Moje wspomnienia I refleksje



Pobieranie 95.68 Kb.
Data07.05.2016
Rozmiar95.68 Kb.

Moje WSPOMNIENIA i refleksje

z okazji 25 rocznicy powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność” napisane w odpowiedzi na pismo Komitetu Organizacyjnego NSZZ „Solidarność” Pracowników Oświaty i Wychowania Koła Emerytów i Rencistów w Oświęcimiu.

( wersja drukowana na podstawie rękopisu z 5 lipca 2005 roku )

CZĘŚĆ PIERWSZA – okres pierwszej „Solidarności” 1980/1981

Muszę na wstępie zaznaczyć, iż w ostatnim czasie ( mniej więcej od roku) z powodów osobistych „nie mam głowy” do pisania o czymkolwiek. Postanowiłem jednak pozytywnie odpowiedzieć na pismo Komitetu Organizacyjnego i oddać spontanicznie zredagowany tekst, będący kompilacją fragmentów obszernego szkicu, który napisałem w pewnych okresach ostatniej dekady, w zamiarze wydania książki „Solidarność Ziemi Oświęcimskiej”.

Jeśli wziąć pod uwagę; bezpośrednie wydarzenia, które doprowadziły do Sierpnia 80 roku, to można uznać, że „Solidarność” rodziła się od lipca tegoż roku, choć nikt jej wtedy oczywiście jeszcze tak nie nazywał . Dowiadywałem się o tych wydarzeniach z przenośnego radyjka słuchając Wolnej Europy, BBC czy Głosu Ameryki na wysokości 700 m npm w moim Sojkowie na Czonce, przysiółku Wielkiej Puszczy. Pochłonąłem także kilka numerów ROBOTNIKA przywiezionych tam prosto z Wybrzeża przez mojego brata Zenia. Dużo też rozmawialiśmy z Zenonem i drugim bratem Andrzejem o tych sprawach w przeświadczeniu, że musi dojść w Polsce do poważnych zmian, może nawet do powstania narodowego. Byliśmy jako rodzina na to przygotowani; tak się bowiem złożyło, że od 21 września 1978 roku urządzaliśmy sobie dyskusyjne spotkania czwartkowe na temat sytuacji w Polsce i na świecie. Niedłudo potem przyszedł pontyfikat Jana Pawła II i pierwsza pielgrzymka Ojca Świętego do Polski, w tym do Oświęcimia i Brzezinki...Nie trzeba opisywać jak to ubogaciło tematykę naszych dyskusji.
Po powstaniu NSZZ „Solidarność” w organizowaniu jej w swoim zakładzie czynnie uczestniczył mój brat Andrzej, wkrótce zostając przewodniczącym. Zenon był studentem IV roku. To była decyzja rodzinna: jeden działacz wystarczy. Ja, ojciec trojga dzieci ( 9; 7 i 2-letnie ) miałem się nie angażować , ograniczając się do członkowstwa w „Solidarności”. Ale te ustalenia rodzinne nie wytrzymały próby pod naporem dynamicznie rozwijającej się sytuacji. Wkrótce moja żona przystąpiła do organizowania „Solidarności” w LO, a ja dałem się wybrać w Ośrodku Krztałcenia Ustawicznego (OKU-ZChO) na delegata na Walne Zebranie Delegatów NSZZ „Solidarność” Pracowników Oświaty i Wychowania. Była to niekonsekwencja z mojej strony ( miałem bowiem inną koncepcję walki o wolną Polskę), która sprawiła, iż znalazłem się 8 stycznia 1981 roku w sali kukiełkowej ZDK (na I piętrze) na Walnym Zebraniu Delegatów Pracowników Oświaty i Wychowania (patrz PROTOKÓŁ z „ zebrania wyborczego do Komisji Okręgowej Pracowników Oświaty i Wychowania NSZZ „Soildarność” w Oświęcimiu).

Tu znów zachowałem się biernie (niezdecydowanie) i dałem się wybrać na delegata na Walne Zebranie Delegatów Podbeskidzia.


Z Walnego Zebrania Delegatów 8 stycznia warto przytoczyć dwa wątki: personalny i ideowy (ideowy, bo traktujący o wiecznie żywej idei socjalizmu. W owym czasie często można było spotkać hasło: „Socjalizm tak, wypaczenia nie” ; nie wykluczone, że i to wisiało tam na sali ZDK 8 stycznia 1981 r.).

Wątek personalny :

Mogłem już wówczas oglądać na własne oczy jak przegrywa wybory na przewodniczącego osamotniony katolik, Aleksander Krzysik ( założył później Klub Inteligencji Katolickiej) z „towarzystwem ludzi kulturalnych” (Dudzik, Piotrowski, Wróblewska, Chobel et consortes) na czele z wygami zaprawionymi w pracy partyjnej (Dudzik, Piotrowski), którym podobał się socjalizm, a nie podobały tylko jego wypaczenia i którzy byli w partii jedynie z tego powodu, że - jak wielokrotnie powtarzali – „tylko będąc członkami PZPR, mogli coś dla Polski zrobić”.
Wątek ideowy :

Działo się to w sali, w której kłuł w oczy akcent w dekoracji pozostawionej dla nas po WZD NSZZ „S” pracowników ZChO. Na czerwonym płótnie zawieszonym pionowo wypisanych było, jeden pod drugim, 6 rzeczowników-haseł (nie pamiętam kolejności) ; wśród nich na pewno były: SOCJALIZM i LUD, chyba jeszcze SPRAWIEDLIWOŚĆ, być może DEMOKRACJA, a dwóch pozostałych nie chcę zmyślać. Te wiernopoddańcze hasła (SOCJALIZM i LUD) były miarą zniewolenia umysłów ,które cieszyły się namiastką wolności, przyczółkiem jaki wywalczyła „Solidarność”.( Całkiem możliwe, że jednym z haseł była też WOLNOŚĆ. )


Punkt zwrotny – 11 maja 1981 roku
Przypadek zrządził, że znalazłem się 11 maja 81 roku, w zastępstwie przewodniczącej w OKU, pani Krajewskiej na zebraniu przewodniczących kół w auli LO. To zebranie właśnie, było punktem zwrotnym dla mnie. Przestałem być bierny ( gdyby nie to zebranie, pewnie nie byłbym na WZD w Bielsku, bo taki był zamiar Dudzika). Co o tym zdecydowało? Otóż panowie szefowie Komisji Zakładowej (Dudzik i Piotrowski) przebrali miarę w manipulowaniu „szarą masą” zebraną w auli LO. „Szara masa” chciała pozostać przy Podbeskidziu, bo tak praktyczniej (tam w Bielsku władze oświatowe, kurator), a światli i kulturalni PZPR-owcy, broń Boże nie głąby jakieś partyjne, czy sekretorze - chcieli do Małopolski, do Krakowa; a bo to więzi historytczne, kulturalne, i w ogóle, ale i w szczególe – „S” ZChO w Małopolsce była! Te argumenty historytczne i kulturowe podobały mi się nawet, ale stanąłem po stronie „szarej masy” i gdyby nie obudziło się we mnie poczucie godności, że oto światli PZPR-owcy manipulują mną, pewnie ograniczyłbym się do oddania głosu „za” albo „przeciw”. Ale, jak wyżej napomknąłem – przebrała się miarka i zabrałem głos, wygarniając im, że nami manipulują. Przyczyniłem się być może, że przegrali głosowanie za przejściem do Małopolski, ale konsekwencje dla mnie po tym wystąpieniu były poważniejsze – 22 września zostałem nowym przewodniczącym (Dudzik nie wrócił już nawet po wakacjach do Oświęcimia).

Jeszcze jeden moment z 11 maja 81roku

Jak już napomknąłem wyżej, gdyby nie zwrot (od bierności do aktywności) nie upomniałbym się o mandat na WZD w Bielsku. Ale stałem się w trakcie zebrania aktywny i po zebraniu zagadnąłem Dudzika czy jest dla mnie przygotowany mandat. Oczywiście nie był przygotowany, bo jak się w pamiętnych dla mnie słowach wyraził: „musi pan mieć tę świadomość, że nic pan nie zdziała na WZD, więc po co będzie pan czas tracił...” Uparłem się, byłem, ale o WZD pisać nie będę, bo inni go już wyczerpująco opisali. Wspomnę tylko, że duże wrażenie zrobił na mnie jeden delegat, radca prawny Lgnacy Achinger, człowiek z klasą, który chciał podnieść jakąś sprawę natury ogólniejszej, prawie polityczną. Ale zarzucono mu radyklizmi ...demokratycznie spacyfikowano. Demokratycznie też głosowano za otwarciem okien w hali Befamy, gdzie obradowało WZD; wcześniej kilku mówców argumentowało „za”, kilku „przeciw”... ad absurdum.


W czerwcu, jako delegat do Komisji Koordynacyjnej NSZZ „Soldarność” Pracowników Oświaty i Wychowania w Bielsku-Białej dopilnowałem, aby wszyscy delegaci z Oświęcimia (ośmiu) pojechali na zebranie wyborcze i programowe; wysunąłem kandydaturę kol. Aleksandra Krzysika ; zadbałem o jednomyślne jej poparcie przez Oświęcim oraz Kęty i tak – pan Krzysik został przewodniczącym Komisji Koordynacyjnej Pracowników Oświaty i Wychowania w Bielsku-Białej, struktury poziomej „Solidarności” Podbeskidzia.
22 września nowym przewodniczącym „Solidarności” nauczycielskiej Ziemi Oświęcimskiej, liczącej prawie 870 członków został W.K Czarnik, człowiek z domu, a nie ktoś obkuty w niuansach życia partyjnego lub związkowego. Warto przypomnieć, że długo i usilnie namawiano do kandydowania wiceprzewodniczącego prof. Stefana Piotrowskiego. Wygrałby w cuglach ze mną. Nie wyraził zgody. Nie mam już czasu zajrzeć do protokołu z tego zebrania, może któryś z dwu protokolantów ( Krajewska, Bratek ) odnotował uzasadnienie odmowy kandydowania, ale myślę, że nie chciał wziąć odpowiedzialności i był świadom ( a może tylko ją przeczuwał? ) schizofreniczności roli jaką przyszłoby mu odgrywać ; z jednej bowiem strony reprezentowałby potężną organizację, co najmniej niechętną PZPR, a z drugiej – należałby do tejże PZPR. Przestałem się teraz dziwić dlaczego tak stanowczo odmawiał. Warto jednak postawić pytanie, dlaczego tak bardzo ludzie chcieli jego, a mnie zaledwie tolerowali. Myślę, że z tego samego powodu, dla którego wolą dzisiaj Cimoszewicza od Kaczyńskiego ; bo my, Polacy z reguły przedkładamy formę nad treść.

Przepraszam za te wtręty, ale dostrzegłem właśnie wartość zabiegów Komitetu o napisanie historii „Solidarności” nauczycielskiej – między innymi – w tym, że pisanie tego tekstu skłania mnie do gruntownych przemyśleń... Wrócę jeszcze do nich w zakończeniu.


Okres od 22 września do 13 grudnia 1981 roku
W sprawozdaniu z mojej ośmioletniej kadencji ( 22.09.81 – 14.09.89 ), które odczytałem wszem i wobec na walnym zebraniu sprawozdawczo – wyborczym 14.09.89. , widnieje jej podział na trzy okresy :

I 22.09.81. – 12.12.81. ( do 13 grudnia )

II 13.12.81. – 02.03.89. ( „stan wojenny” )

III 03.03.89. – 14.09.89. ( okres odbudowy organizacji )

Ten pierwszy okres, do 13 grudnia, był czasem niezwykle skondensowanym – bogatym w wydarzenia, nabrzamiałym w przeróżne uczucia... od euforii i nadziei po niepewność i niepokój... Niecałe trzy miesiące, ale jakże dla mnie pracowite...



W sprawozdaniu z 14. 09.89. czytamy :

„ Do najważniejszych dokonań w tamtym okresie ( 22.09.81 – 12.12.81) zaliczyłbym :



  • zorganizowanie strajku solidarnościowego w celu poparcia Statusu Nauczyciela w miejsce Karty Nauczyciela;

  • przygotowanie na 19-go grudnia wielkiej imprezy w ZDK „Solidarność dla nauczycieli”;

  • założenie biblioteczki literatury drugiego obiegu ”.

Dalej jest trochę statystyki i opisu stanu organizacji w tamtym okresie.

Nie wiem dlaczego pominąłem wtedy sprawy interwencyjne, z których najbardziej zapisała się w pamięci ta w szkole podstawowej Nr.4, gdzie dyrektorowi Chorabikowi, byłemu sekretarzowi PZPR stawialiśmy poważne zarzuty nadużyć; motorem w tej sprawie był zatrudniony na ćwierć etatu stróż, zaprzysięgły antykomunista, pan Włodzimierz Noworyta ( człowiek o przebodatym życiorysie, o którym jeszcze będę pisał).

Pominąłem też szereg spotkań z pszczególnymi grupami w związku ( m.in. z polonistami, historykami, przedszkolankami, personelem pomocniczym ), a także załatwianie „na zamku”, czyli w Prezydium Miejskiej Rady Narodowej różnych przydziałów dodatkowych (artykułów reglamentowanych) dla nauczycieli.

Zwrócę jeszcze uwagę na pewien epizod ze spotkania z przewodniczącymi kół ( były przewidziane takie, raz w miesiącu) w listopadzie 81 roku. Kiedy zaproponowałem poświęcenie kwadransa na każdym spotkaniu na rozważania o niereformowalności socjalizmu, to przyjęte to zostało wzruszeniem ramion, tudzież znaczącymi spojrzeniami. Skwapliwie wykorzystał to mój zastępca Stefan Piotrowski, próbując uzasadnić niestosowność tej propozycji. To był drugi, po tym w ZDK, przypadek świadczący o tym, jak skutecznie socjalizm zniewolił ludzkie umysły.


CZĘŚĆ DRUGA – stan wojenny
W tej części opisuję okres od 13 grudnia 1981 do końca 1987 roku. Stan wojenny, ściśle rzecz ujmując, trwał od 13.12.81. do 22 lipca 1983 roku, kiedy to oficjalnie został zniesiony. Władze reżimowe wykonały ten ruch ze względów propagandowych, ale dla nas nic się nie zmieniło.

Wątek personalny :

Niedziela, 13 grudnia. Było już dobrze po godzinie ósmej, gdy obudziło nas pukanie do drzwi. To pani Bolkowa, sekretarz Komisji Zakładowej przyszła obwieścić nam wprowadzenie stanu wojennego.

Była tego dnia wcześniej od nas na nogach i wcześniej od nas dowiedziała się, co się w Polsce stało. I to jest jej niepodważalna przewaga nade mną. To jest jedyna różnica w tym cośmy – ja jako przewodniczący i ona jako sekretarz Komisji Zakładowej – robili tego dnia. Dlaczego o tym piszę? Przychodzi mi do głowy w tym miejscu skojarzenie, które w sposób genialny ujął wielki poeta i myśliciel, że:

przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej”.
Dlaczego bowiem dzisiaj ( choć to trzy lata temu miało miejsce, na zebraniu sprawozdawczo-wyborczym w małej salce przy dawnej Laska 6 – nb. o ileż okazalej wyglądało półjawne zebranie otwarte 03.03.89r. w sali „Rzemieślnika” przy ul. Dąbrowskiego ) pani Bolkowa publicznie oczernia mnie, snując konfabulacje na temat mojego zachowania się 13 grudnia 81 roku! Posuwa się nawet do zarzucania mi wsółpracy z SB !( Jakby przewidując ludzką nikczemność zwróciłem się w 2001 roku do IPN o udostępnienie mojej teczki. ) Narzuca się przypuszczenie, że pani Bolek nie może mi zapomnieć, że kiedyś w 1988 roku upomniałem ją jako przewodniczący, iż nie dość ,że zignorowała apel podziemnych władz związkowych, aby nie kandydować do rad narodowych w 1988 roku, to została radną Mieskiej Rady Narodowej z listy Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej jako długoletni członek tej organizacji. Po drugie nie może zapomnieć mojej żonie, iż ta, sprowokowana na zebraniu otwartym 03.03.89 wypomniała jej, iż mąż jej, Zygmunt Bolek zjawił się w naszym domu w stanie wojennym w mundurze ROMO ( dostał urlop, nie zastał żony w domu i przyszedł zapytać czy jej tu nie ma, nie miał klucza i przenocował u nas ).

A teraz wracam do tego „cośmy (... ) robili tego dnia”, 13 grudnia.

Poszliśmy ( ja, pani Bolek i jej mąż ) do lokalu Komisji Zakładowej przy ulicy Laska 6. Następnie zapytaliśmy księdza proboszcza Kazimierza Górnego, czy pomoże nam w schronieniu dokumentacji Komisji. Wskazał na pawlacz w kancelarii parafialnej. Przenieśliśmy tam najważniejsze dokumenty, nawracając chyba ze trzy razy z pełnymi torbami. W lokalu zostawiliśmy sporą ilość mało wartościowych papierów i bezużytecznej makulatury, aby nie rzucało się w oczy, że wchodziliśmy do lokalu, gdyż dekret o stanie wojennym surowo tego zakazywał. Jak się później okazało, po zdaniu „dziurawej” dokumentacji i braku pieczątek, SB i tak stawiała mi zarzut nielegalnego wejścia do naszego lokalu. Pieczątki zabrałem ze sobą i ukryłem je. Jakiś czas potem, chyba po kilku miesiącach, ksiądz proboszcz zawiadomił mnie, że polecił parę dni po 13 grudnia przenieść naszą dokumentację do garażu na terenie plebanii i zasugerował, żeby jednak zabrać ją w inne miejsce. Przeniosłem ją więc, na strych domu moich rodziców w Brzezince ( ul. Brzozowa 40 ). A po jakimś czasie, chyba po roku, i to miejsce przestało być bezpieczne, ze względu na zarządzone przez gminę przeglądy przeciwpożarowe strychów w Brzezince.Wywiozłem więc dokumetację do naszego domku na Czonce, gdzie była przechowana do lat 90-tych.

Owego dnia, 13 grudnia, bodajże z incjatywy ks. dziekana Kazimierza Górnego, po wyniesieniu pieczątek i dokumentacji z lokalu, miało miejsce towarzyskie spotkanie przy kawie i ciasteczkach na plebanii księży Salezjanów. Obecni byli : ja, pani Bolkowa z mężem, ksiądz dziekan Górny, ks. Rybka, proboszcz parafii MB Wspomożenia Wiernych oraz ks. Urańczyk, dyrektor Zakładu Salezjańskiego. Ksiądz dziekan rzucił ten pomysł spotkania się u księży Salezjanów najprawdopodobniej w celu uspokojenia najwyraźniej wystraszonej jedynej uczestniczącej w „akcji” kobiety, która najwyraźniej demonizowała grozę wprowadzonego stanu wojennego.

Wątek ideowy z 13 grudnia :

Z powtórzonego chyba wieczorem 13 grudnia telewizyjnego wystąpienia Jaruzela jedno zdanie wryło mi się w pamięć, wg mnie najważniejsze z całego przemówienia, bo najlepiej wyrażające jego stosunek osobisty do „Solidarności”, do narodu polskiego tym samym.

Cytuję z pamięci: „Solidarność” za 20 lat będzie wspominana przez nielicznych, jedynie jako drobny epizod w historii Polski. To zdanie dźwięczy mi w uszach po dzień dzisiejszy. Z tego to powodu, pięć lat temu na WYSTAWIE jubileuszowej w OCK zamieściłem wiersz napisany przez jednego z nas w 1983 roku :

Ornat Ci naród złoty stroi

Dla Ciebie w kraju wojna trwa

Ciebie się reżim strasznie boi

Lecz Ty zwyciężych

Tak Bóg da.

Z tego też powodu pisałem w „Komentarzu do WYSTAWY” zamieszczonym we wrześniu 2000 roku w biuletynie „Akcja Wyborcza Solidarność”, że „ jeśli z ust Prymasa Polski padły ostatnio słowa o ‘cudzie nad Bałtykiem’, a przedstawiciele naszego Narodu odważnie wyszli w świat z głoszeniem prawdy, iż to właśnie „Solidarność”, a nie pieriestrojka Gorbaczowa przyniosła obalenie komunizmu i muru berlińskiego – to jest to zwycięstwo”. Dzisiaj jeszcze wyraźniej widać, że w wymiarze światowym „proroctwo” generała – żołdaka , które było szczerym jego pragnieniem, nie sprawdziło się kompletnie. Przeciwnie, idea „ Solidarności”, bezkrwawej walki o wolność znana jest na świecie tak samo powszechnie jak Gandhiego. Nawet Lepper w „Rozmowach niedokończonych” wiedział, że ojcowie redemptortści nie pozwoliliby mu pluć na „Solidarność”, jak to mu się wcześniej często zdarzało. Chciał na tej antenie zaistnieć i musiał zacząć mówić o Pani „S” z szacunkiem. Niestety ta przepowiednia Jaruzela sprawdziła się w wymiarze „szarego człowieka” – jeśli już nie mówi on o Pani „S” źle, to po prostu nie mówi o niej w ogóle, jest dla tego „szarego człowieka” tematem tabu. Nie chełpi się tym Jaruzel, ale wobec tak powszechnej atrofii pamięci u milionów szarych ludzi w Polsce czuje się bezkarny. W znacznej mierze zapracowali na to także ludzie z „Solidarności”. Nie wszyscy oczywiście. Nasz wieszcz Mickiewicz przestrzegał:



...Po huku, po szumie, po trudzie

Wezmą dziedzictwo cisi, ciemni, mali ludzie.

Antoni Pawlak, poeta, który w latach 80. jako młody chłopiec biegał z bibułą po Gdańsku pisze dzisiaj: „smutne jest to, że na trybunach rocznicowych zabraknie większości tych, którzy ten związek tworzyli. A także tych, którzy najwięcej dla niego zrobili – zarówno w czasie pamiętnych 16 miesięcy, jak i w stanie wojennym i później. Będą za to tłumy dzisiejszych związkowych krzykaczy i radykałów, próżno by ich szukać w pierwszych szeregach demonstrantów wówczas, gdy za to groziły szykany, prześladowania czy więzienie.

Dzisiejsza Solidarność nie ma nic wspólnego z tamtą, prawdziwą Solidarnością. Dzisiejsza Solidarność to niestety najzwyklejsi uzurpatorzy. Wszystko, łącznie ze swoją pozycją, zawdzięczający tylko i wyłącznie tym, których w związku już nie ma (....) Dzisiejsi liderzy Solidarności lubią mówić o swoich zasługach dla tego ruchu. Zaiste, trzeba zupełnie nie mieć wstydu.

Najmłodsze pokolenia tej prawdziwej Solidarności już nie pamiętają. A ta dzisiejsza budzi w nich tylko politowanie. To smutne.”


6 stycznia 1982 roku... SB-cja w szkole.
Była środa, 6 stycznia. Choć był to już 24. dzień stanu wojennego, dla szkoły – po trzytygodniowej przerwie – był to trzeci dzień zajęć.

Do sali nr 139 na I piętrze, w trakcie prowadzonej przeze mnie lekcji (była to druga albo trzecia lekcja, gdzieś między godziną 9 , a 10 ) wszedł dyr. Marcinkowski. Przywitał się i poprosił żebym zszedł do jego gabinetu, bo tam ktoś chce się ze mną zobaczyć, a on zastąpi mnie do końca lekcji . Nie miałem złudzeń – nadeszła ta chwila, która nadejść musiała, spodziewałem się jej od poniedziałku, pierwszego dnia pracy po wyjątkowo długich feriach. Kiedy wyszedłem z sali, na korytarzu czekał już na mnie esbek (rozpoznałem w nim byłego ucznia),a przed szkołą czekała już na mnie „czarna Wołga”. I tu ciekawa rzecz – zupełnie nie pamiętam jak wyglądało spotkanie z porucznikiem-esbekiem w gabinecie dyrektora, nie pamiętam jego twarzy, choć od tej chwili do końca całego zajścia, gdzieś do godziny 14-tej, czyli przez kilka godzin, musiałem znosić jego towarzystwo. Natomiast tego drugiego, kierowcę-esbeka pamiętam doskonale, a zwłaszcza jego wyraz twarzy mam do dziś przed oczami, kiedy zobaczyłem go po wyjściu z sali. Pamiętam dobrze jego przerażenie i niezdecydowanie (dostałby ładną burę gdybym mu uciekł, a mogłem ) w momencie, gdy zamiast wejść do gabinetu, gdzie czekał na mnie porucznik, szliśmy dalej, a ja rzuciłem tylko krótko : muszę jeszcze zanieść klucze koleżance. Nie pytałem go czy mogę, a niebagatelne znaczenie miał tu chyba fakt, iż kiedyś była między nami relacja profesor – uczeń. Faktycznie, klucze lepiej było oddać w tym momencie, żeby uniknąć niepotrzebnego kłopotu. Nie miał wyjścia, w milczeniu przeszedł za mną do strego skrzydła szkoły. Kiedy wszedłem do gabinetu Hani Dudowej, a SB-ek został na korytarzu pod drzwiami, które zamknąłem mu przed nosem ( zrobił drugi błąd , że nie wszedł za mną), pomyślałem, że mógłbym bez trudu wyjść na zewnątrz przez zaplecze. Ale wiedziałem – cyrku nie będzie. Takie cyrki urządzał Stefan Lukesch, ośmieszając w ten sposób SB-cję. Z podziwem i uznaniem przyjmowaliśmy te jego wyczyny.


Dlaczego wiedziałem
Wiedziałem, bo po ukryciu dokumentacji i pieczątek 13 grudnia miałem dość czasu, aby wszystko przemyśleć.

Wypracowałem sobie wówczas jasną koncepcję mojego funkcjonowania jako głowy 5 osobowej rodziny i przewodniczącego „Soldarności”.



  1. Stan wojenny nie zwalnia mnie z tej funkcji, zmienia się tylko rola jaką powinienem pełnić w „Solidarności”, która przestała być już związkiem zawodowym choć dla mnie od początku była bardziej ruchem społecznym niż związkiem zawodowym,a była teraz czymś znacznie a znacznie więcej.

  2. Pozostaję radykalnym antykomunistą bez wchodzenia w srtuktury podziemnej „Solidarności”. Pamiętam, że jeszcze w grudniu przyszła do mnie przedziwna, na pierwszy rzut oka, para osób, pani Gołdyniowa z Piotrowskim ( oniemiałem na moment) z propozycją, abym włączył się do pracy podziemnej ; odmówiłem ze względu na Piotrowskiego; i jak się niebawem okazało, miałem rację! Nie potrafił odmówić „towarzystwu wzajemnej adoracji” zabawy w konspirację, a miesiąc później wystąpił z „Solidarności”, oczerniając Ją i wstępując szybciutko do ZNP !

  3. Nie narażam się niepotrzebnie na aresztowanie, tak aby nie stracić pracy, ale nie za wszelką cenę (np. przez podpisawanie jakiejś „lojalki”).

  4. Podejmuję pracę organiczną, samokształceniową (niedługo potem prasa podziemna wychodzi mi naprzeciw z zaleceniem tworzenia KOS – ów, czyli Kół Oporu Społecznego ).

ad.3. Są granice, których się nie przekracza. Przykład: gdyby trzeba było iść do kryminału za nie oddanie dokumentacji i pieczątek ( wtedy, bezpośrednio, dzień, dwa, trzy dni po 13 grudnia, nie wiadomo było! jak ta władza będzie postępować) to trudno, do kryminału iść trzeba; nb byli tacy przewodniczący (przewodnicząca w naszej szkole, czy Krzysik), którzy na skinienie władzy oddali wszystko do depozytu; bo przecież władza! kazała. Jeśli wziąść pod uwagę znaczenie praktyczne, to między oddaniem a nieoddaniem dokumentacji nie było większej różnicy. Ale jest tu różnica, i to kolosalna w aspekcie moralnym. Oddanie czegokolwiek z nakazu władzy było zrzeczeniem się NIEZALEŻNOŚCI , a więc sprzeniewierzeniem się swojemu związkowi, ruchowi antykomunistycznemu przede wszystkim.


6 stycznia 1982 roku... (c.d.) na SB-ecji. PRZESŁUCHANIE i przeszukanie mieszkania.
Tak więc, bez czynnego oporu z mojej strony, ale też i nie bez emocji ze strony SB-ka , byłego ucznia, przewieziono mnie do lokalu na Słowackiego, na przesłuchanie. Oficer prowadzący przesłuchanie nie chciał wierzyć moim opwieściom, które sobie ułożyłem przed pójściem do pracy, czyli przed 4 stycznia.

Punktem wyjścia tego przygotowania była ogólna wiedza o metodach postępowania policji politycznej ( NKWD; UB; SB): szukają punktu zaczepienia oraz sprzeczności w zeznaniach. Dlatego też, odrzuciłem odpowiedź: „spaliłem”, bo musiałbym pokazać gdzie spaliłem itd., itd. Wybrałem – „wrzuciłem do Soły”. Żeby uwiarygodnić ten najprostrzy sposób, zeznanie moje poprzedziłem rozbudowanym opisem szoku, jakiego doznałem, kiedy dowiedziałem się o wprowadzeniu stanu wojennego. Gdy już opowiedziałem to, co wymyśliłem, oficer oznajmił, że może to przyjąć, pod warunkiem, że napiszę oświadczenie, iż nie będę dążył do obalenia ustroju PRL . Nie chciałem czegoś takiego podpisywać, więc nie odmawiałem butnie, że nie podpiszę, lecz, że nie mogę tego zrobić. Widząc, że zastraszanie mnie przeszukaniem mieszkania , które to przeszukanie, jak mówił, „różnie może wyglądać”, nie skutkuje, spróbował uzyskać cokolwiek. Powiedzał mi coś takiego, że skończymy przesłuchanie ale, musi pan te brednie podpisać. Zgodziłem się napisać krótkie oświadczenie, że dokumentację i pieczątki pod wpływem szoku wrzuciłem do Soły. Po napisaniu, usłyszałem: „ a teraz pójdziemy poszukać czegoś w domu”, czy coś w tym rodzaju. Pojechaliśmy, ale nie demolował, trochę pozaglądał, pomyszkował, nic oczywiście nie znalazł, bo przecież przewidywałem taki scenariusz. Podpisałem opowiastkę o tej Sole i... żałuję...bo jednak dałem satysfakcję temu esbekowi, że oto: patrzcie! Podpisał! (nieważne co). Byłby to absolutny mój majstersztyk, gdyby nie ta mała naiwność w trakcie przesłuchania, że napiszę oświadczenie i będzie koniec; z naiwności dałem mu satysfakcję, że udał mu się podstęp, coś uzyskał, mógł komuś tam pokazać, że złamał jednego więcej solidarucha. Potem przyznałem sam przed sobą, że nie zdążyłem o tym pomyśleć; dzisiaj pierwszy raz o tym piszę. (W sprawozdaniu z dnia 13.09.1989, publicznie przeczytanym, całe to wydarzenie opisałem w sześciu linijkach kończąc zdaniem: „Chciałem pogodzić dwie sprawy: nie oddać SB-cji pieczątek i nie dopuścić do zdemolowania mieszkania – napisałem więc oświadczenie, że pieczątki zniszczyłem”).

Z powyższym wydarzeniem kojarzy mi się pewien epizod z tego samego dnia. Wieczorem odwiedziły mnie dwie panie z naszej szkoły. Jedną z nich była pani Krajewska, przewodnicząca koła, drugiej nie pamiętam. Zapamiętałem Jasię może dlatego, że ona wyraziściej okazywała niedowierzanie i podziw zarazem, że ja nie oddałem dokumentów i pieczątek i jestem cały i zdrów. Pamiętam dobrze co ja wtedy czułem: było mi naprawdę przyjemnie, że ludzie z takim uznaniem to przyjęli. Nigdy już więcej, nikt nie okazywał mi uznania z tego powodu. I nie oczekuję! Chciałem tylko odnotować ten szczery odruch, jaki rzeczywiście miał miejsce.

LEGITYMACJE TYMCZASOWE ‘82

Wierzyłem, że nie stanie się tak, jak chciał Jaruzel ( miałem w myślach tę jego przepowiednię-chciejstwo względem „Solidarności”) i dlatego w styczniu, lutym, marcu (kwietniu?) odwiedziłem 31 domostw, aby wręczyć legitymacje tymczasowe ( razem z dwiema dla mnie i dla mojej żony, wypisałem ich 33 ) .Trochę się naraziłem, ponieważ na SB-cji złożyłem oświadczenie, że pieczątki zniszczyłem, a tu proszę - opieczętowana legitymacja... Ryzyko jednak było znikome, gdyż osoby przeze mnie wybrane były raczej „pewne”. Dlaczego akurat 33 ? To przypadek, tyle otrzymałem druków na zebraniu przewodniczących, które odbyło się parę dni przed 13 grudnia w ZDK. Numerem 1 opatrzyłem legitymację A. Krzysika, numerem 2 – Krysi Szurek, 3 – Jadwigi Bolek, 4 – moją legitymację. Otrzymali legitymacje członkowie Komisji Zakładowej, przewodniczący kół ( nie wszyscy oczywiście, bo byli tacy, którzy przeszli do ZNP) oraz inni członkowie „Solidarności” m.in. Janusz Toczek i Włodzimierz Noworyta.

Tragikomicznym (ale nie śmiesznym, wcale nie śmiesznym) epizodem stanu wojennego było moje zmaganie się z wyżej wymienionym panem Włodzimierzem Noworytą , który chciał mojej zgody na zastrzelenie Jaruzela. Był w posiadaniu broni jako członek koła myśliwych w Oświęcimiu. Kilka razy nachodził mnie w domu w tej sprawie. Miał swoje zdanie, swoją „filozofię”, ale darzył mnie wielką estymą, miał wrodzone poczucie subordynacji. „Panie przewodniczący, jedno pana słowo i ruszom do Warszawy, a tam już go znajdę i dostanie co mu się należy...” Musiałem niemało się natrudzić, żeby mu wyperswadować, że wprawdzie Jaruzelowi „się należy”, ale zgody ode mnie nie dostanie. Tłumaczyłem mu na jakich zasadach funkcjonuje „Solidarność ”, na czym polega jej walka o wolność, że wykluczyliśmy z tej walki jakąkolwiek przemoc, że zwyciężymy, nie przelewając po tamtej stronie ani kropli krwi.
KOS – Koło Oporu Społecznego

1.07.82. zostałem zaproszony na imieniny przez kol. Halinę Gębołyś. Znalazły się tam oprócz mnie, osoby którym wręczyłem w lutym legitymacje:kol. kol. Krysia Szurek, Ela Matulowa i Ela Matejowa. Niedługo potem dołączyła moja żona. Te osoby zgodziły się tworzyć grupę obywatelskiego nieposłuszeństwa wobec reżimu komunistycznego i przyjąć nazwę Koła Oporu Społecznego . Do lutego 1989 roku,a więc w okresie niespełna 7 lat, mieliśmy 73 spotkania naszego KOS-u. Omawialiśmy na nich sprawy bieżące w szkole (w OKU), w oświacie, w Polsce i na świecie, oraz dyskutowaliśmy o przeczytanych lekturach z II obiegu (składki płaciliśmy indywidualnie i bezpośrednio odpowiednim ludziom z oranizacji w ZCHO).

KOS był bardzo potrzebnym i dobrym sposobem na poczucie wspólnoty celów i dążeń, stwarzał warunki do pracy formacyjnej, do osiągania pewnej dojrzałości obywatelskiej i patriotycznej; „niestety nie udało się zawiązać KOS-u środowiskowego”.

Efektami tej pracy formacyjnej – czytamy dalej w SPRAWOZDANIU z 13.09.89. – było:



  1. płacenie składek

  2. zaistnienie przy kościele św. Maksymiliana, od 83r. począwszy, spotkań nauczycieli Oświęcimia z okazji dnia nauczyciela, czy opłatka, czy wreszcie od 85r. regularnych, comiesięcznych spotkań samokształceniowych;

  3. przeciwstawienie się próbom manipulowania Radą Pedagogiczną w sprawie proponowanego przez ministerstwo widełkowego systemu płac – od wystosowania protestu 1.12.88r. i 14.02.89r., do przyjazdu w związku z tym przedstawicieli ministerstwa i kuratorium 9.03.89r.

Nie wymieniam wszystkich spektakularnych akcji, jak: udział w manifestacji solidarnościowej w Krakowie w 1987 roku, czy zbiórka pieniężna na strajkujących hutników w maju 88r. Wszysko to pomagało w najtrudniejszym czasie wierzyć, że „Solidarność” żyje.


CZĘŚĆ TRZECIA – okres drugiej „ Solidarności ”
Na początku poprzedniej części zaznaczyłem, że obejmuje ona okres do końca 1987 roku. Dla zachowania ciągłości w wątku fabularnym tego opracowania, rozpoczynam opowieść od stycznia 1988 roku.
„ W styczniu 1988r. Nawiązałem kontakty z „Solidarnością” w Mistrzejowicach w Nowej Hucie, co ułatwiło nam podjęcie decyzji o odbudowie struktury związku w środowisku”. (patrz SPRAWOZDANIE z 13.09.89.)

W tym też okresie nawiązałem kontakt z Duszpasterstwem Ludzi Pracy działającym przy parafii św. Mikołaja w Bielsku-Białej.

W maju 1988 roku na zebraniu KOS-u podjęliśmy decyzję o zorganizowaniu składki w środowisku „Solidarności” nauczycielskiej na hutników strajkujących w Nowej Hucie. Zebraliśmy 35 tys. złotych od okołu 30 osób (składały się po 1000 zł; w kilku przypadkach po 1500 lub 500 złotych)

Była to skromna, symboliczna kwota, ale ks. Jancarz, legendarny kapelan nowohuckiej „Solidarności” napisał na odwrocie okolicznościowej kartki: „Bóg zapłać za pomoc hutnikom...ks. Kazimierz Jancarz” (u dołu potwierdzenie napisane na maszynie: „(kwota: trzydzieścipięćtysięcy złotych)” i pieczątka parafialna z napisem „SIGILLUM ECCL.PAR.MAXIMILIANI MARIE KOLBE NOWA HUTA-MISTRZEJOWICE”).

Na kartce tej był napis: STRAJK, KOMBINAT H im. L,POCZĄTEK – 26.04.88. oraz wizerunki: krzyża, M.B Częstochowskiej, ks. Jerzego Popiełuszki i hutników z biało-czerwoną.

Pielgrzymka solidarnościowa do Mistrzejowic 20 maja 88r. zmieniła strategię funkcjonowania naszego Koła Oporu Społecznego. Z półkonspiracji przeszliśmy do półjawnego działania. Rozpczęliśmy rozmowy z innymi członkami „Solidarności” nauczycielskiej, zachęcając ich do spotkania się z nami jako Kołem Oporu Społecznego, ale naszą propozycję przyjmowali bez entuzjazmu, a nawet z rezerwą. Pamiętam dobrze, jak przyjmowaliśmy tę ich reakcję – z pewnym rozgoryczeniem i żalem, ale tylko przejściowo.

Częściej bywałem w tym okresie u św. Mikołaja w Bielsku, gdzie z niedowierzaniem i niemałym zdziwieniem przyjmowałem fakt, że niestety, ale po 13 grudnia nie pojawili się tu w ogóle przedstawiciele zarejestrowanych w 81 roku w Podbeskidziu komisji zakładowych z Oświęcimia.
W tamtym czasie działałem równolegle:

- jako przewodniczący Komisji Zakładowej „S” postanowiłem doprowadzić organizację do czasu, kiedy będzie reaktywowany NSZZ „Solidarność” (wiedzieliśmy już wówczas, że do tego dojdzie, że nie będzie 20 lat „długiej nocy” po 13 grudnia, a 8, może nawet tylko 7, czyli do końca 88 roku);

-jako homo politicus postanowiłem przekonywać ludzi do idei przeciwstawnych socjalizmowi, do innej wizji ustroju państwa i gospodarki, do konieczności upolitycznienia antykomunistów z „Solidarności” (to była przeszłość z 81r. pod hasłem „socjalizm jest niereformowalny”, tylko cokolwiek dalej; nie wystarczało już jedynie odrzucać „socjalizm realny”, jak w 81r., należało wiedzieć, co budować! ). Niestety, ludzie chcieli pozostać na poziomie antykomunizmu sentymentalnego. Jako homo politicus , dwa razy byłem w 1988 roku ( w czerwcu i listopadzie) na półjawnym spotkaniu z Mirosławem Dzielskim w Krakowie ( Piotr Wierzbicki, który gościł po raz drugi u nas w 1992 roku zapisał w naszej kronice: „Miło mi gościć w Oświęcimskim Towarzystwie Gospodarczym im. Mirosława Dzielskiego. To pokrzepiające, że idee Znakomitego Patrona znajdują kontynuatorów. Szkoda tylko, że Jego zabrakło. Gdyby żył, Polska na pewno byłaby lepsza”.)

Zawieszam działalność

W styczniu 1989r. miał gościć u nas (zaprosiłem go jako członek KIK-u ) Piotr Wierzbicki. Z nim miał przyjechać ktoś z Klubu Myśli Politycznej DZIEKANIA. Zamierzałem powołać oddział tego Klubu w Oświęcimiu. Niestety od 1 stycznia choroba kręgosłupa mojej żony wyłączyła ją z pracy, a mnie z działalności (decyzję podjąłem natychmiast – 1.01.89.) Szczęśliwie choroba żony ustępuje po miesiącu i po feriach, w lutym wraca do pracy. 8 lutego, w rocznicę naszego ślubu, goszczą u mnie młodzi emisariusze z zaproszeniem na spotkanie 10 lutego z Lechem Wałęsą w auli Uniwersytetu Jagielońskiego. Słyszę, jak dziś, od żony: „uważam, że powinieneś pojechać”. Wróciłem do działalności. Niestety, wystarczył miesiąc mojej nieobecności i „wypadłem z gry”. Miałem bowiem realną szansę znaleźć się na liście kadydatów do Sejmu „kontraktowego” z okręgu bielskiego; moje miejsce zajął Caputa z Żywca.


23 lutego 1989 roku
Zaraz po spotkaniu z Lechę Wałęsą, 11 lutego zwołałem KOS, na którym zdecydowaliśmy o zebraniu Komisji Zakładowej poszerzonej o członków KOS-u i przewodniczącego Komisji Koordynacyjnej w Bielsku-Białej Aleksandra Krzysika. Zebranie to odbyło się 23 lutego. „Z Komisji Zakładowej obecni byli: Wiesław K. Czarnik, Jadwiga Bolek, Krystyna Szurek, Anna Dziecic, Andrzej Gołąb (usprawiedliwiły swoją nieobecność p. Maria Stanko i p. Alicja Wróblewska (....) ; p. Józefa Jaworska zmieniła miejsce zamieszkania (Katowice); pozostałych pięciu członków Komisji Zakładowej bądź to wstąpiło do ZNP, bądź przeszło do pracy we władzach oświatowych. Z KOS-u obecni byli W.K.Czarnik, K.Szurek, H.Gębołyś, E.Mateja, E.Matula i A.Czarnik. Na zebraniu tym podjęto decyzję o przeprowadzeniu w dniu 3.03.br. w sali Domu Rzemiosła zebrania otwartego, o czym ogłosiłem w 114 numerze „Solidarności Podbeskidzia” z 26.02.br.” ( cytat ze SPRAWOZDANIA z13.09.89.)

Było tak jak w cytowanym fragmencie SPRAWOZDANIA: co do dnia i miejsca postawiłem Komisję przed faktem dokonanym (pamiętam, że salę załatwił mi wtedy Stasiu Rydzoń, mój ziomek z Brzezinki, który był wówczas radcą prawnym rzemieślników oświęcimskich).


Zebranie otwarte 03.03.89.
Natychmiast po zebraniu udałem się do domu państwa Bargiełów (ona, późniejsza pani kurator; on , szef Bielskiego Komitetu Praworządności wydawca w/w pisma NSZZ „S” Regionu Podbeskidzia) w Bielsku-Białej, aby w „Solidarności Podbeskidzia” nr 114 zamieścić komunikat: „23 lutego w Oświęcimiu członkowie Solidarności Nauczycielskiej na spotkaniu założycielskim postanowili zorganizować w dniu 3 marca 1989r. otwarte spotkanie, zebranie nauczycieli celem reaktywowania „S” i wyboru władz.

Zebranie odbędzie się w Domu Rzemiosła w Oświęcimiu przy ul. Dąbrowskiego 13 o godz. 19.00. Szczegółowych informacji udziela Wiesław K. Czarnik zam. Oświęcim ul.XXX PRL 13/33 tel. 253-53”

Na w/w zebraniu otwartym utworzono Komitet Organizacyjny i powołano prezydium” . Tyle tylko, wraz ze zdaniem podkreślonym powyżej, poświęciłem temu zebraniu w SPRAWOZDANIU z 13.09.89.,a przecież było to pierwsze większe zebranie ( obecnych było 36 osób!) od ośmiu lat, od zebrania spr.-wyb. 22.09.81. Jest zachowany protokół i lista obecności, a także tekst wyrażający poparcie dla działań Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie – więc ograniczę się do jednego momentu, nie ujętego w protokole. Trzeba wspomnieć o utarczce słownej, jaka miała miejsce na tym zebraniu, sprowokowanej przez niejaką Żdanę Łukawiecką-Lassotę, żonę późniejszego prezydenta Krakowa, Lassoty. To osoba wywodząca się z kręgów KOR-owskich (poźniejszych unitów z ROAD-u, UD, UW), ludzi „kulturalnych i rozsądnych”, którzy doprowadzili Polskę do stanu „przedzawałowego”. Czyż przeszłość to nie dziś, tylko cokolwiek dalej? Genialny Norwid! Czyż dzisiaj, nie rozumiemy lepiej, dlaczego pani Łukawiecka narobiła nam tyle bajzlu !

A Mickiewicz? Cytowałem już jego wieszczenie: „po huku, po szumie, po trudzie...” Przyszła pani prezydentowa, zjawiła się w przeddzień zebrania otwartego i ...
Trzeci okres mojej kadencji (3.03.89. – 14.09.89r.)
„Na w/w zebraniu otwartym 3 marca 89r. utworzyliśmy Komitet Organizacyjny i powołaliśmy prezydium. Ze względu na trudności interpersonalne, na następnym zebraniu otwartym 16 marca, wybraliśmy nowe prezydium. Prócz mnie w skład jego weszły następujące osoby: K.Szurek, H.Gębołyś, J.Ferenc, A.Dziedzic, Jadwiga Toczek, Teresa Żyłka, Jadwiga Czerwienka, i Józef Dąbrowski.Kol. J.Dąbrowski zrezygnował z funkcji członka prezydium. Efektem działalności Kom.Org. jest liczba członków wynosząca – 157. Stanowi to w stosunku do liczby członków (nauczycieli z miasta i gminy Oświęcim) z r.81-go – 38% ( w stosunku do wszystkich członków z 81r. – 18,5%). Dla porównania, do oceny czy jest nas dużo czy mało, podaję, że w Bielsku w Solidarności Nauczycielskiej było na dzień 12.09. ok. 300 osób. (... ) Biorąc pod uwagę (... ), że nasza organizacja procentowo lepiej wypadła od bielskiej czy tarnowskiej, nie można powiedzieć, że jest nas mało.” Przytoczyłem ten fragment SPRAWOZDANIA dla zobrazowania, jakimi konkretami chciałem zniechęcić ( jak się okazało skutecznie ) „grupę rozłamowo-uzurpatorską” ( Łukawiecka, Krzysik, Bolek, Holly et consortes) do zarzucania mi, że jest nas mało, i że to moja wina. Teraz dodam dla uzupełnienia, że we wrześniu 89r. mieliśmy w Oświęcimiu niecałe dwa razy mniej członków (nauczycieli) niż w Bielsku, w mieście ponad cztery razy większym od Oświęcimia. Pamiętam, kiedy byłem u państwa Bargiełów 24 lutego 89r., liderka odradzającej się SN w Bielsku pochwaliła się, że skupia już... 15 nauczycieli. Ja zgromadziłem 3.03.89. 36 osób. Komentarz jest zbyteczny.

Jeszcze a propos „trudności interpersonalnych” , o których napomknąłem w SPRAWOZDANIU.

16 marca wspomniana grupa wystąpiła wobec mnie z votum nieufności. W wyniku głosowania tajnego, otrzymałem... votum zaufania. Nie wspomniałbym o tym, gdyby nie jeszcze jeden przykład na trafność genialnego spostrzeżenia myśliciela na temat przeszłości. Otóż był obecny na obu zrbraniach otwartych przedstawiciel Regionu Podbeskidzie, niejaki Wiesław Pyzio (prosiłem Region o przedstawiciela na 3.03.89., więc posłali Pyzio; nie zapraszałem na 16.03.89. przedstawiciela Regionu, ale przybył zaproszony przez grupę uzurpatorską... Pyzio) „Przeszłość to dziś...” Dzisiaj czytam w gazecie (Dziennik Polski z 9. IV.2004r) o pobiciu człowieka przez Wiesława Pyzio (pokazywanego na zdjęciu), komendanta Straży Miejskiej w Andrychowie. Człowiek przyzwoity, z zewnątrz, będąc na zebraniu 3.03.89., nie dałby się zaprosić ludziom o złych intencjach do mieszkania Krzysika, aby naradzać się z nimi przed zebraniem i być stronniczym na ich rzecz na zebraniu 16.03... czyli dawno temu w 1989r., czyli... w przeszłości.
Sprawy związkowe z trzeciego okresu mojej kadencji (3.03.89. – 14.09.89.)
„Jeżeli chodzi o składki, to wszyscy członkowie (oprócz emerytów i rencistów) mają portącenia z tego tytułu dokonywane przez księgowych w swoich placówkach.

Sprawa lokalu,(... )W najbliższym czasie ma być załatwione pomieszczenie tymczasowe.

Również wszystko jest na dobrej drodze do odzyskania naszego majątku w wysokości około 160 tyś. zł. zgromadzonego w PKO w 81r. zagarniętego przez ZNP po 13 grudnia.(...) (w załączeniu odpis pisma ZNP z 1983r. skierowanego do PKO o zagarnięcie kwoty z naszego konta i poparcie na piśmie ówczesnego Inspektora Oświaty i Wychowania w tej sprawie).”
Zebranie sprawozdawczo-wyborcze NSZZ „Solidarność” pracowników Oświaty i Wychowania 14 września 1989 roku
„Zamierzałem przekazać Państwu w tym sprawozdaniu wszystko to, co istotne ze względu na przyszłość naszej organizacji związkowej. Jej przyszłość jest ściśle związana z losem Solidarności, ta z kolei, jest potrzebna Polsce.

Na koniec chciałbym złożyć oświadczenie, że nie zanierzam kandydować na przewodniczącego Komisji Zakładowej NSZZ „Solidarność Pracowników Oświaty i Wychowania”.



Od 14.09.89. do 17.10.1990r.

Nowym przewodniczącym ( przy mojej niemałej kampanii na jego rzecz) został młody nauczyciel, Jacek Borkowski. W Komisji Zakładowej obok Jadwigi Czerwienki, Władysławy Domżał, Anny Dziedzic, Marii Grzybek, Krystyny Holly, Anny Pająk i Teresy Żyłki znalazłem się i ja, choć, pamiętam to dobrze, nie chciałem być dalej działaczem związkowym. Ze zdziwieniem patrzę na skład Komisji Zakładowej ( na kserokopi sprawozdania Jacka Borkowskiego za okres 14. 09.1989. – 17.10.1990). Zaiste, nie widzę w nim Jadwigi Bolek! A przecież dzisiaj jest ! Czyżby definicja poety...Nie, wszystko się zgadza - to już nie jest ta Solidarność, co kiedyś...Już w starożytności filozof (zdaje się Heraklit) zauważył, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki..

Sam od siebie napisał Jacek Borkowski w cytowanym sprawozdaniu: „Po interwencjach kol. Wiesława Czarnika i kol. Jacka Borkowskiego .uzyskano zwrot zagarniętych w 1982r. przez ZNP funduszy naszego związku, (...)”

Z działalności Komisji Zakładowej odnotował też: zorganizowanie „Spotkania nauczycieli z posłem na Sejm p. M. Caputą”. Mój Boże, toż to moja robota, nikt już nie pamięta celu tego spotkania z końca 1989r. lub początku 1990r. Efektem tego jak i następnego (kwiecień lub maj 90r.) spotkania z Włodzimierzem Paszyńskim, którego zaprosiłem, aby powiedział (bo sam już był założył) jak założyć społeczne liceum ,bo Caputa nie bardzo wiedział, było – założenie Społecznego Liceum Ogólnokształcącego Oświęcimskiego Towarzystwa Oświatowego w Oświęcimiu.

W sprawozdaniu czytamy: „Członkowie Kom. Zakł. Bardzo czynnie zaangażowali się także w zadanie przebudowy naszego kraju, podejując odważnie pojawiające się wyzwania, a w szczególności:


  • kol. Jacek Borkowski (przew. KZ) objął funkcję dyrektora Społecznego LO OTO w Oświęcimiu,

  • kol. Wiesław Czarnik – zajął się organizacją życia politycznego w naszym mieście ( nawet trafnie to ujął Jacek Borkowski, sam od siebie – dopisek mój ),

  • kol. Jadwiga Czerwienka – objęła funkcję Dyrektora Delegatury KO i W w Oświęcimiu,

  • kol. Halina Gębołyś (czł. Kom. Rew.) – objęła funkcję Wizytatora Delegatury”

Rzeczywiście trafnie to ujął, ale nie oddaje dramaturgii zmagań centroprawicy w 1990r. o właściwe zmiany polityczne w Polsce (uczestniczyłem w samym ich centrum – opis tych wydarzeń nie ustępowałby objętością niniejszemu). Dość napisać, że zmagania te zakończyły się fiaskiem ( osobną sprawą była jedyna udana zmiana ustrojowa – wprowadzenie w maju 90r. samorządu terytorialnego), a ja straciłem rok czasu (jako homo politicus – nic nie osignąłem, nawet radnym przez to nie zostawszy). Na pocieszenie dano mi stanowisko kierownika Wydziału Oświaty i Kultury, którego „piastowanie” mógłbym opiać w trzecim tomie („samorządowym”) nie mniej obszernym od „solidarnościowego” i „politycznego” Kiedy ostatnio, 4 czerwca, w rocznicę obalenia rządu Jana Olszewskiego dojeżdżałem samochodem do centrum Warszawy (al. Jerozolimskimi) i zobaczyłem jak obudowywany jest pałac kultury wyższymi od niego biurowcami pomyślałem, nie bez pewnego uczucia satysfakcji : coś podobnego udało mi się zrobić w Oświęcimiu – zlikwidować pomnik wdzięczności Armi Czerwonej (jego demontaż udało mi się sfinalizować w rocznicę rewolucji październikowej 7.11.91.) Kiedy szedłem w procesji Bożego Ciała pół roku później ul. Dąbrowskiego, pomyślałem: „jak dobrze, że już go tu nie ma.” Jeśli choć jedna osoba pomyślała wtedy podobnie, warto było...
To nie na temat ? – napiszę o tym w zakończeniu
Ocalić od zapomnienia (w 15 lat od powstania „Solidarności”)

W 1995 roku przeprowadziłem w Oświęcimiu ankietę opracowaną przez Papieską Akademię Teologiczną w Krakowie na temat „udziału Kościoła w ruchu „Solidarność ” w Archidiecezji Krakowskiej w okresie od powstania tego ruchu do 1989 roku”. W liście do ks. bpa Kazimierza pisałem: „Jak się dowiaduję od lic. fil. Stanisława Misiaka realizującego wspomniany program <tak się składa , że właśnie z Oświęcimia nie ma dotąd żadnych danych empirtcznych na ten temat.>

Dlatego też najuniżeniej proszę Jego Ekselencję o wypełnienie załączonej ankiety (...) Z góry dziękuję za ratowanie honoru Oświęcimia w tym temacie ( mam nadzieję, że drugą „połowę” ankiety za lata 85-89 wypełni ks. Prorok). Bo tu na miejscu, nie ma kto świadczyć o Prawdzie z niedawnej przeszłości, a myślę, że byłoby źle, gdyby w tej pracy znalazł się fałsz polegający na rzekomej nieobecności udziału Kościoła w ruchu „Solidarność ” w moim historycznym mieście Oświęcimiu.”

Otrzymałem piękną odpowiedź, którą zamierzam w całości przytoczyć we wspomnianym szkicu do książki „Solidarność Ziemi Oświęcimskiej”.



Odpowiedzi udzieliły też koleżanki z KOS-u: Krystyna Szurek, Halina Gębołyś i Ela Matulowa obok osób z szerokiego środowiska „Solidarności” (Antoni Chudy, Władysław Baruś, Stefan Lukesch, Kazimierz Bartuś, Krystyna Dąbrowska, Jan Górski ( „S” rolników indywidualnych), Andrzej Gołąb, Adam Kosycarz, Janusz Januszewski (emigrował przymosowo za ocean), Alina Janik i A. Krzysik, który przedstawił się jako założyciel KIK-u i „Związku Zawodowego – NSZZ „Solidarność” Oświaty w Oświęcimiu”).

Ocalić od zapomnienia c.d. (w 20 rocznicę „Solidarności”)
W roku 2000 urządziłem w OCK wystawę „20 lat „Solidarności””.W zakończeniu cytowanego już „Komentarza do wystawy” pisałem : „ Nie sposób powiedzieć wszystkiego o tej wystawie.Niżej podpisany chciał poprzez trud, serce i myśl jej poświęcone spłacić choć w części dług wdzięczności wobec Pani „S”, bo prawie wszystko Jej zawdzięcza”.
CZĘŚĆ CZWARTA – refleksje i spostrzeżenia
1. Przeglądając to co powyżej napisałem, zobaczyłem moją przemianę : od działacza „Solidarności”, poprzez jej funkcyjnego, do człowieka „Soldarności”. Usłyszłem ostatnio (z nagrań archiwalnych) z ust mec. Siły-Nowickiego: „„Solidarność” nie była ani związkiem zawodowym, ani stronnictwem politycznym, była ruchem społecznym”. Właśnie w takim rozumieniu pisałem o sobie jako działaczu „Solidarności”, o uczestniku wielkiego ruchu społecznego. Będąc działaczem „Solidarności”, byłem zawsze lojalnym członkiem, a tym bardziej, gdy byłem przewodniczącym NSZZ „Solidarność”. Ale działacz „Solidarności”, a dzisiaj człowiek „Solidarności”, to coś dużo więcej niż funkcyjny NSZZ „Solidarność” czyli „związkowiec”. Niezależnie od tego byłem od 14.11.1980. i jestem po dzień dzisiejszy członkiem NSZZ „Solidarność ” czyli człowiekiem „Solidarności” płacącym sładki na rzecz NSZZ „Solidarność ”.

2. Napisałem, że „przewodniczącym został (22.09.81.) W.K.Czarnik „człowiek z domu”, a nie ktoś obkuty w niuansach życia partyjnego czy związkowego”. Jerzy Jedlicki w książce „O wolności” opisał „ludzi z domu” jako „ludzi, których aspiracje zamykały się do niedawna w kręgu życia rodzinnego i zawodowego. Ci ludzie pchani potężnym impulsem masowego protestu i dążeniem do zmiany, stają się nieraz z dnia na dzień – działaczmi społecznymi oddającymi swój czas, energię i pomysłowość na rzecz kampani wyborczej albo pracy związkowej.”

3.Odpowiadając na wyżej postawione pytanie ( czy to aby na temat? ), to z punktu widzenia litery pisma Komitetu Organizacyjnego z lutego b.r. – to, co napisałem jest rzeczywiście nie na temat. Ale wtedy, gdyby brać tekst pisma dosłownie ( „... „Solidarność” w szkole, w której pan(i) pracuje lub pracował(a)” ) - moje wspomnienia ograniczyłyby się do dwóch z górą stronic. Stosując się ściśle się do litery pisma Kom. Org. byłyby to wspomnienia związkowca. Takie ograniczenie się nie miałoby większego sensu, nie służyłoby nikomu i niczemu, chyba, że grupie zadowolonych z siebie osób. Dlatego pisałem wspomnienia nie tylko z wydarzeń i faktów materialnych, ale opisywałem przeżycia, refleksje, starałem się ocalić od zapomnienia przede wszyskim historię myślenia i postaw ludzi z NSZZ „Solidarność ”.

Czy to miały być wspomnienia sentymentalne ? Zakładam, że nie, bo takie są bezwartościowe. Jan Paweł II powiedział do nas w 91r. : „...trzeba nam ogromnego wysiłku intelektualnego...” Odczytuję tę sekwencję jako potrzebę głębokiej refleksji, rzetelnej analizy i mądrych wniosków.


4.Nie żałuję wysiłku włożonego w to opracowanie, choć może być przyjęte ze wzruszeniem ramion,ale nic to! Dzięki niemu zrozumiałem, że naiwnością było oczekiwanie na zaproszenie mnie przez bliskich mi kiedyś ludzi z „Solidarności” nauczycielskiej, do powrotu do macierzystej organizacji w NSZZ „Solidarność ”. Obecni związkowcy w „Solidarności” nauczycielskiej są podzieleni w ocenie mojej roli, jaką odegrałem w swoim czasie w „Solidarności”. Możnaby rzec, że to jest ich problem, jeśli to w ogóle jest problem. Nie ma człowieka, nie ma problemu... Tym gorzej dla nich. Bo to nieprawda, że problemu nie ma. Bo „przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej”. Pięć lat temu organizację jubileuszu „S” wzięli w swoje ręce ludzie „Solidarności ”. Członkowie z Klubu Byłych Działaczy „Solidarności ”, czyli ludzie „Solidarności” utworzyli komitet organizacyjny - z ograniczoną do współudziału jedynie – rolą NSZZ „Solidarność”. Wypadło wspaniale, owocem obchodów była tablica pamiątkowa, na kościele pw. Wniebowstąpienia Najświętszej Maryi Panny, na której przeforsowałem wiekopomny tekst na miarę miasta, w którym żyjemy:

Dziękując Bogu Wszechmogącemu

za wielki pontyfikat Jana Pawła II

i dar „Solidarności”

w XX rocznicę jej powstania

w Roku Wielkiego Jubileuszu

SOLIDARNOŚĆ Ziemi Oświęcimskiej

Tablicę tę ufundowała 31 sierpnia 2000r.

Związkowcy chcieli umieścić na niej jakieś małe, karłowate zdanie, w którym miały być podziękowania dla wszyskich ludzi, którzy coś tam, coś tam itp. itd. Dobrze, że zdążyliśmy,ludzie „Solidarności”, bo tym razem organizację obchodów 25 rocznicy w swoje ręce wzięli już związkowcy, a więc NSZZ „Solidarność”.


Niniejszą rzecz dedykuję ciężko choremu bratu Zeniowi. Jestem pewien, że pojawiłby się na jego twarzy grymas zniesmaczenia, gdyby to była rzecz sentymentalna czy pompatyczna, łzawa czy tromtadracka. Na Jego ocenie mi zależy, nie na ocenie ludzi, którzy chcą się podobać światu. Osoba wymieniona w tym opracowaniu z imienia i nazwiska, kiedy dowiedziała się o Jego chorobie, ze łzami w oczach powiedziała: „widzę go jak dziś, na stoisku z książkami z drugiego obiegu na mieście...”. Jako człowiek „Solidarności” rozpowszechniał myśli antykomunistyczne...
w Oświęcimiu, w czerwcu 2005 roku Wiesław Konrad Czarnik

 zapisaliśmy je w „Kronice rodzinnej”

więcej o moim pochodzeniu, duchowym rodowodzie, poglądach i życiu można dowiedzieć się na stronach www.czarnik.prv.pl




 prawdopodobnie tylko mnie; dzisiaj jest już pod tym względem dużo lepiej, bo przeciwników socjalizmu w Polsce są już tysiące ( niestety, nie miliony ! ), wtedy – nieliczne tylko wyjątki

chodziło o radykalizm w podejściu do rozliczania komunistycznych kacyków i odchodzenia ze stanowisk ludzi nieudolnych lub nadgorliwych ideologicznie, sprawców wielu krzywd ludzkich i niegodziwości...




 są dwa protokoły z tego zebrania

 m.in. próbowałem zachęcić do zapoznania się z tezami zawartymi w niezwykle ważnym w tamtym czasie eseju Tomasza Wołka z kwatralnika z drugiego obiegu „Polityka Polska”: Jaka prawica jest Polsce potrzebna

 komunikat poprzedzony był nagłówkiem: SOLIDARNOŚĆ NAUCZYCIELSKA w OŚWIĘCIMIU

wszystkie cytaty w części trzeciej pochodzą ze „SPRAWOZDANIA PRZEWODNICZĄCEGO NSZZ „SOLIDARNOŚĆ” PRACOWNIKÓW OŚWIATY i WYCHOWANIA ze swojej działalności w okresie od 22.09.81. do 14.09.89.”











©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna