Losy Bliskich i losy Dalekich życie Polaków w latach 1914 1989



Pobieranie 43.57 Kb.
Data05.05.2016
Rozmiar43.57 Kb.
Praca została przygotowana i wykorzystana w ogólnopolskim konkursie tematycznym "Losy Bliskich i losy Dalekich - życie Polaków w latach 1914 - 1989" organizowanym przez Małopolskiego Kuratora Oświaty.

„RODZICE W PUDEŁKU

OD ZAPAŁEK”

Aleksandra Kozłowska




Publiczne Gimnazjum nr 53

Sióstr Prezentek w Krakowie

Opiekun:


mgr Barbara Figlewicz

"Praca została przygotowana i wykorzystana w ogólnopolskim konkursie tematycznym "Losy Bliskich i losy Dalekich - życie Polaków w latach 1914 - 1989" organizowanym przez Małopolskiego Kuratora Oświaty.




Maria i Stanisław

Kamińscy

Dlaczego „Rodzice w pudełku od zapałek”?


Otóż jakiś czas temu zainteresowało mnie zdjęcie rodziców mojego dziadka stojące skromnie na półce. Nie byłoby w tym niczego niezwykłego gdyby nie to , że owo zdjęcie znajduje się w ...pudełku od zapałek!

Dziadek żył w trudnych czasach – w końcu urodził się tuż przed wybuchem II wojny światowej, w czerwcu 1939 roku. To niewielkie, kartonowe pudełko miało służyć jako zabezpieczenie przed uszkodzeniem. Takie małe, a przywołuje wielkie sentymenty.


Oto losy mojego dziadka oraz pradziadków, a w szczególności Stanisława Kamińskiego – mojego pradziadka ze strony mamy. Był dobrym, prawym i mądrym człowiekiem. Zmieniał i budował Polskę, ale jego plany oraz marzenia przekreśliła wojna. Historię tego życia, niebanalną i ciekawą przedstawiam w opowieści jego syna – Jana Kamińskiego, czyli mojego dziadka.
Oto jego wspomnienia:

Mama moja pochodziła z Brzeska. Jej ojciec Franciszek Glista był dobrze zarabiającym księgowym w Banku Spółdzielczym, a potem długie lata w Browarze Okocim. Zmarł przed wojną w 1937 roku. Jego żona, a moja babcia ze strony matki – Jadwiga z domu Gdowska – należała do ścisłej czołówki dość zamożnego mieszczaństwa brzeskiego. Nie pracowała, a w domu zawsze była tzw. pomoc domowa.
Wspominając Bank Spółdzielczy mój dziadek popełnił błąd historyczny. Starając się go wyjaśnić sięgnęłam do tekstów źródłowych ,które sam pomógł mi zdobyć. Były to dwie książki – Piotra Pawła Dudy „Działalność filantropijna Banku Spółdzielczego w Brzesku”1 oraz Piotra Pawła Dudy i Magdaleny Węgrzyn „Dzieje Banku Spółdzielczego w Brzesku 1874-2004”2.

Okazało się, że Bank Spółdzielczy istnieje dopiero od października 1946 roku, a powstał na bazie Towarzystwa Zaliczkowego Spółdzielni z Nieograniczoną Poręką w Brzesku. Idea Towarzystwa opierała się na tzw. bankach ludowych, zainicjowanych przez m.in. Fryderyka Wilhelma Raiffeisena oraz Hermanna Schulze.

Na ziemie Galicji tego typu organizacje wprowadzał natomiast dr Franciszek Stefczyk, który w 1890 roku założył w Czernichowie Kasę Oszczędności i Pożyczek (zwaną do dziś Kasami Stefczyka). Cała idea dr F. Stefczyka opierała się na chęci pomocy i poprawienia komfortu życia ludziom ubogim, a szczególnie rolnikom i mieszkańcom wsi.

Z kolei brzeskie Towarzystwo Zaliczkowe zarejestrowane zostało w Sądzie Rejonowym w Krakowie już 24 lutego 1874 roku pod liczbą 349.

Mój prapradziadek Franciszek Glista zasiadał w Radzie Nadzorczej Towarzystwa w okresie międzywojennym. W archiwum Banku Spółdzielczego w Brzesku zachowała się nawet lista obecności z posiedzenia Rady z jego własnoręcznym podpisem. To odkrycie było wydarzeniem dla naszej rodziny!

Co do wspomnianego browaru, to założył go Jan Ewangelista Goetz razem ze swoim wspólnikiem Józefem Neumannem w 1845 roku. Jednak prawdziwym „piwnym królem” był dopiero jego syn, Jan Albin. Szczęśliwa epoka browaru trwała aż trzy pokolenia. Wkrótce stał się on piątym co do wielkości zakładem piwowarskim w cesarstwie austro-węgierskim (na 1600!).

Jan Ewangelista Goetz był kluczową postacią w Brzesku – ufundował szkoły, kasę chorych, osiedle robotnicze, a zakład browarniczy rozwijał się coraz lepiej. Rodzina Goetzów wybudowała piękny neobarokowy pałac wypełniony zabytkowymi meblami i wszelkiego rodzaju sztuką, między innymi obrazami malowanymi dla nich na zamówienie przez Stanisława Wyspiańskiego, w tym portret Antoniego Jana, a także dzieła artystów takich jak: Malczewski, Kossakowie, Boznańska, Popiel itp. Siedziba ta, z ogrodem zimowym, palmiarnią, otoczona wspaniałym parkiem angielskim od samego początku uchodziła za perełkę architektury w Galicji.

Syn Jana Albina, Antoni Jan Goetz, był posłem na Sejm w latach drugiej RP (1935-1938). Piątego września 1939 roku zdecydował się uciec z Polski przed Niemcami zostawiając cały rodzinny majątek. Mimo różnych nacisków i pochodzenia czuł się on wyłącznie Polakiem i w związku z tym groziły mu poważne represje. Po wojnie pałac zamieniany był na różne instytucje, nawet na szkołę (Liceum Ogólnokształcące), w której uczyła się po latach także moja mama.

Powracając do prapradziadka Franciszka, przedstawię ciekawostkę: z racji jego przedwojennej pracy w Browarze, jeszcze po 1950 roku dwa razy w roku – na Wielkanoc i Boże Narodzenie – Browar Okocim (mimo że znacjonalizowany po wojnie) przysyłał bryczką po skrzynce piwa!

Z kolei Jan Kamiński, mój prapradziadek ze strony ojca mojego dziadka (też Jana Kamińskiego!) pochodził z Dankowic koło Kęt, z niebogatej rodziny rolniczej. Wywędrował do Austrii, gdzie ukończył na Uniwersytecie Wydział Rolniczy. Był to olbrzymi skok cywilizacyjny. Po powrocie do kraju ożenił się z Ludwiką Lankosz, a chcąc utrzymać rodzinę zatrudniał się w majątkach ziemskich jako ekonom. I tak znalazł się na zamku w Dębnie, zarządzając tamtejszymi dobrami przez 10 lat. Tam też wychowały się niektóre z jego dzieci (a miał 3 żony i 9 dzieci!), w tym mój pradziadek Stanisław i Jego brat Jan. Tu muszę wyjaśnić, że w tej gałęzi rodziny przeplatają się przez pokolenia dwa męskie imiona – Jan i Stanisław.

W edukacji synów przyszedł wreszcie czas na gimnazjum, które mieściło się naprzeciw domu Jadwigi z Gdowskich w Brzesku (została ona w wyniku pewnej miłości moją praprababcią!). Obydwaj bracia trafili do niej na stancję, a ona serdecznie się nimi zajęła. Tym bardziej, że matka ich zmarła w 1925 roku. Pochodziła ze znanego rodu Lankoszów. (W Krakowie na frontonie Szpitala Kolejowego była kiedyś tablica pamiątkowa wybitnego lekarza – chirurga, jej kuzyna. Niestety, szpital jest obecnie opuszczony i usunięto z niego wszystkie tablice).

To wtedy, już w czasach gimnazjalnej stancji, narodziło się uczucie między córką Jadwigi – Marią, a moim pradziadkiem Stanisławem Karolem Kamińskim.

Po maturze w Brzesku, Stanisław wraz z kuzynem jego matki – Henrykiem udali się do Lwowa. Obydwaj zdali celująco na Wydział Elektryczny na Politechnice Lwowskiej i ukończyli go. Do dziś dziadek przechowuje jego indeks, jak również pracę dyplomową: „Plan elektryfikacji miasta Brzeska”. Masę rysunków, opisów czynionych niekiedy ręką mamy dziadka, po wojnie chciał odkupić Zakład Elektryczny. Nie zgodziła się, ale pozwalała do niego zaglądać fachowcom.

Z kolei mama dziadka studiowała matematykę, którą znała i uwielbiała. Była między innymi wiceprzewodniczącą Powiatowego Koła Nauczycieli Matematyki. Stąd co roku wspólnie z innymi opracowywała dla Warszawy i całego kraju zadania matematyczne na matury!

Ojciec mojego dziadka zatrudnił się w Krakowie w Dyrekcji Kolei Państwowych, pod którą podlegało w tym czasie również lotnisko w Czyżynach. Nadzorował pod względem elektrycznym między innymi budowę krakowskich hangarów lotniczych.

Po ślubie Stanisława z Marią 29 lipca 1933 roku w Brzesku, obydwoje rodzice dziadka otrzymali propozycję przeniesienia się do Równego z życiem i pracą. Tam, „na Kresach” zarobki nauczycielki i inżyniera były 10-krotnie wyższe, niż tutaj. A samo utrzymanie się, o wiele tańsze. W Równem w 1935 roku urodził się dziadka brat, Tadeusz.

„Około roku 1937 przyszła następna intratna propozycja – tym razem z Brześcia. Rodzice przyjęli ją natychmiast. Mama nadal uczyła, a ojciec jako cywilny pracownik wojska pracował w słynnej Twierdzy Brześć. Finansowo stali już bardzo dobrze: w domu była niania, a ojciec kupił Fiata 508”. Obydwoje wybrali się także statkiem „Batory” na luksusową wycieczkę pod nazwą „Porty Europy”. „Pojechali również na Wystawę Światową do Paryża w 1937 roku” – wspomina dziadek.

Wygląda na to, że Stanisław Karol, mój pradziadek, był ogromnie ciekaw świata i nowinek technicznych. Praca była jego wielką pasją. Traktował ją jak misję budowania nowej rzeczywistości. Podejmował bez wytchnienia wyzwania, które przynosiło życie. Czasem znikał z domu i zapominał o wszystkim pochłonięty nowymi projektami i budowami. Miał coraz większe doświadczenie, a i tak wciąż poszukiwał nowych rozwiązań. Świat stał przed nim otworem.

Nadszedł wrzesień 1939 roku. Do Brześcia najpierw wkroczyli Niemcy. Potem wycofali się, a ich miejsce zajęli Rosjanie. Tępili jak mogli polską inteligencję. Codziennie odchodziły transporty, a właściwie wywózki „Lachów” na Sybir i dalej.
Mojego Ojca dwa razy ulokowali w pociągu do wywózki i dwa razy w biegu wyskakiwał! Był niezwykle odważny, chociaż zdawał sobie sprawę z zagrożenia. Wracał do nas i do spraw, o których nie mieliśmy pojęcia. Matkę zostawiali w spokoju. Może dlatego, że ja miałem wtedy 3-5 miesięcy życia.

Terror Rosjan był coraz większy, a życie coraz cięższe. Samochód ojca zaraz na początku wojny – we wrześniu 1939 roku zarekwirowano. Niemniej ludzie nauki, lekarze, inżynierowie, adwokaci i sędziowie trzymali się razem. Pomagali sobie nawzajem i wspierali się. Miało to miejsce także już po wojnie. Kilka rodzin stamtąd przywędrowało potem wspólnie do Brzeska. Lwowiacy – głównie do Gliwic.

W czerwcu 1941 roku Niemcy poszli dalej – na Rosję, okupując Brześć. Część mieszkańców Brześcia łudziła się, że teraz będą mieli do czynienia z bardziej „cywilizowanymi” ludźmi. W krótkim czasie te złudzenia prysły, gdyż zaczęły się masowe rozstrzeliwania. O tym okresie moja Mama najmniej opowiadała, bowiem bała się represji w czasach PRL. Niemniej przekonany jestem, że Ojciec działał w Armii Krajowej. Wiele na to wskazuje.

W lutym 1943 r. Ojciec został aresztowany przez Niemców i wraz z dużą grupą współtowarzyszy osadzony w Brześciu w więzieniu. Po pewnym czasie (około miesiąca lub dwóch), matki i żony dowiedziały się, że można do więzienia przynosić paczki żywnościowe i ubrania. Miałem już wtedy niespełna 4 lata. Matka zabrała mnie i brata idąc do Ojca. Jedyne moje wspomnienie tej chwili jest jak przez mgłę – Niemiec odbierający paczki wziął mnie za rękę i zaprowadził do celi Ojca. Było tam kilkunastu mężczyzn. Jeden z nich, (ale nie Ojciec), porwał mnie na ręce, a potem znalazłem się w objęciach Ojca.

22 czerwca 1943 r. Niemcy wyprowadzili z więzienia wszystkich osadzonych i rozstrzelali ich w okolicach twierdzy brzeskiej. Wiele rodzin, w tym moja Matka, długo łudziło się, że bliscy ocaleli.
Brześć już na początku wojny bywał nazywany „strategiczną stolicą Polski”. Szybko stał się głównym węzłem komunikacyjnym dla niemieckiego frontu środkowego. Dlatego też praca konspiracyjna rozpoczęła się na tym terenie już od pierwszych działań wojennych.

W październiku 1939 roku utworzono pierwszą komórkę Służby Zwycięstwa Polski. Założył ją naczelnik Rejonowego Urzędu Telekomunikacji, inż. Stanisław Korwin – Krukowski.

Wiosną 1943 r. Okręg Polesie Związku Walki Zbrojnej został podporządkowany Komendzie Głównej Armii Krajowej. Składał się on z kilku oddziałów, współpracujących ściśle z ludnością cywilną.

Niestety latem 1943 r. miała miejsce tzw. „wsypa”. Wiąże się ją z aresztowaniem mjr Włodzimierza Kupicza, który podpisał deklarację współpracy z Niemcami. Był on komendantem obwodu Brześć – Powiat i Brześć – Miasto. Został wypuszczony z więzienia i wrócił na stanowisko komendanta obwodu brzeskiego. W krótkim czasie rozpoczęła się ogromna fala zatrzymań żołnierzy AK i ludności cywilnej z nią powiązanej. W tym czasie miała też miejsce zdrada inspektora rejonowego AK – Jana Olpińskiego „Ostoi”.

Prawdopodobnie mój pradziadek został aresztowany i rozstrzelany w Twierdzy Brześć w związku z tymi właśnie wydarzeniami. Zwłaszcza, że już przed wojną był przecież cywilnym pracownikiem wojska.

Wczesną jesienią prababcia Maria uzyskała przepustkę od Niemców na powrót do swojej rodziny do Brzeska. Była osamotniona i zrozpaczona, a wrześniowa podróż okazała się w dodatku dla niej i kilkuletnich synów gehenną. Z mieszkania w Brześciu wzięli jedynie wełnianą kapę na łóżko, aby okrywać się nią w drodze, która trwała wiele dni. Do jedzenia mieli tylko kilka ugotowanych na twardo jajek. W końcu dotarli do celu.


Dziadek wspomina:

W Brzesku warunki życia były bardzo ciężkie. Nie było opału, a życie uratowały nam ziemniaki z pola babci Jadwigi (matki mojej Mamy) i krowa, którą potem chodziłem pasać „na miedzę”. I znowu, jak przez mgłę, pamiętam oddział Niemców maszerujący przez miasto na wschód. Poszliśmy za nimi, jak to dzieci, licząc na to, że coś nam dadzą. Niektórzy z nich brali nas na ręce. W pewnym momencie ktoś ze znajomych rodziny stojący na chodniku odebrał mnie Niemcowi, zabrał do bramy pobliskiej kamienicy i „wlał” ręką krzycząc, że od Niemców mamy się trzymać z

daleka.
Nadszedł styczeń 1945 r. – front był już blisko. Przed Rosjanami uciekała teraz ludność cywilna w stronę Krakowa. Na wprost domu prababci utworzył się zator z furmanek, samochodów, wózków itp.
Jak wspomina dziadek:

To wtedy kilku Niemców postanowiło u nas przenocować. Babcia się z nimi jakoś porozumiała, gdyż mówiła słabo po niemiecku. Rano zniknęli, a front nadciągał. Po 2-3 dniach główną drogą szły patrole Rosjan dopytujących – „kuda na Berlin?” Następną noc to dowódcy rosyjscy przyszli do nas na nocleg. Tu z kolei moja Mama potrafiła nieco z nimi konwersować. Wołali – „kuszat, kuszat!” – a w domu nie było nic. Sprawdzali nawet piwnice. Po pewnym czasie żołnierze przynieśli i rzucili na stół kilka żywych, dużych karpi. Dali też smalec z puszek i babcia przyrządziła im z tego posiłek. Marne resztki zostały dla nas. Nieprzyzwyczajeni do jedzenia, pochorowaliśmy się. Przy okazji tej wizyty dowiedzieliśmy się, że Oświęcim i Kraków są już wolne. Jakoż wkrótce z obozu w Oświęcimiu powrócił kuzyn mojej Matki – Henryk, który wcześniej studiował z moim Ojcem we Lwowie. Jego brat Oskar niestety zginął w oświęcimskim obozie.
Prawdopodobnie Oskar Locher zginął w Oświęcimiu 14.08.1942. Znalazłam tę informację na portalu „straty.pl”.

Warto tu wspomnieć, że prababcia Maria Kamińska brała udział w tajnym nauczaniu w Brzesku i w Brześciu podczas okupacji. Była bardzo odważna. Za te zasługi w 1980 roku została odznaczona Medalem Komisji Edukacji Narodowej.

Niezwykłe były również wojenne losy brata mojego pradziadka, czyli kpt. mar. Tadeusza Kamińskiego. Warto poświęcić mu trochę miejsca w tej opowieści. W 1934 r. ukończył on Szkołę Morską i oficerski kurs nawigacyjny. We wrześniu 1939 r. służył jako oficer kursowy w Bydgoszczy. W pierwszych dniach wojny nastąpiła ewakuacja szkoły i przeprawa przez Warszawę do Pińska, gdzie mieściło się dowództwo flotylli. Potem dalsza przeprawa według nadchodzących rozkazów – specjalnym pociągiem na południe. Niestety, pociąg został najpierw zbombardowany, a następnie otoczony przez Rosjan na stacji Deraźne. Rosjanie oddzielili oficerów i wywieźli w nieznane, zapewne do oficerskich obozów jenieckich. Tadeusz omyłkowo pozostał ze zwykłymi żołnierzami. Trafił do roboczych łagrów. Do 1941 r. ciężko, w nieludzkich wręcz warunkach, pracował przy wyrębie lasów i budowie magistrali kolejowej za 800 gram chleba dziennie!

Po ogłoszeniu amnestii dla Polaków mój stryjeczny pradziadek ruszył do Murmańska, aby wcielić się do Armii Polskiej w Związku Sowieckim. Tam został zaokrętowany na jednostkę brytyjską, a po przybyciu do Anglii wcielono go do polskiej Marynarki Wojennej. Tak znalazł się na niszczycielu ORP „Garland”, jako I- zca kapitana.

Dnia 27 maja 1942r w trakcie prowadzenia konwoju do Murmańska miało miejsce intensywne bombardowanie z samolotów Luftwaffe na wszystkie okręty. Zarówno transportowce, jak i ochraniające je niszczyciele poniosły bardzo dotkliwe zniszczenia. Życie straciło wtedy wielu marynarzy (40% strat w konwoju).

Stryjeczny pradziadek został ciężko ranny. Amputowano mu nogę podczas pobytu w szpitalu w Archangielsku, a potem ewakuowano go do Anglii. Dnia 9 lipca 1942 roku odznaczony został Krzyżem Walecznych. Długo dochodził do siebie lecząc się w Aberfeldy w Szkocji. Po odzyskaniu sił, podjął służbę na nowo jako wykładowca w Szkole Podchorążych Marynarki Wojennej. Awansował po wojnie do stopnia komandora podporucznika. Do Polski już nie wrócił. Zmarł w 1963 roku w Okehampton3.


Wróćmy jednak już do mojej prababci Marii Kamińskiej i jej synów. Po wyzwoleniu dziadka i jego brata Tadeusza wychowywała i pilnowała podczas nieobecności mamy głównie ich babcia Jadwiga. Matka pracowała bowiem cały dzień w szkole, potem miała kursy,

a niekiedy dawała też lekcje w domu. Wciąż było bardzo biednie, ale do ubogich posiłków należało zawsze oczyścić ubranie, buty, umyć ręce i zaczesać włosy. „Babcia dokonywała kulinarnych cudów – zawsze zrobiła Coś z Niczego!” – wspomina z uśmiechem dziadek.

Liceum – Gimnazjum przeniesiono z ul. Kościuszki nieopodal domu Jadwigi

z Gdowskich, do pałacu barona Goetza, a w szkolnym budynku urządzono szpital. Wkrótce starszy brat dziadka zaczął uczęszczać do szkoły w pięknym, otoczonym parkiem pałacu, a sam dziadek poszedłem do podstawówki w wieku 6 lat. Czytał najlepiej w klasie i dawano go za wzór dzieciom ze starszych klas. Natomiast dość szybko relegowano z Liceum brata dziadka (Tadeusza) ,który wraz z trzema kolegami napisał na wielkich, pałacowych lustrach coś „obrazoburczego”. Prababcia uprosiła swojego kuzyna Henryka, aby zabrał starszego z synów do siebie, do Gliwic. Tak się też stało. To tam zdawał on maturę i zrobił studia na Politechnice Gliwickiej. Pracował potem jako inżynier – elektryk w Zakładach Azotowych w Tarnowie. Wybrał zawód swojego taty.

Mój dziadek z kolei po ukończeniu podstawówki również zaczął uczyć się w „pałacowym” Liceum. Ukończył je w 1956 r. Podejmował studia zgodnie ze swoimi zainteresowaniami biologicznymi – najpierw w Olsztynie na Wydziale Rybactwa Śródlądowego, a potem w Krakowie biologię na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ukończył również kurs spadochronowy w Nowym Targu i przedterminowo został wcielony do wojska. Służył w desancie w Krakowie w latach 1958-1960.
Kończąc swoje wspomnienia dziadek relacjonuje:

Pod koniec służby poznałem Emilię, z którą ślub cywilny zawarłem w Przeworsku w kwietniu 1960 r. Kościelny ślub w Brzesku w grudniu tegoż roku brałem już w cywilnym, pożyczonym od brata ubraniu. Mamy czworo dzieci i pięcioro wnucząt. W tym Aleksandrę Kozłowską, której opowiedziałem nasze rodzinne dzieje, a w szczególności losy jej pradziadka – Stanisława Kamińskiego.
Dziadek mój, Jan Kamiński, zawsze wspominał przy różnych okazjach o swoim ojcu, a moim pradziadku, ale nigdy o sobie. To niesamowite, że po tylu latach dowiedziałam się o studiach biologicznych dziadka, ponieważ sama fascynuję się biologią. Znałam natomiast jego rybackie fascynacje . Zresztą łowię z nim ryby już dobrych dziesięć lat!

Moi bliscy nigdy nie chcieli zwierzać mi się ze swoich historii. Ten konkurs był przekonującym pretekstem, aby wydobyć z nich wspomnienia z tak kluczowych dla naszego narodu lat. Cieszę się, że mogłam wysłuchać tych zwierzeń i uzupełnić własną rodzinną historię o wiele nowych faktów. Zwłaszcza, że dziadek jest już chory i słaby.



Po prostu – warto było!

1P.P. Duda, Działalność filantropijna Banku Spółdzielczego w Brzesku, Brzesko 2002.

2P.P. Duda, M. Węgrzyn, Dzieje Banku Spółdzielczego w Brzesku 1874-2004, Brzesko 2004.

3Informacje powyższe opracowałam na podstawie książki: J. K. Sawicki, SS Tobruk w konwojach śmierci, Gdańsk 1990.





©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna