Moda na sukces” XIV wieku



Pobieranie 83.47 Kb.
Data08.05.2016
Rozmiar83.47 Kb.
Moda na sukces” XIV wieku
Chociaż historia Kazimierza Wielkiego nie ma tak wielu odcinków, nie jest znana przez całe rzesze babć, a głównym bohaterem jest nie klan, a jeden mężczyzna, to z pewnością współcześni twórcy „Mody na sukces” nie powstydziliby się takiego scenariusza. Nie uwłacza on serialowi nawet liczbą ciąż czy małżeństw. Można pokusić się nawet o stwierdzenie, że losy Kazimierza są dużo bardziej pikantne, a co najważniejsze – prawdziwe i układane przez samo życie. I gdzie nam oglądać amerykańskie tasiemce, kiedy tu nasz przodek nie tylko na polu politycznym pokazał, że „Polak potrafi”…

Odcinek 1: Synku, masz tu (pierwszą) żonę.


Był rok 1325.

Do jadalni wniesiono świeżą pieczeń. Służba cicho wymknęła się z komnaty. W półcieniu pozostały dwie sylwetki, po dwóch stronach stołu. Przez chwilę słychać było jedynie słaby szum wiatru i brzozowego gaju, który migotał niedaleko zamku. Władysław Łokietek zamyślił się nad talerzem. Nagle gwałtownie podniósł głowę, spojrzał siedzącemu naprzeciw synowi prosto w oczy, uśmiechnął się i przemówił.

- No, synku, jesteś chłop jak dąb, już dorosły, to i mam dla Ciebie kobietę. Zrozum. Nie ma wyboru, jakoś musimy potwierdzić ten sojusz z Litwinami.

- Ale tatooooo… Mam 15 lat! Ja nie chcę…- odpowiedział Kazimierz, przełykając spory kawałek mięsa.

- No widzisz, najwyższy czas. Masz tu zgrabną rówieśniczkę, Aldonkę. To tylko ślub… No? To jak będzie? Jesteś spadkobiercą korony, nie przynieś mi wstydu.

- Skoro muszę… Dobrze. Aldona, tak? – wymruczał z kiepsko udawaną ciekawością.

- Tak ,córka Giedymina, Wielkiego Księcia. Ma jako wiano zwolnionych przez Litwinów jeńców polskich.

- No no. A jaka ona jest?

- Zobaczysz sam… Lubi muzykę i taniec. Twoja matka za nią nie przepada ale załatwiliśmy już zgodę papieża, przyjmie chrzest, nawet wybrała już imię, będzie Aldoną Anną. I wszystko będzie cacy.- Odparł z uśmiechem i nałożył sobie kopiastą miskę najróżniejszych smakołyków.

Zaślubiny dokonały się w Krakowie. Mijały miesiące. Pewnego dnia, po 1326 roku Kazimierz rozmawiał w komnacie za znajomymi dworzanami, gdy wszedł do Sali posłaniec i odciągnął go na bok.

- Królewiczu, córka!

- Córka, powiadasz. Niech będzie i córka. Na następcę musimy jeszcze w takim razie poczekać. Jeszcze nie nabrałem wprawy widać. – zarechotał.- A zawiadomiłeś Grześko już moich rodziców? Wiedzą, że mają wnuczkę?

- Już pędzę, Dobry Panie.

- To pędź, pędź, niech cię tu nie widzę. A i czekaj! Niech dziecko ma na imię Elżbieta.



Odcinek 2: Wielki skok w bok Wielkiego.

Przełom lat 1329/30 zapowiadał się ciekawie. Kazimierz wiedział, że zostanie wysłany do Węgier, na dwór w Budzie, aby zabiegać o pomoc wojskową przeciw Krzyżakom. W dniu wyjazdu matka przyszła do Kazimierza.

- Spakowany? – Zapytał pełnym organizacji głosem.

- Tak. Zresztą, szwagier Karol Robert o mnie zadba. – odpowiedział jej syn.

- A bieliznę jakąś masz? A coś na przebranie? Pieniądze wziąłeś? Żebyś i tam nie chodził z pustą sakiewką. A może dać ci jeszcze jakieś ciepłe kapcie? Kto tam wie jaka pogoda na tych Węgrzech. O Mateczko Przenajświętsza, a jak mi cię okradną? O Jezu, znowu wezwałam Mateczkę nadaremno przez ciebie no!

- Maaaamoooo! Nie stresuj się tak. Ja mam już przecież żonę i dziecko, poradzę sobie, nie jestem już małym chłopcem. Trochę opanowania.

- Dobrze, dobrze, wiem, opanowanie. Tylko mi tam grzeczny bądź! A… i Aldona prosiła jeszcze żebyś do niej wpadł na moment przed wyjazdem. – dodała, wychodząc.

Właśnie wybitnego „opanowania” dowód dał Kazimierz przebywając w Budzie, gdzie pewnego wieczoru wydano przyjęcie. Pary stąpały lekko w rytm muzyki. Na stół raz po raz wjeżdżały co raz to smaczniejsze potrawy. Błazen dwoił się i troił by rozerwać towarzystwo. Wszędzie pełno było gawędzących grupek. Kazimierza jednak ciągle coś męczyło, w głowie tłukło się kilka upartych myśli… „Klara… Klara. Klara Zach. Skierko mówił, że z tych to Zachów, znanych na tutejszym dworze. Moja piękna Klara. – Opanuj się, Kazik! Masz żonę! – Aj tam żonę. Żona jest w Polsce a ja jestem tu. I Klara jest tu. Gdybym tak mógł z nią… Gdybym ją chociaż trochę… mrrrr! – Chłopie, jak możesz! – Z młodości trzeba korzystać. I może nikt się nie dowie. – Opanuj się. OPANOWANIE. – Więc czemu natura się nie opanowała dając Klarze urodę? Heh… i mam nawet pomysł…”

Królewicz ziewnął przeciągle i ze zbolała miną rzekł do towarzyszących mu ludzi:

- Przepraszam Was najmocniej, udam się na mały spoczynek. To przemęczenie… Nie czuję się najlepiej. – wśród tych nudziarzy, gdy w tym samym czasie Klara może być moja. – ale tego nie powiedział już głośno, tylko ze skinieniem głowy opuścił salę.

Do komnaty, gdzie się położył, wkroczył cały orszak kobiet. Przewodziła im gospodyni dworu, siostra Kazimierza, Elżbieta . Oczy błysnęły polskiemu gościowi, gdy między nią a służbą ujrzał zgrabną postać Klary. Elżbieta zamieniła z nim kilka słów, odprawiła służbę i sama cicho wymknęła się z izby.

Zapadła niezręczna cisza, puls Kazimierza podskoczył. Plan zdał egzamin. Nieśmiało przemówiła Zachówna:

- Czy lepiej Królewiczowi?

- Przy Tobie tak, moja piękności. Boję się, że rozpłyniesz się jak najpiękniejszy sen. Podaj proszę rękę.

Klara łagodnie podała rękę. Zadrżała, gdy Kazimierz położył ją na swej twarzy i pocałował. Wkrótce oddechy kochanków się wyrównały, a serca miarowo, coraz szybciej tłoczyły krew.

Odcinek 3: Zabić!

Matka Klary wlekła swoją szlochającą córkę za rękę prze cały zamek. Co chwila nerwowo zerkała w jej stronę i ciągnęła swoją wypowiedź:

-To ty nie wiesz, że się mówi, że cię głowa boli? Czy ja nigdy nie mówiłam, że bociany przynoszące dzieci to bajka? Mówiłam! A z twoim szczęściem to masz… Wczoraj dziewica, uga, buga, tył, przód, a dzisiaj w ciąży.

Klara wybuchła jeszcze donioślejszym płaczem. Dochodziły już do izby, gdzie przebywał Felicjan Zach, ojciec Klary. Przygotowywał się akurat do polowania. Kobiety przystanęły jeszcze Na chwilę przed drzwiami.

- Jesteś pewna, że chcesz teraz to ojcu powiedzieć? – zapytała matka.

- T-t-taak, mamo. I tak się wyda.- odpowiedziała jedną ręką ocierając łzy, a drugą kładąc na brzemiennym brzuchu.

- Jak chcesz. Wiemy obydwie, że nie będzie szczęśliwy. – dodała i otworzyła drzwi.

Felicjan bawił się z psami, które miał zabrać na polowanie, gdy do komnaty weszły kobiety.

- Zabić! Jak psa! – wykrzyczał Zach. Drobne kropelki śliny poszybowały w przestrzeń. Wstał gwałtownie. Trzy wdzięczne czworonogi, które szwendały się po izbie uciekły z podkulonymi ogonami.

- Dziecko, przecież on cię skrzywdził! …Kazimierz… Królewicz… Zachciało się przyjemności. – wysyczał szyderczo. W oczach pojawiła się furia. Zwęził oczy tak, że zostały jedynie szparki. Rozchylił je lekko, żeby spojrzeć na niewiasty i niemal wybiegł z sali.

- Ale tato, no co ty! – zapiszczała Klara. I podreptała za nim. Ojciec już jej nie słyszał. Zostało po nim tylko kołysanie szarpniętych drzwi.

- Siodłać konia! Miecza dobywać! Już! Bo i tu krew się poleje. – Zachrypnięty głos Zacha odbijał się jeszcze przez kilka długich sekund o mury budynku.



Odcinek 4: Zabić?

Węgierska para królewska dopiero co skończyła posiłek. Sielską atmosferę przerwały  niezidentyfikowane wrzaski. "Miecza! Tylko nie do króla! On postradał zmysły!". Chwilę później do uszu Elżbiety i Karola Roberta dochodziły coraz bliższe odgłosy rzezi, jaką na służbie dworu dokonywał Zach, torując sobie drogę do komnaty, w której para przebywała. Strach błysnął w ich oczach, spojrzeli na siebie z przerażeniem. W jednej chwili nieliczni członkowie królewskiej służby, którzy sprzątali po ucztowaniu, dobyli mieczy lub noży, chwycili za wszystko, co mogłoby choć trochę zapobiec katastrofie. Szum ocieranego o pokrowce metalu wzbił się w powietrze. Pomimo tego, Felicjanowi udało się zaskoczyć wszystkich zebranych nagłym, dumnym wejściem.

- Wy! Pod waszym dachem! Niegodziwcy! - gromił Karola i Elżbietę, celując w nich mieczem i pędząc w ich stronę.

- Panie Felicjanie! - Odpowiedział z nie mniejszą mocą król Węgier. - Spokojnie! Mordować przyszedłżeś? Nie takiego Zacha znam!

Na negocjacje nie było jednak czasu. Służba rzuciła się na zamachowca. Jęki, groźby, przekleństwa i krzyki raz po raz rozdzierały przestrzeń komnaty. Poległ Maciej, Zach ugodził go jednym, szybkim ruchem. W tym samym momencie Krysław, podczaszy, zaszedł Felicjana z drugiej strony. Ten obrócił się szybko tak, że ledwie go drasnął. Zach machał swym mieczem w amoku niemal na oślep. Trafił Krysława w szyję. Na posadzkę polała się świeża struga krwi.

Jan, ostatnia nadzieja na ratunek pary, bezskutecznie odpychał i okładał ciosami napastnika. Zach lekko musnął go w ramię, rana jednak zabolała na tyle, że Jan upadł. Siostra Kazimierza zbladła. Felicjan z jękiem zatoczył się, podniósł i cisnął ostrzem w kierunku króla. Elżbieta zebrała w sobie całą odwagę, na jaką było ją stać. Czas zdawał się stanąć na krótko chwilę w miejscu, by za chwilę pogalopować szybciej niż kiedykolwiek. Koniuszek miecza niemiłosiernie zbliżał się do twarzy Karola na niebezpieczną odległość.

- Nieeee! - zawyła jego żona - Nie pozwolę na to! - ryk ogłuszył wszystkich.

Rzuciła się całym swym ciałem, by bronić męża. Jej ręka mignęła przed oczami Zacha. Nie zawahał ani nie zatrzymał się nawet na chwilę. Z gardła króla wydobył się urwany jęk. W ostatniej chwili uchylił się od ciosu. Na czworakach podreptał pod stół. Obserwował, jak uprzytomniony Jan unicestwia mordercę. Ciało Felicjana z łoskotem opadło na podłogę.

Karol wyszedł spod stołu. Dopiero wtedy ujrzał omdlałą żonę. U jej boku, w kałuży, którą tworzyła kapiąca z ręki krew, leżały ucięte cztery palce. Wypadł z sali, by szukać pomocy. Strach ściskał go za gardło, strach o życie małżonki. Sprowadzeni dworzanie zajęli się rannymi. Natomiast Karol Robert zajął się wciąż żyjącym, choć rannym Felicjanem. Przycisnął leżącego butem i zwrócił się do niego z pogardą:

- Chcę tylko wiedzieć, jaki był powód. Czemu chciałeś zabić własnego króla, zdrajco?

- W twoim domu skrzywdzono moje dziecko. – Wychrypiał Zach z pewnym trudem. – Ktoś musiał ponieść karę. Jak nie ten kochaś to wy. Ta sama krew płynie w jego i Elżbiety żyłach.

- Ooo tak, masz rację, ktoś musi ponieść karę. – odpowiedział król i zwrócił się do Jana - Zabij go. Albo poczekaj, poczekaj… Zabić? Wszak są rzeczy gorsze od śmierci. Nikt na tej ziemi nie ma prawa nawet myśleć o tym, czego chciał dokonać ten łotr! Niech ludzie zobaczą, jak winni kończą. Ciało każ poćwiartować i wysłać w kraj. Wyciąć wszystkich synów tego plugawego rodu, choćby do trzeciego pokolenia! A tą małą, jak jej tam, Klarę, oszpecić. I też wysłać między lud. Niech patrzą, że nie warto się skarżyć i prowokować takich sytuacji.

- Rozkaz, Panie.- odparł Jan.

Władca ze świstem wciągnął powietrze. Zorientował się, że ma rozciętą rękę, a rana zaczynała boleśnie pulsować i piec. Spojrzał ostatni raz na Zacha.

- Słyszałeś co sprowadziłeś na swoją rodzinę? Umieraj z tą świadomością.

Lecz tych słów Felicjan już nie słyszał. Nie żył.



Odcinek 5: Hi, hi, hi…
Na Wawelu nastała pora podwieczorku. Łokietek głośno przełknął łyk zaparzonych ziół. Zwrócił się do żony:

- Czy ten chłopak się nigdy nie nauczy? Nigdy już chyba żadnej ogłady nie nabierze. Pewnie już słyszałaś, co się na Węgrzech działo.

- Tak, słyszałam. Ale im mniej uszu słyszało tym lepiej. Przecież on od czterech lat jest żo-na-ty! – ostatnie słowo matka Kazimierza dobitnie przesylabizowała.

- Tu masz rację, im mniej tym lepiej. Szczeniak sobie używa, a przy okazji zagraża sojuszowi z Litwą.

- Eeeehhhh…. Wiesz, jak mówią – stwórz tylko tyle diabłów , nad iloma uda ci się zapanować. – wstała i pieszczotliwie pogłaskała męża po ramieniu. – A nam nie udało się ujarzmić nawet jednego.

W tym momencie z głębi zamku potoczył się wysoki, dziki śmiech Aldony.

- No, może dwóch… - dokończyła Władysławowi.

Razem ze śmiechem Aldony zaczęła grać muzyka. Jak zwykle miała przy sobie stałą ekipę grajków, którzy grali na jej skinienie ręki o każdej porze dnia i nocy. Kochała to, podobnie jak taniec i parskanie śmiechem bez względu na okoliczności.

W kuchni dwie służące zmywały naczynia. Śmiech księżniczki dotarł echem również tam.

- Oho, już się chichra. Ledwo co wlazła i już się chichra. Ja to nie wiem, pani, czy ona to normalna jest. – jedna ze służących przyciszonym głosem odezwała się do drugiej.

- A ja to myślę, że może ona z jakimi ziółkami eksperymentuje. Wieśki chłopak też taki wesoły, a co rusz tak ino takie zielsko łyka.

- Ty, może i być tak jak gadasz. Ale z takim mężem to by żadna normalna nie była. Słyszałaś, pani, co tam nawywijał na tej zagranicy? – służka z podniecenia plotkowaniem zniżyła głos do szeptu.

- No ba. Afera, że odkąd chłop Heleny, ten co w stajniach pracuje, no wiesz, co go koń kopnął gdzie nie trzeba i przez cały dzień miał głos jak baba i się wszystkie chłopy z niego śmiały że może za akuszerkę robić to se poogląda. – W tym momencie zarechotała tak energicznie, że upuściła cynowy kufel. – No, to od tamtej pory to taki żadnej nie było afery jak z tą Zachową.

A pamiętam tego Mietka od Heleny. Jak go po tym kopniaku odrzuciło to w kupkę gnoju wpadł. – Zachichotała równie szelmowsko, co jej rozmówczyni. – Ale powiem ci, tylko nikomu nie mów, że kiedyś podsłuchałam, jak mówiła Pani Aldona, że te zdrady jego to jej tak dyndają koło nosa. – Pomachała przy tym niedbale ręką wokół nosa. – I że ona wie, że to tylko taka polityka to ich małżeństwo. I że się nie będzie przejmować bęcwałem tylko z życia korzystać.

- No i dobrze kobita myśli. Niech se łazi z grajkami. Lepiej że tańczy jak ma płakać. – Skomentowała pomywaczka, wycierając mokrą zastawę.

Odcinek 6: Kazimierz vs Kościół
Bodzanta, biskup krakowski, właśnie wkroczył po odprawionej Mszy Świętej do zakrystii. Przebrał się i gestem przywołał wychodzącego księdza Marcina Baryczkę.

Ksiądz podszedł posłusznie.

- Widzisz mój drogi, władca ma dawać przykład. Jest jak nasz Pasterz, ma prowadzić. Kiedy Kazimierz prowadzi się nie tak, jak na syna Kościoła przystało! Jaki on daje tą rozpustą z kobietami przykład? Nie mogę tego tak zostawić. Trzeba go jakoś na właściwą drogę naprowadzić. Po dobroci się nie dało, więc nie dał nam innej drogi. Znajdziesz go. I przekażesz to. – Zmieszany biskup zakończył monolog, wręczając zapieczętowany dokument Baryczce.

Ksiądz schował go, pożegnał i wyszedł z kościoła. Domyślał się, co przeczyta niedługo Kazimierz.

Ksiądz Marcin dostarczył przesyłkę. Stał naprzeciw Kazimierza i patrzył, jak rozpieczętowuje list. Z westchnieniem rozwinął arkusz. Czytał po cichu, jedynie niektóre słowa z niedowierzaniem i rosnącą złością wypowiadał na głos.

- …mmmhhmmm… złe postępowanie… nieograniczenie w żądzy… mmmm… yyyyy… zdrady małżeńskie… rosnące wśród gawiedzi pogłoski… przez pryzmat dotychczasowych poczynań… ekskomunikę?! – końcówkę wywrzeszczał.

Mierzyli się wzrokiem przez dłuższą chwilę.

- Czy ksiądz sobie jaja robi?- Kazimierz zgromił Marcina. Jednak ten wytrzymał spojrzenie i ani na chwilę się nie ugiął. Z godnością się wyprostował i rzekł:

- Nie, biskup w imieniu Kościoła z całą powagą chce Panicza ekskomunikować. Przyczyny są wyjaśnione dokładnie. Cudzołóstwo na taką skalę to grzech wystarczający. Lekko ukłonił się i wyszedł.

Jeszcze tej samej nocy bezwładne ciało księdza Baryczki pływało z rozkazu Kazimierza w lodowatych wodach Wisły, by w końcu blade osiąść na jego dnie.



Odcinek 7: Tego kwiatu jest pół światu.

Kazimierz w zamyśleniu klęczał modląc się przed grobem swej żony Aldony. Wstał, otarł kolana i udał się do grobu ojca, Władysława. Pomodlił się również i tam. Wokół nie było nikogo, zaczął więc cicho przemawiać do ojca.

- Echhh, tato tato… ty byś pewnie zrozumiał… Aldona zmarła, Ty też. Mi dopiero dwadzieścia dziewięć stuknęło, nie będę po was płakał. Żyć mi trzeba. A bez kobitki to tak nie tego… Gdybyś ty poznał Małgorzatę, córkę króla czeskiego Jana Luksemburskiego, na pewno byś mi pobłogosławił. Mówię Ci jaka szprycha tatoooo… i wdowa, jak ja.

W tym momencie drzwi kaplicy trzasnęły z hukiem, jakby wiatr chciał przywrócić rozmyślania Kazimierza do porządku. Król przestraszył się i pospiesznie wstał z klęczek.

- No nic. Spoczywaj w pokoju. Nie będę Ci już tu nad grobem nudził. – wyszeptał i jeszcze raz zmówił krótką modlitwę.

Wyszedł z Katedry i udał się na Wawel. W wejściu do zamku napotkał posłańca z Czech.

- Jaśnie Panie, są wieści z Pragi. Myślę jednak że zechce król sam pofatygować się po księżniczkę Małgorzatę, booo… - zawahał się na chwilę. - nie za bardzo jest skora do przyjazdu.

Jeszcze tego samego tygodnia Kazimierz pojechał do Czech. I jeszcze tego samego tygodnia wrócił – o zgrozo! - bez ukochanej. Jedząc obiad nie mógł wytrzymać bez narzekania. Ciągle analizował, co takiego jest z nim nie tak, że Małgorzata dała mu kosza. Przecież zawsze mógł mieć którą chciał… Swoimi wywodami uprzykrzał czas dworzan, z którymi konsumował posiłek:

- No ale wyobrażacie sobie to? Jeszcze chyba żadna mi tak nie powiedziała. A ona miała czelność! „Prędzej umrę niż wyjdę za tego półpoganina!” – Kazimierz przedrzeźniał Małgorzatę raz po raz zagryzając pieczenią. – Tomaszu, spójrz na mnie – zwrócił się do jednego z podwładnych – oparłbyś mi się?

Tomasz spojrzał ze zdziwieniem na Kazimierza, zachłystując się jadłem.

- Nie, Panie, wprost schrupałbym Waszą Miłość na miejscu tej niewiasty. – z trudem powstrzymywał śmiech.

- No widzisz! – odparł władca rozsiewając dookoła drobinki mięsa z buzi i serdecznie wybuchając śmiechem. - Ale spokojnie, tego kwiatu jest pól światu! Już mam na oku taką jedną. Żeby tylko jedną!

Dwa lata później Kazimierz siedział zestresowany na schodach zakrystii. Zawzięcie obgryzał paznokcie i patrzył w jeden punkt. Podeszła do niego Adelajda, córka landgrafa heskiego, Henryka, którą miał za chwilę poślubić.

- No na miłość boską, zostaw te paznokcie kochanie! - Krzyknęła Adelajda, ujmując dłonie króla w swoje. – Zaraz będzie po wszystkim. Tyle razy sam mi to powtarzałeś – to tylko ślub. No chodź. Dzony już bija, za chwilę zacznie się Msza.

Kilka godzin później nerwy opadły, a Kazimierz jadł i pił w najlepsze na własnym drugim już weselu. Lekko podchmielony podszedł do Tomasza.

- Pamiętasz, jak Ci mówiłem że mam na oku taką jedną? Ha, patrz. – drżącym palcem pokazał na żonę. - już jest moja! Ta mnie schrupie a ja ją. To wychylmy za jej zdrowie. – wybełkotał i stuknął kuflem o kufel Tomasza.



Odcinek 8: Żurek dla Księdza Dobrodzieja.

Król siedział w swojej komnacie razem z podkanclerzym Janem. W pewnym momencie przerwał ciszę:

- Widzisz, Janie. Adelajda jest dobrą żoną, ale wciąż nie mogę się doczekać syna. Nie to żebym nie próbował czy osłabł, ale ileż można czekać. Ja już sam nie wiem…

- Rozumiem, Panie. Królowi potrzeba dziedzica korony. – odpowiedział z powagą Jan.

- Jak ta żona nie potrafi mi dać dziecka, to znajdę kolejną. W końcu ślub to tylko ślub. Aldona nie miała takich problemów, nie we mnie leży wina…

Kazimierz położył ręce na twarz. Pięścią uderzył o oparcie tronu tak, że Jan aż podskoczył. Gdy się odezwał, głos miał jednak spokojny.

- Trzeb a coś z tym zrobić. A szkoda, taka fajna kobitka…

Gdy Kazimierz wszedł do izby w której leżała królowa, Adelajda cicho łkała.

- Widzisz Adelajdo, nie mogę pozwolić sobie na taki bałagan. Potrzebuję syna. Nie bezpłodnej żony. – pogłaskał jej twarz i otarł łzy.

- Ale może nam się jeszcze uda! – powiedziała do męża Adelajda.

- Nie, nie moja droga, tak się bawić nie będziemy. Nie mogę czekać wiecznie. Mam za to wobec Ciebie inne plany. Osiądziesz w Żarnowcu, będziesz miała do dyspozycji własny zamek i wszystko, czego Ci trzeba. Tak będzie najlepiej. – Powiedział smutnym głosem Kazimierz i wyszedł.

Życie w Żarnowskiej twierdzy nie było dla Adelajdy łatwe. Samotna i znudzona włóczyła się między jego murami przez lata. Czekała na lepsze dni, a w zamian doczekiwała się jedynie kolejnych plotek o romansach męża. Służki próbowały ją pocieszać.

- Kochaniutka, ja wiem że Ty tu tak samiuśka to mendel jajek byś zniosła dawno jak tak siedzisz na tych biednych czterech literach, ale co ja Ci dziecko zrobię. Papież próbował pogodzić, cesarz próbował pogodzić, a tu się nic nie klei do siebie. Trza się rozejrzeć za jakim innym, zajęcie jakieś znaleźć bo tu pani sfiksuje. – mawiała do niej wieczorami kucharka, z którą czasami rozmawiała. A ja się będę do Matuli Przenajświętszej modlić, pani popatrzy, jaki krucyfiks od Księdza Dobrodzieja dostałam jak mu żurku nagotowałam. - Zawsze, za każdym razem pokazywała Adelajdzie z błyskiem w oczach drewniany krzyż. – A mam przeczucie, że niedługo coś się zmieni.

Kuchareczka nie przypuszczała, że powtarzając codziennie że coś się niedługo zmieni, bo nie potrafiła inaczej dodawać otuchy, w końcu zacznie mieć rację. Pewnego dnia Adelajda otrzymała list sygnowany podpisem swego ojca, Henryka Żelaznego…

… „Nie uda Ci się już z nim pogodzić. Chociaż interweniowali i papież i cesarz, konflikt został konfliktem. A i sprawa rozwodu nie jest prosta, jesteście tylko w separacji i tak już pozostanie. Nie wiem czy wiesz już, że w Polsce zjawiła się twoja następczyni. Kazimierz chce znów wyjść za mąż. Nie wiem, jak ten człowiek to sobie wyobraża, ale to najwyższa pora, by zabrać Cię do domu. Pakuj się, Za kilka dni zabieram Cię do Hesji.”

Na pożegnanie Adelajda dostała uwielbiany przez Kucharkę krucyfiks, która, podniecona, dając go kobiecie wykrzykiwała jeszcze daleko za odjeżdżającym wozem „A nie mówiłam Jaśnie Pani, pewno ksiądz dobrodziej to za ten żurek wymodlił!”. Adelajda w drodze do rodzinnej Hesji pomyślała, że bez drewnianego symbolu teraz to ekscentryczna Kucharka jest zagrożona „sfiksowaniem”.



Odcinek 9: „Cudownie!”
Ogień wesoło trzaskał w kominku, a znad stolika dobywało się szuranie. Janko spisywał kroniki. W pewnym momencie podniósł głowę znad notatek, bo drzwi zaskrzypiały i do izby wszedł tanecznym krokiem Kazimierz. Zajrzał przez ramię kronikarza, by zobaczyć co robi, uśmiechnął się i wymruczał pod nosem „Cudownie!”. Chwilę potem wybiegł nucąc pod nosem rzewna melodyjkę. Światła świec na stoliku, przy których skrobał Janko zamigotały niespokojnie, gdy podkanclerzy głęboko westchnął. Ostatnio król dziwnie się zachowywał. Janko martwił się o niego – był nienaturalnie wesoły i roztańczony. Podejrzewał najgorsze – Kazimierz znowu się zakochał. Postanowił rozpocząć śledztwo.

Jego podejrzenia sprawdziły się po kilku dniach. Przypadkiem zauważył, jak Kazimierz wymyka się ze swojej sypialni późnym wieczorem. Po cichu zakradł się za monarchą. W cieniu korytarza pojawiła się postać kobiety. Kochankowie przywarli do siebie. W mdłym świetle pochodni kronikarz rozpoznał niewiastę. Jak najciszej i najszybciej powrócił do swojej sypialni. Wszystko było już jasne, jednak Janko ciągle nie mógł uwierzyć w to, co zobaczył.

Następnego dnia zaczepił Kazimierza.

- jaśnie Panie, wybacz słudze uniżonemu, ale zapytam; czy godzi się uwodzić piękną niewiastę, jeśli jest cudzą niewiastą?

Król najpierw zmarszczył brwi, ale zaraz potem się rozpogodził i roześmiał.

- Wiem, Janko, do czego uderzasz. Tak. Kocham Cudkę. Może nawet ją uwiodłem. Cóż, że cudza. Ach, Cudka, czyż to nie cudowne imię? Cudowne! – oczy mu się zaszkliły.

- Nieco dziwne imię, Panie, ale niczego sobie. Lecz czy ona nie jest żoną Niemierzy, Twego dworzanina?

- Jest… Widzisz mój drogi, znasz mnie nie od dziś. Spisujesz nasze dzieje. Dlatego masz odwagę zadawać mi takie pytania. Wiesz, że bez kobiet nie umiem żyć. Ale spójrz na to tak – ona ma męża, a ja mam żonę – nie zapomniałeś chyba o Adelajdzie. Tyle, że siedzi w Żarnowcu. Nie martw się o mnie tak i skrob sobie dalej swoje kroniki.

Tak też Janko zrobił. W jednej z nich zapisał że Kazimierz był… „Sam przez się był namiętny”…

Popołudniu Kazimierz udał się na Mszę Świętą. Gdy wszedł do katedry, biskup krakowski przerwał nabożeństwo i zgromił monarchę pogardliwym wzrokiem. Wszyscy spojrzeli na Kazimierza. Zapadła niezręczna cisza. Król zarumienił się, potem zbladł i wyszedł. Wiedział, że Kościół nie popiera jego „stylu życia” i to ze względu na protest przeciwko niemu ksiądz przerwał liturgię. Odchodząc mruknął sam do siebie na poły z ironią a na poły z rezygnacją: „No to cudownie…”.



Odcinek 10: Pozory mylą…
- Ehhh… Ile jeszcze kościołów przyjdzie mi wybudować przez te wszystkie kobiety… - wzdychał Kazimierz przebierając się w wyjściowe szaty. Przed chwilą potwierdził budowę następnej świątyni, by ułaskawić biskupa, który nie po raz pierwszy miał pretensje o życie osobiste króla. Ostatni z Piastów zmienił jeszcze buty, ubrał diadem i gotowy był do wyjścia – wybierał się do Czech.

Tymczasem władca czeski, Karol IV sposobił się do przybycia gościa: przywołał do siebie Krystynę, wdowę po Mikuszu Rokiczańskim.

- Kochana, twoja uroda słynie w całej Pradze. Pozwól więc, że jutro przedstawię cię komuś, kto na pewno ją doceni. Bądź we dworze o zmroku. Teraz możesz odejść.

Karol nie mylił się mówiąc, że Kazimierz doceni piękno Krystyny. Gdy poznał ją, zapomniał w jednym momencie o wszystkich poprzednich żonach i kochankach. Udało mu się przywieźć nową zdobycz do Krakowa. Zachwycił się nią na tyle, że spełniał wszystkie jej zachcianki. Wdowa nie spełniała za to jego pragnień, zwłaszcza jednego, najgorętszego. Gdy próbował rozwiązać wstążki u jej sukienki wyrwała się i zgromiła Kazimierza:

- Co ty sobie wyobrażasz mój drogi? Nie zamierzam dzielić losu twoich podrzędnych kochanic. Albo ślub i rób co chcesz z każdą tasiemką mojej sukni, albo wracam do Czech.

Króla zamurowało. Postawionym warunkiem Rokiczana dotknęła jego ambicji. Zaczął zastanawiać się nad perspektywą trzeciego ślubu…

…”Kazimierz, pomyśl, czy to taki zły pomysł? Masz kogoś? Nie. Sam jesteś to możesz się żenić. A i księżulków uspokoisz, co żona to nie kochanka. No i te tasiemki przy sukni…”

Wkrótce myśli zaczął wprowadzać w czyn – zgodził się na małżeństwo.. Jednak o ile on zapomniał na widok Krysi o wszystkich dotychczasowych kobietach, one nie zapomniały o nim. Adelajda, ciągle jeszcze mieszkająca wtedy w Żarnowcu wysłała do papieża obszerne pismo. Papież po jego lekturze nie zgodził się na rozwód. Ale i na to król znalazł sposób.

Był ciemny mrok, lał deszcz, a wiatr wył we wszystkich szparach okien i drzwi. Kazimierz wymknął się na umówione spotkanie z opatem tynieckim.

- Powiedziano mi, że mogę ci zaufać. Czy to prawda? Bo jest to sprawa dosyć… poufna…

Może Jaśnie Pan mi powierzyć wszystko.

Dobrze. Na to liczyłem. Bo widzisz… Papież nie chce mi dać rozwodu. A bez ślubu Krystyna nie chce mi dać… pewnej cennej przysługi. – znacząco spojrzał w oczy kapłana. – rozumie ksiądz…

- Cóż, jako zakonnik objęty celibatem nie rozumiem, ale… - Tu zawahał się na moment – mogę sobie wyobrazić. Proszę mówić dalej.

- No i czy ksiądz nie mógłby tego ślubu udzielić w biskupich szatach? Tylko żeby Rokiczanka myślała, że to prawdziwy ślub.

- Mógłbym, ale czyż to nie grzech?

- Aj tam, zaraz grzech. Jeśli nawet, to biorę go na siebie. Ksiądz niech się czuje niewinny. A obiecuję, że za darmo to nie jest. To jak, dogadamy się/

- Dogadamy. – odpowiedział po chwili opat.

Krystyna połknęła haczyk. Kazimierz dostał to, czego chciał. Nie przypuszczał jednak, że nie tylko on może oszukiwać. Pewnego dnia przyszedł do niego służący, skłonił się nisko i przemówił:

- Panie, nie chcę martwić Waszej Wysokości, ale widziałem, że włosy nadobnej Krystyny to peruka! I drapie się, gdy nie ma w pobliży Waszej Miłości.

Kazimierz wyśmiał sługę.

- Nie wierzę! Moja Krystyna? Co ty za głupoty wygadujesz. Precz z moich oczu!

Wieczorem jednak postanowił sam sprawdzić, czy poddany miał rację. Podglądał żonę, gdy ta szykowała się do snu. Oczy się mu gwałtownie rozszerzyły, gdy zobaczył jak ta wciąż szutruje się po głowie, a na końcu zdejmuje perukę.

Po zamku rozeszło się przeciągłe „Fuuuuuujj!”. Przez kilka sekund, które trwał jęk, król zdążył się odkochać.

Odcinek 11: Pieśń starego Kruka.
Karczma huczała wesoło. Co rusz ktoś stukał kuflem o kufel kompana, wypełniony złocistym pitnym miodem. W ciemnym kącie siedzieli Zbyszko i Stefek – dwóch największych plotkarzy w okolicy. Dyskutowali o nowym mieczu Cypra, ich wspólnego znajomego.

- Ja bym w życiu tyle kasy nie dał za to, w życiu! E tam, nawet za kulawą kozę bym tego nie wziął.

- Może tak, może nie mój drogi. Teraz tylko tak mówisz. A ostatnio u Jakuba, tego Żyda z Wyspy widziałem takie cudeńko, mówię Ci! Ta rękojeść, no cacuszko po prostu. Ale to nie na moją sakiewkę niestety.

- Ani na moją. Za to wypijmy! – kufle znów radośnie zabrzęczały.

- A słyszałeś o tym, że Żydom się najwyraźniej niedługo zacznie powodzić i to z mocy króla? Podobnież nadał im jakieś swobody handlowe. Jaśko mówił, że to przez to, że teraz się w Żydówce kocha.

- Ha, pewnie, że słyszałem. Esterka jej na imię. No i ładna dziewucha, trzeba przyznać. A że król to mu wszystko wolno.

- Ciiiii! Kruk będzie śpiewał! – Stefan uciszył towarzysza.

W karczmie gwar stopniowo ustawał, a coraz głośniej rozbrzmiewała lutnia Kruka, starego pieśniarza.

- O królu nam zaśpiewaj! – kilku mężczyzn zawołało chórem. Starzec skinął głową w ich kierunku, zabrzdąkał parę razy i rozpoczął pieśń.
Chcecie o królu, o królu zaśpiewam

Jego namiętność pewnie znana wam

Trzy żony w życiu już odprawił

Bóg wie ilu dzieci się nabawił

Na pewno więc ma wielkiego…

Ducha w sobie i mocnego!

Że każdej mówi niech się buja

Taki to z niego kawał…

Króla!

Na nową kobietę przyszedł czas

Bo więcej drzew im dalej w las

Poprzednia żona łysa była

Niektórzy mówią , że się nie myła

Król za późno to ogarnął i skończyło się kryzysem

Ale tak to właśnie bywa, kiedy myśli się...

Tylko o polityce!

Sam był biedak to znalazł następną

Piękną Żydówkę zwaną Esterką

I pewnie myśli, że da mu synów kupę

Za każdym razem, gdy się bierze za jej…

Edukację i naukę!

A teraz kończę, wybaczcie śpiewakowi

I nie kablujcie przypadkiem królowi

Jeszcze mnie zamknie w twierdzy dla winnych

Więc lepiej za jego zdrowie wychylmy!
- Zdrowie panującego Kazimierza! – ryknął roześmiany tłum, a karczma aż się zatrzęsła.

Odcinek 12: Ślepakowy koszmar.
Tej nocy Kazimierz nie mógł spać. Przewracał się z boku na bok, to zakrywał to odkrywał, wiercił się niemiłosiernie i sapał. W końcu zapadł sen.

Księżyc w pełni nisko wisiał nad zamkowym ogrodem. Oświetlał ścieżkę, którą przechadzał się Kazimierz. Pod dębem siedział jego ojciec, Władysław Łokietek. Król podskoczyła jak tylko go ujrzał.

- Tata? Ale Ty przecież nie żyjesz…? – wystękał. Na plecy wystąpił mu zimny pot.

- No pewnie, że nie żyję. Ale śnię Ci się tylko więc bądź tak dobry i nie rób w gacie. Mam Ci tylko do przekazanie, że musisz pamiętać o potomku! Do kogo Ty we śnie będziesz przychodził jak sobie nie zrobisz syna?

- Ale widzisz tato, ja ciągle próbuję. Znowu mam żonę, wiesz? Już czwarta. A tu same córki! Strzelam ślepakami! – żalił się król.

- Ha wiem, wiem, z góry sporo widać. Ale ty i te twoje żony… Znowu kombinujesz! Jadwiga młodsza od ciebie o 30 lat, znowu nielegalnie, wbrew papieżowi, Adelajda Ci na ogonie siedzi z rozwodem… Ogarnij to chłopie bo ja ci jakimś ślepakiem zaraz strzelę! – zagroził Łokietek, pożegnał się i zniknął.

Kazimierz obudził się nagle. Po raz kolejny dotarła do niego smutna prawda – miał ponad 50 lat, czwartą żonę na koncie i brak spadkobiercy. Było jednak za wcześnie, żeby wstać, więc dalej pogrążył się we śnie.

Tym razem przyśniła mu się właśnie nowa żona, Jadwiga.

- Znowu urodziłam córkę, kochanie, nie cieszysz sięęęę?

Zza Jadwigi wybiegło kilkadziesiąt małych dziewczynek, a wszystkie chórem skandowały: - Tata strzela ślepakami! Tata strzela ślepakami!

Za nimi pojawiało się więcej i więcej małych dam.

- AAAAAAAAaaaaaaa! – władca zaczął drzeć się wniebogłosy. Obudził się znów cały spocony. Za oknami już świtało. Wstał i wezwał służbę.

- Ksawery, idźcie do kuchni powiedzieć, żeby nigdy mi się już nie ważyli dodawać do jajecznicy tych grzybków.

Ksawery zniknął mu z oczu. Król przetarł oczy, ubrał się, upewnił, że sny nie mają pokrycia w rzeczywistości i ruszył na polowanie.



Istotnie nigdy potem nie jadł już grzybów, jaki nie doczekał się żadnego męskiego prawowitego potomka, wyprzedziła go śmierć.




©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna