do świata. Świat bezrobotnych z Marienthalu, jak pamiętamy, był stosunkowo statyczny, w tym sensie, że czas przeżywany zamykał się w rutynie. Analizy Grotowskiej-Leder, Tarkowskiej próbują zróżnicować ten obraz, gdyż jak twierdzą choćby te dwie badaczki, bez dostrzeżenia temporalności biedy, popadamy w schematy, w których bieda jest właściwością jednostek, wraz z całym bagażem ich roszczeniowości, pasywności, etc., który jest adekwatny jedynie do części z populacji biednych.

„Od epizodu do underclass” - podtytuł książki Jolanty Grotowskiej-Leder dobrze oddaje napięcia związane z temporalnością biedy. Nie chodzi tu wyłącznie o trwanie w biedzie (im dłużej, tym głębsze skutki biedy), lecz także o mechanizmy reprodukcji biedy, między pokoleniami lub w obrębie rozmaitych wspólnot. Biednym staje się nie tylko na skutek braku zasobów, lecz także poprzez społeczne konstruowanie biednego, który raczej jest bezrobotny, leniwy, roszczeniowy, etc. (Majcherek 2006, Sielski 2008, Danecka 2008). Stałość wzorca staje więc naprzeciw próbom wskazania z jednej strony procesualności zjawiska społecznego, z drugiej – wskazania „rewersu” wzorca – a zatem – tego w jaki sposób ta sama zasada generowania miejsc pracy i wzrostu gospodarczego, trwale wyklucza z rynku pracy. Menedżerem może być już nie tylko zarządzający przedsiębiorstwem, lecz także matka – tzw. „menedżerka ubóstwa”, w ubogiej rodzinie, balansująca na granicy ubóstwa (Tarkowska 2007, Lister 1995). Kiedy jednak ubogi stanie się „leniem” i znajdzie się tak, jak bezrobotni z Marienthalu, w świecie „między śniadaniem a obiadem”, to jednocześnie wytraca stopniowo uspołecznienie, o którym pisał Mead. Jednostka staje się względnie izolowanym indywiduum (Elias 1992), któremu ewentualnie pozostaje los „ludzi luźnych”.

Zdaniem Kazimierza Frieske, konsekwencją regulacji rynku pracy w trakcie transformacji było „odrodzenie”, a właściwie – nasilenie się procesu, w którym powstaje kategoria „ludzi luźnych”.
Najkrócej – luźność to życie poza zinstytucjonalizowanymi wspólnotami takimi, jak parafia, ród, rzemieślniczy cech czy kupiecka gildia. „Luźność” to również – co nie mniej ważne – życie wyłącznie na własny rachunek, co wyrażało się jako wykluczenie ze wspólnotowych – i w tym sensie prywatnych – lokalnych (strukturalnie i terytorialnie) sieci bezpieczeństwa socjalnego. (Frieske 2003: 23)
Choć można wskazać na przyczyny i środowisko, w którym pojawiają się „ludzie luźni”, de facto ich funkcja nie jest przewidziana w analizach makrostrukturalnych gospodarki. Są oni produktem ubocznym zmian na rynku pracy. Ich wykluczenie polega na bardzo luźnym związaniu z podstawowymi instytucjami rynku pracy, ponieważ operują oni w bardzo różnych porządkach instytucjonalnych, zmieniają swe role, choć wciąż pozostają w sferze, w której przewidywalność i pewność biografii są raczej mżonką. Ani nie stanowią dla systemu gospodarczego oraz politycznego kategorii wroga, ani też nie są dla tych systemów, przynajmniej pozornie i do pewnego momentu w procesach społecznych, ważni. Wypełniają takie kategorie jak „zdolni do pracy”, choć tej pracy nie podejmujący, „margines społeczny”, choć niekoniecznie wiąże się to z patologizacją, etc. To co w socjalistycznym welfare state było przynajmniej w planie politycznym nie do pomyślenia i wymagało przynajmniej fasadowego (przeciw-)działania jest w trakcie transformacji uważane za element nowej rzeczywistości. Dodajmy – element słabo rejestrowalny w polityce populacyjnej. To statystyczni bezrobotni czy klienci pomocy społecznej. W istocie jednak, nie są to już grupy, które bez państwa sobie nie radzą. Dla których państwo miałoby być gwarantem stabilności.

Usiłuje się, jak wskazuje Frieske wtłoczyć owych luźnych w jakąś wspólnotę, choćby trzeba było ją konstruować, także dzięki umoralnianiu (jak to ma miejsce w przypominających organizacje XVII-wiecznej ekonomii społecznej, organizacjach i domach pomocy tworzonych przez organizacje religijne bądź świeckie, ale z silnie określoną „ideologią”). Te usiłowania są jednak trudne, bo trudno skonstruować wspólnotę, w której obowiązywałyby zasady odtwarzania reguł ustalonych dla wspólnoty i byłyby one stale odtwarzane, poprzez praktyki luźnych.. Za mało dla luźnych presji i dyscyplinizacji, których formy nakazywałyby im osiąść.


Kłopot w tym, że tej szczególnej postaci społecznej 'luźności' żadnym sposobem nie daje się przypisać wyższym, makrostrukturalnym koniecznościom gospodarki rynkowej. Cokolwiek w tej sprawie można byłoby powiedzieć, trzeba dostrzegać to, że jest ona konsekwencją decyzji dotyczących poziomu i form regulacji runku pracy, decyzji, których nie warto mistyfikować opowieściami o uniwersaliach globalizującej się gospodarki. (Frieske 2004: 45)
Potwierdzają tę perspektywę badania Stephana Porteta dotyczące rynku pracy:

Głównym problemem polskiego modelu socjalnego jest fakt, iż najsłabsza część populacji, ci którzy są narażeni na ciągłe ryzyko ze względu na swą osobistą sytuację, jednocześnie są wystawieni na działanie najbardziej niestabilnych (vulnerable) form zatrudnienia. Konkurencja na rynku utrzymuje płace na niskim poziomie i pozwala pracodawcom na oferowanie bardzo niestabilnych i niesatysfakcjonujących form zatrudnienia (umowy na czas określony, umowy cywilnoprawne, etc.). (...) Długie godziny pracy, trudności z utrzymaniem równowagi między pracą, a życiem prywatnym, ubóstwo oraz chwiejność rynku pracy podważają rnowagę modelu społecznego, co skutkuje między innymi spadkiem wskaźnika urodzeń, co może być oznaką postrzegania przyszłości jako wysoce niepewnej. (Portet, Sztandar- Sztanderska 2007)


Mamy więc do czynienia z trwałą niestabilnością rynku pracy, która skutkuje nowymi formami polityki populacyjnej, już nie wyznaczanej przez centrum, podejmujące decyzje (bez względu, czy jest to rząd, zakład ubezpieczeń społecznych, czy też Powiatowy Urząd Pracy bądź Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie), lecz raczej przez rządomyślność, która ów rynek w dużej mierze określa. Logika zmiany na rynku pracy jest zgodna z zasadą deregulacji na poziomie motywowania jednostek do podjęcia aktywności i zarządzania sobą, przy podejmowaniu decyzji o swej karierze, wykształceniu i zatrudnieniu. Sprzyjają temu regulacje oraz ideologie zarządzania, które relacje w sferze pracy kształtują. To co gospodarcze, definiowane jest przez dyskurs oparty na zasadzie indywidualizacji.

Jednocześnie jednak, w przypadku tych, którzy balansują na krawędzi ubóstwa lub są kwalifikowani jako ubodzy, regulacje oraz organizacje (głównie sektora publicznego) powołane do zarówno pomocy i zabezpieczenia, jak i aktywizacji ubogich na rynku pracy działają wedle logiki nowoczesności zorganizowanej – nie ma w nich miejsca na deregulację opartą na zindywidualizowaniu pomocy, redystrybucji, zabezpieczenia i aktywizacji (choć próbuje się eksperymentować). Ubodzy są klasyfikowani statystycznie i opisywani jako relatywnie zhomogenizowana grupa. Jak wskazuje Tarkowska, niejednokrotnie ubodzy utożsamiani są z bezrobotnymi, co marginalizuje choćby zjawisko working poor. Dynamiczna analiza ubóstwa nie jest podstawą nowych regulacji. Zgodnie z porządkiem temporalnym transformacji, regulacje adresowane do tych, którzy są pod opieką państwa przynależą do porządku, w którym to co państwowe jest z zasady archaiczne, przynależy do przeszłości. To co społeczne, ma być regulowane przez centrum, nawet jeśli owym centrum jest Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie.

Tymczasem sami ubodzy są lub bywają aktywni. Jak pokazują typologie stylów życia ubogich, ich funkcjonowanie związane jest z ciągłym poszukiwaniem bezpieczeństwa, także poprzez działania, które wykraczają poza porządek prawny oraz porządek regulowanego rynku (Grotowska-Leder 2002). To tu ujawniają się strategie, które wydają się być podobne do strategii radzenia sobie z gospodarką niedoboru.

10.6. Problem bezpieczeństwa i ryzyka

Horyzont oczekiwań – konstruowanie przyszłości to proces, który wskazuje na złożoność procesów uspołecznienia do ról na rynku pracy i skłania do postawienia pytania o warunki możliwości powstania takiej struktury komunikacji, w której ów horyzont byłby uprawdopodobniony inaczej niż do modelu „koniecznych zmian gospodarczych”. Te zaś przynoszą, jak starano się pokazać w poprzedniej części pracy, inne efekty niż zamierzane. A zatem są podstawy do postawienia pytania o możliwości powstania ładu nowoczesności w takim kształcie, jaki zakładały modele nowoczesności zorganizowanej. Obserwacje zarówno tych, którzy biegną, jak i tych, którzy w powszechnym odbiorze – stoją, choć de facto wciąż, jak choćby ludzie luźni muszą się poruszać między organizacjami, przyjmując różne role, pozwalają jak się wydaje uznać przyszłość jako horyzont wysoce niepewny, a w efekcie – często skracany. Jednak już nie wedle modelu „prezentystycznego” - ogólnej bierności i poczucia beznadziei, lecz raczej wedle procesu, który skłania do ciągłego ruchu, zarówno uwagi (w poszukiwaniu zasobów), jak i zmian w biografii.

Analizy temporalności skupiają się na kwestii zestawiania wymiarów czasu. Jeśli mówimy o przyszłości i przemianach w komunikacji o niej, to jednocześnie mówimy o tym, w jaki sposób horyzont oczekiwań jest konfrontowany z teraźniejszością oraz przeszłością. Horyzont oczekiwań wobec zmiany społecznej roku 1989 w dużej mierze definiowany był w odniesieniu do przeszłości. Aby było inaczej (schutzowskie – przyczyny, motywy „ze względu na ...”), należało wprowadzić bardziej racjonalny i naturalny porządek. Gdy okazało się, że w istocie ów porządek jest inny, niż w oczekiwaniach, to już nie tylko ze względu na przestrzeń doświadczenia, ale także w warunkach nowego porządku rządomyślności, należało przede wszystkim zrozumieć samego siebie i zarządzać samym sobą (schutzowskie „warunki”), by zabezpieczyć sobie przyszłość. Zarządzanie samym sobą z kolei prowadziło do wzmożonej aktywności w teraźniejszości, w której zarówno ci, którzy mają zasoby (pieniądz bez czasu), jak i ci, którzy owych zasobów nie mają (brak pieniędzy, teoretycznie dużo czasu, choć w praktyce – mało) muszą zabiegać o zabezpieczenie swej przyszłości w wiązaniu wielości temporalności poprzez pośpiech. A więc większa aktywność w teraźniejszości ma zapewnić bezpieczną przyszłość.

Historia oczekiwań Polaków wobec przyszłości jest historią, w której horyzont przyszłości jest historycznie niepewny, nieciągły i relatywnie ograniczony do tego, co najbliższe. Przyszłość nie może się zacząć, bo nikt nie jest w stanie zaobserwować, że przeszła przyszłość (dzieje państw rozwiniętych) nie dawała podstaw do tworzenia przyszłości, w której to już nie projekt nowoczesności, lecz projekt uwewnętrznienia tego, co do tej pory pozostawało w sferze budowania struktur oczekiwań przez ład instytucjonalny oraz organizacyjny, jest podstawą do podejmowania decyzji i redukcji niepewności. W nowym sposobie rządomyślności nie potrzebne są instytucje zabezpieczające (stabilizujące) komunikację, zdaje się mówić dyskurs o deregulacji. Tymczasem w Polsce nie było fazy rozwoju, w której owe instytucje by efektywnie funkcjonowały w tym sensie, w jakim nowoczesność zorganizowana budowała rządomyślność welfare state.

W „kraju na dorobku” nie należy oczekiwać i rościć sobie pretensji do pewności (własnej kariery, własnego bezpieczeństwa), lecz poprzez „zaciskanie pasa” być aktywnym w teraźniejszości.



Pobieranie 427.53 Kb.

1   2   3   4   5   6   7




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna