Metody niekonwencjonalnej dystrybucji i licencjonowania oprogramowania zdobywają coraz więcej zwolenników



Pobieranie 41.6 Kb.
Data30.04.2016
Rozmiar41.6 Kb.
Metody niekonwencjonalnej dystrybucji i licencjonowania oprogramowania zdobywają coraz więcej zwolenników. Konkurencja wymusza na twórcach programów poszukiwanie nowych rynków zbytu, a także nowych dróg dotarcia do ostatecznych użytkowników ich produktów. Część z tych działań ma dodatkową "ideologiczną" oprawę, czasem sprawiającą nieprzyjemne wrażenie reklamy za wszelką cenę (a może - za brak wszelkiej ceny...). Ignorując jednak tę otoczkę, dochodzimy do sedna: produktów niekoniecznie gorszych od dostępnych tradycyjnymi metodami w sklepach, ale nie kosztujących nic lub ułamek ceny komercyjnych pakietów.

Coś, co można by nazwać "drugim obiegiem" oprogramowania istnieje praktycznie od zarania komputerów. Skojarzenie z "samizdatem" nie jest tutaj zupełnie pozbawione podstaw. Spory procent programów dostępnych poza sklepami, w Internecie lub na dyskach kompaktowych dołączanych do czasopism, to produkty powstające na swoiste "zamówienie społeczne" albo wprost w celu zwalczenia monopolu wielkich koncernów panujących nad rynkiem. Jest to oprogramowanie "kultowe", wokół którego zbierają się grupy sercem i duszą oddanych mu użytkowników.

Ten kult free software jest niewątpliwie socjologicznym fenomenem, bo zaangażowanie miłośników przekracza ramy zwykłego korzystania z dostępnych narzędzi. Ostrożność (już widzę listy oburzonych użytkowników darmowego oprogramowania...) nakazuje mi w tym miejscu dodać, że nie uważam "samizdatu" za coś prymitywnego, a wręcz przeciwnie. Wystarczy wspomnieć, jak wiele wspaniałych dzieł sztuki docierało do ludzi właśnie za pośrednictwem "drugiego obiegu".

Oddolny ruch użytkowników komputerów, którego założeniem jest dostarczenie darmowego kompletu oprogramowania umożliwiającego korzystanie z komputera bez potrzeby kupowania drogiego software'u to szlachetna inicjatywa, której można by tylko przyklasnąć. Trochę niepokojące jest najwyżej to, że część argumentów używanych przez miłośników darmowych programów zatrąca dość niebezpieczną - dla nich samych także - anarchią. Daje się także zauważyć pewną komercjalizację ideologii i kultu, a kierunek, w którym to wszystko zmierza wskazuje na rosnącą żądzę władzy. Niestety, w polityce komercjalizacja i żądza władzy zabija szlachetność idei, czyniąc ją niewiarygodną. Czy podobnie będzie i tutaj? Czy wielkie postaci "drugiego obiegu" nie staną się któregoś dnia takim samym straszakiem dla niegrzecznych dzieci bawiących się komputerami, jakim dziś jest... Bill Gates?

Własność publiczna i freeware


Postawione wyżej pytania uważam za retoryczne - nie jest moim celem rozstrzyganie przyszłości darmowego oprogramowania, a także związanych z nim grup użytkowników. Warto natomiast zająć się na początek wyjaśnieniem pewnych terminów związanych z "drugim obiegiem" oprogramowania i wskazać miejsca, w których można pobrać programy dostępne za darmo.

Programy public domain (własność publiczna) to takie, które autor udostępnia z całym "dobrodziejstwem inwentarza", a zazwyczaj także z kodem źródłowym. Autor takiego programu nie zastrzega sobie do niego żadnych praw, nie daje też żadnych gwarancji prawidłowego działania ani nie bierze za nic odpowiedzialności. Programy public domain mogą być dowolnie modyfikowane, zmieniane i wykorzystywane. Obecnie takich programów jest coraz mniej, a zawsze były to stosunkowo niewielkie narzędzia systemowe lub inne drobiazgi.

Pojęcie freeware w ścisłym słowa znaczeniu obejmuje programy, za które użytkownik nie musi wnosić żadnej opłaty, ale do których autor (autorzy) zastrzega sobie prawa. W tym sensie do kategorii freeware możemy więc zaliczyć programy rozprowadzane na podstawie licencji GNU (General Public License), ale są to także produkty, które autor wpuszcza w obieg, opatrując je własną licencją. Warunki takiej licencji mogą być dość egzotyczne - część autorów prosi np. o wysłanie na ich adres pocztówki, jeden z autorów natomiast chciał za swój program... paczkę herbatników.

Z reguły jednak obowiązek użytkownika ogranicza się do zarejestrowania za pośrednictwem poczty elektronicznej (a i to nie zawsze). Do kategorii freeware zaliczają się dziś zarówno niewielkie narzędzia, jak i poważne pakiety oprogramowania z systemami operacyjnymi włącznie. Osobną sprawą jest jeszcze licencja open-source, na zasadach której rozprowadzany jest kod źródłowy programu.


Shareware - degrengolada idei?



Oprogramowanie darmowe w ENTERZE

Niektóre pełne (starsze) wersje programów komercyjnych zawarte na płytach dołączanych do miesięcznika ENTER:
- Amasys Pro 1.0 - baza danych adresowych
- Avery Wizard for Word - rozszerzenie do drukowania etykiet w programie Word
- Borland C++ Builder 1 - środowisko programistyczne
- Borland Delphi 2.0 - środowisko programistyczne
- Borland JBuilder 2 - środowisko programistyczne
- IMSI FloorPlan Plus 3D - program do projektowania urządzenia mieszkania
- IMSI HIJAAK 4.5 Express - przeglądarka i konwerter do plików graficznych
- IMSI Net Accelerator V1 - program narzędziowy do łącza dial-up
- Kody Pocztowe 1.01 - baza kodów pocztowych
- LangMaster poziom beginner - program edukacyjny do nauki angielskiego
- LOTUS 1-2-3 PL - arkusz kalkulacyjny z pakietu SmartSuite
- LOTUS Approach 3.0 PL - baza danych z pakietu SmartSuite
- LOTUS FreeLance Graphics 96 PL - grafika biznesowa z pakietu SmartSuite
- LOTUS WordPro 96 PL - procesor tekstu z pakietu SmartSuite
- Micrografx Graphics Works - pakiet oprogramowania graficznego
- Micrografx Picture Publisher 4.0 - program do obróbki grafiki bitowej
- Micrografx SnapGrafx 1.0 - grafika biznesowa
- Pajączek 2.1.2 - edytor HTML
- Recognita Plus 3.2 - program OCR (wymagał zarejestrowania w celu uzyskania kodu dostępu)
- SmartDraw 2.0 - program graficzny
- Sophos Anti-Virus w kolejnych wersjach - program antywirusowy
- SuperMemo 7.2 - program edukacyjny
- SuperSekretariat 4.0 - program biurowy
- TeamWare Office 5.1 - oprogramowanie biurowe
Programy shareware to z kolei takie, które autor pozwala wypróbować przed zakupem. Innymi słowami, użytkownik może ściągnąć taki program za darmo i za darmo użytkować go przez jakiś określony w licencji czas (zazwyczaj nie przekraczający miesiąca). Program przy tym powinien być w pełni funkcjonalny i niczym nie różnić się od wersji płatnej. Po upływie tego czasu użytkownik powinien zarejestrować się i zapłacić za program lub zaprzestać jego użytkowania.

Nie są to więc sensu stricte programy darmowe i w zasadzie można by zaliczyć je do kategorii komercyjnych, ale - z drugiej strony - licencja pozwalająca na wypróbowanie ich przed zakupem to zdecydowanie duże udogodnienie dla użytkownika i coś, co na korzyść odróżnia je od programów w pudełkach. Niestety, przede wszystkim nieuczciwość użytkowników (mało kto wnosił opłaty za użytkowanie pełnej wersji) doprowadziła klasyczną ideę shareware do degrengolady - dziś mało kto decyduje się na udostępnienie tym sposobem pełnej wersji programu bez żadnych ograniczeń.

Wspomniane ograniczenia przyjmują różne postaci - od licznika uruchomień (expireware), przez blokowanie części dostępnych opcji (crippleware) lub wyświetlanie tzw. nag-screenów, czyli okien informujących o warunkach licencji i wstrzymujących na jakiś czas działanie programu, aż do produkowania dwóch różnych wersji programu - okrojonej do rozpowszechniania za darmo i pełnej, dostępnej za opłatą. Działalność tzw. crackerów, "łamiących" kody dostępu do programów i udostępniających je za pośrednictwem Internetu, dodatkowo niekorzystnie wpływa na rynek oprogramowania shareware, zmuszając autorów do szukania innych dróg dystrybucji lub wypuszczania wersji demonstracyjnych.

Reklama dźwignią handlu


Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej kategorii - oprogramowaniu komercyjnym, którego starsze wersje są udostępniane za darmo przez producenta, z reguły za pośrednictwem płyt kompaktowych dołączanych do czasopism komputerowych. Na takie rozwiązanie decydują się na ogół firmy, których produkty z trudem przebijają się na rynku, nie mogąc dotrzeć do użytkowników lub nie znajdując wśród nich popularności. Nie jest to jednak regułą - często w ten sposób rozprowadzane są starsze wersje programów popularnych i o ustalonej renomie, a działanie takie ma przysporzyć im więcej użytkowników. Oprogramowanie w tej postaci jest dostępne bez żadnych ograniczeń, z działającymi wszystkimi opcjami.

Firmy bynajmniej nie prowadzą działalności charytatywnej. U podstaw tej formy dystrybucji leży idea, że użytkownik - po zapoznaniu się ze starszą wersją i wypróbowaniu wszystkich jej możliwości - zechce zakupić wersję najnowszą, która znajduje się często na tym samym CD w postaci demo. Temu celowi ma służyć także liberalna polityka cenowa - na ogół posiadacz starszej wersji darmowej może kupić nową za cenę uaktualnienia, niższą od ceny detalicznej. Ta forma promocji jest dość interesująca, chociaż również niewątpliwie ryzykowna dla decydującej się na nią firmy i - powiedzmy szczerze - wydaje się niezupełnie uczciwa w stosunku do tych, którzy wcześniej zapłacili pełną cenę za produkt w starszej wersji... Nie należy jej także mylić z firmowym oprogramowaniem freeware - takim jak np. StarOffice - które jest dostępne za darmo, niezależnie od wersji.



Zajrzyj

Polskie programy
- www.programy.nom.pl - serwis Polskie Programy
- www.hans.bydgoszcz.mtl.pl - wiele odsyłaczy do polskich programów i serwisów udostępniających free- i shareware
- www.pckurier.pl - odsyłacze do polskich programów
- www.malkom.pl - wersja demo QR-Tekst
- www.jps-development.com - GSBase i GS-Calc po angielsku
Inne serwisy z oprogramowaniem free- i shareware
- tucows.icm.edu.pl - serwis Tucows: oprogramowanie dla różnych systemów operacyjnych
- tucows.sim.pl - inny mirror serwisu Tucows
Serwery FTP
- ftp.cyf-kr.edu.pl - mirrory kilku popularnych serwerów FTP z oprogramowaniem free- i shareware
- ftp.icm.edu.pl/pub - dużo mirrorów, a także polskie programy
Gdzie szukać?


Mimo iż podstawową drogą rozpowszechniania się freeware jest Internet, to jednak czasami nie jest łatwo zaopatrzyć się w wybrany program za jego pośrednictwem. Zasadniczym problemem jest szybkość i jakość transmisji danych, która w przypadku oprogramowania "ważącego" dużo megabajtów może skutecznie uniemożliwić upolowanie oczekiwanego produktu. Ściągnięcie poważnego oprogramowania, np. systemu operacyjnego wymaga od użytkownika domowego, który korzysta z modemu spędzenie w Internecie kilku, a nawet kilkunastu godzin - przy prędkości transmisji rzędu 3 kB/s, zaopatrzenie się w pięćdziesięciomegabajtowy program zajmie ok. 300 minut. Jak łatwo wyliczyć, przy korzystaniu z numeru dostępowego TP SA zapłacimy za to ok. 30 złotych (w nocy - o połowę taniej).

Niestety, żeby uzyskać taką transmisję musimy dysponować nie tylko szybkim modemem, ale również łączyć się z odpowiednio bliskim i szybkim serwerem. Wprawdzie poprzez tzw. mirrory popularnych serwisów freeware i shareware udaje się ściągać oprogramowanie szybko (bo lokalnie - z Polski, a nie np. z USA), ale na mirrorach nie zawsze można znaleźć poszukiwany program... Poza tym, wiele serwisów, mających swoje odpowiedniki w Polsce nie jest w pełni mirrorowanych i pod lokalnym adresem znajdują się jedynie odnośniki do plików z programami, które kierują do serwera za granicą. Nawet mając dostęp do łącza dzierżawionego czasami trudno zaopatrzyć się w wymarzony program, bo prędkość transmisji potrafi być śmiesznie niska.

Dlatego też dobrym źródłem darmowego oprogramowania są wciąż płyty CD dołączane do popularnych czasopism komputerowych. Ich cena jest zazwyczaj niższa od kosztu ściągnięcia jednego dużego programu nawet z lokalnego mirrora, a zawierają znacznie więcej software'u niż tylko jeden konkretnie poszukiwany produkt. W przypadku systemu operacyjnego, np. Linuksa, wręcz wskazane jest zaopatrzenie się w dystrybucję na kompakcie, a potem co najwyżej aktualizowanie do nowszych wersji za pomocą serwisów internetowych. Nie od rzeczy jest także dodać, że na CD w czasopismach można znaleźć programy, które są niedostępne za pośrednictwem Internetu, a często konkretne czasopismo ma wyłączność na rozprowadzanie darmowego produktu.

Czy warto?


Decydując się na używanie darmowego oprogramowania, musimy wpierw zastanowić się, czy, ile i komu za nie zapłacimy. I nie jest to paradoks ani prowokacja. Nic w przyrodzie nie ginie, a bilans musi się zgadzać. Kiedy ściągniemy z Internetu darmowe oprogramowanie typu klient, to jest prawdopodobne, że będziemy musieli dokupić oprogramowanie typu serwer (chyba że nie jest nam koniecznie potrzebne). Płatne też jest wsparcie, integracja, wdrożenia itd. To oczywiście logiczne i nie ma nic w tym nagannego, ale w pewnych przypadkach cena za "pudełko" jest znikomym procentem tego, co przyjdzie zapłacić za serwis lub inne dodatki. Dlatego też pojęcie "darmo" może brzmieć już zupełnie inaczej, kiedy przychodzi do wyciągnięcia portfela...

Poza tym warto pamiętać, że darmowe oprogramowanie - zwłaszcza poważne, takie jak systemy operacyjne, kompilatory czy inne duże narzędzia - wymaga doświadczenia i wiedzy o komputerach często znacznie przekraczającej możliwości przeciętnego użytkownika. To też jest logiczne - te programy piszą z reguły profesjonaliści dla profesjonalistów, nie dbając o takie szczegóły, jak odporność na głupotę użytkownika czy ułatwienie mu życia za wszelką cenę. Stąd też interfejs takich programów jest dość ubogi, komunikaty o błędach raczej enigmatyczne, a instrukcje obsługi skomplikowane.

Tu zastrzeżenie - nie piszę o wszystkich programach darmowych, bowiem są wśród nich i takie, których przeznaczeniem jest dotarcie do jak największej liczby użytkowników, a nie tylko zaawansowanej grupy. Niemniej trudno sobie wyobrazić, żeby przeciętny użytkownik, mający często poważne kłopoty z Windows czy nawet symbolem komputerowej prostoty obsługi - Macintoshem, potrafił bezboleśnie wskoczyć w świat "ręcznej" konfiguracji, pisania złożonych skryptów lub wywoływania programów z linii poleceń z koniecznością wpisywania odpowiednich parametrów. Dlatego pamiętajmy, że nie wszyscy znają się dobrze na komputerach (i raczej na pewno nieprędko się ich nauczą) i to, co jest dobre dla biegłego "magika", niekoniecznie jest dobre dla zwykłego użytkownika komputera, nawet gdy nic nie kosztuje.

Optymalny zestaw darmowego oprogramowania


Czasopismo "PC Computing" przekazało kilku użytkownikom zestaw oprogramowania shareware i poprosiło ich następnie o porównanie z programami komercyjnymi - konkretnie pakietem Microsoft Office 97 wraz z edytorem graficznym PhotoDraw 2000 i programem Microsoft Publisher 98. W skład zestawu shareware weszły: edytor tekstu YeahWrite, arkusz kalkulacyjny As-Easy-As, baza danych Filemaker Pro, organizer Time And Chaos, program DTP Greenstreet Publisher oraz edytor grafiki bitowej - PaintShop Pro. W skali ocen od 1 do 5 Office Microsoftu uzyskał ocenę 4,3, zaś zestaw shareware'owy - 3,3.

Niektóre programy miały jednak lepsze oceny - np. PaintShop Pro wygrał z PhotoDraw 4,3 : 3,7, a FileMaker został uznany za lepszy od Accessa. Wysoko został oceniony także Time And Chaos (4,3). YeahWrite dostał jednak bardzo niską ocenę (1,3), a As-Easy-As przegrał z Excelem 2,7 : 4,7. Generalnie ocena wydaje się słuszna - PaintShop Pro niewątpliwie jest programem bardzo dobrej jakości, porównywalnym pod wieloma względami z Photoshopem (i mniej więcej dziesięciokrotnie tańszym - 99 USD), a i FileMaker to baza danych o długiej tradycji. YeahWrite jednak nie może wygrać z Wordem, bowiem jest to program o zupełnie innej filozofii, mający pełnić rolę swoistego "biurka" dla sekretarki, ale pozbawiony cech zaawansowanego procesora tekstu. Podobnie As-Easy-As - jest to arkusz kalkulacyjny, pracujący w sesji DOS i mający stosunkowo niewielkie możliwości. Wydaje się, że zestaw programów wybranych do testu nie był najlepszy, chociaż trzeba powiedzieć, że - mimo mnogości oferty - wybór nie jest najłatwiejszy.

Przekonałem się o tym i ja, próbując złożyć własny zestaw programów free- lub shareware. Moim założeniem było jednak znalezienie zestawu programów polskojęzycznych, stworzonych przez polskich programistów. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze - dlatego, że Polacy nie gęsi. Po drugie - wiele amerykańskich programów "drugiego obiegu" nie pracuje poprawnie w polskiej wersji Windows, pojawiają się kłopoty z wprowadzaniem polskich znaków itd... Szukając w Internecie natchnienia, trafiłem do kilku serwisów z polskim oprogramowaniem, ale okazało się, że bogata oferta jest jednak skierowana głównie do innego użytkownika.

Większość polskich programów to narzędzia, w tym mnóstwo - do tworzenia i zarządzania stronami internetowymi. Na tym polu niewątpliwie mamy dużo do powiedzenia: wystarczy przypomnieć edytor HTML Pajączek firmy Cream Software. Gorzej jest z programami biurowymi - pamiętając z dawnych czasów nazwy, udało mi się wprawdzie dotrzeć do arkusza kalkulacyjnego GS-Calc i bazy danych GSBase, ale... w wersji anglojęzycznej. A szkoda, bo programy są interesujące i warto rozważać decyzję o zakupie. Bardzo szybkie, elegancko zaprojektowane, niewielkie i - co chyba najważniejsze - tanie. Każdy z nich autor wycenił na 19,95 USD, czyli około 85 złotych. W Internecie dostępne sa limitowane wersje testowe - bez funkcji importu/eksportu danych i pozwalające na wydruk tylko jednej strony dokumentu. Moim zdaniem programy te zasługują na szersze rozpowszechnienie, bowiem łączą w sobie funkcjonalność i prostotę, a dla większości zastosowań są zupełnie wystarczające.

Niestety, nie natrafiłem na żaden edytor tekstu, który można by chociaż przyłożyć do Worda. Znów, sięgając pamięcią do dawnych czasów, poszukałem edytora QR-Tekst firmy Malkom i wprawdzie znalazłem, ale tylko wersję demonstracyjną (bez zapisu pliku). QR--Tekst 2.0c aż prosi się o udostępnienie jako shareware: jest to wprawdzie dość stary program (według metryczki - 1998 rok), ale jeszcze zupełnie dobrze się spisuje. Jego podstawowe wady to brak nowych filtrów eksportu i importu oraz to, że jest programem szesnastobitowym, nie obsługującym np. długich nazw plików. Funkcjonalnie odpowiada mniej więcej Wordowi 2.0. Niestety, oficjalnie jest to nadal program komercyjny - może warto to zmienić? Trudno mi powiedzieć, czy jest wciąż sprzedawany; mam jednak wrażenie, że udostępnienie go większej rzeszy użytkowników byłoby dobrym posunięciem marketingowym i mogłoby odmłodzić ten stary produkt. Oprócz niego znalazłem kilka innych edytorów, ale do tekstów ASCII - zgrabne, niewielkie i wygodne, lecz cóż, przyjęte założenia nie pozwalają na ich włączenie do porównania.

Za darmo dostępnych jest także kilka prostych baz adresowych, ale pełnego organizera, nadającego się do porównania z Outlookiem także nie udało mi się znaleźć. Alternatywne klienty poczty elektronicznej i grup dyskusyjnych istnieją również, ale przy powszechnej dostępności polskich wersji Internet Explorera i Netscape'a (Sylaba Komunikator) wydaje się zbędne poszukiwanie odpowiedników. Dość dużo można za to znaleźć testowych wersji programów do fakturowania i prowadzenia księgi przychodów i rozchodów, jest ich jednak tak wiele, że zainteresowanych odsyłam pod konkretne adresy (patrz ramka, str. 59).

Nie wykluczam, że coś przeoczyłem. Niestety, wyszukiwanie w Internecie nie pozwala na znalezienie wszystkiego, a - dodam - kilka interesujących mnie adresów okazało się nieaktualnych. Z mojej "podróży" wynika jednoznacznie, że dla polskiego użytkownika poszukującego darmowej lub bardzo taniej alternatywy dla pakietu Office Microsoftu pozostaje oczekiwanie na zlokalizowaną wersję pakietu StarOffice. Muszę to przyznać niezależnie od mojej prywatnej opinii o tym programie. Faktem jest, że prawa kaduka obowiązujące (?) na polskim rynku oprogramowania nie zachęcają do "darmowej" promocji oprogramowania...

Być może to błąd - może właśnie mniejsze firmy powinny zastanowić się nad udostępnieniem np. starszych wersji swoich produktów?


Dużo programów, trudna decyzja


Wystarczy rzut oka na zawartość dowolnego anglojęzycznego serwisu z darmowym oprogramowaniem, żeby stwierdzić, że praktycznie nie istnieje taka kategoria programów, w której nie znalazłby się jakiś produkt dostępny za "friko". Tradycyjnie silnie obsadzona jest kategoria prostych edytorów tekstu. Nie bez powodu mówi się, że chyba każdy programista ma na swoim koncie jakiś edytor - ilość tego typu programów dostępnych w Internecie dobitnie to potwierdza. Zasadniczo są to jednak edytory dla programistów, często z ułatwieniami dla kodujących w HTML-u lub jakimś innym języku programowania. Pracują one na tekstach typu "plain ASCII", bez dodatkowych możliwości formatowania wydruku. Większość z nich mogłaby doskonale zastąpić windowsowy Notatnik (często właśnie po to są pisane), chociaż bywa, że ze względu na nietypowe rozwiązania obsługi klawiatury lub czcionek nie można w nich wprowadzać polskich znaków...

Równie dużo jest programów w kategorii przeglądarek i edytorów plików graficznych. Są to często bardzo interesujące produkty, ale - przynajmniej jeśli chodzi o edytory - z reguły dość trudne w obsłudze i mogą sprawiać kłopoty użytkownikom przyzwyczajonym do konkretnych programów komercyjnych. Z darmowych programów warto wymienić przede wszystkim bardzo silny GNU Image Manipulator Program (GIMP), przeznaczony dla Linuksa, mający wiele zaawansowanych funkcji, ale z dość osobliwym - przynajmniej jak dla mnie - interfejsem użytkownika. W kategorii shareware dla Windows zdecydowanie wyróżnia się Paint Shop firmy Jasc, porównywalny z takimi komercyjnymi programami, jak Adobe Photoshop czy Corel PhotoPaint. W wersji dostępnej w Internecie Paint Shop jest mocno okrojony (mimo iż w pełni funkcjonalny) i zaopatrzony w "nag-screeny".

Do darmowych programów graficznych zalicza się także doskonały system do wizualizacji obiektów trójwymiarowych - PovRay, też może trochę skomplikowany w obsłudze, ale w tym wypadku nie jest to tak istotne (obsługa np. 3D Studio wcale nie jest "łatwa"). Z przeglądarek do plików graficznych warto wymienić darmowy Irfan View, ale ja osobiście - w środowisku Windows - najwyżej cenię shareware'owy ACDSee, który ostatnio - w wersji 3.x - został mocno rozbudowany o funkcje edycyjne. Trudno by mi było wymienić program komercyjny porównywalny z ACDSee - może np. DeBabelizer? ACDSee (w wersji shareware z limitem uruchomień i "nag-screenami") jest jednak klasą sam dla siebie. Z licencją GNU (dla Linuksa i FreeBSD) dostępna jest także np. atrakcyjna przeglądarka do plików graficznych z interfejsem do aparatów cyfrowych - gPhoto.

W kategorii narzędzi internetowych mamy głównie programy dostępne za darmo lub na zasadach shareware. Obecnie coraz trudniej chyba znaleźć "czysto" komercyjny program w tej kategorii, a za pośrednictwem Internetu można zaopatrzyć się dosłownie we wszystko co, potrzeba, żeby buszować po Sieci, a także żeby "postawić" własny serwis WWW lub serwer news czy FTP. Tradycyjnie darmowe są oczywiście podstawowe programy klienckie - przeglądarki, klienty poczty, news czy ICQ. Pozostałe narzędzia należą do różnych kategorii - np. najsilniejsze edytory HTML z reguły są programami shareware (warto wspomnieć, że "prawdziwi" koderzy często nimi pogardzają, używając zwykłych edytorów ASCII), ale i wśród nich jest rodzynek - Arachnophilia, dostępna za darmo.



Jeśli chodzi o systemy operacyjne, to oczywiście mamy Linuksa, ale i równolegle np. Free BSD, a także różne pomniejsze ciekawostki, które nie zdobyły większej popularności ze względu na swoją egzotykę. Za darmo dostępne są również odmiany systemu operacyjnego DOS. Osobiście najwięcej obiecuję sobie jednak po BeOS-ie. Producent zapowiedział, że nowa wersja tego systemu - oznaczona numerem 5.0 - będzie dostępna za darmo przez Internet (tylko dla użytkowników indywidualnych) i to może być, bez przesady, przełomowy punkt w historii PC.

BeOS to bardzo interesujący system, plug and play, ze zintegrowaną powłoką graficzną, porównywalny pod względem prostoty instalacji i obsługi z Windows, a przy tym o zaawansowanej i wyrafinowanej architekturze, ale - niestety - chwilowo dość ubogi, jeśli chodzi o towarzyszące oprogramowanie. Decyzja firmy o jego udostępnieniu jako "free" może zmienić tę sytuację - BeOS pod wieloma względami jest prawdziwą konkurencją dla Windows (nawiasem mówiąc, można go zainstalować wspólnie z Windows na jednej partycji). Jeśli pecetowy światek nie zignoruje szansy, jaką stworzy firma Be, oferując za darmo swój produkt (a, niestety, także i to jest możliwe), to dominacja Microsoftu na rynku systemów operacyjnych może naprawdę zostać złamana.

Pobieranie 41.6 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna