M. J.: To może zacznijmy od najdawniejszej jakiejś historii rodzinnej. Wspomniał pan, że najdalej pamięta pan dziadków, prawda? A. Z



Pobieranie 249.08 Kb.
Strona1/6
Data08.05.2016
Rozmiar249.08 Kb.
  1   2   3   4   5   6
Wywiad z panem Aleksandrem Ziemnym, 19 stycznia 2004 Warszawa. Wywiad przeprowadza Marta Janczewska. Taśma nr 1.
M.J.: To może zacznijmy od najdawniejszej jakiejś historii rodzinnej. Wspomniał pan, że najdalej pamięta pan dziadków, prawda?

A.Z.: Tak. Znaczy dziadkowie od strony ojca mieszkali w Wadowicach, miasteczko Wadowice pod Krakowem. Tam mój ojciec przyszedł na świat i ukończył gimnazjum. Następnie przeniósł się… tego nie wiem czy z rodzicami, czy sam wywędrował do Krakowa, gdzie studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, ukończył prawo, został doktorem praw i otworzył kancelarię adwokacką w Krakowie, później w Rabce, przenieśliśmy się do Rabki. Moje właściwie dzieciństwo przypada na Rabkę. Ale jestem krakowianinem, w Krakowie mieszkałem przez pierwsze pięć lat życia.

M.J.: Teraz już przechodzimy do tego pokolenia ojca, a czy dziadkowie, rozumiem, zostali w Wadowicach?

A.Z.: Dziadkowie zostali w Wadowicach, ale później przenieśli się do Krakowa.

M.J.: A czy pan odwiedzał ich jeszcze w Wadowicach?

A.Z.: Nie.

M.J.: A dziadkowie nazywali się…

A.Z.: Adolf i Gusta Keiner, tak jak ja się nazywałem.

M.J.: Czy może pan tak mniej więcej datować urodzenia?

A.Z.: Ich urodzenia… Mniej więcej to były 60-te lata XIX wieku, ale nie potrafię powiedzieć.

M.J.: Ale dziadek był starszy prawdopodobnie od babci?

A.Z.: Nie wiem tego, ale prawdopodobnie kilka lat, tak.

M.J.: A czym dziadkowie się zajmowali?

A.Z.: Kupcem był.

M.J.: A jaki to był rodzaj?

A.Z.: On był kupcem i komiwojażerem równocześnie, to znaczy obwoźnym handlem też się zajmował, kosmetyki, mydła, jakieś tzw. środki piorące, miał przedstawicielstwo jakichś firm kosmetycznych. Pamiętam, że on w Krakowie, jak przychodziłem to mi dawał takie mydełko Elida, na pamiątkę.

M.J.: A przenieśli się do Krakowa w latach, mniej więcej?

A.Z.: W latach 20-tych. I mieli tam sklep przy ulicy Mikołajskiej.

M.J.: Babcia rozumiem, zajmowała się domem?

A.Z.: Babcia zajmowała się domem, tak.

M.J.: Czy jakieś najdawniejsze wspomnienie, oprócz tego mydełka? Ten sklep albo ich mieszkanie w Krakowie?

A.Z.: W Krakowie przy ulicy Zielonej, przy ulicy Sarego 11, mieli malutkie takie… ale to już po zwinięciu sklepu, po zamknięciu tego sklepu w Krakowie. Z czego żyli? Z oszczędności jakichś.

M.J.: Rozumiem, że sklep nie splajtował, była jakaś inna…

A.Z.: Bieda panowała. Było mnóstwo kupców, było straszliwe zagęszczenie kupiectwa drobnego, średniego, podobnie jak zresztą adwokatów, jak prawników, jak psów było. Więc, z czego się utrzymywali? Prawdopodobnie z jakichś oszczędności, bo niczym nie handlowali. Małe mieszkanie, ciemne takie, chyba dwa pokoiki z kuchnią.

M.J.: Nie było mowy o wygodach?

A.Z.: Nie, no były wygody, te podstawowe. To znaczy, łazienka była z całą pewnością.

M.J.: I z bieżącą wodą?

A.Z.: Tak. Z całą pewnością. Znaczy znajdujemy się przy rodzicach ojca, przy Keinerach.

M.J.: To w takim razie babcia z domu była?

A.Z.: Nie wiem. Nie pamiętam.

M.J.: Imiona, to były takie urzędowe i takich używali – Adolf i Gusta, czy też to były spolszczone?

A.Z.: Być może, że imiona biblijne były trochę inne, ale trudno mi powiedzieć. Adolf, to było dosyć popularne jeszcze w Austro-Węgrach imię. Trudno mi powiedzieć, jak powiedzmy w staro-hebrajszczyźnie to brzmiało, nie wiem. Więcej pani za chwilę powiem o dziadkach od strony matki.

M.J.: A czy dziadkowie Keinerowie, to była taka tradycyjna żydowska rodzina? Pod względem religijności, tradycji?

A.Z.: Rzecz polega na tym, że była to dosyć… jak to w Galicji, jak w Krakowie, była to mieszanina, pogranicze, powiedziałbym, tradycji judaistycznej i polskiej. To znaczy oni rozmawiali już dziadkowie… znali jidysz, ale rozmawiali po polsku i o ile wiem, że podobnie jak dziadkowie od strony matki, powiedzmy nie byli religijni, ale szanowali tradycje. Kilka razy do roku szli na nabożeństwo do Templu czy do innej synagogi na Kazimierzu, bo to blisko Kazimierza, ta ulica Sarego, Zielona, zresztą Sare, to był Żyd, wiceprezydent Krakowa. Formalnie był wiceprezydentem Krakowa, bardzo zasłużonym dla miasta i dla gminy żydowskiej w Krakowie. A stara nazwa ulicy – Zielona. Więc oni chodzili na Rosz Ha-szana, na Jom Kipur, chodzili do bóżnicy, ale nie przestrzegali liturgii ani rytuałów, o ile mi wiadomo.

M.J.: Znaczy koszernie nie jadali na co dzień? Babcia nie nosiła peruki?

A.Z.: Nie. Nie nosiła babcia peruki. Na pewno ich rodzice przestrzegali tego, a babcia już nie nosiła, ani jedna ani druga.

M.J.: Ale podejrzewam, że religijny ślub mieli, prawda?

A.Z.: Z całą pewnością tak. Oczywiście, że tak, że w kahale byli zarejestrowani i ślub mieli religijny. Dlatego, wie pani, to było pogranicze, to była jakby przełęcz między obyczajami i między kulturami, różnymi już. Z tym, że, to trzeba podkreślić, że absolutnie ani jedna ani druga strona, jak to bywało wśród Żydów galicyjskich, krakowskich, nie zamazywała swojego pochodzenia. To pod każdym względem byłby to nonsens. Jakieś uchylanie się, maskowanie, to co jest bardzo rozpowszechnione po wojnie w Polsce było.

M.J.: Różne doświadczenia też do tego się przyczyniły.

A.Z.: Pani nie jest Żydówką?

M.J.: Nie. (rozmowa)

A.Z.: Tak to wyglądało, z tym, że to był wpływ obyczajów i kultury polskiej był przemożny, był bardzo silny. Ale, dojdziemy później do mnie samego, bo ja się też przełamywałem kilka razy, w jedną i w drugą stronę. Z polszczyzny na żydowszczyznę i odwrotnie.

M.J.: Ale czy dziadek nie miał problemów żadnych, żeby modlić się po hebrajsku? Czy przeszedł taką tradycyjną edukację?

A.Z.: Dziadek, jeden i drugi, znali z całą pewnością od swoich ojców. Byli nauczeni modlitw żydowskich, na pewno w młodości przestrzegali potraw koszernych, na pewno tak. Ale później już nie. Ponieważ ja ze swojego dzieciństwa nie przypominam sobie czegoś takiego. Już żeby u dziadków coś się tego rodzaju rzeczy działy. Zostali zgładzeni w Bełżcu.

M.J.: Razem?

A.Z.: Nie wiem. Bo zostali najpierw wysiedleni z mieszkania do Podgórza do Płaszowa, a później stamtąd prawdopodobnie razem. Nie jestem w stanie powiedzieć. W każdym razie, w Bełżcu zostali zgładzeni. Dziadek na pewno, babcia nie wiem… Być może, że umarła na początku okupacji. Nie jestem w stanie tego powiedzieć.

M.J.: A wróćmy jeszcze do tego przemieszania kultury żydowskiej i polskiej. Czy to było charakterystyczne dla całego otoczenia, w którym żyli?

A.Z.: Tak. To było charakterystyczne, nie dla całego otoczenia, ale dla pewnego środowiska.

M.J.: Chodzi mi o to miejsce w Krakowie, konkretne i o przyjaciół dziadków, o tych znajomych, którzy u nich bywali…

A.Z.: Tak, przyjaciele dzielili z nimi te same, to trudno nawet powiedzieć zapatrywania, to był stan naturalny, to przemieszanie się, z tym że, powiedzmy polska część, polskie społeczeństwo, znali ich jako Żydów polskich.

M.J.: Ale kontakty z Polakami były żywe?

A.Z.: Tak. Naturalnie, że tak. Więcej pani powiem, właściwie to, co ja mówię, jest dosyć ubogie jeżeli chodzi o wiedze moją o rodzicach ojca, ale mówię prawdę.

M.J.: Czy dziadkowie mieli rodzeństwo?

A.Z.: Nie wiem tego. Jeśli chodzi o dzieci, to oprócz mojego ojca mieli jeszcze syna, który nazywał się… To jest charakterystyczne… Nosił nazwisko zarejestrowane w gminie żydowskiej jako Samuel, część nazywała go Samek, a część ludzi nazywała go Staszek. A to był mój stryjek, ale dla mnie to był Samek, Samuel.

M.J.: A wracając do dziadków, czy podejrzewa pan o jakieś sympatie polityczne dziadka?

A.Z.: Żadnych, nie wiem…

M.J.: A jeśli chodzi o takie życie codzienne, jak by pan określił ten poziom? To było taka zamożna egzystencja, na średnim poziomie?

A.Z.: Nie, niżej średniego.

M.J.: Żadnych służących?

A.Z.: Nie, żadnych tam nie było wyskoków jakichś, wyjazdów na wakacje, za granicę, nie mieli pieniędzy, bieda panowała, galicyjska bieda.

M.J.: Nie przypomina sobie pan jakichś świąt u dziadków Keinerów spędzanych?

A.Z.: Nie, nie spędzałem u nich świąt.

M.J.: To możemy teraz do drugich dziadków.

A.Z.: Oni mieszkali, to byli moi ukochani dziadkowie, bo ja się urodziłem w ich mieszkaniu, rodzice mojej mamy. Dziadek pochodził z Drohobycza, dziadek nazywał się Wilhelm Kleinberg. Wilhelm, ale to też było zniemczałe imię, bo gdzieś wg metryki był Wolf.

M.J.: Ale używał imienia Wilhelm na co dzień?

A.Z.: Tak. To był cudowny człowiek, bo znowu, trudno powiedzieć o nędzarzu, ale był takim pół biedakiem, który musiał walczyć o przeżycie każdego tygodnia roku. Pochodził z Drohobycza, później przeniósł się do Krakowa, ale zanim…

M.J.: Prawdopodobnie urodził się w Drohobyczu? Też w latach 60-tych?

A.Z.: Tak. Tak, on 67… coś takiego, ale nie jestem przekonany. Ale w latach 60-tych, w połowie lat 60-tych XIX wieku. On tam starał się, jak to u Żydów małomiasteczkowych, prowincjonalnych, którzy szalenie najwyżej cenią edukację, bo to jest droga wzwyż, właściwie, droga w ogóle do świata, edukacja jak pani wie, u Żydów. Ale nie udało mu się to, musiał pracować fizycznie często gdzieś, co nie jest normalna sprawa. Później on się, ten dziadek Wilhelm, on się wynajął w dobrach hrabiego Borkowskiego, jako jego sekretarz, u tego… jeszcze jako młody człowiek, jeszcze nie żonaty. I on tam, to były najpiękniejsze lata jego życia we wspomnieniach. Bo, po pierwsze, nauczył się jako sekretarz, nie było maszyn, nie było żadnych internetów itd., nauczył się kaligrafii i on był zawodowym kaligrafem…

M.J.: Właściwie to świetnie po polsku musiał mówić?

A.Z.: Świetnie. Czystą polszczyzną mówił. Jego ukochani poeci, to byli Słowacki, Mickiewicz, Heine, bo on też pogranicze kultury żydowskiej, polskiej, niemieckiej i ruskiej, staroruskiej.

M.J.: Ale mówił w tych wszystkich językach?

A.Z.: Mówił we wszystkich tych językach.

M.J.: Takim ukraińskim, też?

A.Z.: Tak. On mówił też, jakże często on wtrącał takie zwroty, których ja nie rozumiałem. Na przykład odkrawał mi, to taki stary zwyczaj u biednych ludzi, z kromki chleba odkrawał kawałki. Dawał mi, suche, już nie pamiętam, czy z masłem posmarowanym, „kuski” to były. Ja nie rozumiałem, ja się zastanawiałem, o czym… zresztą ja piszę we wspomnieniach, dlaczego on mi daje jakieś kozy, kózki? Tymczasem to były kąski. I tego rodzaju ukrainizmy to były, ale również żydowskie, takie czułe przezwiska mi rzucał. Dlaczego uważał za najpiękniejszy okres swojego życia? Mianowicie, hrabia Borkowski go zabrał jako sekretarza, z żoną swoją, na Bliski Wschód, mniej więcej trasą Słowackiego. To było jego oczarowanie, on był zupełnie nieprzytomny z wrażenia zawsze, nie miał słów, żeby opisywać to, co przeżył tam i kiedyś, już w mieszkaniu na placu Na Groblach, jako mały chłopiec dostałem w mordę od dziadka, co mi się raz zdarzyło w życiu jego. Chodziło o to, że myszkowałem jako berbeć, brzdąc taki, gdzieś myszkowałem po szafach i znalazłem coś zdumiewającego. Taki w formie doniczki, z takim ... to był fez, który dziadek przywiózł jako pamiątkę, pewnie ze straganu, coś takiego, z tego Bliskiego Wschodu. No i ja biegałem po tym mieszkaniu, głupi brzdąc, dziadek przyszedł, strasznie się zdenerwował, dał mi w pysk. Ja z początku byłem oszołomiony. Dziadek nie próbował mi wtedy tego wyjaśnić, o co chodziło. Później dziadek, mieli sześcioro dzieci – trzy córki i trzech synów, moja matka była… najpierw mieli córki, później synów, z tym że moja matka była średnią, drugą córką. I on musiał zarabiać. Wyuczył się fotografii…

M.J.: Już jak pożegnał się z hrabią Borkowskim?

A.Z.: Już w Krakowie, on przeniósł się do Krakowa, tak, tak.

M.J.: Bo to było w okolicach Drohobycza, te posiadłości Borkowskich?

A.Z.: Tak, w okolicach Drohobycza, Borysławia, bo to blisko są te miejscowości.

M.J.: A też w latach 20-tych się przeniósł do Krakowa?

A.Z.: Nie. Przeniósł się… ożenił się w latach 70-tych, coś takiego…

M.J.: I to już w Krakowie ten ślub był?

A.Z.: 80… w Krakowie, z krakowską Żydówką nazwiskiem Kirschner z rodziny Kirschnerów, i tam kolejno rodziły się dzieci.

M.J.: A babcia miała na imię?

A.Z.: Tonia, Antonina.

M.J.: To też jedno imię?

A.Z.: Jedno imię, tak. Rodzina krakowska to była, ale zaraz przejdziemy do babci. I on wyuczył się tej fotografii, otworzył w takiej budzie strasznej, która przetrwała wojnę, w takiej drewnianej budzie, przy ulicy św. Gertrudy tuż pod Wawelem, zakład fotograficzny, gdzie specjalizował się w fotografowaniu brzdąców, bachorów małych i za te bachory, on w Belgii i w Paryżu dostał medale pamiątkowe jakieś, na jakichś wystawach.

M.J.: Ale jeździł z tymi zdjęciami, czy ktoś je zgłosił na konkurs?

A.Z.: Nie wiem, on nie jeździł, gdzieś były wysłane te zdjęcia…

M.J.: Przed wojną…

A.Z.: Przed pierwszą wojną. Poza tym on cudowanie recytował poezję, nie ukończył gimnazjum, dlatego, bo nie było pieniędzy w domu, musiał zabrać się do jakiejś pracy zarobkowej. Był, w najszlachetniejszym znaczeniu tego słowa, amatorem, miłośnikiem poezji, sztuki, teatru. Kiedyś miał takiego preceptora fotografii, pana Szczepanika, Polaka, to był polski Edison go później nazywali. Był rzeczywiście wynalazcą mnóstwa różnych optycznych i fotograficznych przyrządów, nawet po wojnie ktoś napisał o nim broszurę, taką książeczkę, gdzieś ją tutaj mam. I kiedyś ten Szczepanik, przyszedł do dziadka i mówił: Chodź, Wilhelm, zaprowadzę cię do pana Stanisława. Kto to był pan Stanisław? Wyspiański. I dziadek po prostu jest autorem, tu na skróty idę, pierwszych zdjęć z prapremier „Wesela” w teatrze Słowackiego w Krakowie, i z prapremiery „Zaczarowanego koła” Rydla.

M.J.: Dziadek opowiadał o tym spotkaniu z Wyspiańskim…

A.Z.: Mnie nie opowiadał, ale swoim córkom opowiadał, jak najbardziej. Znaczy, to on już był chory, zdziwaczały, mimo młodego wieku Wyspiański, ale go wynagrodził. Pan Stanisław go wynagrodził i jeszcze go do jakichś prac angażował fotograficznych. Ja mam zresztą gdzieś tutaj reprodukcję z prapremiery „Wesela”, gdzieś tutaj mam w książeczce o Krakowie. Zakład najpierw nazywał się „Zofia”, bo najstarsza córka nazywała się Zofia, później „Kamera”, ten zakład fotograficzny. Oboje zginęli w 42 roku. Babcia była, cudowny głos miała, większość piosenek polskich, które ja znam, poznałem dzięki babci Antoninie, a to dlatego, że ona cieszyła się bardzo wielką sławą, taką amatorską, w tych młodzieżowych środowiskach Krakowa i śpiewała w chórze Echo, który, ten chór, produkował się w rozmaitych instytucjach, między innymi w kościołach, mimo że była Żydówką.

M.J.: Ale nie była odosobniona jako Żydówka w tym chórze?

A.Z.: Nie wiem, na pewno nie, ona się tam nie wepchała w jakiś sposób taki natrętny. Miała piękny głos po prostu i repertuar miała piosenek, które choćby mnie jeszcze dzisiaj towarzyszą, ja mam 80 lat, ale jeszcze przypominam sobie… Właśnie dzisiaj sobie przypominam piosenki babci, polskie piosenki babci, ludowe, Niewiadomskiego, Chopina, Moniuszki itd., i zupełnie ludowe. I na przykład takie krakowskie, babcia miała ostry język: „Z tamtej strony Wisły, cztery baby drzysły, a piąta nie drzysła, bo za późno przysła.” Tego rodzaju rzeczy babcia też mi śpiewała.

M.J.: Ale to za panieńskich czasów jeszcze ten chór jej się przytrafił?

A.Z.: Tak. Jeszcze za panieńskich czasów, bo później zaczęła rodzić i wychowywać dzieci. Ja byłem bardzo zaprzyjaźniony z ciotkami i z wujkami. Najwspanialszą osobą w ogóle w tej rodzinie, była ciocia Zosia, najstarsza, znaczy starsza siostra mamy, zginęła również, która była krawcową w Krakowie przy ulicy Gołębiej 3, ja tam nocowałem nieraz, bywałem. I ona właściwie opiekowała się całą rodziną. To było charakterystyczne dla takich rodzin większych, żydowskich. Nie wiem czy w ogóle, ale być może w ogóle, ale w każdym razie w Galicji, w Małopolsce Zachodniej. To była ta uwaga dla krewnych, ale nie tylko bliskich krewnych, dla ludzi z otoczenia w ogóle. Zosia była cudownie opiekuńcza, szalenie zapracowana, bardzo wysoko ceniona jako krawcowa, tak że nawet ministrowa Beckowa, to już nie jest plota, tylko z jakichś listów, współczesnych, nie ze wspomnień. ministrowa Beckowa, jadąc do Krynicy, zatrzymywała się w Krakowie do przymiarki u cioci Zosi. Miała atelier takie, wykształcona była też. W jednej, w Pradze na jakichś akademiach kroju…

M.J.: A jakie nosiła nazwisko? Kleinberg? Wyszła za mąż?

A.Z.: Tak, wyszła za mąż, zaraz pani powiem … Minder, Zofia Minderowa. Rok urodzenia 1894. Nadeszła wojna, ja pojechałem z moim ojczymem i mamą z Rabki, bo w Rabce mieszkaliśmy, do Krakowa, ciągle były kontakty z Krakowem i stamtąd 3 września 39, w trzy dni po wybuchu wojny wyjechałem, znaczy zabrał mnie mąż Zosi, Olek, ale Izydor się nazywał, Olek Minder i kuzyn mój ukochany, Jurek, zabrali mnie na ucieczkę. Uciekliśmy do Lwowa, później ze Lwowa jakoś przedzierałem się do Podhajec. Z Podhajec zostałem wywieziony przez braci radzieckich na Ural… to inna sprawa. Tam harowałem przez kilka lat, do czasu ochotniczego zgłoszenia się do wojska polskiego, ale to już przeskoczyłem tutaj. Oni, ale jesteśmy 3 września, myśmy wyjechali i wtedy ostatni raz widzieliśmy rodzinę, znaczy przed wojną, bo ktoś się tam uratował. I Zosia, która miała bardzo dobre stosunki w Krakowie, lubiana była przez chrześcijan bardzo, przez Polaków, nie tylko przez swoich klientów, klientki, ale była bardzo… jako dobroczyńca w różnych sprawach. I ona mogła się uratować, ale nie chciała. Nie chciała, bo powiedziała, że jeżeli… dochodziły jakieś pogłoski, że mąż i syn zginęli w Rosji, to było częściowo prawdą, ale nie wtedy, oni później zginęli. Ona nie chciała żyć i ona prowadziła w getcie krakowskim, w Płaszowie, zakłady krawieckie, była wzywana przez różne jakieś dygnitarki hitlerowskie, niemieckie, do szycia, bo była świetną krawcową i mogła się uratować w jakiś sposób, ale nie chciała i została, już pod sam koniec wojny, na początku 45 roku, wywieziona do Stutthofu i tam zamordowana. Zrzucili ją gdzieś ze skały do morza. To akurat są świadkowie, był świadek, ten świadek żyje. Ale ona załatwiła na przykład… moja wychowawczyni Lola Schiffeldrim, cudowny człowiek, żyjący jeszcze w Izraelu, cudowny zupełnie człowiek, bezinteresowny. Kiedy dziadków zamordowali, znaczy Wilhelma i Antoninę, zamordowali w Rabce i rzucili tam do dołu takiego w skarpie pod górę, no ona się nimi opiekowała, bezinteresownie, ale wtedy nie wiedziała co ze sobą robić. Sama była Żydówką i w tej Rabce, ona pochodziła z Rabki, ale już tam szalały pogromy w całej Rabce i pojechała do Krakowa i zgłosiła się do Zosi, która już w Płaszowie, bo wyrzucona była z mieszkania, w Płaszowie już Zosia była. I co ze sobą ma robić, czy się ma zabić, czy co? I Zosia nakręciła taką sprawę. Miała klientkę, sekretarkę General Gubernatora, jakiegoś wysokiego urzędnika, i ona ją umieściła jako służącą tam. Z tym, że od początku, powiedziała: słuchaj Lola, musimy zaryzykować, musimy powiedzieć tej osobie, kim jesteś. I powiedziała. To była porządna kobieta, ta Niemka, więc ta Lola dosłużyła do końca wojny u niej, bezpiecznie dosyć. Raz ją gdzieś zahaczyli i do gestapo na Pomorską w Krakowie ją wzięli, mimo, że nie miała tzw. „złego wyglądu”. Ale zaalarmowała tę sekretarkę, tę swoją chlebodawczynię i ta ze straszną awanturą do tych gestapowców przyszła, że co wy sobie tam myślicie, co wyrabiacie, itd. Aryjkę prześladujecie. Wypuścili ją. No i tam przeżyła wojnę ta Niemka. Przeżyła wojnę i później bardzo serdecznie ze sobą korespondowały.

M.J.: A Zofia nie dała sobie szansy?

A.Z.: Miała możliwości uratowania się, większe możliwości niż inni.

M.J.: To była Zofia. Później była mama, która miała na imię Paulina, później była jeszcze córka Irena.

A.Z.: Mama była 896, Irena była 898.

M.J.: I później chłopcy?

A.Z.: Bliźniaki – Juliusz i Edward – 1900 i Roman 1902.

M.J.: To jeszcze wróćmy do dziadków Kleinbergów. Do ich zwyczajów, sposobu życia, przyzwyczajeń. Pan bywał w tym domu, tak? Pan się tam urodził?

A.Z.: Urodziłem się, tak. To było mieszkanie dosyć rozległe, tuż pod Wawelem, na palcu Na Groblach, tam gdzie te gimnazja św. Anny, itd. Tam jeszcze chłopcy mieszkali, póki się nie ożenili, w tym jednym skrzydle, jednym pokoju. Ja się tam urodziłem i tam 5 lat przemieszkaliśmy z rodzicami.

M.J.: To było duże mieszkanie?

A.Z.: Nie, nie było duże mieszkanie, zagracone, no ile osób tam było… dziadkowie – dwie, sześcioro dzieci, później bachor – ja, no to jest dziewięć. Tam były trzy pokoje, z takim przedpokojem, ale to było stare mieszkanie, powiedzmy bez pluskiew, ale owszem z karaluchami. Ale z łazienką, bieżącą zimną i ciepłą wodą.

M.J.: Elektryczność oczywiście...

A.Z.: Tak, to była kamienica krakowska, zbudowana na początku... może na początku XIX wieku, później troszkę zmodernizowana.

M.J.: A sąsiedzi, głównie żydowskie rodziny?

A.Z.: Nie wiem, ja tam się zetknąłem, no tam był taki właśnie... Ja nawet dam pani taki tekścik, bo to był w takim piśmie „Midrasz”, który pewnie pani zna to pismo. Tam jest takie moje wspomnienie o tych latach. Ja tam słyszałem takie okrzyki jakieś czy zwroty w jidysz, ale nie bardzo wiem, z którego mieszkania one pochodziły, ale to było też mieszane towarzystwo. Tam więcej było chrześcijan w tej okolicy, bo to nie był Kazimierz, to było w wieńcu, w otoczeniu Wawelu

M.J.: I dziadkowie też ze sobą po polsku mówili....

A.Z.: Tak, chociaż na pewno znali jidysz, na pewno znali, znaczy rozumieli.

M.J.: A dziadek ten zakład do końca utrzymał, zakład fotograficzny?

A.Z.: Nie. Kiedy dziadek ukończył... Wie pani co ja pamiętam, w tzw. saloniku, który był sypialnią dziadków, nad ich, w takich pluszowych ramach, brudnozielonego koloru, to było charakterystyczne dla Młodej Polski, taki grinszpan, wisiały dwa portrety, nad łóżkiem małżeńskim, znaczy dwa dagerotypy Chopina i Mickiewicza. Ale o coś pani pytała....

M.J.: O religijności dziadków może parę słów?

A.Z.: Dziadkowie już, o ile ja sobie przypominam, znaczy szanowali religię, dziadek chodził do Templu, ale na zasadzie takiej tam, przechadzali się na Miodowej, przez ten tzw. Tempel. Tempel tzn., ta nowa synagoga, bardzo ładna, dzisiaj odnowiona, jedyna która nie została właściwie zniszczona. I oni tam przechadzali się, tak jak na greckiej Agorze, z przyjaciółmi dziadek.. tam sobie, opowiadali raczej, ale nie.... trudno mi coś powiedzieć czy był gorliwym wyznawcą judaizmu, nie, na pewno nie, ale szanował. Właśnie dzisiaj jest tendencja do tworzenia przegród takich przedziałów - Żyd, taki tego... Ja, jeśli o mnie chodzi, czy mogę wtrącić tutaj coś?


Pobieranie 249.08 Kb.

  1   2   3   4   5   6




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna