Książkę dedykuję Bliźnim, którzy zechcą pomyśleć zarówno o życiu, jak i o śmierci



Pobieranie 0.55 Mb.
Strona1/6
Data04.05.2016
Rozmiar0.55 Mb.
  1   2   3   4   5   6
Mirosław Paciuszkiewicz SJ

Oswajanie śmierci


Książkę dedykuję Bliźnim,

którzy zechcą pomyśleć zarówno o życiu,

jak i o śmierci

© Mirosław Paciuszkiewicz SJ

© Wydawnictwo RHETOS, Warszawa 2010

Redakcja i korekta

Maryla Topczewska – Metelska

Przygotowanie do druku i pomysł okładki

Danuta Julia Cisek
Zdjęcie na okładce

Juliusz Andrzej Cisek


Skład


Beata Stepnowska

Nihil obstat

Prowincja Wielkopolsko-Mazowiecka

Towarszystwa Jezusowego

Prowincjał

L. dz. 2010/5/NO/P


ISBN 978-83-89781-47-5

Wydawnictwo Rhetos

02-532 Warszawa, ul. Rakowiecka 61

tel./fax (22) 849 02 71

wydawnictwo@rhetos.pl

www.rhetos.pl

Nieoryginalny tytuł, nieoryginalna forma
Od lat dojrzewała we mnie potrzeba napisania czegoś w rodzaju eseju zatytułowanego Oswajanie śmierci. Któregoś dnia zorientowałem się, że mam pomysły nie na esej, ale na całą książkę. Wobec tego zaczęła dojrzewać we mnie książka. Przez pewien czas sądziłem, że będzie ona mieć formę listu albo listów od św. Andrzeja Boboli. W latach 1989 - 1990 w Jastrzębiej Górze i w Gdyni napisałem dwanaście listów do patrona parafii, której byłem proboszczem. Książka mogłaby więc być jakby odpowiedzią na moje pisanie. Przeraziła mnie wszakże konieczność ujmowania spraw z ogromnej wysokości, z perspektywy nieba. Trzeba by mieć niezwykłą wyobraźnię, żeby się na to zdecydować. Pomyślałem, że bezpieczniej będzie, jeśli przyjmę ziemski punkt widzenia, usprawiedliwiający całą moją nieporadność. Cóż my bowiem wiemy o śmierci w znaczeniu umierania? Cóż wiemy o życiu przyszłym? To, co na ten temat znajduje się w Piśmie Świętym. Poza tym, co najwyżej możemy snuć domysły. Zrezygnowałem z oryginalnej formy.

Wydawało mi się potem, że znalazłem przynajmniej oryginalny tytuł, jakoś tam nawiązujący do Małego Księcia, do jego pięknych myśli o oswajaniu. Ale przecież bohater wspaniałego francuskiego pisarza opowiadał o oswajaniu zwierząt, ludzi. A ja chcę pisać o oswajaniu śmierci. Okazało się, że inni też o tym myśleli.

Philippe Ariès, autor bardzo grubej uczonej książki Człowiek i śmierć (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1992) od razu pierwszy jej rozdział zatytułował Śmierć oswojona, a na końcu tego rozdziału umieścił znamienne zdania:

„Obecnie śmierć jest z naszych obyczajów tak wymazana, że z trudem ją sobie wyobrażamy i pojmujemy. Dawna postawa, kiedy śmierć była jednocześnie bliska, swojska i pomniejszona, słabiej odczuwana, zbyt kontrastuje z naszą postawą, kiedy budzi taki strach, że nie śmiemy już wymówić jej imienia.

Dlatego, kiedy tę śmierć, z którą człowiek był spoufalony, nazywamy oswojoną, nie chcemy przez to powiedzieć, że niegdyś była dzika, a następnie ją oswojono. Przeciwnie, chcemy powiedzieć, że dzisiaj stała się dzika, choć przedtem taka nie była. Najstarsza śmierć była oswojona” (s. 41).

Niedługo po tym odkryciu jeden z moich przyjaciół dostarczył mi wiersz Wisławy Szymborskiej, zatytułowany Pierwsza miłość, który znalazł w „Kwartalniku Artystycznym” (4/2000). Wiersz tak się zaczyna:

Mówią,

że pierwsza miłość najważniejsza.



To bardzo romantyczny

ale nie mój przypadek.


Coś między nami było i nie było

Działo się i podziało.


A tak się kończy:

Inne miłości

głęboko do tej pory oddychają we mnie.

Tej brak tchu, żeby westchnąć.


A jednak właśnie taka, jaka jest

potrafi, czego tamte nie potrafią jeszcze:

niepamiętana,

nie śniąca się nawet

oswaja mnie ze śmiercią.
Na końcu tego wiersza znajduję nie tylko bliskie wyrażenie, ale także wskazówkę, że drogą do oswajania śmierci może być miłość. Ja już tego właściwie doświadczałem, gdy w szpitalach oczekiwałem na koronarografię i na by-passy. Wśród pięćdziesięciu refleksji, jakie wtedy zanotowałem – obok myśli o miłości – zapisałem również uwagi o wierze, nadziei i tęsknocie. Zupełnie świadomie myślałem wtedy o potrzebie oswajania śmierci. Dlatego na końcu tej książki umieściłem rozdział zatytułowany Zanotowane w szpitalach.

Może jednak nie tylko o tytuł i formę wypowiedzi chodzi, ale o sprawę zasadniczą: czy warto podejmować temat śmierci na początku XXI wieku, czy jest on na czasie? Wszak jeden z najwybitniejszych naszych poetów, ks. Jan Twardowski, napisał w wierszu Do kaznodziei:


Na rekolekcjach nie strasz śmiercią –

bo po co


Za oknami bór pachnie żywicą,

pszczoły z pasiek się złocą

w abecadłach dzieci oczy mrużą
I nieco dalej:

Nie o śmierci mów z ambony – o życiu –

O żonie szukającej z lampą w ręku

igły zagubionej w ciemny wieczór,

żeby mąż nie miał skarpet podartych –

wczesnej wiosny na piętach nie czuł


Tak, to prawda. Trzeba mówić i pisać o sprawach doczesnych, praktycznych, o naszych podstawowych obowiązkach, ale przecież kwestią niezwykle ważną jest sprawa wieczności. Doskonale o tym wiedział ks. Jan, dlatego – jak sądzę – bez trudu mi wybaczy, że nie posłucham jego rady: nie o śmierci mów z ambony. Nie pisz o śmierci. Posłucham Jana z Czarnolasu, który radzi:
Weźcie przedsię myśli godne siebie,

myśli ważne na ziemi, myśli ważne w niebie.


Nie chciałbym, żeby ta książka była teologiczną piłą. Niech będzie rozważaniem, może nawet rodzajem kontemplacji. Jeżeli do mnie przemówiły jakieś fragmenty książek, niejednokrotnie dłuższe, może przemówią także do Czytelników. Dlatego je tu umieszczam – dosłownie, nie parafrazując.
Rozważanie według Jana XXIII
W krótkim wprowadzającym rozdziale wspomniałam o pomyśle eseju, a następnie książki o oswajaniu śmierci. U początków tego pomysłu była jednak lektura Dziennika duszy dobrego papieża Jana, chyba jeszcze przed 1970 rokiem (Jan XXIII, Dziennik duszy, Wydawnictwo Znak, Kraków 1967). Z lektury pozostało mi wrażenie, że ten niezwykle pogodny człowiek, Angelo Giuseppe Roncalli, niemal przez całe życie świadomie przygotowywał się do śmierci. Po latach jeszcze raz przeczytałem Dziennik, zaznaczając miejsca, w których pisał o śmierci. Zorientowałem się, że – zarówno wzięte oddzielnie, jak i wszystkie razem – mogą one stanowić przedmiot rozważania. Jest na nich stygmat świadectwa pięknego życia Dobrego Papieża. Nie sądzę, żeby te liczne cytaty w pierwszym większym rozdziale mogły kogokolwiek znudzić. Niech stanowią wymowne wprowadzenie w temat określony tytułem książki.

Pierwsze wzmianki znalazłem w zapiskach z sierpnia 1914 roku w związku z dziesięcioleciem kapłaństwa ks. Roncallego. Napisał wtedy: ”W radosnym dniu mego kapłańskiego jubileuszu ta zwłaszcza myśl wypełnia mą duszę, że nie należę ani do siebie, ani do kogokolwiek innego, lecz tylko do mego Pana, na życie i na śmierć” (s.212).

Nieco dalej, pod tą samą datą 10 sierpnia, znajdujemy następujący zapis: „Po dziesięciu latach kapłaństwa, jakie będą moje losy? To tajemnica! Może już niewiele czasu pozostaje mi do ostatecznego obrachunku. O Panie Jezu, przyjdź i zabierz mnie. A jeśli życie moje ma się przedłużyć o parę czy więcej lat, pragnę, by były to lata intensywnej pracy, przepojonej jakąś wielką myślą przewodnią, wyznaczającą cały jej program, lecz w całkowitej zgodzie z posłuszeństwem” (s.212).

W dniu 22 sierpnia zmarł biskup Radini Tedeschi, ordynariusz Bergamo. Wtedy jego sekretarz, ks. Angelo Roncalli, znalazł się w nowej sytuacji. Wyznał w swoim Dzienniku: „Nie tracę jednak ducha. W godzinie trwogi i bólu odczułem w duszy wielki pokój i pokrzepienie. Na pewno wielka i święta dusza tego, którego tak kochałem i czciłem, modli się z nieba za mnie, błogosławi, opiekuje się i mnie podtrzymuje. Obym mógł pospieszyć za nim, gdy spodoba się Bogu zesłać na mnie śmierć! Tymczasem chciałbym przynajmniej naśladować jego święte czyny” (s.214).

W kilka miesięcy po śmierci biskupa, 23 maja 1915 roku, ks. Angelo Roncalli napisał: „Jutro wyjeżdżam, by pełnić służbę wojskową na odcinku sanitarnym. Dokąd mnie poślą? Może na front? Czy powrócę do Bergamo, czy może Pan przeznaczył mi śmierć na polu bitwy? Nic nie wiem, ale pragnę zawsze i we wszystkim woli Bożej, Jego chwały przez całkowitą ofiarę z samego siebie. Tylko w ten sposób będę mógł się utrzymać na wysokości mego powołania i okazać czynem prawdziwą miłość ojczyzny i dusz moich braci. Duch jest gotowy i pogodny. Panie Jezu, utrzymaj mnie zawsze w tym usposobieniu. Mario, moja dobra Matko, dopomóż mi, aby we wszystkim Bóg był uwielbiony” (s. 216).

Dodać wypada, że tylko ta jedna refleksja pojawiła się w Dzienniku w ciągu czterech lat pierwszej wojny światowej. W przypisie dodano informację: „Ks. Angelo Roncalli był powołany do wojska 24 maja 1915 r., w chwili wypowiedzenia wojny Austrii, i został przydzielony do szpitali w Bergamo, początkowo jako podoficer, a potem – począwszy od 28 marca 1916 r. – jako kapelan. Został zwolniony z wojska 10 grudnia 1918 r.” (s. 216).

Biskup Marelli, nowy ordynariusz diecezji Bergamo, mianował ks. Roncallego ojcem duchownym seminarium, żeby zaopiekował się młodymi klerykami, którzy powrócili z frontu i koszar. Notatki z pierwszych powojennych rekolekcji, w dniach od 28 kwietnia do 3 maja 1919 roku, zaczynają się od pewnego podsumowania:

„Przez cztery lata wojny, które spędziłem wśród świata miotającego się w konwulsjach, ile łask dał mi Pan, ile zdobyłem doświadczenia, ile miałem okazji czynienia dobra moim braciom! Jezu mój, dziękuję Ci za to i błogosławię. Stają mi w pamięci te wszystkie młode dusze, do których w tym czasie się zbliżyłem. Wiele z nich przygotowałem na śmierć, o czym nie mogę myśleć bez wzruszenia, a przekonanie, że one modlą się za mnie, pokrzepia mnie i dodaje mi odwagi” (s. 217).

Tyle myśli przytaczam z okresu, gdy Giuseppe Roncalli był kapłanem, sekretarzem biskupa, kapelanem wojskowym, ojcem duchownym seminarium w Bergamo. Zanim zacytuję dalsze, podam kilka danych z jego życiorysu.

Angelo Giuseppe Roncalli przyszedł na świat 23 listopada 1881 roku, jako syn Battisty Roncallego i Marianny Mazzola, w miejscowości Brusico, na terenie Sotto il Monte, w prowincji Bergamo. Tego samego dnia został ochrzczony. Bierzmowany 13 lutego 1889 roku. Święcenia kapłańskie otrzymał 10 sierpnia 1904 roku, a sakrę biskupią 19 marca 1925 roku. Jako biskup był wizytatorem apostolskim w Bułgarii (1925-1934), przedstawicielem Stolicy Apostolskiej w Turcji i Grecji (1935-1944), a następnie we Francji (1945-1952). W latach 1953-1958 był kardynałem i patriarchą Wenecji. W dniu 28 października 1958 roku – po śmierci Piusa XII – został wybrany na papieża i przyjął imię Jana XXIII. Dnia 25 stycznia 1959 roku zapowiedział zwołanie Soboru Kościoła Powszechnego, 11 października 1962 roku otworzył Sobór Watykański II. Zmarł 3 czerwca 1963 roku.

Przez dziesięciolecia, jak już wspomniałem, przygotowywał się do śmierci. Niech świadczą o tym dalsze przytoczenia, które podzielę na trzy części – według piastowanych kolejno godności.
Z zapisków biskupa
Z rekolekcji w Lublanie, w 1927 roku: „Po pewnych objawach, jakie zauważyłem w tym roku, poznaję, że się starzeję i że ciało okazuje już czasem oznaki słabości. Stąd myśl o śmierci musi być dla mnie coraz bliższa w tym sensie, by uczynić moje życie radośniejsze, sprawniejsze, a równocześnie bardziej pracowite” (s. 229).

W trzy lata później nuncjusz Roncalli nawiązał do swojego hasła biskupiego Oboedientia et pax (Posłuszeństwo i pokój): „Gdy będę umierał, chcę mieć tę pociechę, że zawsze byłem wierny swojemu hasłu” (s. 233).

W roku 1931, w czasie dni skupienia w Bujukada nad Bosforem, biskup Roncalli zauważył: „Mam już pięćdziesiąty rok życia. Jestem więc człowiekiem dojrzałym, idącym ku starości: może śmierć już jest bliska. Bardzo mało dokonałem przez te pół wieku istnienia i powołania kapłańskiego. Korzę się i wstydem płonę przed Bogiem: przepraszam Go «za niezliczone wykroczenia moje», lecz z ufnością i niezmąconym spokojem patrzę w przyszłość” (s. 237).

Podczas rekolekcji w dniach 12-18 grudnia 1937 roku nuncjusz Roncalli napisał: „W grudniu ubiegłego roku, w Atenach, miałem poważne ostrzeżenie co do mego zdrowia fizycznego. Szybko temu zaradziłem: po roku czuję się bardzo dobrze, jakkolwiek w mojej czuprynie odnajduję już oznaki starości. Będę się starał, by myśl o śmierci stawała mi się coraz bliższa, nie po to, by wnosiła smutek w życie, jakie mi jeszcze pozostaje tu, na ziemi, lecz by była dla niego światłem i radosnym spokojnym podniesieniem ducha.

Najsilniejszym przeżyciem mojej młodości była śmierć biskupa Radiniego. Umarł mając pięćdziesiąt siedem lat, czyli tyle, ile ja mam w tej chwili. Zawsze myślałem, że nie dożyję tych lat. Dochodzę do nich właśnie i dziękuję za to Bogu. Ale to przypomina obowiązek, by dążyć poważnie do świętości” (s. 243).

W dwa lata później, u jezuitów w Stambule, bp Roncalli zapisał w swoim Dzienniku: „Za kilka dni, 25 listopada, kończę pięćdziesiąt osiem lat. Od śmierci biskupa Radiniego, w wieku 57 lat, wydaje mi się, że wszystko, co wykracza poza te lata, jest już tylko naddatkiem. Dziękuję Ci za to, Panie. Jeśli chodzi o moje zdrowie i siły, czuję się jeszcze młody, lecz do niczego już nie pretenduję. Kiedy tylko zechcesz, możesz mnie zabrać: jestem gotów. Jeśli chodzi o śmierć, zwłaszcza o śmierć, «bądź wola Twoja»” (s. 245).

W czasie tych samych rekolekcji dopisał: „Świat zmienia dla mnie swoje oblicze. «Przemija postać tego świata» (1 Kor 7,31). To musi mnie zbliżyć do tamtego świata, zwłaszcza że może i ja niedługo tam się znajdę. Drodzy zmarli, zawsze o was pamiętam i was kocham. Módlcie się za mną” (s. 246). I jeszcze dodał, że powinien mało mówić, zwłaszcza o polityce, natomiast często rozmyślać o śmierci (s. 247).

Pod koniec listopada 1940 roku, w Terapii nad Bosforem, nuncjusz zanotował takie wyjaśnienie: „Wybrałem te dni na rekolekcje, gdyż są one pierwszymi w sześćdziesiątym roku mojego życia. Wchodzę więc w okres, w którym człowiek rozpoczyna starość i już starym się nazywa. Oby cała ta starość była wypełniona dążeniem do doskonałości, której jako biskup powinienem być mistrzem, a od której jestem jeszcze daleki! Uświęcenie początku mej starości przez modlitwę i rozmyślanie już coś znaczy, na pewno Bogu się podoba i przyzywa Jego miłosierdzie” (s. 249).

Podczas tych samych rekolekcji bp Roncalli rozważał każdego dnia po kilka wersów psalmu Miserere, „Zmiłuj się nade mną, Boże”. Pod koniec rekolekcji zapisał prorocze zdania: „Moje szczęśliwe usposobienie, które jest wielkim darem Bożym, trzymało mnie z dala od utrapień nękających dusze nieustraszone i wspaniałomyślne, płonące ogniem żarliwości duszpasterskiej. Lecz wydaje się oczywiste, że przed ukończeniem mego skromnego żywota Pan mnie dotknie przeciwnościami niezwykle bolesnymi. Jestem gotów: byle tylko Pan, zsyłając na mnie doświadczenie, udzielił mi siły do zniesienia go ze spokojem, godnością i cierpliwością” (s. 268).

Osoby, które w pamiętnym dniu 3 czerwca 1963 roku słuchały komunikatów radiowych o stanie zdrowia Jana XXIII, pamiętają, że agonia papieża była dotkliwa, ale też chyba mają poczucie, że uczestniczyły wtedy w wielkim misterium. Warto jednak i o tym pamiętać, że ksiądz, później biskup, kardynał i papież Roncalli ufnie i radośnie czekał na spotkanie z Panem. Nie starał się za wszelką cenę uciec od cierpienia. Owszem, pragnął cierpieć, żeby w ten sposób bardziej upodobnić się do Jezusa biczowanego i krzyżowanego. Miał świadomość, że w ten sposób będzie wydatniej uczestniczył w dziele zbawienia i więcej ludzi doprowadzi do Chrystusa. Dawał świadectwo, że zżycie się z myślą o śmierci potęguje radość.

Podczas rekolekcji u benedyktynów w Solesmes, w czasie Wielkiego Tygodnia, w dniach od 26 marca do 2 kwietnia 1945 roku, bp Roncalli zapisał taką myśl: „Nie ma co ukrywać prawdy przed samym sobą: posunąłem się zdecydowanie ku starości. Duch się wzdryga i omal że nie protestuje, ponieważ czuję się jeszcze młody, żwawy, rączy i rześki. Lecz wystarczy jedno spojrzenie w lustro, by mnie zbić z tropu. Teraz jestem w okresie pełnej dojrzałości, muszę więc dać z siebie jak najwięcej i wszystko jak najlepiej wypełniać, tak jakbym już niewiele życia miał przed sobą i stał u progu wieczności. Na taką myśl Ezechiel odwrócił się do ściany i zapłakał (por. 4 Król 20,2). Ja nie płaczę” (s. 275).

Biskup Roncalli nie płakał też podczas rekolekcji, które przeżywał w Paryżu w dniach 8-13 grudnia 1947 roku. Pisał wtedy: „Co do mego życia – najwięcej w tych dniach myślałem o śmierci, może już bliskiej, i o tym, by zawsze być do niej przygotowany. W sześćdziesiątym siódmym roku życia wszystko może się przytrafić. Dziś rano, 12 grudnia, odprawiłem mszę św. z prośbą «o łaskę dobrej śmierci». Podczas adoracji Najświętszego Sakramentu, po południu, odmówiłem psalmy pokutne z litaniami oraz modlitwę polecającą duszę Bogu.

Wydaje mi się, że to jest dobra praktyka pobożna. Będę od czasu do czasu do niej powracał. Zżycie się z myślą o tym przejściu zmniejszy i złagodzi niespodziankę, kiedy wybije ostatnia godzina” (s. 277).

Kolejne rocznice urodzin wyzwalały kolejne myśli o śmierci. Oto jeszcze dwa przykłady z czasu pobytu we Francji: „W dniu 25 listopada tego roku rozpoczynam sześćdziesiąty ósmy rok życia. Wczoraj wieczór odbyłem spowiedź u ojca przeora Germain Barbiera w Auxerre. W duszy mej panuje pokój. Na moim małym benedyktyńskim łóżku przygotowałem się do dobrej śmierci, odmawiając wolniutko osiem modlitw przewidzianych przez Bossueta do tego ćwiczenia. Teraz uważam moje życie za skończone. Jeśli Pan zechce mi jeszcze udzielić czy to lat, czy dni, uważać je będę za darowane. Muszę często sobie powtarzać słowa św. Pawła i nimi żyć: «Jestem umarły i życie moje ukryte jest z Chrystusem w Bogu» (por. Kol 3,3).

Ten stan mistycznej śmierci ma oznaczać, bardziej niż kiedykolwiek wyraziście, całkowite oderwanie się od wszelkich więzów z tą ziemią: od mojego «ja», moich upodobań, zaszczytów, dóbr materialnych i duchowych; zupełną obojętność i niezależność w stosunku do tego wszystkiego, co nie jest dla mnie ścisłą wolą Bożą” (s. 280).

I drugi przykład: „Gdy się ma pod siedemdziesiątkę, nie bardzo już można liczyć na przyszłość. «Dni życia naszego jest siedemdziesiąt lat, a co nadto więcej, to trud i boleść: prędko przeminą i ulecimy» (por. Ps. 89, 10-11). Nie trzeba mieć złudzeń, lecz zżyć się z myślą o końcu; nie z lękiem, który obezwładnia, lecz z ufnością, która utrzymuje w nas chęć życia, pracowania i służenia. Już od dawna postanowiłem trwać wiernie tym oczekiwaniem śmierci, z «uśmiechem», którym dusza moja rozweseli się nawet w chwili opuszczenia tego życia. Nie ma potrzeby powtarzania tego do znudzenia innym, lecz samemu nie można o tym zapominać, ponieważ zżycie się z myślą o «sądzie śmierci» jest dobrą rzeczą i pożyteczną dla zwalczania próżności, dla zachowania we wszystkim spokoju i umiaru. Co do spraw materialnych, wprowadzę pewne poprawki do mego testamentu. Jestem, dzięki Bogu, biedny i takim chcę umierać” (s. 286).

To były zdania napisane w Wielką Sobotę 1950 roku. W tym samym dniu nuncjusz Roncalli zapisał jeszcze: „Pociechą będzie dla mnie myśl, że ci, których znałem, których kochałem i kocham, są prawie wszyscy tam, oczekują mnie i modlą się za mnie. Czy Pan prędko mnie zawezwie do ojczyzny niebieskiej? Jestem gotów. O jedno proszę: by mnie zabrał w dobrej dla mnie chwili. A może przeznaczył mi jeszcze kilka lat, może nawet więcej? Podziękuję za to, lecz zawsze dołączę prośbę, by mnie nie zostawiał na tej ziemi, jeśli miałbym być nieużyteczny lub stać się zawadą dla Kościoła świętego. Zresztą i pod tym względem niech się spełni wola Boża” (s. 286-287).

A oto jeszcze znamienne zdania, zapisane w 1952 roku podczas rekolekcji na Montmartre u karmelitanek: „Mój koniec się zbliża wraz z przemijaniem dni mego życia. Muszę raczej myśleć o bliskiej już śmierci i troszczyć się o to, by była dobra, niż zabawiać się mrzonkami o długim jeszcze życiu. Wszakże bez melancholii i bez zbytniego mówienia na ten temat. «Wola Boża jest naszym pokojem» – to odnosi się do życia, a bardziej jeszcze do śmierci” (s. 289).




Z zapisków kardynała
Jako patriarcha Wenecji kardynał Roncalli miał świadomość, w jakim okresie życia zaczynał swoje posługiwanie w tym mieście. Świadczy o tym następująca refleksja: „Rozpoczynam bezpośrednią służbę w wieku – siedemdziesiąt dwa lata – kiedy inni ją kończą. Znajduję się więc u progu wieczności. O mój Jezu, pierwszy pasterzu i biskupie naszych dusz, tajemnica mego życia i śmierci spoczywa w Twoich rękach, blisko Twego serca. Z jednej strony drżę na myśl o zbliżaniu się ostatniej godziny, z drugiej – ufnie patrzę w przyszłość, dzień po dniu. Odpowiada mi postawa duchowa św. Alojzego Gonzagi, by spełniać nadal swe czynności, starając się o coraz większą doskonałość, lecz bardziej jeszcze liczyć na miłosierdzie Boże” (s. 291).

Podczas tych samych rekolekcji, przeżywanych z biskupami prowincji weneckiej w dniach 15 do 21 maja 1953 roku, zauważył: „Nieraz myśl o tym, jak mało czasu mi pozostaje do życia, chciałaby osłabić mój zapał. Lecz z pomocą Bożą to się nie uda. «Ani śmierci się nie lękam, ani żyć się nie wzbraniam.» Wola Boża jest nadal moim pokojem” (s. 292).

Myśl o śmierci szczególnie towarzyszyła kardynałowi podczas rekolekcji z episkopatem prowincji weneckiej w 1955 roku, w dniach 20-25 maja: „Lat siedemdziesiąt cztery. Dokładnie tyle, ile miał św. Wawrzyniec Justiniani, pierwszy patriarcha Wenecji, kiedy zakończył życie 8 stycznia 1456 r. W związku z tym przygotowuję obchód pięćsetnej rocznicy tej błogosławionej śmierci. Czy nie byłoby to także dobrym przygotowaniem do mojej śmierci?

Myśl poważna, a dla mnie zbawienna. «Śmierci się nie lękam, żyć się nie wzbraniam.» Życie, które mi pozostaje, nie powinno być niczym innym, jak tylko radosnym przygotowaniem do śmierci. Przyjmuję ją i oczekuję z ufnością: nie sobie ufam, gdyż jestem biednym grzesznikiem, lecz nieskończonemu miłosierdziu Bożemu, któremu zawdzięczam wszystko, czym jestem i co posiadam. «Zmiłowanie Pańskie na wieki wyśpiewywać będę» (Ps. 88,2).

Bolesna, a jednak dobra myśl o śmierci towarzyszy mi wciąż od chwili otrzymania nominacji na kardynała i patriarchę Wenecji. W ciągu siedemnastu miesięcy straciłem trzy drogie mi siostry, z których dwie – szczególnie drogie, ponieważ żyły tylko dla Boga i dla mnie – przez przeszło trzydzieści lat opiekowały się moim domem, oczekując cierpliwie chwili, kiedy w ostatnich latach życia połączą się ze swoim bratem biskupem.

Rozłąkę z nimi bardzo przeżyłem, nie widocznie, ale w głębi mego serca. Nie przestaję się za nie modlić, choć widzę je już w niebie, jak się za mnie modlą, oczekując mnie, szczęśliwsze tam, dlatego że mogą mi pomóc, bardziej niż tu na ziemi. O Ancillo, o Mario, połączone razem w wiekuistej, radosnej światłości z Teresą i Enricą, wszystkie cztery tak dobre i Boga się bojące, zawsze was wspominam, opłakuję i równocześnie błogosławię” (s. 293-294).

Pod koniec rekolekcji kardynał zwrócił się z takim wezwaniem do swojej duszy: „Duszo moja: twój pobyt na tej ziemi staje się coraz krótszy, a twoje kroki zwracają się ku zachodowi. Idź śmiało naprzód. Nie zbraknie ci ani światła, ani łaski, ani radości. W oczekiwaniu nieba nawet krzyż będzie ci słodyczą i pociechą” (s. 296).

A w dwa lata później, na początku czerwca 1957 roku, tak się modlił kardynał Roncalli: „O Panie, już nadszedł wieczór. Siedemdziesiąty szósty rok życia. Jest on wielkim darem Ojca niebieskiego. Trzy czwarte spośród mego pokolenia przeszło już na tamten brzeg. I ja także muszę być przygotowany na tę wielką chwilę.

Myśl o śmierci nie zakłóca mi pokoju. Odszedł także jeden z moich pięciu braci, przedostatni, mój kochany Jan. Jakie dobre życie i jaka piękna śmierć! Moje zdrowie jest wyśmienite i jeszcze silne, lecz nie mogę na to liczyć; chcę być zawsze gotowy, by móc odpowiedzieć «oto jestem» na każde, choćby niespodziewane, wezwanie.

Starość, która też jest wielkim darem Bożym, musi mnie skłaniać do cichej, wewnętrznej radości, do codziennego oddawania się samemu Panu, ku któremu zwracam się jak dziecko biegnące w otwarte ramiona ojca” (s. 297-298).

I znowu w Dzienniku, pod tą samą datą, czytelnicy znajdują prorocze słowa: „Myślę, że Pan Jezus, dla większego mego umartwienia i całkowitego oczyszczenia, chcąc mnie przyjąć do wiecznej chwały, przygotowuje mi, zanim umrę, jakieś wielkie cierpienie i smutek ciała i duszy. Przyjmę wszystko chętnie, byle tylko posłużyło to Jego chwale, przyniosło korzyść mojej duszy i duszom umiłowanych moich synów duchowych. Lękam się mej słabości w znoszeniu cierpienia i proszę Boga, by mnie wspierał, gdyż mało, a raczej wcale nie ufam sobie, lecz całkowicie zaufałem Panu Jezusowi. «Ciebie męczenników zaszczytny hufiec uwielbia»” (s. 298).
Z zapisków papieża
W rok po wyborze, podczas rekolekcji w Watykanie (29 listopada – 5 grudnia 1959) Giuseppe Roncalli już jako Jan XXIII napisał w swoim Dzienniku: „Moim pierwszym obowiązkiem jest uporządkowanie testamentu wobec bliskiej już może śmierci, o której ciągle myślę. Postaram się wszystko jasno sformułować: ma to być testament papieża biednego, także i w tym, co pisze. Pozostają mi jeszcze do opracowania tylko pewne szczegóły, zresztą już w zasadzie w nim zawarte. Pragnę, by przykład papieża był zachętą i przestrogą dla wszystkich kardynałów. Umrzeć bez pozostawienia dobrze opracowanego testamentu jest poważnym błędem dla każdego duchownego i powodem przerażenia w obliczu wieczności” (s. 301-302).

W osiemdziesiątym roku życia papież Roncalli odprawił w Castelgandolfo, w dniach 10-15 sierpnia 1961 roku, rekolekcje jako przygotowanie do swojego jubileuszu. Dał wtedy wyraz przekonaniu: „Muszę być jednakowo gotowy na śmierć nagłą, jak na życie tak długie, jakiego Panu spodoba się mi udzielić. Na wszystko zawsze odpowiadam: tak. U progu osiemdziesięciu lat muszę być przygotowany i na śmierć, i na życie, a w obu wypadkach muszę dbać o własne uświęcenie. Skoro wszyscy nazywają mnie «Ojcem Świętym», uważając, że to jest główny mój tytuł, muszę i chcę nim być naprawdę” (s. 305-306).

A co było wyrazem gotowości i zarazem stanowiło niezwykłe przygotowanie na spotkanie z Panem? Odpowiedział papież Roncalli podczas tych samych rekolekcji w Castelgandolfo: „Cotygodniowa spowiedź, odprawiana po starannym przygotowaniu w każdy piątek lub sobotę, pozostaje nadal solidną podstawą w dążeniu do doskonałości: przynosi uspokojenie wewnętrzne i jest zachętą do praktykowania zwyczaju, by stale być przygotowanym do dobrej śmierci, każdej godziny i każdej chwili dnia. Wydaje mi się, że mój spokój, gotowość odejścia i stawienia się przed Panem na każde jego skinienie, jest dowodem ufności i miłości, którym zasłużę sobie u Jezusa, którego jestem Namiestnikiem na ziemi, na ostatni przejaw Jego miłosierdzia.

Muszę więc stale ku Niemu się zbliżać, jakby ciągle mnie oczekiwał z rękami otwartymi” (s. 308-309).

Myśl o dobrej śmierci, która wróciła pod koniec rekolekcji, zbliżała dobrego papieża Jana do św. Józefa, który „słusznie jest czczony, między innymi, jako patron umierających, gdyż sam miał przy swym błogosławionym i szczęśliwym zgonie Jezusa i Maryję, tak jak w ciągu całego swego życia, które upłynęło w ich towarzystwie” (s. 321).

A oto świadectwo zanotowane podczas rekolekcji w Watykanie, które papież-jubilat przeżył w dniach od 26 listopada do 2 grudnia 1961 roku: „To, że doszedłem, a teraz już przekroczyłem osiemdziesiąt lat, nie wprowadza niepokoju do mej duszy, przeciwnie, utrzymuje w niej spokojną ufność. Powtarzam to, co zawsze: nie pragnę ani więcej, ani mniej niż to, co Pan mi ciągle daje. Dziękuję Mu i błogosławię «przez wszystkie dni». Jestem gotów na wszystko.

Odczuwam w mym ciele początek jakiejś słabości, co pewno jest rzeczą normalną u starca. Znoszę to spokojnie, choć mi to czasem ciąży i obawiam się pogorszenia. Niemiło jest zbyt wiele o tym myśleć. Ale, raz jeszcze, jestem przygotowany na wszystko” (s. 322).

Na koniec wypada wspomnieć o najbardziej wymownym świadectwie, jakim była śmierć Jana XXIII. Zgodnie z przeczuciem samego papieża, była to bardzo trudna śmierć, poprzedzona bolesną agonią. Ale była piękna i o niezwykłym wymiarze apostolskim. Ks. Loris Capovilla, sekretarz papieża, we Wprowadzeniu do Dziennika duszy, tak o niej napisał:

„Przy śmierci papieża Jana działy się rzeczy zdumiewające, do których ludzkość z upodobaniem będzie powracać, czerpiąc z nich zachętę do ufności. W wielu domach zakwitł pokój, chorzy – dotychczas zrozpaczeni – pogodzili się z losem, dzieci krnąbrne stały się posłuszne, młodzi małżonkowie, wspominając pełne czułości pozdrowienie przesłane ich dzieciom, mówili do siebie: nasza miłość musi być uczciwa. Jego ubóstwo wywarło wielkie wrażenie na całej opinii publicznej, a pocieszyło biednych, wielu synów marnotrawnych, klęcząc u jego łoża, zapragnęło ukoić palący ból w odnalezionej modlitwie z lat dziecinnych, a niektórzy z nich zdecydowali się na przystąpienie do sakramentów świętych” (s. 8).
Śmierć Jana XXIII stała się wielką katechezą dla świata, a dla niego samego ukoronowaniem jego świętego życia i bramą do nieba.

O prawo do myślenia o śmierci
Byłem przekonany, że mam takie, nie kwestionowane przez nikogo prawo. A jednak kilka znajomych osób przyjęło z pewnym rozczarowaniem moją informację, że piszę książkę o oswajaniu śmierci. Dlaczego nie o życiu? Gdy w pewnej bliskiej mi rodzinie zaproponowałem, że odczytam krótki, wprowadzający fragment książki i spis rozdziałów, pani domu stanowczo zaprotestowała. Jej mąż oczekiwał właśnie na bardzo trudną operację. Bała się, że lektura mogłaby go fatalnie usposobić.

Po takich reakcjach zastanawiałem się przez pewien czas, czy nie zrezygnować z pomysłu. Nie zrezygnowałem. Podtrzymał mnie w postanowieniu David Kessler, Amerykanin zawodowo związany z ruchem hospicyjnym, którego książkę Śmierć jest częścią życia. O prawo do godnego umierania (Świat Książki, Warszawa 1999) czytałem w dniach próby. I bardzo do mnie przemówiła.

Od razu w pierwszym rozdziale Kessler opowiada, że odwiedził autorkę książek o umieraniu i życiu po życiu, Elisabet Kűbler-Ross, w jej samotnym domu. Z powodu udaru i złamania biodra nie mogła się poruszać. Oznajmiła, że staje przed sprawami, którym poświęciła życie. Ale teraz to ona mierzy się ze śmiercią. Gdy tak siedzieli podziwiając zachód słońca, poprosiła, by przedstawił jej książkę, nad którą pracuje. Odparł, że omawia ona prawa ludzi umierających, i zapytał, czy ma jakieś uwagi albo rady. A ona odrzekła: „gdybyśmy pamiętali o tym, by dobrze traktować żyjących, nie potrzebowalibyśmy przypominać o prawach umierających” (s. 32).

Całe dziełko Kesslera potwierdza tę tezę. W takiej mierze, w jakiej jest książką o umieraniu, jest książką o życiu. Ogromną wymowę ma fakt, że jeszcze przed Spisem treści, umieszczonym na początku, autor – jak obszerne motto – przytoczył w dziewiętnastu wersach refleksje Matki Teresy o życiu. Mam wrażenie, że w nich wszystkich termin „życie” można by zastąpić terminem „śmierć”. I wymowa byłaby taka sama. Dlaczego? Dlatego, że śmierć jest częścią życia. Jeżeli o tym pamiętamy, nie traktujemy śmierci jak jakiegoś tabu. I nie będziemy doświadczać kłopotliwych dreszczy, czytając Prawa umierających, które stanowią jakby nieco poszerzony Spis treści albo streszczenie książki. Oto, jakie prawa chciałby zapewnić autor ludziom umierającym:



  • Prawo, by być traktowanym, jak żywa istota ludzka.

  • Prawo do zachowania poczucia nadziei niezależnie od okoliczności.

  • Prawo do opieki sprawowanej przez osoby podtrzymujące nadzieję bez względu na okoliczności.

  • Prawo do wyrażania we własny sposób uczuć i emocji związanych ze śmiercią.

  • Prawo do uczestniczenia w podejmowaniu wszystkich decyzji dotyczących opieki.

  • Prawo do opieki sprawowanej przez osoby współczujące, wrażliwe, kompetentne, które starają się zrozumieć indywidualne potrzeby.

  • Prawo do oczekiwania nieprzerwanej opieki medycznej, nawet jeśli „leczenie” zmienia się w „przynoszenie ulgi”.

  • Prawo do otrzymywania uczciwych i pełnych odpowiedzi na wszystkie pytania.

  • Prawo do poszukiwania duchowości.

  • Prawo do uwolnienia od bólu fizycznego.

  • Prawo do wyrażania we własny sposób uczuć i emocji związanych z bólem.

  • Prawo dzieci do uczestniczenia w śmierci.

  • Prawo do zrozumienia procesu umierania.

  • Prawo do śmierci.

  • Prawo, by umierać w spokoju i z godnością.

  • Prawo, by nie umierać w samotności.

  • Prawo do oczekiwania, że po śmierci zostanie uszanowana świętość ciała.

Z przytoczonego tutaj kanonu moi znajomi zakwestionowali umieszczone na czwartym miejscu „prawo do wyrażania we własny sposób uczuć i emocji związanych ze śmiercią”. Moje niezbywalne prawo. Zapewne w imię swojego prawa i swojej wrażliwości. Ale zaręczam, że pisząc o oswajaniu śmierci, nie chcę nikogo straszyć. Owszem, pragnę ukazać jej ludzkie oblicze. Takie, jakie znalazłem w Dzienniku duszy Jana XXIII.

Wiemy już, jak wspaniale korzystał z tego prawa wspomniany papież, jak zdobywał sprawność radosnego myślenia na ten temat. Przez wiele lat oswajał śmierć. Myśląc o niej – jak to mieliśmy okazję przekonać się czytając poprzedni rozdział – doznawał wielkiego spokoju i pokrzepienia; pragnął połączenia się z Bogiem i bliskimi, którzy wcześniej odeszli. Myśl o śmierci potęgowała jego zaufanie do Pana i pragnienie pełnienia woli Bożej. Motywowała go do pracy i wielbienia Boga. Nie wnosiła bynajmniej smutku w jego życie, lecz światło, ufność i niezmącony pokój. Jego postawa nie była postawą herosa, który „kulom się nie kłaniał” i śmiercią gardził. Nie. Doświadczał niepokojów, gdy coś mu dokuczało. I pragnął cierpienia, i się go bał. Od pięćdziesiątego roku życia każdy rok, miesiąc, każdą godzinę uważał za szczęśliwy dodatek, i był zań wdzięczny. To wszystko sprawiło, że pięknie żył i pięknie umarł.
Z prawa myślenia o śmierci rezygnują ci, którzy za wszelką cenę starają się o niej nie myśleć, jak na przykład bohater antypowieści Nathalie Sarraute Portret nieznajomego. (Pisałem o tym utworze w swojej poprzedniej książce Moje przygody z literaturą piękną.) Wstęp do niej napisał Sartre. Zwrócił uwagę na scenę, którą uznał za jedną z najbardziej wstrząsających w literaturze światowej. Jest dwoje bohaterów: umierający ojciec i córka. W pewnym momencie ojciec wstaje z łóżka i w piżamie czy koszuli nocnej idzie do kuchni, żeby sprawdzić, czy przypadkiem córka nie kradnie mu mydła. Umierający człowiek, który niezadługo pozostawi wszystko. On ucieka przed sobą, przed lękiem metafizycznym, ucieka w konkret, jak to określa Sartre. Ten konkret przybiera różne kształty. Może to być alkohol, sport, seks, zapamiętanie się w pracy. Pewnie i Sartre tak uciekał. Jednak chciał być konsekwentny aż do absurdu i bezsensu. O ile wiadomo, znacznie złagodził swoją postawę w ostatnim okresie życia.

Dodajmy, że tym, którzy uciekają, pozostaje myślenie z lękiem. Straszą ich różne wyobrażenia, przewidywania, jeśli już odważą się myśleć. O podobnej postawie będzie jednak mowa w następnym rozdziale.


Tutaj wypada jeszcze zapytać, czy tylko o prawo do myślenia albo do niemyślenia o śmierci chodzi, czy może raczej należałoby mówić i pisać także o obowiązku? Przecież wciąż aktualne są słowa Chrystusa: „Wy też bądźcie gotowi, gdyż o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Łk 12,40). Być może to zdanie przyświecało Kesslerowi, gdy we Wstępie do swojej książki pisał: „Czasem bywa wynikiem przemocy, niekiedy litościwym aktem natury, innym razem końcem długiej choroby. Patrzymy na nią w swoich domach, siadając przed ekranem telewizora, płacimy, by oglądać ją w kinach, zabawiamy się nią w grach wideo i komputerowych. Może mamy nadzieję, że im bardziej się z nią opatrzymy, tym mniej nas będzie trwożyć. Choć śmierć należy do najbardziej bolesnych osobistych doznań naszego życia, to często chorobliwie się nią interesujemy. Liczni z nas igrają z nią przez całe życie, prowokując ją przez wspinaczki wysokogórskie, podniebne loty, wyścigi samochodowe. Niezależnie jednak, jak bardzo flirtujemy z nią z daleka, wszyscy wiemy, że pewnego dnia nastąpi rzeczywiste spotkanie” (s. 11).

Okazuje się, że przed myślą o śmierci uciekają nie tylko poszczególni ludzie, ale także całe systemy, kultury czy cywilizacje. Znamiennie o tym pisze Vittorio Messori, znany dziennikarz włoski, w książce, którą wydano w Polsce co najmniej w kilkanaście lat po jej ukazaniu się we Włoszech. Chodzi o Scommessa sulla morte. W języku polskim nosi ona tytuł Wyzwanie wobec śmierci. Nadzieja chrześcijańska: Rzeczywistość czy złudzenie? (Wydawnictwo M, Kraków 1995).

Wiele uwagi poświęcił autor stosunkowi Marksa i marksizmu do śmierci. Jeden z podrozdziałów zatytułował: Dziesięć tysięcy stron, trzy linijki. Około dziesięciu tysięcy stronic liczą dzieła Marksa. To są setki tysięcy linijek, spośród których tylko trzy dotyczą faktu umierania. Umieścił je Marks jakby mimochodem w Rękopisach ekonomiczno-filozoficznych z roku 1844. Napisał tam, że „śmierć jawi się jako trudne zwycięstwo gatunku nad jednostką”. I żeby nie było zbyt kłopotliwych skojarzeń, dodał: „Konkretna jednostka jest istotą określoną tylko gatunkowo i jako taka jest nieśmiertelna” (s. 24 i 25).

O co tu chodzi? Może o to, że człowiek umiera, ale gatunek trwa? Ludzkość jest nieśmiertelna.

Marks wyraźnie unikał tego tematu przez ponad trzydzieści lat. Wrócił doń dopiero w 1878 roku w liście do przyjaciela, który stracił kogoś ze swoich bliskich. Znalazł wtedy tylko takie rady: „zapomnieć”, „ukryć”, „udawać, że się nic nie stało”.

Milczenie twórcy systemu stało się obowiązujące. Było po prostu (a może jeszcze jest?) koniecznością narzuconą przez logikę systemu, który stanął przed problemem nie do rozwiązania.

Messori przytacza zdanie Herberta Marcuse’a, teoretyka z Zachodu, do którego przyznawały się grupy i grupki prawdziwych lub urojonych marksistów. Otóż, tenże Marcuse stwierdził: „Śmierć jest wynalazkiem kierowniczych klas burżuazyjnych”. Prawdopodobnie jego uczeń wypisał na murze Uniwersytetu Paryskiego: „Śmierć jest faszystką!” (s. 35).

A więc można aż w takie banały uciekać przed prawdą o śmierci. Ale przecież uciekali od niej i uciekają nie tylko marksiści. Na banicję skazują śmierć także ludzie Zachodu, tej części świata, którego jednym z symboli i mitów, obok Coca-Coli i strzykawki do heroiny, jest „Playboy”. Tak o tym piśmie i jego założycielu pisze Messori:

„Z Chicago rozszedł się wszędzie ten miesięcznik na luksusowym papierze, który pozwala intelektualistom na oglądanie nagich kobiet bez poczucia, że są przez to mniej inteligentni i gorzej wykształceni. Hugh Hefner, który jest legendarnym założycielem i kierownikiem „Playboya”, przekazywał rozlicznym wydawcom zagranicznym na całym Zachodzie pewien własny „Style-book”, «podręcznik stylu», przewodnik zawierający obowiązkowe reguły wydawania gazety. Ów „Play-book” powiada więc we wstępie: ,,W „Playboyu” nie wolno mówić o dzieciach, o więzieniach, o nieszczęściach, o starości, o chorobach. Nade wszystko jednak stanowczo zakazane jest mówienie o śmierci” (s. 41).

Nawet myślenia o śmierci w pewnych kręgach zakazywano! W wolnym, demokratycznym świecie!


Przyznam, że właśnie te fakty i takie poglądy szczególnie mnie przekonują o potrzebie myślenia i pisania o śmierci. To jest poza tym moje prawo, którego nikt mnie nie może pozbawić. I jak już wspomniałem, to jest także obowiązek.



  1   2   3   4   5   6


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna