Motto: Zostałeś Mistrzem dla wielu



Pobieranie 122.89 Kb.
Strona1/3
Data08.05.2016
Rozmiar122.89 Kb.
  1   2   3
Nasz Bohater

Motto:


Zostałeś Mistrzem dla wielu

krzewiąc wśród słabych idee:

Wolności, Wiary, Nadziei i Miłości.

Niech one nadal nas utwierdzają
w przekonaniu,


że warto dla nich żyć i umierać.
Kapitan Tadeusz Paulone - bo o nim będzie mowa - jest naszym lokalnym i ogólnopolskim, ale znanym także w wielu innych krajach, bohaterem. W Polsce, niestety, co należy z przykrością stwierdzić, jego nazwisko i działalność prawie zatarły się w zbiorowej pamięci. Nasze media milczą na jego temat, a tylko wytrwałościi aktywności niektórych pracowników Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau zawdzięczamy fakt, że postać ta nie rozwiała się w narodowej świadomości jak dym z krematoryjnego pieca.

Szczególne słowa uznania należą się kustosz muzeum Auschwitz - Birkenau, pani Jadwidze Dąbrowskiej oraz dyrektorowi Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu – Leszkowi Szusterowi, którzy wraz z panią Zofią Posmysz starają się, by postać kapitana poznało jak najwięcej osób, a szczególnie młodzieży - tak polskiej, jak i z innych krajów. Organizują dla młodego pokolenia spotkania i warsztaty w MDSM, by zaszczepiać w nich wartości, jakimi wykazywał się Tadeusz Paulone. Motorem tych działań jest pani Zofia Posmysz, która jako więźniarka obozu bezpośrednio zetknęła się z nim. Te krótkie z nim spotkania wywarły na niej tak wielkie wrażenie, że uznała go za swego mistrza i to przeświadczenie towarzyszy jej po dzień dzisiejszy.

Poza tym cisza. Nie mówi się o nim w szkołach czy organizacjach młodzieżowych, nie obierają go na swojego patrona (chlubny wyjątek stanowi drużyna „Strzelca” w Tymbarku). Brak jego nazwiska w nazwach szkół, ulic, placów, itp. Nie wspomina się jego działalności w czasie uroczystości państwowych ani kombatanckich – tak, jakby w ogóle nie istniał.

A szkoda, gdyż dla wielu – a szczególnie dla młodzieży, powinien stanowić wzór człowieka – patrioty - żołnierza. To naprawdę postać, z której winniśmy być dumni i brać przykład w postępowaniu „na co dzień”. Jest bowiem niewątpliwie jednym z tych prawdziwych patriotów, którzy dla Ojczyzny nie szczędzą sił, nie unikają trudów, cierpień, a także, jeśli zachodzi taka konieczność, świadomie i dobrowolnie składają swe życie na Jej ołtarzu. Dlatego warto zapoznać się z tą postacią, brać z niej wzór i naśladować w swym codziennym postępowaniu - nie dla kariery, wygodnego życia, poklasku lecz dla wyższego celu, jakim jest dobro Ojczyzny. Usystematyzujmy więc to, co już o nim wiemy i starajmy się dowiedzieć jeszcze czegoś więcej. Wprawdzie materiałów, zwłaszcza pisemnych, jest niewiele, jednakże może ktoś postara się, by w archiwach odszukać więcej danych i na ich podstawie opracuje pełniejszą, prawdziwą postać tego bohatera, którego całe życie było wzorem, a jego ukoronowaniem dobrowolne oddanie swego życia na ołtarzu Ojczyzny.



Postać kpt. Tadeusza Paulone

Pierwszą wzmiankę o nim znajdujemy w artykule z procesu Hessa


„Bohaterska śmierć przywódców org. Wojskowej w obozie oświęcimskim”, zamieszczonym w „Ilustrowanym Kurierze Polskim” z dnia 29 marca 1947 r. Oto fragment tego artykułu (zatytułowany „Organizacja wojskowa”) : „W roku 1941 przybyła do obozu grupa oficerów z pułkownikiem Stawarzem i pułkownikiem Gilewiczem na czele. Ludzie ci zaczęli się skupiać, nawiązywać kontakty i udzielać sobie wzajemnej pomocy. Punktem centralnym, gdzie skupiała się organizacja była kartoflarnia. Na jej czele stał porucznik Paulony, używający pseudonimu Lisowski. Był on capo. Nazwa ta, która stała się uosobieniem czegoś nikczemnego, tutaj znalazła swoje najszlachetniejsze uosobienie. Komórka ta zaczęła ściągać do siebie coraz więcej ludzi (…). 11 października (1943) działacze grupy wojskowej zostali rozstrzelani. Pierwsza dwójka wyprowadzona na egzekucje, to byli mjr Dziuma (Dziama) i Lisowski. Dziuma zwrócił się do oprawców, by nie wiązali rąk, tylko traktowali ich jak oficerów, jak ludzi odznaczonych krzyżem Virtuti Militari. Wśród Niemców wywołało to zdumienie, a nawet ubawiło ich. Gdy strzelano do Dziumy, Lisowski wzniósł okrzyk na cześć Wolnej Niepodległej Polski.”

W „Gościu Niedzielnym” Nr 42 z 2006 r. jest artykuł Przemysława Kucharczaka pt. „Nachyl się, mistrzu”. Czytamy w nim: ”Dziś Dzień Papieski. Jana Pawła II miliony ludzi uważają za życiowego mistrza, jednak czy dziś żyją jeszcze na świecie ludzie, których można uznać za mistrzów i przewodników? „Niestety, większość mistrzów umarła” – napisał już w 1994 roku dominikanin Jan Kłoczowski. Jego tekst „Czas marnych mistrzów” ukazał się wtedy w miesięczniku „Znak” i zrobił na ludziach spore wrażenie. Ojciec Kłoczowski zauważył, że zamiast mistrzów wokół nas jest pełno idoli. A idole są zapatrzeni w siebie i nie mają żadnych uczniów, co najwyżej fanów”.

W tymże artykule wśród różnych komentarzy na ten temat, jest również wypowiedź Zofii Posmysz, której wyjątki podaję:

Zofia Posmysz-Piasecka, emerytowana dziennikarka z Warszawy, swojego mistrza spotkała w obozie Auschwitz. Widziała się z nim tylko trzy razy. To był kapitan Wojska Polskiego. Wydawał mi się człowiekiem niemłodym…uśmiecha się dzisiaj. Kapitan miał 34 lata, ona zaledwie 20. Ten człowiek w obozie nosił nazwisko Lisowski. Jednak naprawdę nazywał się Tadeusz Paolone. Miał trzycyfrowy numer obozowy, bo przybył do Auschwitz z pierwszym transportem z Tarnowa. Po wielu strasznych przejściach Zofia została „szrajberką”, czyli pisarką w kuchni. Jedna z esesmanek kazała wtedy Tadeuszowi, by nauczył Zofię prowadzenia ksiąg przychodów i rozchodów. Nie wolno było nam rozmawiać na inne tematy, więc zdania były rwane. Mimo to pozostały dla mnie drogowskazem na całe życie. Powiedział, żeby nie mieć nadziei. Tak, dobrze pan usłyszał! Niektórzy w Auschwitz łudzili się, że alianci nas stamtąd wyciągną. Ale taka złudna nadzieja tylko osłabia wolę walki. Tadeusz mówił, żeby skupić wszystkie siły na przeżyciu jednej następnej godziny. Ale nie za wszelką cenę! Jeśli się nie uda, to mam umierać tak, żeby śmierć potwierdziła sens życia – wspomina…. Dzięki mojemu mistrzowi zrozumiałam, że jest granica, której nie wolno przekroczyć, żeby nie stoczyć się moralnie. Ta zasada została mi na całe życie, obowiązywała też po wyjściu z obozu – mówi pani Zofia.



Co ukształtowało Tadeusza Paolone? Jak stał się mistrzem? – Był wielkim polskim patriotą…”

Z Włoch do Polski – rodzina Tadeusza

Opowiadanie o rodzinie Tadeusza Paulone nie jest długie i słabo poparte dokumentacją, ale na podstawie wywiadów i nielicznych dokumentów spróbuję przekazać, w miarę możności, jakąś logiczną całość.

Rodzina Paulone ma niewątpliwie korzenie włoskie. W pisowni tego nazwiska występują różne formy. I tak dziadek Tadeusza używał formy Paolone (Jan ur. 1858
w Quaiso, Włochy). Na dokumentach późniejszych (metryki chrztu w Nowym Rybiu) występuje pisownia Paolone i Paulone, natomiast rodzina osiadła w Argentynie używa nazwiska Pauloni. W księgach metrykalnych w parafii Nowego Rybia występują obie formy, jednakże w tutejszej okolicy powszechnie – tak w mowie, jak i w pisowni stosuje się formę Paulone i taka też będzie stosowana w tym opracowaniu.

Pradziadek Tadeusza, Jakub (Giacomo) Paolone, urodzony w 1806 roku, przybył do Polski z Włoch, najprawdopodobniej jako ochotnik wojskowy, w czasie Powstania Styczniowego. Tak twierdzą niektóre, niezwiązane ze sobą osoby, z którymi przeprowadzono wywiady, więc przyjmuję tę wersję za wiarygodną.

O udziale włoskich ochotników w działaniach powstańczych mówią różne źródła, np. w książce Stefana Kiniewicza „Powstanie Styczniowe” (PWN, Warszawa 1983) jest kilka wzmianek dotyczących współdziałania Włochów (Garibaldi, Mazzinii inni) z polskimi działaczami politycznymi i wojskowymi. Na str., 411 tego opracowania czytamy: „Był na zachodzie jeszcze jeden kraj – Italia – gdzie sympatia dla Polski była niemalże jednomyślna. Nie tylko dla mazzinistów i garibaldczyków, ale i dla umiarkowanych patriotów. Polacy byli niedawnymi sojusznikami, a sprawa ich solidarną ze sprawą Risorgimento. W ciągu lutego i marca we wszystkich większych miastach włoskich odbywały się propolskie wiece, zewsząd napływały składki, tysiące ludzi podpisywały petycje domagające się pomocy dla Polski.”

Gdzie i jak długo walczyli ochotnicy włoscy w polskim powstaniu, tego nie wiem. Pewnym jest jednak, że na skutek wewnętrznych tarć między przywódcami powstania nie było jedności w działaniach i oddziały powstańcze rozpraszały się. Sytuację taką opisuje również S. Kiniewicz, w w/w książce, na str. 436: „O świcie 19 marca Langiewicz opuścił obóz z niewielką konną eskortą pozostawiając rozkaz dzienny, w którym zapewniał „walecznych i wiernych towarzyszy broni”, że żegna sięz nimi tylko na dni kilkanaście. Tegoż dnia po południu przeprawił się przez Wisłę na stronę galicyjską i został aresztowany przez Austriaków. Mówiono wtedy powszechnie, że to mirosławczycy wskazali dyktatora austriackiej straży granicznej. Po wyjeździe Langiewicza oddział jego rozprzęgł się całkowicie. W ciągu paru następnych dni oficerowie na wyprzódki z żołnierzami, bezładnie przedostawali się na stronę galicyjską.”


W takich to prawdopodobnie okolicznościach Giacomo Paolone dostał się do zaboru austriackiego, gdzie został internowany (jak wielu innych powstańców), zaś po zwolnieniu pozostał na stałe w Galicji. Są to jednak tylko przypuszczenia, gdyż brak jakiegokolwiek dokumentu potwierdzającego ten fakt.

Rodzina Paolone - Paulone w Piekiełku

Nazwisko Paolone w okolicach Tymbarku – Piekiełka pojawia sięw drugiej połowie XIX wieku, wraz z pracownikami związanymi z budową linii kolejowej Chabówka – Nowy Sącz. Nosił je Jan Paolone, syn Jakuba i Marii Toffolo, urodzony w 1858 roku, ochrzczony w parafii Qualso (Włochy – distr. Udine). Z zawodu kamieniarz, pracował tu przy stawianiu przyczółków mostów i wiaduktów kolejowych. Jan widocznie dłużej zatrzymał się w okolicach Tymbarku, gdzie linia kolejowa przebiega przez rzekę Łososina i liczne, powiązane z nią potoki. Było więc dużo roboty kamieniarskiej. W trakcie tego pobytu poznał w Piekiełku pannę Marię Leśniak, z którą w dniu 27 lipca 1884 r. zawarł związek małżeński. Ich ślub odbył się w kościele parafialnym w Nowym Rybiu. Jak wynika z ksiąg metrykalnych oboje państwo młodzi w roku zawarcia małżeństwa, kończyli po 26 lat. Jan zamieszkał też na stałe w Piekiełku – na osiedlu, które nazwane zostało „Talianówka” - od Italii, skąd się wywodził. Nazwa osiedla pozostała do dnia dzisiejszego. Z małżeństwa tego urodziło się dwóch synów: Franciszek – urodzony 25 stycznia 1885 r. oraz Andrzej - urodzony 30 listopada 1886 r.

Jan Paolone zmarł 14 września 1934 r., zaś jego żona 5 stycznia 1941 r. Oboje spoczywają na cmentarzu parafialnym w Nowym Rybiu. Tam również spoczywa ich młodszy syn, Andrzej, który zmarł 21 grudnia 1954 r. Był on – jak odnotowano w akcie zgonu – „w nieznacznym stopniu niepełnosprawny w mowie i na umyśle”. Jednakże, według rozmówców, był inteligentny i bardzo grzeczny w stosunku do innych. Franciszek natomiast w styczniu 1908 r. zawarł związek małżeńskiz pochodzącą z Tymbarku Julianną Homa ,. W trakcie wpisywania aktu małżeńskiego nastąpiła pomyłka w pisowni nazwiska. Zamiast Paolone wpisano Paulone i od tego momentu rodzina Franciszka posługiwała się już tą formą. Jako małżeństwo państwo Paulone zamieszkali również w Piekiełku, gdzie prowadzili niewielkie gospodarstwo rolne. Na „Talianówce” wybudowali dom i oborę, w dużej części z kamienia, co w tamtych czasach nie było w tych okolicach powszechne. Mieszkali tam ponad 20 lat, tj. do czasu wyjazdu do Argentyny. Rodzina Tadeusza w Piekiełku tworzyła rodzinę włosko- polską podobno, jak wspominali sąsiedzi, z dominacją zwyczajów włoskich. Stosunki sąsiedzkie były jednak zawsze poprawne.

Lata dziecięce i wczesno młodzieńcze Tadeusza

Państwo Julianna i Franciszek Paulone - mieszkając w Piekiełku – mieli pięcioro dzieci. Byli to: Tadeusz – urodzony 23 lipca 1909 r., Edmund Paweł – urodzony 3 lipca 1912 r., Jan Eugeniusz – urodzony 24 stycznia 1914 r., Zdzisław – urodzony w 1919 r. i Emilia Marianna – urodzona 22 lipca 1921 r. W Argentynie urodziło się jeszcze dwóch chłopców: Eugeniusz – w 1931 r. i Emilio Luis – w 1933 r. Dzieci urodzone w Polsce młode lata spędziły w Piekiełku. Tu też uczęszczały do Szkoły Ludowej, w której nauka trwała 4 lata. Mieściła się ona w budynku karczmy Żyda Kaufmana. Uczył w niej tylko jeden nauczyciel, a patronem był św. Stanisław Kostka. Po ukończeniu szkoły ludowej chłopcy kontynuowali naukę w siedmioklasowej szkole powszechnej w Tymbarku. Mieszkała tam również rodzina Michała Kapturkiewicza, którego żoną była Maria, siostra pani Julianny Homa - Paulone. Będąc w szkole chłopcy często odwiedzali ciocię, zwłaszcza Tadeusz, który się z nią bardzo zżył. To ona miała największy wpływ na jego życiowe ukształtowanie. Właściwie traktowała go jak własnego syna. Była to prawdziwa więź rodzinna, która dotrwała do ostatnich dni jego pobytu w Tymbarku, w sercach zaś na pewno do końca życia obojga. To ona zachęcała go – chociaż on również tego pragnął – do kontynuowania nauki. Ona też zapewne zaszczepiła i utrwaliła w nim patriotyczne uczucia, jako Polaka. Nie widomo dokładnie co było powodem, że rodzina Tadeusza postanowiła opuścić Polskę i wyjechać do Argentyny. Można się tylko domyślać, że była to chęć poprawy sytuacji materialnej, gdyż w ówczesnej Galicji, a szczególnie w powiecie limanowskim, panowała ogromna bieda. Pisze o niej Orkan, który tak doskonale znał warunki życia mieszkańców tego regionu i opisał je np. w ”Komornikach”.



Niezależnie od przyczyny, faktem jest, że w roku 1926 Franciszek Paulone wyjeżdża do Argentyny, pozostawiając resztę rodziny w Piekiełku do czasu znalezienia odpowiedniej pracy i przygotowania mieszkania. Dowiadujemy się tego z „Karty wezwania” Wydziału Konsularnego w Argentynie, dotyczącej sprowadzenia tam żony Julii wraz z dziećmi. Z „Karty” tej wynika również, że Franciszek zamieszkał w miejscowości Florencja w prowincji Santa Fe, gdzie zatrudniony był jako murarz, zarabiając dziennie 8 dolarów, co dawało mu miesięczny dochód około 200 dolarów, a to gwarantowało mu utrzymanie rodziny. Decyzja Tadeusza o pozostaniu w Polsce nastąpiła prawdopodobnie dopiero przed samym wyjazdem. W „Karcie Wezwania” bowiem wpisane jest, że Franciszek pragnie sprowadzić „Żonę y pięcioro dzieci: Tadeusz, Zdzisław, Jan, Edmund i Emilja, zam. w Polsce”. Później nastąpiła jednak zmiana i na „Karcie” dokonano poprawki, skreślając z niej Tadeusza. Zachodzi pytanie dlaczego Tadeusz nie pojechał do Argentyny wraz z resztą rodziny? Odpowiedź otrzymujemy od p. Marii Pulit, córki Marii Kapturkiewicz, – cioci Tadeusza. „Kiedy nadszedł decydujący moment wyjazdu do Argentyny, Tadeusz ze łzami w oczach prosił mamę: „Ciociu, ja jestem Polakiem i chcę żyć w Polsce. Będę Ci pomagałi wszystko robił dla Ciebie, tylko pozwól mi pozostać. Nie będę dla Was ciężarem”. Na takie prośby ciocia nie pozostała obojętna. Z radością zgodziła się i przyjęła go do swego domu, traktując, jak własnego syna. Właściwie już wcześniej, mimo, że matka z rodzeństwem jeszcze nie wyjechali, Tadeusz już pomieszkiwał w Tymbarku, gdzie czuł się doskonale. Wcześniej też ciocia, pragnąc by chłopiec po ukończeniu szkoły powszechnej kształcił się dalej, w roku 1927 zapisała go do renomowanego II Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego w Nowym Sączu. Na czas nauki Tadeusz, jak wielu innych gimnazjalistów z prowincji, zamieszkał w Nowym Sączu na prywatnej stancji. Dojazd codzienny był wprawdzie możliwy, gdyż kursował pociąg relacji Chabówka – Nowy Sącz, jednakże zabierał zbyt dużo czasu. Korzystniejszym więc było korzystanie z prywatnej stancji, choć wiązało się to z dosyć dużymi kosztami. Ciocia jednak chętnie łożyła na kształcenie Tadeusza, mimo iż państwo Kapturkiewiczowie nie należeli do ludzi zamożnych. Często też ciocia – aby zaoszczędzić na kosztach przejazdu – pieszo wędrowała z Tymbarku do Nowego Sącza, by zanieść Tadeuszowi „coś do zjedzenia”. A droga nie była łatwa, częściowo kamienista, częściowo – przy skrótach – bez twardej nawierzchni i wynosiła około 30 km. Dzisiaj trudno w to uwierzyć. Jednak potwierdzeniem takich wędrówek rodziców do dzieci zamieszkałych na stancjach jest opis ks. Władysława Pachowicza z Zarąbek k/Tymbarku, zamieszczony w książeczce pt. „Matka” (Tarnów 1993). Tak więc Tadeusz został gimnazjalistą i w Polsce, a jego matka, wraz z pozostałym rodzeństwem, w roku 1929, wyjechała do męża w Argentynie, zaś gospodarstwo „Talianówkę” sprzedano sąsiadom, Józefowi i Aleksandrowi Smotrom oraz panu Bubuli. Tadeusz uczył się dobrze. Prawdopodobnie szczególnie interesował się historią, „wybierał” swych ulubionych, walczących o dobro Ojczyzny i pokonujących wrogów bohaterów, z którymi się identyfikował. Dyrektorem II Gimnazjum im. Króla Bolesława Chrobrego był wówczas Stanisław Serafin, cieszący się dużym autorytetem. To dzięki jego kierownictwu poziom nauczania i wychowania w tej szkole był wysoki. Sam, jako nauczyciel i kierownik tej placówki, był wymagający, ale sprawiedliwy. Cieszył się więc powszechnym szacunkiem w sądeckim środowisku. W roku 1931 młody Paulone kończy gimnazjum egzaminem maturalnym. Po otrzymaniu świadectwa dojrzałości wraca na krótko do cioci w Tymbarku, by nieco odpocząć. Ma już sprecyzowane plany dotyczące dalszego życia - postanawia podjąć zawodową służbę wojskową. Do rozbudzeniu zainteresowania wojskiem przyczynił się także brat jego mamy, kpt. Jan Homa – zawodowy oficer Wojska Polskiego. To on skierował Tadeusza do mieszczącego się w koszarach przy ulicy Kościuszki 5 Pułku Strzelców Konnych w Dębicy, gdzie w roku 1934, mianowany został podporucznikiem (Dziennik Personalny Ministerstwa Spraw Wojskowych Nr 12 – Warszawa sierpień 1934 r.)
Wojsko – miłość – wojna
Po mianowaniu, już jako oficer, Tadeusz Paulone przeniesiony został do Cieszyna, gdzie otrzymał przydział służbowy w 4 Pułku Strzelców Podhalańskich. W jednostce tej wykazał się wieloma zaletami, zwłaszcza karnością i dokładnością w wykonywaniu poleceń przełożonych, a także umiejętnością dowodzenia żołnierzami oraz przyjacielskim stosunkiem do wszystkich – tak przełożonych, jak i podwładnych. Był lubiany i szanowany, liczono się z jego uwagami. Nic więc dziwnego, że szybko awansował na stopień porucznika. Służąc w Cieszynie, w roku 1936 poznał Romę Sygnarską, córkę nauczycieli mieszkających pod Dębicą, która uczęszczała do gimnazjum w Cieszynie. Wkrótce uczucia ich przekształciły się w miłość głęboką i wzajemną. Dowiadujemy się o tym z listu pani Romy, jaki napisała do matki Tadeusza we wrześniu 1946 r., a więc 3 lata później po jego tragicznym rozstrzelaniu w obozie oświęcimskim. List ten jest obszerny i bardzo uczuciowy, dzięki czemu mamy możność poznania wielu epizodów z życia Tadeusza. Przytoczę jego fragmenty tematycznie związane z aktualnymi danymi o Tadeuszu. Pierwszy z nich opisuje poznanie i znajomość z Tadeuszem do czasu wybuchu wojny:

Chodziłam wówczas do ósmej klasy gimnazjalnej w Cieszynie, gdy w lutym 1936 roku poznałam Pani syna. Nie mogłam go nie pokochać – Miał coś czarującego w obejściu (…) a poza tym był człowiekiem nadzwyczaj uczciwym, bardzo dobrym i uczynnym, o prawym charakterze … Był ceniony w wojsku przez swych przełożonych (…) przepowiadano mu świetną karierę. Dość na tym, że nie widziałam poza nim świata. Nie wiem dlaczego pokochał mnie i on, ale pewnie wiedział, że jestem mu oddana i bardzo go kocham, bo było przecież mnóstwo kobiet ładniejszych i bardziej wartościowych ode mnie, które chętnie nazwałyby go „swym”.



Niestety, ja jestem biedna, a aby wyjść za mąż za wojskowego, który nie był kapitanem, trzeba było złożyć parę ładnych tysięcy w ministerstwie. Tak więc czekaliśmy: ja koło Dębicy, u moich rodziców, on w Cieszynie. Od czasu do czasu przyjeżdżał do mnie, a gdy ja miałam więcej wolnego czasu niż on, to z kolei ja jeździłam do Cieszyna. Opowiadał mi często o swych rodzicach w Argentynie (…) Opowiadał też o swym dziadku Włochu i o swej babci, która mieszka w Piekiełku. Babci posyłał co miesiąc pieniądze (…) Ale nie doczekałam się na ślub. Wybuchła wojna”.

To tyle, jeśli chodzi o ciekawy i pełen serca fragmentu listu p. Romy. Piękna to miłość i warta opisu – szkoda tylko, że nie doszło do szczęśliwego finału, jak to bywa w romansach lub bajkach. Widmo wojny było natomiast realne. W połowie 1939 roku nastąpiły nominacje oficerskie. Jan Homa, wujek Tadeusza – na stopień majora, zaś Tadeusz - na stopień kapitana. Radość wielka, gdyż teraz - jako kapitan – mógłby zawrzeć związek małżeński z ukochaną Romą. Radość jednak przedwczesna. 1 września Tadeusz, jako dowódca zwiadu konnego 4PSP w Cieszynie, wyrusza na front. Nie znane są szczegóły jego udziału w kampanii wrześniowej. Przeżył ją jednak zdrowo, bez odniesienia ran i uniknął niewoli. Natomiast jego wujek, Jan Homa, poległ na polu walki.

O dalszych losach Tadeusza dowiadujemy się nieco więcej, również dzięki kolejnemu urywkowi listu pani Romy: „10 września 1939 roku przyszedł do nas Tadzio zarośnięty (…) z dwoma kolegami w pełnym uzbrojeniu.(Niemcy byli tu już od trzech dni). Dom nasz stoi tuż przy szosie i baliśmy się Niemców. Przebraliśmy ich tylkow cywilne ubrania i tego samego wieczoru wywiozłam ich do znajomego leśniczego. Tam odpoczęli dwa dni i już w cywilu, ale z bronią w ręku (co groziło śmiercią), poszli za wojskiem, aby dołączyć do oddziałów. (To, że byli sami, to dlatego, że była jednodniowa bitwa, w której brali udział i zostali rozbici, zdołali uciec, a nie dostali się do niewoli.)”.

Z tych zdań wynika, że oddział Tadeusza został rozbity, a jemu i jego kolegom udało się umknąć i uniknąć niewoli. Po odpoczynku udali się w kierunku frontu, by kontynuować walkę. To im się jednak nie udało i wkrótce, jak pisze dalej pani Roma w swym liście: „Dokładnie po tygodniu wrócił do nas Tadzio. Rosjanie wkroczyli i nie było sensu iść dalej. Siedział u nas trzy tygodnie.”

Te trzy tygodnie to okres przygotowania do dalszego życia. Wraz z panną Romą snuli plany na przyszłość. Ponieważ w szkole, w której uczyli rodzice Romy, kwaterowało wojsko, zaś Tadeusz nie miał żadnych cywilnych dokumentów, pobyt w tej miejscowości stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Postanowiono więc, że wróci do Tymbarku, gdzie w sposobnym czasie zawrą związek małżeński. W Tymbarku, ze względów bezpieczeństwa, nie zamieszkał u cioci, której dom znajdował się tuż przy szosie relacji Mszana Dolna – Limanowa – Nowy Sącz i wjeździe do Tymbarku od strony południowej, lecz w tzw. „Starym Dworze”, u Mariana Prökla - administratora miejscowych dóbr ziemskich Zofii Turskiej. Wcześniej jeszcze, z tych samych powodów, przez krótki czas ukrywał się na terenie Rabki, w willi inż. Antoniego Grochowolskiego. Mieszkając tam nawiązał kontakt z majorem Franciszkiem Galicą, szefem tworzącego się na tamtejszym terenie Ruchu Oporu.
Okupacja - początek tworzenia komórek Ruchu Oporu
W Tymbarku zjawił się pod koniec października i został zatrudniony (fikcyjnie) przez dziedziczkę tutejszych dóbr ziemskich, panią Zofię Turską, na stanowisko gajowego lasów dworskich pod górą Mogielica. To dawało mu dużą możliwość, stosunkowo łatwego i bezpiecznego, kontaktowania się z innymi oficerami WP, z którymi zaczął organizować w terenie tajne komórki ruchu oporu.

W pierwszych dniach stycznia 1940 r., dzięki pracownikom Urzędu Gminy w Tymbarku, a szczególnie Michałowi Macko, Tadeusz Paulone otrzymał nowe dokumenty na nazwisko „Tadeusz Lisowski, urodzony w miejscowości Krzywczyce koło Lwowa, dnia 23 lipca 1909 r.” Na takie też dane Podhalańska Spółdzielnia Owocarska w Tymbarku wydała mu fikcyjny dokument, że jest zatrudniony w niej jako zbieracz ziół i runa leśnego, co stwarzało mu możliwość stosunkowo swobodnego poruszania się w terenie.

6 stycznia 1940 r., w znajdującym się naprzeciw kościoła domu Stanisława Pyrcia w Tymbarku, zorganizowano pierwszą formalną komórkę konspiracyjną, pod przewodnictwem kpt. Tadeusza Paulone.


  • W jej skład weszli:

  • kpt. Tadeusz Paulone - ps. „Lisowski „

  • por. Szymon Pyrć – ps. „Jaskółka”

  • Władysław Duchnik – ps. „Duchniewski”

  • Józef Kulpa – ps. „Owoc”

  • Andrzej Kruczyński – ps. „Horodenko”

  • Michał Macko – ps. „Ryszard”

  • Adam Niesiołowski – ps „Gawin”

  • Franciszek Sojka –ps. „Kajos”

  • Antoni Surdziel - ps. „Dzik”

  • Jan Zapała – ps. „Osa”

  • dwaj bracia Kołowscy (Zbigniew, imię drugiego jest nieznane)- siostrzeńcy żony p. Prökla.

Wszyscy złożyli przysięgę na krzyż, wypowiadając tekst:

Wobec Boga Wszechmogącego i Najświętszej Marii Panny Królowej Korony Polskiej kładę swe ręce na ten święty krzyż – znak nadziei i zbawienia – i przysięgam być wiernym Rzeczypospolitej, stać na straży Jej honoru i Jej wyzwolenia. Walczyć ze wszystkich sił, aż do ofiary samego życia. Przysięgam – Prezydentowi Rzeczypospolitej oraz Naczelnemu Wodzowi i jego rozkazom oraz wyznaczonemu Komendantowi będę bezwzględnie posłuszny, a tajemnicy niezłomnie dochowam, cokolwiek by mnie spotkać miało. Tak mi dopomóż Bóg!”

Dokonanie tego aktu potwierdzili wszyscy swymi podpisami na tylnej stronie jednego z obrazów religijnych, znajdujących się w mieszkaniu Stanisława Pyrcia.

Tak rozpoczęła się oficjalna działalność Ruchu Podziemia na Tymbarskiej Ziemi. Oczywiście, miała ona miejsce już wcześniej - przecież już 11 grudnia 1939 r., we dworze Zofii Turskiej, major Szyćko, ps. ”Wiktor”, wraz z porucznikiem Janem Cieślakiem, ps. „Maciej”, przyjęli przysięgę od rodziny Zofii Turskiej i niektórych pracowników dworu. Poza por. Zbigniewem Kołowskim, Paulone współpracował jeszcze z kilkoma innymi oficerami z Cieszyna, którzy również działali w tajnej organizacji.

Posiadali radio oraz wydawali tajne biuletyny” – pisze p. Roma w swym liście do matki Tadeusza, opisując tworzenie podziemnej organizacji zbrojnej, na terenie Beskidu Wyspowego. „Wreszcie przyjechał do mnie ze swoim kolegą Kapura Sergiuszem z wiadomością, że niestety trzeba będzie zostać w kraju i że Tadzio obejmuje do zorganizowania powiat sądecki i za dwa tygodnie tam wyjedzie. Ewentualnie mieliśmy się pobrać i ja miałam przyjechać do niego. W niedzielę ja pojechałam do Tarnowa i dowiedziałam się, że Tadzia już nie ma, że szli kurierzy na Węgry i zabrali się wszyscy z nimi (za kilka dni dostałam od Tadzia pożegnalną kartkę z Krakowa). W ten sam wieczór wrócili z Zakopanego por. Kapara i por. Kołowski, bo okazało się, że wiadomość była fałszywa i oni mają za mało złota. Zebrali co mogli i na drugi dzień wyjechał z powrotem do Tadzia, jednego majora i trzech kurierów, którzy czekali w Zakopanem. Niestety, już ich nie zastali, bo ktoś wydał i musieli wyjść. Po dwutygodniowym błąkaniu się po lasach por. Kołowski i por. Kapura przyszli wychudzeni z powrotem do Tarnowa. (Por. Kołowski wraz ze swym bratem i około 60 ludźmi organizacji tarnowskiej został w październiku 1940 aresztowany i wywieziony do Oświęcimia, gdzie w 1941 r. wszyscy zginęli). Myśleliśmy, ze Tadziowi się udało i czekaliśmy wiadomości z Węgier. Tymczasem 27 maja 1940 r. dostaję kartkę, żeby przyjechać. Otóż okazuje się, że wszystkich złapano na Słowacji. Trzech kurierów, którzy mieli ze sobą różne rzeczy rozstrzelano na miejscu, majora i Tadzia wsadzono do więzienia, z którego wyłamali drzwi i uciekli. Następnie złapano ich i znowu wsadzono, potem przewieziono do Muszyny, Nowego Sącza, Nowego Targu i do Tarnowa.”

Tak przedstawia aresztowanie Tadeusza jego narzeczona, a tak epizod ten wspomina rodzina i jego znajomi z Tymbarku:

Kapitan Paulone działał bardzo aktywnie, jednakże był żołnierzem „ z krwi i kości” i dlatego praca konspiracyjna w ukryciu nie dawała mu zadowolenia. On pragnął walczyć, jak przystało na żołnierza – otwarcie, z bronią w ręku. Postanowił więc przedrzeć się przez kordon graniczny i dotrzeć do tworzącej się Armii Polskiej na Zachodzie, której organizatorem i naczelnym wodzem był generał Władysław Sikorski. Rozpoczyna więc odpowiednie przygotowania – rozpoznanie terenu i możliwości przekroczenia granicy. W lutym robi już osobiste przygotowanie do wymarszu. Znów pojawia się u cioci Kapturkiewicz, która pomaga mu w skompletowaniu ekwipunku. W daszek czapki wszywa prawdziwe dokumenty. Fałszywe natomiast mają mu służyć jedynie „na wszelki wypadek” – w czasie przekraczania granicy Wreszcie nastąpiła najcięższa chwila tak dla Tadeusza, jak i jego najbliższych – chwila pożegnania. Był to moment bardzo czuły, a zarazem bolesny – wszyscy bowiem podświadomie przeczuwali, że jest to ich ostatnie spotkanie. Ciocia, ze łzami w oczach, błogosławiąc go na drogę, czyni znak krzyża świętego na czole i szepce modlitewne błaganie o szczęśliwą drogę, gorąco całuje jego czoło. Tadeusz równie gorąco całuje ręce cioci, dziękując za wszelkie dobro, jakie mu wyświadczyła w życiu i przeprasza za wszystkie kłopoty i zmartwienia, jakie jej sprawiał swoją obecnością i prosi o pamięć w modlitwie. Ciocia wręcza mu jeszcze specjalny kawałek chleba, tzw. „ułomek”, aby mu nigdy chleba nie brakowało (taki jest bowiem zwyczaj w tej okolicy.) Tadeusz ruszył w świat – „w nieznane”.




  1   2   3


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna