Mistrz i uczeń



Pobieranie 36.27 Kb.
Data07.05.2016
Rozmiar36.27 Kb.
Mistrz i uczeń

W zimny styczniowy poranek wyszedłem na spacerniak łowickiego więzienia. Byłem zły i zmęczony; zmęczony – gdyż całą noc czytałem Husserla przy bladym świetle latarni wpadającym do mojej celi, zły – bo nic z tego nie mogłem zrozumieć.

Włodka znałem wcześniej, a raczej wiedziałem, że był współpracownikiem KOR i filozofem. On też mnie znał, a raczej wiedział, że jestem działaczem łódzkiej „Solidarności”. Zrobiłem kilka okrążeń spacerniaka zastanawiając się, jak podejść do niego i zagadać. Czekałem, aż będzie sam, przemogłem dumę pomieszaną z nieśmiałością i w końcu podszedłem. Powiedziałem: – wiesz, Włodek, czytam właśnie Husserla i nie bardzo rozumiem, o co chodzi. – Włodek spojrzał na mnie, następnie na zegarek, jakby chciał sprawdzić, ile czasu zostało nam do końca spaceru, i rozpoczął wykład.

Byłem absolwentem PŁ i pamiętam wielu wykładowców, którzy imponowali mi wiedzą i umiejętnościami dydaktycznymi, ale nigdy w swojej karierze ucznia i studenta nie spotkałem nikogo, kim byłbym tak zafascynowany jak wtedy Włodkiem. Znałem już wówczas wielu wybitnych ludzi, którzy mieli ogromny wpływ na moje życie: Adam Michnik, Jacek Kuroń, a przede wszystkim Marek Edelman. Niełatwo więc było mnie uwieść i oczarować. Włodkowi się to udało podczas tego wykładu, którego nie zapomnę. Zaczął mniej więcej tak:

„ Husserl stworzył pierwszy system egzystencjalistyczny. Metoda fenomenologiczna polega na redukcji myśli – redukowanej już przez Kartezjusza, Feuerbacha i innych. Redukcja Husserla wygląda tak: ponieważ nie możemy nic wiedzieć o noumenie /rzeczy samej w sobie/, bierzemy noumen w nawias, a jedyną rzeczą, o której można mówić, są fenomeny. Noumen to np. taboret w celi taki, jakim naprawdę jest, a fenomen to taboret taki, jakim go widzimy – lub jakim widzi go pająk – taboret warunkowany naszą możliwością widzenia. Potem jednak Husserl, powracając do słynnego kartezjańskiego 'cogito ergo sum', bierze w nawias świat i wszystkie dotyczące świata nauki (biologię, fizykę, historię). Pozostają tylko nauki dotyczące naszych zdolności, jak matematyka, logika, geometria. Husserl wziął w nawias Boga i nauki. Widzisz zatem, mój drogi, straszne konsekwencje przyjęcia metody fenomenologicznej. Niestety, nie wiem, czy Marek istnieje, mam w głowie ideę Marka. Nie ma już nic prócz ostatecznego centrum, jakim jest świadomość i to, co się w niej dzieje. Życie to nic innego jak dana świadomość. Podobnie logika, historia, moja przeszłość nie są niczym więcej, jak danymi mojej świadomości. Podsumowując, mówiłem o metodzie fenomenologicznej Husserla, gdyż to ona umożliwiła filozofię egzystencjalną. Jedynie Ja obdarzone niekwestionowanym istnieniem może stanowić pewną i ostateczną podstawę sądów o rzeczywistości. Świat dostępny jest nam tylko w naszej świadomości, otaczający nas konkretny świat istnieje dla nas wyłącznie w charakterze fenomenu bytowego. Metoda fenomenologiczna nie jest obojętna etycznie. Po jej zastosowaniu możemy dokonać rekonstrukcji świata wartości”.

Włodek skończył dokładnie w momencie, kiedy „klawisz” krzyknął: „koniec spaceru”! Wróciłem do celi i zacząłem zapisywać wszystko, co zapamiętałem. Moim podziwem dla Włodka podzieliłem się z kolegami z celi, wyrażając żal, że nie studiowałem na Uniwersytecie. Wówczas to Adam Więckowski, który był Włodka studentem, oświadczył, że jego zdaniem, był on najlepszym wykładowcą, wyróżniającym się nie tylko wiedzą i talentem dydaktycznym, ale także postawą i charakterem. Dodał także, iż Włodek mógłby napisać doktorat przysłowiowym machnięciem ogona, a jeśli tego nie zrobił, to właśnie wynikało z jego postawy. Oczywiste było, że Adam darzy Włodka ogromnym uznaniem, i że Włodek swą postawą mu imponował. Miałem więc w celi bratnią duszę, kogoś, kto podzielał moje urzeczenie Włodkiem.

Następnego dnia, już bez żadnych ceregieli podszedłem do Włodka, a on zaczął kolejny wykład, tym razem o filozofii Kanta. Szybko zorientowałem się, że dostrzegł moją fascynację i sprawiło mu to przyjemność. Napisałem wtedy pierwszą i chyba jedyną prośbę do naczelnika więzienia o możliwość sprowadzenia lektur, które Włodek mi zalecił. Mój rozkład dnia uległ całkowitej zmianie. Rano spacer z Włodkiem, następnie lektura Historii filozofii Tatarkiewicza. Podczas gdy moi koledzy w celi, Wojtek Hempel czy Witek Sułkowski, uczyli się głównie angielskiego, ja pochłonięty byłem bez reszty studiowaniem filozofii i słuchaniem wykładów Włodka. To trwało do czasu, kiedy na Wielkanoc otwarto cele i mogliśmy się swobodnie kontaktować. Wówczas to Włodek rozpoczął swój kurs filozofii dla internowanych, ja zaś stałem się jego najpilniejszym słuchaczem. Za Włodka przykładem poszli inni: Piotrek Bikont, który uczył nas angielskiego i Jacek Bartyzel, który starał się przybliżyć nam myśli Romana Dmowskiego i Narodowej Demokracji. Podczas jednego z takich wykładów Jacka poznałem Włodka jako świetnego polemistę. Jego replika była ostra jak brzytwa, nie pozostawił na Jacku suchej nitki, udowadniając niezbicie bezradność pojęciową i programową endecji oraz szkody jakie wyrządziła Polsce jej nacjonalistyczna parafiańszczyzna.

W maju doszła do nas wiadomość o aresztowaniu żony Włodka, Zosi. Zrazu Włodek był załamany, bał się bowiemo zdrowie Zosi, bał się najgorszego. Była to kolejna podłość policji politycznej PRL-u wobec niego. Cios był bolesny. Utracił kontakt z ukochaną osobą, nie wiedział, co się z nią dzieje. Mimo to nie przerwał wykładów, jednocześnie podejmując walkę o uwolnienie Zosi. Niestety, nic nie mógł zdziałać, sam przecież był więźniem politycznym. Bardzo pomógł mu wówczas o. Stefan Miecznikowski, za co Włodek był mu wdzięczny do końca.

Mistrzostwo Włodka, filozofa i polemisty, raz jeszcze rozbłysło w Kwidzyniu. Tam wśród internowanych znajdował się profesor Leszek Nowak, filozof z „poznańskiej szkoły metodologicznej”. Pewnego dnia zaprosił pozostałych internowanych na wykład pt. „Fundamentalny błąd Marksa, czyli o konieczności socjalizmu”. Słuchając z zainteresowaniem wykładu profesora śledziłem ukradkiem reakcję Włodka. Nietrudno było zgadnąć po jego minie, że nie podziela poglądów mówcy. Mówca zaś miał głos nawykły do wieszczenia, mówił gładko, potoczyście i z wielką pewnością siebie. Nie wiem, czy wiedział, że wśród słuchaczy jest filozof, nie wiem też, czy wiedział w ogóle o istnieniu Włodka. Wiem jedno, na pewno nie spodziewał się co go czeka. Streszczę tylko kilka tez z repliki Włodka:

„Materializm Marksa to zaprzeczenie idealizmu, tzn. całej metafizyki, wszelkiego odwołania do idei. Dla marksizmu istnieje tylko brutalna rzeczywistość, konkret życia. Marksizm definiuje słynna formuła 'byt określa świadomość'. Gdzie znajduje się marksizm roku 1982? Wielki kryzys marksizmu płynie po prostu stąd, że (jak dowiodła tego sytuacja w Polsce i na Wschodzie) pracuje się źle i wytwarza bardzo mało. Paradoks chce, iż jedynym krajem na świecie, który niemal całkowicie zlikwidował proletariat są Stany Zjednoczone, czyli kapitaliści. Kwestia marksistowska została całkowicie źle postawiona, mianowicie z pozycji moralnych, podczas gdy prawdziwy problem nie jest moralny, lecz ekonomiczny: chodzi o produkcję. Zwiększenie bogactwa to sprawa pierwsza, a jego podział to sprawa drugorzędna. Wysuwa się kwestie moralne, ponieważ jest to oczywiście najłatwiejsze i pozwala wypowiadać piękne frazesy. Marksizm jest wysiłkiem demistyfikacji. Według Marksa myśl musi się materializować w działaniu. Idea musi się przekształcać w siłę dziejową. Marksizm głosi niemożliwość jakiejkolwiek teorii niematerialistycznej. Przypuszczam, że w ciągu najbliższych dwudziestu lat marksizm zniknie”.

Kiedy czytam dzisiaj notatki, które w skrócie cytuję powyżej, dumny jestem z tego, że mój Mistrz nie tylko rozłożył na łopatki filozofa z Poznania, ale także, a może przede wszystkim dlatego, że jego słowa okazały się (teraz to wiemy) profetyczne.

Dzięki Włodkowi wyszedłem po roku z więzienia innym człowiekiem. Przemeblował mój umysł. Był nauczycielem, albo raczej wcieleniem nauczyciela doskonałego, który potrafi po sokratejsku obudzić w uczniach potrzebę prawdy i chęć dochodzenia do niej bez zaślepienia i bez znużenia. Jego wpływ na mnie był ogromny i nie zmniejszył się z upływem czasu.

Przyjaciel

Stare, mądre przysłowie mówi, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Kiedy w czerwcu 2001 roku zostałem aresztowany, opluty w mediach i moje dotychczasowe życie legło w gruzach, Włodek był jednym z nielicznych, którzy wspierali mnie i pomagali przetrwać ten koszmar.



Nasza przyjaźń nie narodziła się w 2001 roku, ale znacznie wcześniej. Narodziła się w kwidzyńskim więzieniu, w nocy bezpośrednio po pacyfikacji i bestialskim pobiciu internowanych przez służbę więzienną. Nasza cela wyglądała tak, jakby przeszedł przez nią tajfun. Zza ściany dobiegały jęki i krzyki brutalnie pobitych kolegów, słowem – wiało grozą. W tej atmosferze przegadaliśmy całą noc. Zgadzaliśmy się niemal we wszystkim. Ja – mając jeszcze w uszach wrzaski katujących nas klawiszy np.: „całuj buty funkcjonariusza” – pojąłem z całą jasnością, że jedyny realny stosunek społeczny w Przodującym Ustroju to strukturalny, uniwersalny konflikt więźniów z klawiszami. Włodek przekonywał, że dla funkcjonariuszy „dialog” zawsze będzie formą przesłuchania. Oczywiście, różni bywają przesłuchujący. Byli wśród klawiszy „liberałowie” i „twardogłowy beton”, zwolennicy perswazji i rzecznicy pejcza. Ale i wśród nas, więźniów, są ludzie rozmaici, są niezłomni i umiarkowani, zwolennicy buntów i strategii przetrwania, są i kapusie. Także więzienia mają ostrzejszy lub łagodniejszy rygor; częstsze lub rzadsze widzenia, krótsze lub dłuższe spacery, lepsze lub gorsze wyżywienie. Wszakże klawisze pozostają klawiszami, więźniowie więźniami, a więzienie więzieniem. Wiedzieliśmy obaj od wielu lat, że z policją nie wolno rozmawiać, wchodzić w jakiekolwiek układy, bo to się źle kończy. Obaj w czasie internowania konsekwentnie odmawialiśmy konwersacji z dżentelmenami ze Służby Bezpieczeństwa. Byliśmy całkowicie zgodni wobec pokus, jakimi mamiła nas esbecja. Pierwsza pokusa to wolność w zamian za deklarację lojalności. Druga to emigracja. Ja uważałem, że „lojalka” jest okazaniem słabości i wyrzeczeniem się wartości, o które walczyliśmy w „Solidarności”. Włodek z kolei twierdził, że zawieranie jakichkolwiek umów z esbekami, którzy własne zobowiązania nagminnie łamią, jest głupotą. Dla tych ludzi jesteśmy tylko materiałem do obróbki. Oni wierzą, że każdego człowieka można przekupić albo przestraszyć, to tylko kwestia ceny lub zadanego cierpienia. Nasza kapitulacja nie jest dla nich tylko sukcesem zawodowym – jest racją ich istnienia. Obaj mieliśmy w pamięci deklarację lojalności i haniebne oświadczenie komisarza strajkowego „Solidarności” w naszym regionie, swego czasu odważnego działacza związkowego, który w oświadczeniu opublikowanym w prasie w pierwszych dniach stanu wojennego chciał oddać co boskie Bogu, a co cesarskie cesarzowi, a wszystko oddał policji. Również i w kwestii emigracji byliśmy zgodni. Uważałem, że emigracja takich ludzi jak ja, czyli działaczy „Solidarności”, wybranych i obdarzonych mandatem zaufania, jest niczym innym jak dezercją. Nieco łagodniej patrzyłem na emigrację tzw. wolnych strzelców, jak Hempel czy Sułek, choć żal mi było, że tracę kolegów, zaś nasz ruch oporu traci zdolnych, zaprawionych w bojach z komuną ludzi. Emigracja sprzeczna też była z tak ważną zasadą solidarności, bowiem dobrodziejstwo emigrowania przysługiwało tylko internowanym. Nie mogli o wyjazd ubiegać się nasi koledzy skazani, jak Słodkowski, Dłużniewski, Palka, Słowik czy Kropiwnicki. Nie mogli też o wyjazd ubiegać się zwykli obywatele, których nie uznano za właściwe internować. Włodek – bogatszy ode mnie w doświadczenie Marca 1968 r. – pamiętał, jaką stratą dla polskiej nauki była emigracja pomarcowa. Jest interesujące – powiadał Włodek – czemu w państwie, z którego normalnie wyjechać nie jest łatwo, aparat władzy składa taką propozycję ludziom uważnym za wrogów? Władek uważał, że kalkulacja aparatu jest prosta. Emigracja ma rozbić od wewnątrz „Solidarność” i zohydzić ją w oczach społeczeństwa; ma pokazać małość moralną ludzi, którzy wielkim głosem domagali się „żeby Polska była Polską”, śpiewali w celach: „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”, a po kilku miesiącach paki zmieniają Polskę na USA. Politycznie rzecz biorąc, każdy z nas, decydując się na emigrację, robi prezent Jaruzelskiemu. Jesteśmy dla społeczeństwa symbolem oporu. Nie dlatego, że jesteśmy tacy wspaniali, ale przez pozbawienie nas wolności władza nas w takiej roli niejako obsadziła. A zatem – mówił Włodek – noblesse obligé, szlachectwo zobowiązuje. Możliwość wyjazdu – dodał jeszcze – otrzymujemy nie dlatego, że takie jest prawo każdego człowieka w tym kraju, ale dlatego, że uchodzimy za osoby społecznego zaufania i zgodnie z zamiarem władz mamy okazać się tego zaufania niegodni.

Nasza rozmowa o „lojalach” i emigracji – przypominam – toczyła się tuż po brutalnym stłumieniu buntu internowanych, kiedy to wielu skatowano, jeszcze innych upokorzono, a niemal wszystkich nas przestraszono. Ta pełna grozy noc scementowała naszą przyjaźń.


Nie we wszystkim jednak zgadzaliśmy się z Włodkiem. Mianowicie – kiedy rozmowa nasza schodziła na rolę policji politycznej, czy w ogóle wszelkich tajnych służb, miałem wrażenie, że Włodek przestaje być mędrcem, i powodują nim osobiste urazy, pamięć o krzywdach jakich doznał. Wiedziałem, jak wiele zła zaznał od esbeków, niektórych z nich byłem świadkiem, jak choćby aresztowanie Zosi, czy umieszczenie Włodka (zagorzałego i konsekwentnego abstynenta) na oddziale odwykowym zgierskiego szpitala. Niemniej uważałem, że przecenia omnipotencję policji politycznej. Znacznie już później, w 1994 roku, kiedy zostałem prezydentem Łodzi, podczas jednego z naszych spotkań Włodek zapytał: –Marku, czy zdajesz sobie sprawę, że nadal esbecy ciebie i innych śledzą i zbierają kwity? –Tak, tak – odpowiedziałem protekcjonalnym tonem, pomyślałem zaś, że to już chyba graniczy z manią prześladowczą. Życie w sposób brutalny pokazało, jak bardzo się myliłem. Aresztowanie i proces, który mi wytoczono, pokazały, że to Włodek miał rację.

W tym okresie Włodek był dla mnie – obok Marka Edelmana, Andrzeja Babaryko i Staszka Mecycha – najwierniejszym przyjacielem, doradcą i pocieszycielem. Przychodził na wszystkie rozprawy, obserwował i analizował, po czym doradzał linię obrony. Obiektem obserwacji Włodka byłem także ja sam, postawiony w tak trudnej sytuacji. Jak sobie radzę, czy wytrzymam presję, jakiej zostałem poddany. Były niestety okresy, kiedy nie radziłem sobie zupełnie. Kiedy dopadała mnie depresja, zamykałem się w domu, nie odbierałem telefonów, nie odpisywałem na e-maile, uśmierzając ból lekami, alkoholem i stawianiem pasjansów. Włodek e-mailami usiłował wydobyć mnie z dołka. Pisał:

„Musisz wytrzymać i wygrać, zwyciężyć – nie dla gnojków, ale dla siebie. Po to, żeby pod sąd poszli dranie, co Ciebie zaatakowali – nie ma to nic wspólnego z nienawiścią czy zemstą. To jest nonsens, który „towarzystwo” wmawia sentymentalnym panienkom. Posłuchaj, Marku – pociechy, jakie produkują pokonani (ten kamień Miłosza – kiedy był wymyślony? Po Noblu, czy w latach 50.?), nie mogą być podstawą działania. Tak wolno nam było myśleć w więzieniu, żeby nasza klęska miała sens. Ale teraz nie potrzebujesz pociechy, ale wygranej. I nie o to chodzi, że wątpię, czy wytrzymasz. Nie wątpię. Właśnie te wszystkie teksty o Tobie w mediach ujawniają nędzę ubeckiej intrygi. Kolega Marks miał rację – trzeba hańbę uczynić bardziej haniebną, rozgłaszając ją. Masz wygrać w sądzie. I żadne tam „przebaczanie” – masz uzyskać zadośćuczynienie, jak najbardziej realne. Możesz potem pomagać ludziom, ale najpierw musisz odzyskać siłę. Społeczną, a nie psychiczną. Ja w to wciąż wierzę. Zmień lektury, nie czytaj wierszy, lecz socjologów i psychologów społecznych. Nie o zemstę chodzi. Nie o Twoje dobre samopoczucie, ale o klęskę gnojków”.

Kiedy stanąłem na nogi i przygotowałem w ciągu trzech miesięcy strategię obrony, Włodek był pierwszy czytelnikiem i recenzentem tego tekstu. Napisał wówczas:



„Więc tak – tekst jest świetny, nazwij go: 'Analiza i obalenie zarzutów prokuratury'. Tekst pokazał mi, że uporałeś się z obecną sytuacją – to już tylko kwestia techniczna, sprawa do załatwienia; w żadnym razie egzystencjalna. Na co więc obrócić energię? A po takiej 'dezintegracji pozytywnej', jaką przeszedłeś, można faktycznie zaczynać jeszcze raz. Chodzi mi o to, żebyś uprzytomnił sobie swoje możliwości i zwyczajnie je uruchomił. Od początku byłeś instytucjonalnie samotny – to wersja elegancka. Faktycznie, jako wrażliwy chłopak z Łodzi, ulegałeś etycznemu pojmowaniu sprawiedliwości. Nie mając wykształcenia socjologicznego, nie pojmowałeś, iż liczą się tylko interesy grup formalnych (a więc zorganizowanych wokół władzy i pieniądza). A Ty zapewne wierzyłeś w miłość, przyjaźń i dobrych ludzi – wartości utopijne, które przez chwilę ze zbioru jednostek mogą zrobić quasi grupę. Jedno uderzenie władzy czy pieniądza – i po wszystkim. Mniejsza o historię świata – czyżbyś zapomniał doświadczenie stanu wojennego? Etycznie motywowani są nawozem (u Hegla jest po prostu Dreck), a plon zbierają tzw. rozsądni. Tkwiący zawsze w jakiejś strukturze interesu, prymitywni i posłuszni, rozumiejący, co to jest prestiż, czyli posiadanie przedmiotów budzących zawiść (jeszcze lepiej opisuje to Girard przez pojęcie 'uczuć trójkątnych'). Mniejsza o teorie – jeżeli, jak mi kiedyś powiedziałeś, chcesz być politykiem, a nie frajerem czy nawozem, powinieneś sobie uprzytomnić, że tzw. 'wartości' są narzędziem, poprzez które realizuje się interes. Stąd bierze się skuteczność Platformy czy braci Kaczyńskich, na tym trzymała się komuna czy Kościół, który jest instytucją – modelem państwa. Nb – wymyśliłeś szopkę przed katedrą – a co z tego miałeś? Wymyśliłeś spotkanie łodzian – a kto na tym zyskał? Zająłeś się Żydami – a kto chodzi w chwale filosemity? Bo za każdym razem popełniałeś błąd, wspólny paru przyzwoitym facetom z Unii – to jest dobre, albo – to jest słuszne. W ten sposób można uwieść dziewczynę, bo już kobieta się na to nie nabierze. A 'towarzystwo', które Cię sprzedało, wie od pokoleń – liczy się władza, bądź władza pieniądza, jeszcze lepsza, bo można wynająć innych. Czy naprawdę nie widziałeś, kto i w kogo inwestuje? I dlaczego? A Ty wciąż albo psychologizowałeś, albo wzruszałeś się etycznie, czy zgoła estetycznie. Więc musiałeś zostać sam – jaką jesteś wartością instrumentalną dla rozdających karty? Mam nadzieje, że się nie obrazisz, lecz inteligentnie wrócisz do gry (o ile rzeczywiście nadal Cię to interesuje). A dlaczego mówię – 'bezczelnie' – bo szlag mnie trafia, że dałeś sobie wmówić poczucie winy; że cierpisz egzystencjalnie, podczas gdy trzeba 'ciarachy walić w mordę'. W grupie powiązanej interesem, nie zaś sentymentami. Kiedy odzyskasz siłę, owszem, możesz sobie pozwolić na parę godzin decorum sentymentu. Nigdy wcześniej – bo przecież nie chcesz litości. Życzę Ci tego; naturalnie, jeśli nadal bawi Cię myśl o zajęciach z przeszłości. Ale jeśli wolisz się wycofać zamiast walczyć – no to jasne, że idź do klasztoru. Serio. W."
Moje kontakty z Włodkiem w ostatnich latach nie ograniczały się wyłącznie do procesu. Mimo długiego okresu czasu, jaki upłynął od pierwszego wykładu Włodka na łowickim spacerniaku, nie przestał imponować mi swą niesamowitą wiedzą i nie przestał też być moim Mistrzem w dziedzinie filozofii.

Kiedy sporządzałem prywatne archiwum Marka Edelmana, Włodek służył mi często pomocą jako tłumacz, gdyż sporo tekstów i wycinków z gazet o Edelmanie było w języku niemieckim. Któregoś dnia Marek Edelman wyraził wątpliwość w sens tego co robię, twierdząc, że to całe archiwum to makulatura bez znaczenia i właściwie to wątpi, czy zostanie po nim coś trwałego. Po namyśle powiedziałem, że moim zdanie zostanie po nim Getto walczy. Uważam, że jest to relacja najwyższej wagi; nie tylko ze względów faktograficznych, ale i dlatego, że Edelman znalazł formę mówienia o tamtych wydarzeniach, znalazł klucz do opisu rzeczy nie do opisania, czyli Zgłady. Opowieść Edelmana o nim samym – jest opowieścią o doświadczeniu zbiorowości, do której należał i to stanowi o jego wielkości. Docent wyraźnie ucieszony moim wywodem, powiedział, że może mam rację, ale wcześniej już jakiś Bułgar na T coś o tym pisał. Tego dnia zaszedłem do Włodka po kolejne tłumaczenia wycinków z niemieckiej prasy. Przy okazji zrelacjonowałem rozmowę z Docentem, kończąc pytaniem: – ciekawe, jakiego Bułgara Edelman miał na myśli?

Włodek, robiąc właśnie herbatę, powiedział jakby od niechcenia: „Chodzi o Tzvetana Todorowa, który Bułgarem jest tylko z pochodzenia, gdyż od lat mieszka i publikuje we Francji. Jest filozofem zajmującym się historią idei i teorią kultury. W swojej interpretacji powstania w warszawskim getcie sformułował tezę, że każde odniesienie do idei, każda poważniejsza afirmacja wartości, kulminować musi w samoalienującej się etyce heroicznej, która przynosi wyłącznie zgubne konsekwencje. Jedyny heroizm akceptowany przez francuskiego semiotyka to 'poświęcenie się dla żyjących istot' ”.

Niesamowite – pomyślałem, powiedziałem zaś: – Włodek, jesteś lepszy niż wyszukiwarka Google, bo ja, nie podając nazwiska autora, ani książek, które napisał, nijak bym nie znalazł w niej odpowiedzi na pytanie, o kogo chodzi.

Inna historia, obrazująca jak poważnie Włodek traktował moje zainteresowania filozoficzne i służył wskazówkami w tej materii, związana jest z filozofią Lwa Szestowa. Na Szestowa natknąłem się, gdy usiłując wydobyć się z kolejnego „doła” sięgnąłem do moich ulubionych autorów, Gombrowicza i Miłosza. Obaj zajmowali się Szestowem, Miłosz w swojej książce Podróżny świata zestawia Szestowa z Simone Weil, Gombrowicz wymienia go kilkakrotnie na kartach swojego Dziennika. Zajrzałem do notatek z wykładów łowickich Włodka – ani słowa o Szestowie. Zacząłem czytać Szestowa: Na szalach Hioba, Dostojewski i Nietzsche. Filozofia tragedii oraz Ateny i Jerozolima. Tak byłem wypełniony myślą Szestowa, że postanowiłem napisać do Włodka długi list, opatrzony licznymi cytatami rosyjskiego myśliciela. Byłem ciekaw opinii Włodka. Jego odpowiedź, niezwykle wnikliwa, miała mnie odwieść od tej fascynacji Szestowem. A potem, kiedyśmy się spotkali, Włodek wręczył mi książkę Jaspersa Wiara filozoficzna wobec objawienia. Książkę przeczytałem, lecz nie zdążyłem jej oddać Włodkowi. Po Jego śmierci Zosia mi ją podarowała.

Kiedy po pięciu latach procesu sąd mnie uniewinnił, Włodek, który z takim oddaniem mi sekundował, już nie żył. Po ogłoszeniu wyroku padliśmy sobie z Zosią w objęcia i wypowiedzieliśmy jednocześnie: "szkoda, że Włodek tego nie doczekał". Szkoda, do jasnej cholery!



Łódź, styczeń 2009 Marek Czekalski

Pobieranie 36.27 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna