Maciej Giertych z nadzieją w przyszłość



Pobieranie 355.47 Kb.
Strona1/11
Data06.05.2016
Rozmiar355.47 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11
Maciej Giertych

Z nadzieją w przyszłość


Warszawa 2005


© Copyright by Maciej Giertych 2005

Wszelkie prawa zastrzeżone

All rights reserved

Dziedzictwo


Mój dziadek, Franciszek Giertych, był w latach 1893-1903 i 1907-1914 dyrektorem fabryki wyrobów metalowych „Poręba” koło Zawiercia. W latach 1903-1907 miał własną fabryczkę w Sosnowcu. Od wiosny 1914 roku do wiosny 1917 pracował na stanowisku dyrektorskim w stoczni w Rewlu (Tallinie) w Estonii, a potem w stoczni w Petersburgu. Był człowiekiem zamożnym. Regularnie opodatkowywał się na Ligę Narodową, płacąc za pośrednictwem swego teścia, Andrzeja Albrechta, członka tej tajnej, trójzaborowej organizacji.

Mój ojciec, Jędrzej, urodził się 3 stycznia 1903 r. w Sosnowcu. W roku 1907 był świadkiem skutecznego napadu bojówki PPS na kasę fabryki „Poręba” pod Zawierciem. Było to w dniu wypłacania pensji pracownikom, w większości prostym robotnikom, których interesów rzekomo bronili socjaliści. Dziadek Franciszek z rewolwerem w ręku ostrzeliwał rabusi zza płotu, a cztero i pół letni Jędrzej obserwował to przez okno. Fabryka popadła w długi. Mój ojciec zapamiętał to wydarzenie na całe życie, wraz z odpowiednią opinią, co do działań PPS-u i wszelkiej maści socjalistów.

Jacek Kuroń z aprobatą opisuje („Wiara i wina, do i od komunizmu”, 1990, str. 6-7), jak to jego stryjeczny dziadek, Władysław Kuroń, pseudonim partyjny „Julek”, działając w okolicach Zawiercia, w ramach rewolucji 1905r., dzielnie zdobywał pieniądze na potrzeby organizacyjne PPS, dokonując tzw. ekspropriacji na burżujach. Robiono napady na karety pocztowe przewożące pieniądze. Czy to akurat jego bojówka okradła kasę fabryki, której dyrektorem był mój dziadek, trudno powiedzieć, ale nie jest to wykluczone. To, co dla Kuronia było dowodem patriotycznego bohaterstwa, dla mojej rodziny było przejawem pospolitego bandytyzmu, zaś dla wielu pracowników fabryki i ich rodzin przyczyną nędzy i krzywdy ludzkiej.

W tym charakterystycznym incydencie z 1907 roku ukazuje się cała przepaść ideologiczna między socjalistami a ruchem narodowym. Socjaliści uważają, że trzeba zabrać bogatym, by mieć na swoją działalność polityczną. Narodowcy zaś uważają, że trzeba sumienną pracą zarabiać na chleb i opodatkowywać się na cele patriotyczne. Nikt nie odmawia bojowcom PPS odwagi i sprawności bojowej. Zapewne większość uczestników tych akcji działała autentycznie z patriotycznym zaangażowaniem, kierując się bezinteresownymi pobudkami. Niestety najczęściej nie rozumiejąc, że tylko taki wysiłek ma wartość dla Polski, który realnie powiększa jej siłę: materialną, intelektualną i duchową.

Franciszek Giertych, pracując w niepodległej Polsce, angażował się w rozwijanie drobnego przemysłu. Pozostały po nim dwie broszury (O możliwościach, zadaniach i organizacji drobnego przemysłu w Polsce. Piotrogród 1918, oraz Czy można uniknąć inflacji? Warszawa 1932). Jego zmagania gospodarcze opisał syn, Jędrzej, w powieści „W Polsce między wojnami”. Występujący tam Michał Pasek, zaangażowany w rozwijanie przemysłu tkackiego, to w rzeczywistości Franciszek Giertych, zajmujący się przemysłem metalurgicznym.

Mój ojciec, Jędrzej Giertych, śledził wydarzenia I wojny światowej z Rewla, a potem z Petersburga, oczyma zwolennika orientacji anty-niemieckiej. Interesował się losami korpusu Dowbora i klęską Hallera pod Kaniowem. Rewolucję październikową traktował jako osłabienie Rosji (sam słyszał Lenina przemawiającego z balkonu). Na początku lata 1918 r., czyli już po zawarciu pokoju w Brześciu Litewskim (marzec 1918 r.), ale przed końcem wojny na zachodzie, cała rodzina przeniosła się do Kielc. Tam ojciec jako 15-latek wraz z całym liceum uczestniczył pod koniec października i na początku listopada 1918 r. w rozbrajaniu Austriaków. W roku 1920 jako 17-letni ochotnik uczestniczył w wojnie z bolszewikami, w pięciu bitwach osłonowych, a w Bitwie Warszawskiej został ranny. W maju 1926 r. wspierał obronę rządu przed zamachowcami, służąc jako kurier. We wrześniu 1939 r. jako oficer rezerwy brał czynny udział w obronie Helu. Dostawszy się do niewoli niemieckiej, sześciokrotnie uciekał, ale zawsze ostatecznie został złapany i powracał do niewoli. Wyzwolony przez Amerykanów wrócił do czynnej służby w polskiej marynarce wojennej w Londynie. Po wojnie potajemnie przyjechał do kraju jako kurier rządu emigracyjnego, a także po rodzinę, którą zabrał ze sobą do Londynu.

Trudno więc memu ojcu zarzucić wojskową bierność czy brak odwagi. Zgodnie jednak z ideologią narodową uważał, że nie należy marnować polskiej krwi na eskapady straceńcze. Chwalił powstania zwycięskie (Czarneckiego, Wielkopolskie, Śląskie), ale krytykował powstania z góry skazane na klęskę (Kościuszkowskie, Listopadowe, Styczniowe, Warszawskie). Krytyka ta nie dotyczyła samych powstańców, ale polityków, którzy za ich wywołanie odpowiadają. Zawsze dopatrywał się inspiracji obcych (zewnętrznych), którzy kosztem polskiej krwi próbowali załatwiać swoje interesy. Dotyczy to również takich wydarzeń, jak Wypadki Poznańskie i Październik 1956 r., czy też zapędów konfrontacyjnych Solidarności, stłamszonych stanem wojennym. Stwarzanie kłopotów stronie przeciwnej (strajki, bunty, niepokoje społeczne i dezorganizacja) było stałym elementem zimnej wojny, ale nam, Polakom, udało się nie dopuścić do zbrojnej konfrontacji z Rosją sowiecką, która na pewno skończyłaby się dla nas klęską. Zachodowi przydałaby się ona jedynie do psucia opinii o Rosji w krajach trzeciego świata. Ojciec, jako jeden z nielicznych, głośno o tym mówił i z powodu tych poglądów był wielokrotnie oskarżany o popieranie politycznej bierności czy też o prorosyjskość.

W czasach studenckich mój ojciec jako harcerz był zaangażowany w zakładanie drużyn wśród Polaków za granicą. Jako pracownik MSZ nadal zajmował się Polakami żyjącymi na obczyźnie. Zarówno praca w ZHP, jak i w MSZ, nie pozwalały na przynależność do jakiejkolwiek partii politycznej, ale swoje poglądy ujawniał poprzez pisarstwo publicystyczne. Z ruchem narodowym sympatyzował od dziecka. W Szkole Nauk Politycznych pisał pracę dyplomową o polityce Dmowskiego w czasie I wojny światowej. Z grupą harcerzy odwiedził Dmowskiego w Chludowie, który to kontakt potem przerodził się w bliską współpracę i przyjaźń. Gdy w 1932 r. za swoje poglądy został wyrzucony z MSZ, włączył się aktywnie w działalność Stronnictwa Narodowego. Został członkiem jego Rady Naczelnej i Zarządu Głównego, w którym odpowiadał za sprawy zagraniczne. Stał się jednym z głównych publicystów narodowych lat trzydziestych, a po wojnie, na emigracji, niewątpliwie najpłodniejszym i najbardziej znanym.

Dom, w którym się wychowałem (wspominam okres londyński, gdy byliśmy razem), był domem na wskroś narodowym. Polityką i sprawami publicznymi żyło się na co dzień. To, co się działo w Polsce i ogólnie na świecie, było głównym tematem rozmów. Tzw. „polityką emigracyjną” nie zajmowaliśmy się prawie wcale. Dla ojca, a więc i dla nas, jego dzieci, było zupełnie obojętne, kto jakie funkcje pełni w przez nikogo nie uznawanym „rządzie”. Od dzieciństwa próbowałem pisywać do prasy, redagowałem gazetkę szkolną, harcerską, studencką. W 1956 r. uznałem, że zmiana, jaka się dokonała w Polsce, stwarza warunki, bym powrócił, gdyż jako leśnik mogę równie dobrze służyć lasom polskim, jak i każdym innym. Studia leśne ukończyłem w 1958, ale doszedłem do wniosku, że będę w Polsce mógł więcej zdziałać, jeśli przyjadę z doktoratem. Załatwiłem więc sobie stypendium doktoranckie i jeszcze 4 lata studiowałem w Toronto, w Kanadzie. Tam też włączyłem się w wir polonijnej pracy organizacyjnej, głównie studenckiej, ale nie tylko. Wtedy już regularnie pisywałem do paryskich Horyzontów, redagowanych i wydawanych przez Witolda Olszewskiego z grupą narodowców, wśród których mój ojciec był głównym publicystą. Po uzyskaniu doktoratu w 1962 r. wróciłem do Polski.

Przez kilka lat moja działalność narodowa ograniczała się do kolportażu publikacji, głównie Horyzontów, i książek wydawanych w Londynie przez ojca. Korzystając z wyjazdów służbowych do rozsianych po Polsce leśnych powierzchni doświadczalnych, odwiedzałem różnych narodowców i zostawiałem to, co udało się sprowadzić z Londynu. Dowożenie odbywało się w prywatnych bagażach przy okazji moich wizyt w Londynie czy też mego rodzeństwa w Polsce. Zajmowałem się też poszukiwaniem, a po znalezieniu przepisywaniem i przekazywaniem do Londynu, pośmiertnej spuścizny Feliksa Koniecznego, którą ojciec tam wydawał. Gdy tylko stało się to możliwe, w 1988 r., zorganizowałem wydanie okolicznościowego numeru Gazety Warszawskiej, w którym zaprezentowali się przedstawiciele różnych odradzających się środowisk narodowych. W maju 1989 r., z grupą młodych działaczy narodowych zaczęliśmy wydawać pismo narodowe pt. Słowo Narodowe. Duszą inicjatywy był śp. Piotr Piesiewicz, ja zaś rzecz całą firmowałem jako redaktor.

W 1989 r. zostało reaktywowane Stronnictwo Narodowe (SN) przez przedwojennych członków. Równocześnie mój syn Roman, student pierwszego roku historii na Uniwersytecie A. Mickiewicza w Poznaniu, reaktywował Młodzież Wszechpolską (MW).

Po pewnym czasie emigracyjni londyńscy działacze Stronnictwa Narodowego nie zadowoleni, że bez ich udziału reaktywowano Stronnictwo w Kraju, przenieśli swoje pismo Myśl Polską do Warszawy i zarejestrowali konkurencyjne Stronnictwo Narodowo-Demokratyczne (SND). Było to zupełnie niezrozumiałe dla trzech pokoleń Giertychów (Jędrzeja, Macieja i Romana), którzyśmy zgodnie poparli krajowe SN (wtedy nazwane senioralnym, gdyż to seniorzy je reaktywowali). Ja zostałem przewodniczącym jego Rady Naczelnej, a nieco później Roman został wybrany na wiceprezesa Zarządu Głównego. Z czasem wpływ londyńczyków oraz krajowych seniorów malał. W grudniu 1999 r. nastąpiło połączenie SN i SND z zachowaniem nazwy SN i naszych w nim funkcji.

Tymczasem historia lubi płatać figle. Pojawiła się okazja zaistnienia politycznego, ale w nieco innej formule, pod nazwą Liga Polskich Rodzin (LPR). Wykorzystano więc nie wyrejestrowane jeszcze SND, zmieniając mu władze i nazwę na LPR. Po wejściu do Sejmu LPR stała się głównym terenem działania narodowców. Dlatego też, by nie dublować członkostwa partyjnego, przekształcono SN z partii politycznej w stowarzyszenie. Nasza – moja i Romana – obecna rola w ramach LPR jest powszechnie znana. Stanowi ideologiczną, programową, formalną i organizacyjną kontynuację ruchu narodowego, funkcjonującego w polskim życiu politycznym od początków lat dziewięćdziesiątych XIX wieku. Kontynuacja nie oznacza jednak zasklepiania się w przeszłości. Konieczne jest wprowadzanie zmian wynikających z bieżącej sytuacji politycznej i stałe poszukiwanie nowych, aktualnych rozwiązań.


Czym jest ruch narodowy? Czym różni się od innych formacji politycznych? Na czym polega jego specyfika?

Wiele jest dzisiaj partii w Polsce, po których nie bardzo wiadomo, czego się można spodziewać: albo są nowe, albo efemeryczne, albo kanapowe, albo zrywają z przeszłością. Ruch narodowy ma za sobą przeszło stuletnią tradycję. W roku 1893 Roman Dmowski powołał do istnienia tajną Ligę Narodową. Z niej wywodziło się szereg partii we wszystkich zaborach, określanych ogólnie mianem Narodowej Demokracji (ND, „endecji”). W Polsce niepodległej najpierw był Związek Ludowo-Narodowy, a od roku 1928 Stronnictwo Narodowe. Jego reaktywacja w roku 1989 została dokonana przez przedwojennych działaczy w oparciu o przedwojenny statut. Posiadało więc ciągłość ideową, organizacyjną i personalną. Formalne władze SN znajdywały się nieprzerwanie na emigracji aż do chwili przeniesienia ich do Kraju - przejściowo do konkurencyjnego SND. Odradzanie się ruchu narodowego w nowej rzeczywistości nie odbyło się niestety bez personalnych przepychanek, ale te zdołano szczęśliwie wyjaśnić i zakończyć. Najważniejszy jednak jest fakt, że mamy ciągle tę samą ideę i ten sam program. Nie wstydzimy się swojej przeszłości. Nie zrywamy z nią.

Jest szereg zasad programowych, które niezmiennie obowiązują od 112 lat.

Ruch narodowy określa siebie jako „wszechpolski”. Sto lat temu oznaczało to, że ma jedną i tę samą politykę dla wszystkich zaborów, dla wszystkich dzielnic Polski, jak również dla emigracji. Łączy się z tym działanie we wszystkich warstwach społecznych. Nie jesteśmy partią robotników, chłopów, rencistów czy policjantów. Szukamy takich rozwiązań politycznych, które byłyby dobre dla wszystkich Polaków. Nie jesteśmy też partią skoncentrowaną na jednej sprawie, jak np. zieloni, monarchiści, partia dobrobytu itd. Nic, co polskie, nie jest nam obce.

Swoje programy wywodzimy z myślenia rodzinnego. Dla nas Naród to wielka rodzina. W rodzinie trzeba równocześnie myśleć o wszystkich i o wszystkim. O dzieciach, o małżonkach, o rodzeństwie, o dziadkach..., o bycie materialnym, o wykształceniu, o zdrowiu, o pobożności, o higienie, o manierach... Na wszystko musi starczyć czasu, sił i środków. Posiadane siły, środki i czas tak trzeba dzielić, żeby o niczym i nikim nie zapomnieć, roztropnie, sprawiedliwie, sumiennie, po gospodarsku. Tak samo w Narodzie. O wszystkich Polakach i o wszystkich polskich sprawach trzeba myśleć równocześnie. Oznacza to ciągłe weryfikowanie i aktualizowanie programu stosownie do zaistniałej sytuacji, do konkretnych pojawiających się potrzeb.

To myślenie o własnym narodzie nie oznacza zagrożenia dla sąsiednich narodów, tak jak troska o własną rodzinę nie stanowi zagrożenia dla sąsiadów. Często oskarżani jesteśmy o nacjonalizm. Myśl narodowa została sformułowana wcześniej, nim pojawił się termin nacjonalizm, rozumiany jako dążność do wzbogacania się kosztem innych narodów. W myśleniu narodowym nic takiego nie występuje i nigdy nie występowało. Okradanie sąsiadów nie należy do cnót rodzinnych. Tak samo żerowanie na innych narodach nie należy do cnót narodowych. Swojej rodziny nie wolno zaniedbywać. Nie wolno też zaniedbywać troski o własny Naród. Troska o inne rodziny ma znaczenie wtórne w stosunku do troski o własną rodzinę, podobnie jak troska o sprawy międzynarodowe jest wtórna w stosunku do troski o własny Naród.

Chcemy budować materialną, intelektualną i duchową siłę Polski, ale w oparciu o własne, polskie siły. Wierzymy w Polskę, wierzymy w Naród polski. Wierzymy, że stać nas na to, by własnym wysiłkiem podnieść się z upadku. Natomiast nie wierzymy w dobre intencje „sił niepolskich”, zagranicznych, czy międzynarodowych. Realizują one przede wszystkim swoje interesy, często naszym kosztem.

Do stałych trosk ruchu narodowego należy walka o niezależność polityki polskiej od „sił niepolskich”. Od pokoleń przez jawne i tajne kanały polityka polska uzależniana jest od obcych, zewnętrznych ośrodków decyzyjnych, przez co nie jest w pełni suwerenna. Uważamy za konieczne demaskowanie wszystkich tych nieformalnych powiązań i uzależnień oraz dążenie do ich minimalizacji. Nie odpowiada nam rola wasala, satelity, petenta czy najemcy. Nie akceptujemy lokowania ośrodków decyzyjnych w sprawach Polski na Kremlu, w Berlinie, Brukseli czy Waszyngtonie. Chcemy, by znalazły się one w Polsce. Chcemy, by były jawne i by Naród polski miał na nie wpływ. Obawiamy się Unii Europejskiej, stanowiącej zalążek Stanów Zjednoczonych Europy czy Republiki Federalnej Europy. Kiedyś i tak się rozpadnie, jak Czechosłowacja, Jugosławia czy ZSRR - narody europejskie nie wytrzymują centralnego sterowania. Nie po drodze nam z tymi, co rezygnują z własnej suwerenności.

Do trwałego dorobku myśli narodowej należy tzw. geopolityka. Roman Dmowski zachęcał do studiowania spraw międzynarodowych i dostosowywania polityki polskiej do istniejącej koniunktury politycznej. Polityka to sztuka osiągania tego, co jest możliwe do osiągnięcia, i nie marnowania sił na rzeczy niemożliwe. Oznacza to, że nieraz najsłuszniejszą polityką jest czekać, trwać. To wcale nie oznacza bierności, wręcz przeciwnie! Trzeba cały czas przygotowywać się, gromadzić siły i wykorzystywać je wtedy, gdy pojawi się odpowiednia koniunktura. Na tym polega dobra geopolityka – na umiejętności rozpoznania czasu sprzyjającej koniunktury. Stąd też w ruchu narodowym stale dyskutuje się o sytuacji międzynarodowej i wyciąga wnioski dotyczące spraw polskich. Trzeba wiedzieć nie tylko, to co jest słuszne, ale również, to co jest realne i osiągalne.

Wielu dziwiło się, że Dmowski proponował współpracę z Rosją, i to w czasach po Powstaniu Styczniowym, gdy nastroje w społeczeństwie polskim były mocno antyrosyjskie. Sam miał tak wielką awersję do Rosji, że pomimo tego, iż znał rosyjski doskonale, po odzyskaniu niepodległości do końca życia odmawiał posługiwania się tym językiem. Oceniał jednak, że – aby Polska była naprawdę niepodległa – nie wystarczy Rosji odebrać jakąś prowincję. Należało zdobyć ujście Wisły, a do tego trzeba powalić na kolana Prusy. Tego Polska sama nie zrobi. Musi więc wspierać konflikty rosyjsko-niemieckie i czekać na konfrontację między nimi, a gdy już do niej dojdzie – poprzeć Rosję tak, by doprowadzić do klęski Niemiec. Dopiero przegrana Niemiec w I i II wojnie światowej dała nam solidne oparcie o morze i warunki do prawdziwie niepodległego bytu. Co prawda, długo musieliśmy się później wyzwalać spod dominacji Rosji, ale potrafiliśmy to zrobić nie tylko pokojowo, ale i skutecznie. Nie chodzi tu tylko o rok 1989, ale i kolejne etapy wyzwalania się, takie jak: obrona prywatnej własności rolnej przed kolektywizacją, obrona miejsca i roli Kościoła w naszym życiu – i to nie tylko społecznym (non possumus prymasa Wyszyńskiego), odmowa uczestniczenia w radzieckich wojnach kolonialnych w Angoli czy Nikaragui, tolerowanie prywatnej inicjatywy itd.

Również dzisiaj musimy oceniać, który sąsiad potencjalnie może być większym źródłem zagrożenia dla naszej suwerenności, i przeciw niemu właśnie oraz jego ewentualnym zakusom montować szerszy opór międzynarodowy. Szukanie, stwarzanie i wykorzystywanie koniunktury międzynarodowej to jedno z głównych zadań naszej polityki. Sentymenty i nastroje trzeba urabiać, a nie poddawać się im biernie.

Narodowcy zawsze stali na gruncie wierności nauce Kościoła Katolickiego i dążyli do tego, by ład publiczny w państwie polskim oparty był na etyce katolickiej. „Katolicyzm nie jest dodatkiem do polskości, (...) ale stanowi jej istotę” – napisał R. Dmowski. Nie jesteśmy jednak partią wyznaniową, jak różnego rodzaju chadecje. Zachowujemy niezależność wobec polityki Kościoła, nieraz występując przeciw niej. Gdy członek Ligi Narodowej Wojciech Korfanty został w 1903 roku posłem ze Śląska do Reichstagu, startował przeciwko kandydatowi katolickiej partii Centrum, popieranej przez Kościół. W czasie I wojny światowej Watykan zalecał Dmowskiemu, by zaniechał marzeń o niepodległej Polsce i trzymał się katolickiej Austrii. Dmowski jednak działał na rzecz rozpadu Austro-Węgier na państwa narodowe. Abp Aleksander Kakowski współpracował z okupacją niemiecką w ramach Rady Regencyjnej, a jego diecezjanin, Roman Dmowski, współpracował z Ententą, dążąc do klęski Niemiec. Publicznie krytykowaliśmy Kościół za popieranie (m.in. wpuszczanie na ambonę) działaczy KOR-u. Również w sprawie wejścia Polski do Unii Europejskiej byliśmy poniekąd po przeciwnych stronach. Nasza postawa wierności wobec nauki Kościoła, w połączeniu z niezależnością polityczną, ma też swoją wartość dla Kościoła, bo służąc mu, nie obciążamy go naszymi ewentualnymi błędami i nie angażujemy jego autorytetu do naszych świeckich przecież działań.


Często słyszę pytanie o nasz program gospodarczy. A jaki program gospodarczy miało Stronnictwo Narodowe w czasach II Rzeczypospolitej? Nie było spisanego programu, ale była myśl narodowa także w sprawach gospodarki. Uzdrowienie gospodarki nastąpiło, gdy narodowcy byli u władzy. Takie nazwiska, jak: Władysław Grabski, Jerzy Zdziechowski, Roman Rybarski, Adam Doboszyński, na trwałe zapisały się w historii polskiej myśli ekonomicznej. Nieraz mieli oni przeciwstawne poglądy, ale wszyscy wypracowywali je w ogniu walki o polską gospodarkę. W ten sposób powstaje zaangażowanie i wykuwa się program narodowców w wielu dziedzinach - w ogniu polemik, sporów i dyskusji, którym zawsze przyświeca troska o interes Narodu i państwa polskiego.

Szanujemy własność prywatną i domagamy się reprywatyzacji, gdzie jest to tylko możliwe, poprzez zwrot mienia, a nie poprzez papiery wartościowe. Jednak ziemi nadanej w wyniku przeprowadzenia reformy rolnej nikomu odbierać nie wolno. Im więcej będzie właścicieli nieruchomości, tym zdrowszym będziemy społeczeństwem. Dlatego sprzeciwiamy się takim pomysłom jak podatek katastralny. Im więcej będzie samozatrudniających się osób, tym bardziej będziemy niezależni, bardziej zaradni. Cenimy wolny rynek i pragniemy, by we wszystkich dziedzinach wpływów państwa było jak najmniej, tzn. jak najmniej „państwowego opiekuństwa”. W naszym myśleniu jednak obowiązuje prymat polityki nad gospodarką. Są pewne sprawy nadrzędne. Skoro co jakiś czas stajemy w obliczu zagranicznych sankcji, musimy starać się być samowystarczalni w dziedzinie żywności. To najważniejszy warunek samodzielności. Oznacza to konieczność państwowego wsparcia dla rolnictwa, by nie upadło pod naporem zagranicznej, nieuczciwie i „nie wolnorynkowo” dotowanej konkurencji. Tu znajdujemy płaszczyznę porozumienia z ludowcami. Zagrożenie militarne wymaga, byśmy mieli silną armię i jak największą zdolność do samodzielnego jej zaopatrzenia. Stąd konieczność państwowego wsparcia dla przemysłu zbrojeniowego. Chcemy bezpieczeństwa wewnętrznego, a więc sprawniejszej policji i sądownictwa oraz surowszych praw, tak, by przestępcy się bali, a ludzie prawi czuli się bezpiecznie. Siła narodu zależy od prężności demograficznej. Konieczna jest więc pronatalistyczna polityka państwa, w tym przede wszystkim podatkowa. Chcemy dobrego wychowania młodego pokolenia, dlatego zależy nam, by matka jak najwięcej czasu spędzała w domu. Zamiast finansować bezrobocie, lepiej zadbać o obecność mam w domach, a więc doprowadzić do takiej sytuacji, by ojciec sam był w stanie utrzymać rodzinę. Nie oznacza to, że sprzeciwiamy się pracy kobiet w sytuacjach, gdy pracują zarobkowo z własnej woli, a nie z ekonomicznego przymusu. Chcemy zdrowej rodziny, zatem ku niej chcemy kierować zainteresowanie państwa. Uważamy, że państwowe wsparcie ofiar sytuacji patologicznych tylko wzmaga ich powszechność. Stąd chcemy, by było ono wtórne w stosunku do wspierania rodziny zdrowej.

Tak wyglądają nasze priorytety, a dostępne i prowadzące do tego środki dzielić i wykorzystywać trzeba rozsądnie, konsekwentnie, po gospodarsku.

Popieramy tradycyjną polską tolerancję wobec wszelkich mniejszości narodowych i wyznaniowych. Akceptujemy przyjmowanie różnych azylantów i uciekinierów, pozwalając im zarówno na zachowanie własnej tożsamości, choćby przez wieki, jak i na pełne zintegrowanie się z nami.

Oto w największym skrócie podstawy naszego myślenia o polityce. Czasy się zmieniają, otoczenie się zmienia, przychodzą nowe pokolenia, ale w ruchu narodowym sposób myślenia pozostaje ten sam. Myśl narodowa, przenoszona z pokolenia na pokolenie, stanowi o sposobie myślenia milionów Polaków. Jest ona bowiem naszym narodowym dziedzictwem.

Osoba – rodzina – naród
Wychowani jesteśmy w duchu personalistycznym. To element naszego chrześcijańskiego dziedzictwa. W centrum zainteresowania musi być człowiek ze swoimi problemami. Jeżeli ktoś uważa, że najważniejsze jest państwo, Europa, solidarność międzynarodowa, społeczeństwo, gospodarka, kultura, to się myli. Wszystkie te instytucje, dziedziny, ideologie, mają służyć człowiekowi, a nie odwrotnie. Jeżeli nie służą człowiekowi, to nie tylko są niepotrzebne, ale stają się szkodliwe, szkodliwe dla człowieka. Nabierają charakteru tyranii.

Człowiek żyje w rodzinie i powinien w rodzinie umierać. Gdy człowiek zostaje poczęty, rodzi się, wychowuje, żyje czy umiera poza rodziną, to jest to sytuacja patologiczna. Chodzi o to by patologii było jak najmniej. Gdy rodzina sobie nie radzi, gdy napotykane problemy ją przerastają, konieczna staje się pomoc zewnętrzna, dalszej rodziny, sąsiadów, parafii, instytucji społecznych, wreszcie państwa czy nawet instytucji międzynarodowych. Niestety pomoc uzależnia. Dlatego też winna mieć charakter doraźny i jak najszybciej powinno się ją wycofywać. Jej głównym zadaniem jest ułatwienie rodzinie odzyskania zdolności do niezależnego i samodzielnego funkcjonowania.

Podstawowym warunkiem normalnego funkcjonowania rodziny jest posiadanie mieszkania. Bardzo wiele patologii rodzinnych pochodzi właśnie z braku samodzielnego mieszkania. W dobrze zorganizowanym społeczeństwie każda para małżeńska winna rozpoczynać swe wspólne życie we własnym, niezależnym mieszkaniu. Wraz z powiększaniem się rodziny rosną potrzeby mieszkaniowe i te potrzeby też muszą być sukcesywnie zaspokajane. Gdy dziadkowie już nie są zdolni samodzielnie funkcjonować, powinni znaleźć dla siebie miejsce w domach czy mieszkaniach dzieci i tam przeżyć resztę swoich dni. Gdy rodzina ma dodatkowo ogródek czy działkę, to ma nie tylko gdzie wypocząć, gdzie wyhodować własne warzywa i owoce, ale i gdzie uczyć dzieci związku między pracą a plonem, uczyć przyrody, uczyć współdziałania dla dobra wspólnego. Winniśmy dążyć do tego, aby każda rodzina mogła w takim domu funkcjonować. Życie zbiorowe trzeba tak zorganizować, by było to możliwe.

Aby taki dom rodzinny był prawdziwym ogniskiem domowym, musi w nim stale ktoś być. Musi być stale czynny. Wtedy zawsze jest do czego i kogo wracać. Dzieci wracają ze szkoły prosto do domu, zarabiający wracają prosto z pracy. Wtedy jest dużo mniej patologii. Państwo ma mniej problemów ze żłobkami, poprawczakami, więzieniami, alkoholizmem, narkomanią, prostytucją, domami starców. Jest absurdem dzisiejszych czasów, że z jednej strony jest coraz mniej pracy, coraz większe bezrobocie, a z drugiej – potrzeba dwóch pensji, by starczyło na dom i utrzymanie rodziny. To koniecznie trzeba zmienić. Trzeba przenieść finansowanie bezrobocia na finansowanie rodziny poprzez odpowiednie upusty podatkowe i zasiłki rodzinne. W sumie będzie taniej, bo zmaleją koszty borykania się z patologiami i koszty pomocy społecznej.

Naród to rodzina rodzin, to szersza rodzina. To ci wszyscy, których łączy wspólna historia, wspólny język, wspólne miejsce na ziemi, czyli Ojczyzna, wspólna kultura, a w szczególności wspólna literatura piękna. Szekspir, Balzak czy Dante to autorzy innych narodów, choćbyśmy nie wiem jak ich lubili. Kochanowski, Mickiewicz czy Sienkiewicz to nasi twórcy. Nigdy nie będę tak reagował na zwycięstwo Europejczyka, jak reaguję na zwycięstwa Małysza. Jestem dumny z tego, co w moim narodzie jest wielkie, ale i wstydzę się tego, co jest w nim marne czy podłe. Naród to wspólnota naturalna, tak jak rodzina. Nie wybierałem sobie narodu ani rodziny. Urodziłem się w danej rodzinie, w danym narodzie i to determinuje, kim jestem.

Narodowi potrzebne jest zorganizowanie zbiorowej struktury. Potrzebna jest jakaś hierarchia, władza i zbiorowa siła. Tą organizację stanowi państwo – własność danego narodu. Tak przynajmniej jest w ramach naszej europejskiej cywilizacji. Gdzie indziej spina państwo władca (Rosja, Azerbejdżan), religia (Iran, Izrael), system kastowy (Indie) czy szczepowy (Afryka). W Europie to narody tworzą państwa. Państwo jest wyrazem woli narodu do istnienia i funkcjonowania we wspólnej strukturze organizacyjnej. Ponadto istnieje ono z woli narodu i jemu też podlega.

Powierzamy państwu zarobione przez nas pieniądze (podatki), by z ich pomocą finansowało sprawy wymagające zbiorowego załatwienia. System społeczno-ekonomiczny musi być tak zorganizowany, by podatki były jak najmniejsze, czyli, żebyśmy jak najwięcej spraw załatwiali sobie sami, bez ingerencji państwa. Jednakże zawsze będą sprawy, które tylko struktura państwowa będzie w stanie skutecznie załatwić. Ta skuteczność wymaga, by państwo posiadało potrzebną do tego siłę, by mogło przymusić opornych. Ale państwo posiada siłę nie po to by bronić siebie przed obywatelami, ale po to, by bronić obywateli przed zagrożeniami, np. przed bandytyzmem wewnętrznym (policja) i zewnętrznym (wojsko). Użyczamy państwu siły, aby chroniło nasz naród, nasze rodziny i każdego z nas z osobna.

Są sprawy wymagające porozumień międzynarodowych, wysiłku zbiorowego kilku państw. Temu służą sojusze wojskowe (np. NATO), organizacje międzynarodowe (np. Rada Państw Bałtyckich, Interpol, ONZ) czy też porozumienia dwustronne (np. w sprawie budowy mostu granicznego). Zadaniem tych organizacji i porozumień jest służenie w danej sprawie określonym społecznościom.

Można by zapytać: w jakich sprawach Unia Europejska służy, człowiekowi, rodzinie, narodom? Jeżeli nie jest jasne, komu i czemu tak naprawdę służy, to jest organizacją zbędną, a może nawet z czasem przerodzić się w tyranię

Pomocniczość
W naszym myśleniu obowiązuje zasada pomocniczości. Instytucje samorządowe, państwowe czy międzynarodowe nie powinny ingerować w dziedziny, nad którymi ludzie potrafią zapanować samodzielnie. Ingerencja jest potrzebna na tym polu, gdzie człowiek, rodzina, naród sam sobie nie radzi. Z jednej strony będzie to interweniowanie, by zapobiegać lub przeciwdziałać krzywdzie ludzkiej, a z drugiej –organizowanie spraw wymagających zbiorowego zaangażowania. Chodnik od chaty do drogi każdy może zrobić sobie sam lub w ogóle zrezygnować z posiadania go, ale aby powstała droga, musi już być zbiorowe porozumienie i wspólne pokrycie kosztów jej powstania. Im większa, lepsza i trwalsza droga, tym więcej kosztuje i stanowi większy wysiłek organizacyjny. Czasami potrzebne są uzgodnienia i finansowanie ze źródeł międzynarodowych, gdy droga przekracza granice lub gdy dana autostrada ma służyć transportowi wielu krajów. Te wyższe instancje organizacyjne są potrzebne na miarę spraw, których mają dotyczyć. Gdy instancje międzynarodowe chcą decydować o kształcie płytek chodnikowych na moim podwórku, to mam prawo uznać to za gwałt na mojej wolności, za nieuzasadnioną ingerencję, za rodzaj tyranii. Ale jeżeli taka ingerencja jest konieczna, to trzeba sprawę tak uzasadnić, by zainteresowany sam uznał jej słuszność. Mnie się może wydawać, że pokruszone stare płyty eternitowe będą się nadawały na chodnik przed moim domem. Tymczasem są one z azbestu, a dzisiaj już powszechnie wiadomo, że wdychanie azbestu jest szkodliwe dla zdrowia. W związku z tym ingerencja państwa czy nawet instytucji międzynarodowych w budowę mojego chodnika może być w pełni uzasadniona, w moim własnym interesie czy też w interesie moich gości i sąsiadów, którzy mogliby azbest z uszczerbkiem dla swego zdrowia wdychać. Jeżeli ta interwencja ze szczebla wyższego, niejako z zewnątrz, jest w interesie człowieka, rodziny, narodu, to jest nie tylko do zaakceptowania, ale nawet może być przyczyną uzasadniającą zastosowanie przymusu.

Zasada pomocniczości, dzisiaj modnie określana zasadą subsydiarności, to hasło często stosowane i nadużywane do uzasadnienia różnych działań Unii Europejskiej. Rzekomo chodzi w niej o dowartościowanie samorządów. Zgodnie z nauką społeczną Kościoła pomocniczość polega na tym, że to, co się da, powinno być załatwiane na najniższym szczeblu organizacyjnym. Rodzina niech załatwia swoje sprawy, a gmina niech się niepotrzebnie nie wtrąca. Gmina niech załatwia swoje sprawy, a powiat niech się niepotrzebnie nie wtrąca. Powiat niech załatwia swoje sprawy, a województwo niech się niepotrzebnie nie wtrąca, itd. Otóż podstawowy problem polega na tym, co jest, a co nie jest wtrącaniem się niepotrzebnym.

Jeżeli u sąsiadów są stale kłótnie, wtrącać się, czy nie? Wzywać policję, czy nie? Zwykle staramy się nie wtrącać. Ale w momencie, gdy dochodzi do pijackich zbrodni, to jest już za późno. I wtedy powstaje pytanie, gdzie byli sąsiedzi, gdzie policja, czy nikt nie wiedział, że w tamtej rodzinie źle się działo? Czemu nikt nie zdobył się na interwencję? To samo dotyczy większych zbiorowości. Może są gminy, które zupełnie sobie nie radzą. Może są województwa bezradne w obliczu jakichś klęsk. Jest pewna granica zachowań czy stanów dezorganizacji, która nie pozwala sąsiadom stać obojętnie, która wymaga interwencji z zewnątrz, interwencji, która polegałaby na przyjściu z pomocą – stąd termin pomocniczość.

Termin subsydiarność, pochodzący z łaciny, ma ten sam trzon, co słowo subsydium, czyli pomoc. Ale w języku angielskim wyraz „subsidiary” oznacza także „podrzędny”. I to raczej w tym drugim znaczeniu słowo to pojawia się w nowomowie Unii Europejskiej. W imię tej zasady Unia Europejska chce się wtrącać w coraz więcej dziedzin, i to wtrącać nachalnie, z całym arsenałem środków przymusu. Musimy stawiać opór ingerencjom zbędnym.

Z zagadnieniem tym łączy się inny temat. Planowana struktura przyszłego państwa europejskiego, republiki federalnej Europy, ma się składać z centrali w Brukseli i w miarę samodzielnych regionów, czyli ma funkcjonować na wzór Republiki Federalnej Niemiec, gdzie landy mają sporą dozę niezależności, a sprawy najważniejsze lub wspólne załatwia rząd federalny. Dlatego też dąży się do kreowania regionów o rozmiarach mniej więcej odpowiadających niemieckim landom. Namawia się te regiony, by powoływały w Brukseli swoje przedstawicielstwa, z zadaniem załatwiania w centrali spraw ich dotyczących, z pominięciem właściwego państwa narodowego. Wkrótce rządy narodowe mają stać się niepotrzebne. Będzie rząd federalny w Brukseli i regiony. Wiadomo – małymi łatwiej się rządzi. Jest to polityka z założenia antynarodowa. Niby głosi się troskę o różne mniejszości narodowe, regionalne zróżnicowania, historyczne i tradycyjne odrębności, ale w rzeczywistości chodzi o likwidację państw narodowych. Zasadę pomocniczości wykorzystuje się do tego celu, rozumiejąc ją jako pomoc czy ingerencję unijnej centrali, skierowaną bezpośrednio do regionów.

Otóż zasada pomocniczości winna dotyczyć również państw. Instytucja międzynarodowa nie powinna ingerować w sprawy, które państwa z powodzeniem załatwiają we własnym zakresie.

Polskę szczególnie trudno podzielić na regiony. Z zaludnienia naszego kraju wynika, że dla osiągnięcia odpowiednio małych, ale nie za dużych jednostek potrzeba nas podzielić na około 12 regionów. Temu służyła likwidacja 49 województw i szukanie takiego podziału kraju, by uzyskać regiony o rozmiarach odpowiadających „normom europejskim”. W wyniku oporu sił lokalnych powstało 16 województw, a więc trochę za dużo. Unia Europejska żąda, by dla celów statystycznych kilka województw połączyć, ponieważ chce dane statystyczne ogłaszać dla 12 regionów. W ordynacji do Parlamentu Europejskiego wymyślono podział kraju na 13 okręgów wyborczych. Powstała z naszego polskiego punktu widzenia zupełna fikcja, że poseł do Parlamentu Europejskiego reprezentuje jakiś region. Próbowaliśmy przeforsować zasadę, że okręg jest jeden – Polska. Wtedy każdy poseł czułby się odpowiedzialnym za całość spraw polskich. My, posłowie Ligi Polskich Rodzin do Parlamentu Europejskiego, tak właśnie rozumiemy nasz mandat - troska o sprawy całej Polski. Ale ponoć nie tak mamy funkcjonować w Unii Europejskiej. Mamy się przyzwyczajać do Europy Regionów.

Wróćmy jednak do tematu pomocniczości w ujęciu wewnętrznym – w naszym kraju. Zgodnie z prawem naturalnym chcielibyśmy tę zasadę wprowadzać w życie, czyli ograniczyć do minimum ingerencję państwa w życie lokalne. Trzeba pozwolić samorządom, by rzeczywiście same się rządziły. W tym celu muszą mieć odpowiednie do swoich zadań środki finansowe. Chodzi o to, by proporcjonalna do zadań część wpływów podatkowych zbieranych na danym terenie zostawała do lokalnego wykorzystania. To żadna łaska ze strony państwa czy rządu, że takie środki przyznaje. Powinno być odwrotnie. Ustaloną część środków zebranych na dole winno się przekazywać do szczebla wyższego, aby załatwiał sprawy, których lokalnie samorządy nie są w stanie załatwić same. Dotyczy to też środków przeznaczanych na wyrównywanie różnic w rozwoju gospodarczym między poszczególnymi regionami kraju.

Ta ogólna zasada natrafia jednak na problem wspomniany wyżej - projekt likwidacji rządów narodowych. Chcąc bronić potrzeby istnienia rządów państw narodowych, nie możemy nadmiernie ograniczać ich kompetencji. W tej chwili są one z jednej strony pozbawiane tych kompetencji, które przechodzą do Unii Europejskiej, a z drugiej zaś rekomenduje się, w imię pomocniczości, przekazywanie ich samorządom. I tak słuszna zasada działająca w jedną stronę (od państwa do samorządów), w połączeniu z jej zaprzeczeniem w drugą (od Unii do państwa), powoli prowadzi do likwidacji rządów narodowych. Aby chronić zasadę posiadania własnego rządu narodowego, z liczącymi się kompetencjami, wyhamowuje się proces przekazywania zbyt wielu kompetencji do samorządów. I tak, nie potrafiąc się bronić przed uzurpacją kompetencyjną Unii Europejskiej, pozwalamy państwu uzurpować kompetencje samorządów. W ten sposób ograniczamy proces nie tylko zgodny z prawem naturalnym, ale również jak najbardziej naturalny dla naszej cywilizacji i historycznej tradycji. Nasza siła zawsze polegała na zdolności do oddolnego samoorganizowania się, do improwizacji, do działania twórczego, bez oglądania się na instrukcje płynące z góry, bez których w takiej np. Rosji, kraju cywilizacji turańskiej, nic sensownego zrobić się nie da.

Na umniejszanie kompetencji rządu pozwolić nie możemy. By się przed takim procesem bronić, zamiast ograniczać kompetencje samorządów, musimy odzyskiwać kompetencje nieroztropnie przekazane Unii Europejskiej. Trzeba się przygotować do blokowania dalszego postępu centralizacji w Unii Europejskiej. Wiele spraw pochodzących z Unii jest sensownych i nadaje się do zastosowania u nas. Na przykład wymóg likwidacji wyrobów z azbestu i utylizacji ich w sposób nieszkodliwy dla środowiska jest ze wszech miar słuszny. Musimy to zrobić w imię słuszności sprawy, nawet podpisując odpowiednie konwencje międzynarodowe tego tematu dotyczące, ale nie jako obowiązek wynikający z unijnych dyrektyw. Nie chcemy się izolować od świata i żyć w zacofaniu, ale chcemy być wolni i nie możemy pozwolić, by Unia dyktowała naszym samorządom, z pominięciem szczebla państwowego, co mają robić.

Przy omawianiu tej kwestii pojawia się też inna sprawa. Województwa załatwiają różne sprawy z gminami z pominięciem powiatów. Wskazuje to na zbędność szczebla powiatowego. Wobec tego postulowałbym likwidację powiatów. Bez bólu można by przekazać kompetencje powiatów częściowo województwom, a częściowo gminom. Powiaty można by zachować jako formę współpracy czy samoorganizowania się gmin, jeżeli tego chcą i na ich koszt, ale bez odrębnego szczebla samorządowego. Czyli proponuję ten sam mechanizm, do którego zmierza Unia Europejska, prowadząca do uwiądu rządów państw narodowych. Jest jednak zasadnicza różnica między powiatami a państwami. Rząd państwa potrzebny jest jako strażnik naszej suwerenności, natomiast poszczególne szczeble władzy samorządowej to tylko narzędzia organizacji życia zbiorowego. Możemy je modelować dowolnie w zależności od potrzeb i stopnia skomplikowania spraw przewidzianych do załatwienia na szczeblu samorządowym.

Patriotyzm gminny, powiatowy czy wojewódzki wobec tak zwanych małych ojczyzn to zupełnie inna ranga więzi zbiorowej niż patriotyzm ukierunkowany na Polskę, naszą „dużą” Ojczyznę. To chyba oczywiste! Natomiast zjednoczona Europa, mimo licznych zabiegów unijnych aparatczyków, nigdy takiej więzi, takiej lojalności u swoich obywateli nie wykrzesze.





  1   2   3   4   5   6   7   8   9   10   11


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna