Mówiłeś, jak Nietzsche, że mógłbyś uwierzyć tylko



Pobieranie 414.01 Kb.
Strona1/5
Data01.05.2016
Rozmiar414.01 Kb.
  1   2   3   4   5
Pilar Urbano

CZŁOWIEK Z VILLA TEVERE

JOSEMARÍA ESCRIVÁ, OD ŚRODKA

Z języka hiszpańskiego przełożył Bronisław Jakubowski



Mówiłeś, jak Nietzsche, że mógłbyś uwierzyć tylko


w Boga, który umie tańczyć”.

A zatem zapewniam cię, że umie:

znam człowieka, który tańczył z Bogiem.

Jeżeli nie podano inaczej, wszystkie cytaty z Pisma Świętego pochodzą z Biblii Tysiąclecia, wydanie czwarte, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań 1991



ROZDZIAŁ I
Portret en face

Okolice Segovii, Molinoviejo. Jest wrzesień tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego szóstego roku. Jesień i złociste topole. W domu rekolekcyjnym, w czytelni, Luis Mosquera zaimprowizował swoją malarską pracownię. Wyjątkowo, „absolutnie wyjątkowo… dlatego że interesuje mnie ta osobistość” zgodził się na namalowanie portretu poza swoją pracownią dojeżdżając każdego ranka z Madrytu. Również portretowany musiał pokonać swoją niechęć do bezczynnego pozowania dwa razy po pięć… „przez dziesięć sesji, jakbym był artystą filmowym!”

Mosquera chciał więcej czasu: „Potrzebuję dwa razy więcej, trzy razy więcej sesji… Jestem powolnym malarzem… Myślę dużo nad każdym pociągnięciem pędzla”. Ostatecznie dochodzi do ugody – pięć sesji po dwie i pół godziny.

Mosquera wie, że w tej sytuacji strój portretowanego będzie niewdzięczną trudnością. Mons. Escrivá nosi czarną sutannę, której jedyną ozdobą jest długi pionowy rząd guzików, a jedynym kontrastem – krótkie białe fragmenty koloratki i wystające mankiety.

Wszelkie ożywienie obrazu musi pochodzić z twarzy i dłoni. Tutaj należy utrwalić wyraz twarzy, charakter, ucieleśnienie osobowości, która jawi mu się żywa, bogata w odcienie, o niepowtarzalnym kształcie. Tutaj musi narysować dojrzałego człowieka, który jednak tryska młodzieńczym zapałem. Zahartowanego w bólu ascetę a przy tym człowieka wesołego. Człowieka o duszy w głębi kontemplacyjnej, którego krew tętni jednak z mocą w żyłach. Intelektualistę pozbawionego oziębłości. Eleganckiego, ale bez strojności. Prostego, ale nie prostackiego. Przystępnego, ale bez spoufalania się. Poważnego, a przy tym z uśmiechem, pogodnego, chociaż pełnego siły. Człowieka spokoju. A przy tym wszystkim wojownika. Wystarczy na niego spojrzeć. Wysunięty i krągły podbródek znamionuje upór. Wąskie wargi o wyraźnych kącikach zdradzają niezłomność i panowanie nad sobą. Obszerne zmarszczki na czole, niczym mewy z rozpostartymi skrzydłami, od skroni do skroni ukazują wzniesienia wyraźnie poorane minionymi (a może obecnymi?) cierpieniami. Tak, malarz wie, że ma do czynienia z postacią o potężnych przeciwieństwach.

Przez długą chwilę powraca wciąż do drobnego, ale upartego dylematu: po kapłańsku męski czy po męsku kapłański? Wreszcie nabierając swoimi pędzlami sjenę i ochrę, ziemię i ciało, rozstrzyga: „Kapłan na męskiej podbudowie”.

Mosquera studiuje te dłonie. Unerwione. Silne. Zręczne. Wyraziste. Wyobraża sobie, że nieskończenie wiele razy trzymały wieczne pióro, że przesuwały paciorek za paciorkiem wiele różańców, że sprawowały dzień po dniu przez tyle lat chrześcijańską tajemnicę Eucharystii… To dłonie rzemieślnika, pracowite dłonie, dłonie stworzone do starannej pracy. Artysta zastanawia się: „coś jak dłonie garncarza”. I pragnie zanurzyć swój pędzel w glinie.

W całym obliczu dominują trzy cechy. Inteligencja, owszem. Sympatia… czy może raczej intensywna zdolność komunikacji? I trzeci, głęboki i subtelny element, który umyka malarzowi i który będzie stanowił dla niego pasjonujące wyzwanie w ciągu pięciu sesji. To trzeci czynnik, prosty i złożony, bardzo trudny do uchwycenia i określenia, ale jest tam, bardziej wyczuwalny niż oczywisty, od pierwszej chwili, w której co rano, o jedenastej, wobec jesieni i złocistych topól, malarz staje z twarzą w twarz z portretowaną postacią.

Będzie odkrywał go stopniowo, obserwując w ciszy, wnikliwie badając jego cechy, słuchając, jak podczas pozowania mówi, albo czując, jak przeszywa go jego spojrzenie…

To spojrzenie bardzo go interesuje. W odróżnieniu od tak wielu innych wydaje się ono wydobywać światło ze środka na zewnątrz. Jak autentyczne rosyjskie ikony, nasycone światłem znajdującego się wewnątrz złota. To spojrzenie… należałoby powiedzieć, że zamiast odbijać obrazy z obcego otoczenia, wypowiada nie wiadomo jakie przesłania ze swojej własnej głębi. To spojrzenie uważne, ale nie dociekliwe, nie ciekawskie, nie badawcze, nie natarczywe. Spojrzenie, które paradoksalnie widzi… ale nie patrzy! Te małe, żywe oczy krótkowidza, mają rzadką cechę przechodzenia przez to, co bliskie, jakby śledziły odległy horyzont, równocześnie składając raport z największej bliskości. Mosquera zdaje sobie wówczas sprawę z zagadki odległości. To tak jakby oczy pozostały gdzieś tam z tyłu, pełne szacunku i cofnięte, a równocześnie wybiegały naprzód, pokonując granice, żeby wyjść na spotkanie tego, kto jest naprzeciwko.

Dopiero na koniec malarz dowie się, że istota, sekret mieści się nie tyle w oczach, co w zdolności przeniesienia na płótno tego niezwykle szczególnego spojrzenia – spojrzenia szczególnego poszukiwacza przygód, cierpliwego robotnika, który wypływając wciąż na pełne morze, patrzy na gwiazdy i śledzi oceany. W jakim porcie, na jakiej plaży, na jakiej łodzi widział on przedtem to spojrzenie spod wpółprzymkniętych powiek, głębokie i szczerze uważne rybaka, który patrzy w dal?

Są świadkowie tych scen: Álvaro del Portillo, Javier Echevarría, Florencio Sánchez Bella, Emilio Muñoz Jofre, Alejandro Cantero… Jeden z nich zrobił w tych wrześniowych dniach następujące zapiski:

„Dla lepszego wykonania portretu, Mosquera nalegał, żeby Ojciec mówił podczas pozowania. Wczoraj było nas wielu w czytelni. Ojciec podtrzymywał miłą rozmowę, przyprawioną dobrym humorem. Zwracał się do nas wszystkich, którzy towarzyszyliśmy mu z zainteresowaniem. Jednak w miarę, jak mijał czas, jego słowa kierowały się w szczególny sposób do Mosquery. Ojciec jest „posłusznym modelem”, jak mówi malarz. Na jego wskazówkę krzyżuje ramiona i utrzymuje ten statyczny gest, niemal wstrzymując oddech. Później, kiedy Mosquera mówi „już, starczy”, ponownie podejmuje w naturalny sposób rozmowę, nie zmieniając jednak miejsca ani pozycji […]. Dzisiaj zostałem sam na sam z malarzem i ojcem w jednym rogu pokoju, podczas sesji. Ojciec mówi do Mosquery w bardzo osobisty, bardzo bliski sposób. Zwraca się do niego per „ty” i nazywa go po imieniu – Luis. Bardziej niż jego talent chwali nadzieję, jaką wkłada w swoją pracę. Stąd przechodzi do tłumaczenia mu, jak może zrobić ze swojej sztuki „coś świętego, coś ludzkiego i Bożego”. Następnie, prostymi i bezpośrednimi słowami mówi mu, czym jest Opus Dei. I ze wzruszającą szczerością oznajmia malarzowi, że Bóg zechciał użyć go jako narzędzia, aby organizował Dzieło na świecie. Później, podkreśla z mocą, z przekonaniem, że uważa się za „nieużyteczne i głuche narzędzie”, że uważa się za „pełnego nędzy”, „zdolnego do wszystkich błędów i wszystkich okropności”, ale równocześnie pragnie tylko miłować w szalony sposób Jezusa Chrystusa.

Ojciec mówi przez ponad pół godziny. Ja w ciszy z mojego kącika wykorzystuję każde jego słowo, żeby odbyć tego poranka moją osobistą modlitwę.

Malarz wykonuje swoją pracę, skoncentrowany i uważny. Widać, że jest wzruszony, porażony tą wypowiadaną na głos modlitwą Ojca.

Nagle Ojciec milknie. Nastaje cisza. Mosquera, nie przestając mieszać barw na palecie, zaczyna mówić o artystycznym życiu bohemy, o emocjach i pasjach, o swoim niedawnym małżeństwie, o swoim laickim wychowaniu, o swoich rzadkich praktykach religijnych… Czuje się poruszony i otwiera swoją duszę, przy czym nie przeszkadza mu, że ja też tam jestem. Ojciec przerywa, wychwalając sztukę malarską. Umyślnie pragnie uniknąć tego strumienia zwierzeń. Po zakończeniu sesji, kiedy Mosquera poszedł, Ojciec mówi do mnie: «Widziałeś? Gdybym mu nie przerwał, wyspowiadałby się nam publicznie»…”1

Wiele miesięcy później, po ukończeniu portretu2, już w swoim madryckiej pracowni przy ulicy Doctor Arce, Luis Mosquera przestał mieć wątpliwości dotyczące trzeciego czynnika, który wprawiał go w niepokój. Tego, co go przyciągało, co go zniewalało, co nie przestawało tryskać z jego palety i co rzucało niewiarygodne wyzwanie jego pędzlom… Otóż można malować światło i ciemność, nieprzezroczystość i przezroczystość, radość i ból, bogactwo i biedę, ład i chaos, łagodność i szorstkość… Wszystko to są ryzykowne i trudne ćwiczenia, które można jednak wykonać posługując się zręcznością. Jednakże, któż odważy się namalować łaskę? Jakimi kolorystycznymi środkami można opisać to tajemnicze połączenie między gliną a łaską, jakim jest świętość?

Podczas pięciu sesji w Molinoviejo artysta przeczuwał, domyślał się i namacalnie przekonywał, że ten ksiądz, który przed nim siedzi, jest czymś więcej niż hierarchą, czymś więcej niż kanclerzem, czymś więcej niż założycielem, czymś więcej niż wybitną osobistością. Jest czymś więcej i jest kimś innym: jest rasowym świętym. Był gliną i łaską, świętym od stóp do głów, ale na ludzkiej podbudowie.



ROZDZIAŁ II
Na pokładzie J. J. Sistera. Dzieła Boże nie mogą siedzieć z założonymi rękami. Przed Spiżową Bramą. „Ja nie odpowiadam za jego życie”. „Czy okaże się, że jestem hochsztaplerem?”

Oparci łokciami o starą balustradę statku J. J. Sister na lewej burcie, kapłan Josemaría Escrivá de Balaguer i młodziutki wykładowca historii prawa José Orlandis, członek Opus Dei, wciągają pełnymi płucami łyk morskiego powietrza. Spoglądają na siebie i uśmiechają się. Obok nich jakiś pasażer komentuje: „Po burzy nadchodzi spokój”. Tym razem ten stereotyp jest wiernym opisem sytuacji. Przeżyli dwadzieścia godzin strasznego sztormu. Niewielki pocztowy parowiec był wstrząsany gwałtownym wiatrem północnym, który dmuchał od strony Zatoki Lwiej. J. J. Sister, cieszący się sławą skoczka i tancerza, utrzymał swoją banderę wobec wichru i fal morskich, chociaż naczynia i szkło z mesy zostały rozbite na kawałki, fale zmywały pokład, meble w kabinie przemieszczały się z jednego końca na drugi… Wszyscy pasażerowie i załoga, począwszy od kapitana a kończąc na ostatnim majtku, odczuli spustoszenie, jakie czyni morska choroba. Gdy burza szalała w całej pełni, Josemaría Escrivá powiedział z dobrym humorem do José Orlandisa:

– Wiesz co ci powiem? Powiem ci, że jeśli pójdziemy na dno i zjedzą nas ryby… Perico Casciaro nie będzie już nigdy w życiu jadł dorszy!1

Wkrótce potem Ojciec nawiązał do przyczyny, istotnej przyczyny, tej ryzykownej podróży:

– Trzeba było widzieć, jak diabeł zanurzył ogon w Zatoce Lwiej! Widocznie wcale mu się nie podoba, żebyśmy dotarli do Rzymu!2

Jest piąta po południu, upalny czerwcowy dzień, sobota, 22 czerwca 1946 roku. Słońce świeci pionowo, ale bryza na pełnym morzu sprawia, że pobyt na pokładzie jest przyjemny. J. J. Sister płynie na linii zachód-wschód z Barcelony do Genui. Nagle wody znowu się burzą. Wśród pasażerów pojawia się na chwilę niepokój.

– Co się teraz dzieje…? Znowu sztorm?

– Nie, to stado młodych wielorybów…

Kapitan patrzy jeszcze przez lornetkę, kiedy dostrzega metaliczny groźny zarys ogromnej miny, unoszącej się w pobliżu dziobu. Niewiele ponad rok wcześniej zakończyła się druga wojna światowa i nierzadko można natknąć się na „pamiątki” tego rodzaju. Statek wykonuje zwrot w prawo i omija minę.

Wydaje się, że wreszcie wszystko się uspokaja. Escrivá i Orlandis kierują wzrok ku tajemniczej linii horyzontu. W oddali widać piękne, zamglone, odległe wybrzeże francuskie. Rodzą się zamyślone i milczące wspomnienia.

Trzy lata wcześniej inny młody członek Opus Dei Álvaro del Portillo pokonywał tę samą trasę, ale samolotem i podczas wojny. Jego towarzysze podróży byli sympatycznymi, acz nieco dziwacznymi włoskimi aktorami. Podczas lotu wiele myśliwców pojawiało się nad pokonywaną przez nich przestrzenią powietrzną i gradem kul usiłowało zniszczyć jakiś statek… znajdujący się dokładnie pod nimi. Członkowie trupy, bardzo przestraszeni, krzyczeli:

Mamma mia, c’è molto pericolo! Affoghiamo tutti!*

Jednakże Del Portillo pozostał niewzruszony: „Miałem pewność, że nic się nie stanie: przewoziłem wszystkie papiery…”3 Tak, rzeczywiście, wiózł ze sobą wszystkie papiery, wszystkie dokumenty, które miał przedstawić w Stolicy Święte, aby otrzymać nihil obstat, zielone światło dla diecezjalnego erygowania Dzieła. W owym czasie Opus Dei posiadało tylko bardzo okolicznościową aprobatę – rodzaj listu żelaznego wydanego przez biskupa Eijo y Garay, ordynariusza Madrytu i Alcalá de Henares, który pozwalał Opus Dei na działalność w ramach „stowarzyszeń pobożnych”. Było to absolutnie niewystarczające dla powszechnego wymiaru, jakiego domagała się natura Dzieła.

Owego czerwcowego dnia 1943 roku, kiedy Papież Pius XII przyjął Álvaro del Portillo na audiencji, ten ostatni nie był jeszcze wówczas wyświęcony na kapłana. Del Portillo stawił się przed Spiżową Bramą odziany w mundur inżyniera dróg, z tak bogatym szamerunkiem i galonami, że halabardnicy Gwardii Szwajcarskiej stają przed nim na baczność i prezentują broń. Bez wątpienia biorą go za marszałka polnego albo za admirała… Choć faktycznie, jakiś strasznie młody.

Stolica Święta przyjęła nie tylko dobrze, ale wręcz „z entuzjazmem” zadania apostolstwa i uświęcania się we własnej pracy zawodowej, które Opus Dei planuje pragnąc rozprzestrzenić się na cztery strony świata. Zaś w kilka miesięcy później, 11 października, Kościół odnosi się do Dzieła, deklarując, że w tej duchowości nie ma niczego, co nie mogłoby być pobłogosławione i co nie powinno być wspierane przez papieża. To nihil obstat. Istotny krok, ale tylko jeden krok długiej i trudnej wędrówki po nużącej drodze prawnej, w którą trzeba włożyć tak wiele modlitw, tak wiele pracy, tak wiele starań, tak wiele wysiłków i tak wiele cierpień założyciela Opus Dei i wszystkich ludzi z Dzieła.

Rozpoczęło się wówczas stawianie na nadzieję, które miało potrwać czterdzieści lat. Chodziło o wędrówkę przez pustynię, ale radosną wędrówkę przez żyzną pustynię, w której rok po roku powołania były liczone w tysiącach.

Każde stulecie ma swoją śmiałość. Zaś każda śmiałość reprezentuje nieustraszony człowiek, który idzie przodem. Josemaría Escrivá był jednym z największych śmiałków XX wieku. Z przekonaniem, że towarzyszy mu rzeczywiste pragnienie Boga, odważył się na rewolucyjną nowość Dzieła. Odkrycie, nieoczekiwane spotkanie, które w rzeczywistości już miało miejsce. Stare? Nowe? Pulsujące jak Ewangelia. Jednakże trzeba było powołać to dzieło do życia i sprawić, aby przemieszczało się ulicami świata i tam żyło, przy czym jego jedyną granicą miała być wolność.

Opus Dei jak każda autentyczna rewolucja powraca do korzeni. Łączy dzisiejszych mężczyzn i kobiety z tymi obywatelami pierwszych godzin chrześcijaństwa, którzy osiągnęli świętość w swojej pracy i w stanie świeckim, żyjąc pośród świata. Opus Dei niczego nie wymyśla. Odkrywa na nowo w równie prosty, jak radykalny sposób, że chrześcijaństwo jest zaczynem, który musi zapładniać i przekształcać świeckie społeczeństwo od środka zwracając ku Bogu wszelką czystą i uczciwą ludzką działalność.

Tak po prostu. Tak subtelnie. Chociaż nie tak łatwo.

Opus Dei istnieje, żeby służyć Kościołowi „tak, jak Kościół chce, by mu służono”. Dlatego trzeba, żeby ta szczególna duchowość miała odpowiednie ramy prawne, które może jej nadać tylko Kościół. Jednakże ta aprobata kanoniczna nie powinna wypaczyć jej świeckiego charakteru ani podcinać jej skrzydeł rozpostartych na całym świecie. Tutaj zaś pojawia się trudna równowaga między różnymi rodzajami wierności, pośród którymi musi balansować Josemaría Escrivá do ostatniego dnia swojego życia jako wierny syn Kościoła i jako wierne narzędzie założycielskie Dzieła.

Osiągnięcie tej właściwej formuły prawnej jest przyczyną kierującą ponownie Álvaro del Portillo do Rzymu w lutym 1946 roku. Wówczas nosił już kapłańską sutannę. Powrócił do Watykanu z dziesiątkami listów polecających popierających wniosek o Decretum laudis dla Dzieła. Jednakże kanoniczne prawidła stawiały opór przy wymyślaniu odpowiedniego stroju, formy obejmującej nowe kościelne zjawisko, jakim było Opus Dei. W Stolicy Świętej mówiono księdzu Del Portillo, że Dzieło narodziło się zbyt wcześnie. Jakby Boży czas musiał dostosowywać się do ludzkich zegarów.

„Dzieło – pisał później Escrivá de Balaguer – jawiło się światu i Kościołowi jako nowość. Rozwiązanie prawne, którego poszukiwałem, wydawało się niemożliwe. Jednakże, moje córki i moi synowie, nie mogłem czekać, aż sprawy będą możliwe. Pewien wysoki dostojnik Kurii Rzymskiej powiedział: „przybyliście sto lat za wcześnie”. Niemniej jednak, należało spróbować tego, co niemożliwe. Nalegały tysiące dusz, które oddawały się Bogu w Jego Dziele, przy tej pełni naszego poświęcenia, aby prowadzić apostolstwo pośród świata”.4



Spiżowa Brama zamknęła się nie dlatego, że ten, kto pukał, przybył zbyt późno, tylko dlatego że przybył zbyt wcześnie. Jednakże dzieła Boże nie mogą siedzieć z założonymi rękami. Álvaro del Portillo nie stracił w Rzymie ani minuty. Do starań w Watykanie doszły wizyty i starania, aby uzyskać listy polecające od kardynałów, którzy wkrótce mieli wyjechać do swoich miejsc przeznaczenia w Palermo, Argentynie, Mozambiku, Kolonii… I rzeczywiście – Del Portillo uzyskał kolejne wsparcie dla Decretum laudis od kardynałów Ruffiniego, Caggiano, Gouveia, Fringsa… To właśnie jest wiara!

Tymczasem, chociaż wysłał już list do Ojca, nie ufając zbytnio fatalnej powojennej poczcie, wręczył drugi list hiszpańskiemu dyplomacie powracającemu do Madrytu. W obu listach przekazał Josemaríi Escrivie „proszę usiąść i poczekać” oznajmione mu w Stolicy Świętej. Dodał swoją osobistą opinię: „Nie mogę już więcej zrobić… teraz kolej na księdza.”5. I chociaż wiedział, że Ojciec jest poważnie dotknięty cukrzycą, napisał mu, że byłoby korzystnie, aby przybył do Rzymu.

Zaraz po otrzymaniu tych dwóch pism Ojciec zebrał w ośrodku Opus Dei przy ulicy Villanueva w Madrycie tych, którzy tworzyli wówczas Radę Generalną Dzieła. Przeczytał im listy od Álvaro i bez ogródek przedstawił niekorzystne orzeczenie lekarzy, jeśli chodzi o podjęcie przez niego podróży. Doktor Rolf Carballo powiedział mu: „Nie ponoszę odpowiedzialności za księdza życie”.

– Lekarze twierdzą, że mogę umrzeć w każdej chwili… Kiedy się kładę, nie wiem, czy wstanę. A kiedy wstaję rano, nie wiem, czy dożyję do końca dnia…6

Dziełem kierowali ludzie młodzi, ale dojrzali dojrzałością życia wewnętrznego. Ze ściśniętymi sercami uświadomili sobie wymagania misji, którą im przekazał. Nie wątpiąc ani przez chwilę stanęli po stronie tego, co, jak odgadywali, Ojciec pragnął zrobić. I zachęcali go, aby wyruszył jak najszybciej.

– Dziękuję wam. Jednakże pojechałbym tak czy inaczej. Jak trzeba, to trzeba.7

Był poniedziałek, 17 czerwca 1946 roku. Załatwienie wiz i biletów było kwestią godzin. W środę, 19 czerwca, o godzinie wpół do czwartej po południu, Ojciec wyruszył drogą w kierunku Saragossy. Stamtąd udał się do Barcelony, żeby wsiąść na statek J. J. Sister do Genui. Na koniec zaś, również lądem, pokonał ostatni etap tej niezwykle długiej podróży, który doprowadził go do Rzymu. Obecnie odbyłby krótki lot z lotniska Barajas w Madrycie na Fiumicino w Rzymie, ale wówczas, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej, przy braku regularnych połączeń lotniczych między Hiszpanią a Włochami i zablokowanej granicy z Francją musiało się to odbyć w ten sposób.

W drodze Josemaría chciał zatrzymać się w trzech sanktuariach poświęconych Matce Bożej – bazylice Nuestra Señora del Pilar w Saragossie, w drodze przez Bruchs zajechał do klasztoru Montserrat. Wreszcie w Barcelonie nawiedził Najświętszą Maryję Pannę od Wykupu Jeńców. Był synem, poszukującym u swojej Matki „błagającej wszechmocy”, wszelkich rekomendacji, wszystkich sił i wszystkich świateł, które miały być mu potrzebne.

Również w Barcelonie, wcześnie rano, w piątek, 21 czerwca, Escrivá spotkał się z niewielką grupą swoich dzieci w kaplicy, w mieszkaniu przy ulicy Muntaner. Modlili się razem przez chwilę. Wpatrując się bez przerwy w tabernakulum, Ojciec prosił Pana słowami Jezusa Chrystusa, które dobrze znał: „Ecce nos reliquimus omnia, et secuti sumus te: quid ergo erit nobis?”. Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?8

To dosłownie ta sama skarga, jaką dwa tysiące lat wcześniej wygłosił Święty Piotr, stając się rzecznikiem niepokoju i lęku Dwunastu. Ojciec zrobił przerwę. Można było powiedzieć, że horyzont jest zamknięty, zachmurzony i wróży jakieś nieszczęście. Z ufnością wywodzącą się z tej dobrej miłości, zdolnej stanąć twarzą w twarz z Bogiem w głębokiej, przyjaznej, osobistej relacji, która datowała się od bardzo dawna, Escrivá nadal mówił cichym, głębokim, szorstkim i wzruszonym głosem:

– Panie, czy mogłeś pozwolić, żebym ja w dobrej wierze oszukał tak wiele dusz?! Skoro robiłem to wszystko dla Twojej chwały i wiedząc, że taka jest Twoja wola! Czy to możliwe, że Stolica Święta mówi, że przybyliśmy o sto lat za wcześnie…? Ecce nos reliquimus omnia, et secuti sumus te!… Nigdy nie chciałem nikogo oszukiwać. Chciałem tylko Ci służyć. Czy w tej sytuacji okaże się, że jestem hochsztaplerem?9

Wszyscy, którzy przebywali w tej niewielkiej kaplicy przy ulicy Muntaner wiedzieli już bardzo dobrze, czym jest „opuszczenie wszystkiego” i płacenie za to strzępami własnego honoru. Właśnie w Barcelonie „dobrzy ludzie” od dłuższego czasu knuli niezwykle ostrą kampanię obelg i oszczerstw wymierzonych w Opus Dei judząc rodziny i alarmując je na wypadek, gdyby ich dzieci „wpadły w sieci tej nowej herezji”. Niemniej jednak, słowa Josemaríi Escrivy nie były ani zarzutem, ani wystawianiem rachunku. Były błaganiem do ostatniej instancji, niemal na granicy płaczu, kogoś, kogo jedynym oparciem na ziemi jest niebo.

Głęboko po zapadnięciu zmroku, 22 czerwca, J. J. Sister przybił do portu w Genui. Spacerując po nabrzeżu, czekali na niego Álvaro del Portillo i Salvador Canals. Ojciec uściskał mocno, bardzo mocno swoich dwóch synów. Następnie zwrócił się do Álvaro i spoglądając znad okularów powiedział z ciętym humorem:

– No i jestem tutaj, draniu…! Masz, czego chciałeś!10

Było tak późno, że kiedy dotarli do hotelu, nie było już nic do jedzenia ani w jadalni, ani w pokoju. Od wypłynięcia z Barcelony trzydzieści godzin wcześniej Ojciec wypił tylko kawę i zjadł kilka herbatników.

Álvaro zachował niewielki kawałek parmezanu z kolacji myśląc, że może smakować Ojcu. Była to jedyna rzecz, jaką ksiądz Escrivá jadł tej nocy.



ROZDZIAŁ III
W wynajętym mieszkaniu przy placu Città Leonina. Kiedy Papież śpi. „Rzymski, rzymski, rzymski”. Boskie młyny mielą powoli… Pęk róż bez kolców

Podróżowali z Genui do Rzymu rozpadającym się wynajętym samochodem. Dawny, wysoki i wielgachny model ze schodkiem, podnoszonymi siedzeniami, o silnym zapachu starej ceraty. Dotarli o zmierzchu. Było piękny rzymski wieczór. Tyber, różowe fasady i aromat oleandrów i cyprysów. Pokonując zakręt na Via Aurelia spostrzegli kopułę bazyliki Świętego Piotra. Ojciec wzdrygnął się i zaczął się głośno modlić: „Wierzę w Boga Ojca wszechmogącego…”

Była już noc, kiedy dotarli na piąte piętro. Właściwie był to strych mieszkania przy placu Città Leonina, gdzie członkowie Dzieła wynajmowali połowę mieszkania zubożałej hrabiny. Kobieta ta zostawiła im niektóre meble i ozdoby wciąż jeszcze ukazujące pewną przebrzmiałą elegancję. Nie mieli dużo miejsca. W najlepszym pokoju zorganizowali kaplicę. Jadalnia służyła również jako pokój dzienny, pokój do nauki, kącik do pracy, miejsce do przyjmowania wizyt albo odbywania kręgów i spotkań formacyjnych. Nocą rozkładało się tam kilka łóżek polowych. Była tylko jedna sypialnia, przeznaczona dla Ojca albo dla tego, kto przez kilka dni był chory. Pokój księdza Álvaro to wnęka w korytarzu, z konieczności „przechodnia” w dzień. Mieszkanie posiadało niewielki, kryty balkon, zwany szumnie „tarasem”, wychodzący na plac Świętego Piotra.

Ojciec najpierw wszedł, jak to czynił zawsze, pozdrowić „Pana domu”. Modli się kilka chwil, klęcząc przed tabernakulum. Rzucała się w oczy miłość, a także ubóstwo, z jakim była zorganizowana kaplica. Przy pierwszej nadarzającej się w Rzymie okazji Escrivá kupił piękny krucyfiks z żyłkowanego marmuru, żywego i pogodnego Chrystusa o bardzo stylowych liniach, który w przyszłości miał zajmować główne miejsce na tym niewielkim ołtarzu.

Po kolacji mieli chwilę na niezwykle ożywioną rozmowę. Obok Escrivy byli tam Álvaro del Portillo, José Orlandis i Salvador Canals zwany Babo. To całe Opus Dei w Rzymie, we Włoszech. Po kilku tygodniach mieli przybyć Ignacio Sallent i Armando Serrano. Jednakże już w tym samym 1946, a także w 1947 roku Dzieło zaczęło się rozprzestrzeniać w Portugalii, Francji, Irlandii i Anglii.

W pewnej chwili wskazując naprzeciwko balkonu, w kierunku watykańskich pałaców, towarzyszący Escrivie pokazali mu jeszcze zapalone światła papieskich apartamentów. Mogli bez problemu domyślać się, kiedy Ojciec Święty przechodzi z jednego pokoju do drugiego. Jako że koszary Gwardii Szwajcarskiej są dość niskim budynkiem, z pewnością to oni byli najbliższymi sąsiadami Papieża. Ojciec postanowił, że tej nocy, pierwszej spędzanej w Rzymie, nie będzie się kładł. Siedząc tam, na tarasie, spędził wiele godzin czuwając i towarzysząc Ojcu Świętemu swoją modlitwą.

Kapłan Josemaría Escrivá odczuwał do Papieża szczerą, głęboką, a nawet entuzjastyczną miłość. Nie chodziło o typowy dla prostego kmiotka podziw, jaki wywołuje każda odległa, niedostępna postać przebywająca na wysokim szczycie uwielbienia. Nie. Było to przekonanie, że Biskup Rzymu, bez względu na to, jak się nazywa, jest następcą Piotra. To on dzierży w swoich dłoniach klucze. On otwiera i zamyka. On, bez względu na to, jak bardzo krucha może być jego słabość, jest mocną skałą, na której opiera się Kościół. On jest, używając słów zapożyczonych od Świętej Katarzyny Sieneńskiej, którymi delektuje się Escrivá, il dolce Cristo in terra*. Lub, mówiąc wyraziściej: Namiestnikiem Chrystusa.

Z drugiej strony, jest również prawdą, że za Piusa XII papiestwo przeżywało wciąż barokową rytualistyczną świetność wynoszącą i oddalającą postać Papieża, otaczającą go niemal cesarskimi ozdobami i protokołami. Być może w ten sposób chciano ukazać wyjątkową wielkość jego władzy duchowej i charyzmatycznego autorytetu. Pius XII był Papieżem emanującym świętością i majestatem. Jednak oglądano go tylko z dużej odległości. Nie było telewizji, nie było zwyczaju tłumnych audiencji dla wszystkich ani papieskich podróży. Niewielu wybranych miało dostęp do Papieża. Podczas wielkich i uroczystych ceremonii Pius XII przemieszczał się niesiony w lektyce na imponującej sedia gestatoria, niezwykle uroczysty i wyniosły z ciężką tiarą ze złota i srebra.

Mieć na wyciągnięcie ręki pokój, w którym Papież śpi, jak każdy inny zmęczony człowiek, było bez wątpienia czymś głębokim i wzruszającym dla wrażliwości i wiary Josemaríi.

Przez lata, opatulony kapłańską peleryną, codziennie na ulicach Madrytu odmawiał różaniec „za osobę i w intencjach Biskupa Rzymu”. A także – pisał wiele lat wcześniej, kiedy na Tronie Piotrowym zasiadał Pius XI – „w wyobraźni przebywałem u boku Ojca Świętego, kiedy Papież odprawiał Mszę… Nie wiedziałem ani nie wiem, jaka jest papieska kaplica, ale kiedy kończyłem różaniec, odbywałem komunię duchową pragnąc przyjąć Jezusa sakramentalnego z jego rąk. Nie dziwcie się, że wzbudzają we mnie świętą zazdrość ci, którzy mają szczęście naprawdę przebywać obok Ojca Świętego, dlatego że mogą otworzyć przed nim serce, dlatego że mogą wyrazić mu szacunek i miłość”.1

Tej samej nocy, 23 czerwca, już nie tylko Rzym, ale całe Włochy przeżywały szczególny niepokój oczekiwania. Następnego dnia zebrało się zgromadzenie parlamentarne, aby wybrać prezydentem Alcide de Gasperi. Król Hubert II abdykował i oddał całą władzę.

Jednakże Escrivá miał tylko jedną sprawę, która zaprzątała jego serce. Jest prawdą, musi być prawdą, że Dzieło Boże nie przybyło ani zbyt wcześnie, ani zbyt późno. Opus Dei istnieje dzięki zaangażowaniu niebios. A że nie ma właściwych formuł kanonicznych?

Bóg, który jest nie tylko najlepszym prawnikiem, ale jedynym prawdziwym prawodawcą, którego wola staje się prawem i to prawem, do którego muszą się dostosowywać i naginać wszystkie ludzkie prawa, sam otworzy drogę…

Tak zaskoczyło Ojca szarofioletowe światło brzasku. Łatwo przypuścić, że w którejś chwili na jego ustach pojawił się werset z psalmu 63 (62): „Myślę o Tobie podczas moich czuwań. Bo stałeś się dla mnie pomocą i w cieniu Twych skrzydeł wołam radośnie: do Ciebie lgnie moja dusza, prawica Twoja mnie wspiera”.

Jakiś jerzyk przeleciał nisko i szybko po placu Città Leonina. Dotarłszy do czerwonawej ściany nerwowo zatrzepotał skrzydłami i ponownie podjął lot. Nieśmiała i gnuśna aureola światła rzuciła olśniewające blaski na witraże watykańskiej kopuły.

Na strychu słychać było odgłosy składanych łóżek, wody lejącej się z pryszniców i kranów… Przyszła już służąca – niezbyt wprawna w pracach domowych Węgierka – i słychać było, jak krząta się przy śniadaniu.

Kiedy w jakiś czas później ksiądz Escrivá opowiadał staremu prałatowi z kurii, że spędził swoją rzymską noc na czuwaniu „z nabożeństwa i miłości do Papieża”, ten człowiek opowiedział to innym…, którzy z kolei komentowali to wydarzenie wśród żartów i kpin: „Wielu śmiało się ze mnie. W pierwszej chwili to gadanie sprawiało mi cierpienie, później sprawiło, że w moim sercu zrodziła się miłość do Biskupa Rzymu, mniej hiszpańska – tryskająca entuzjazmem – tylko o wiele trwalsza, dlatego że rodząca się z refleksji – bardziej teologiczna, a w związku z tym głębsza. Od tego czasu zwykłem mawiać, że w Rzymie straciłem niewinność i ta historyjka przyniosła wielką korzyść mojej duszy”.2

Połówka mieszkania na placu Città Leonina była tylko tymczasowym portem, ale musieli tam mieszkać jeszcze trzynaście miesięcy. Od 27 grudnia tego samego 1946 roku musieli jeszcze ustąpić część miejsca, zachowując całkowity podział i niezależność, grupie kobiet z Dzieła, które przybyły do Rzymu, wezwane przez Założyciela, żeby rozpocząć swoje własne apostolskie zadania i zająć się prowadzeniem domu tego ośrodka Opus Dei.

Prawdę mówiąc, w miarę, jak mijały dni, Ojciec spostrzegł, że węgierska służąca nie jest wierząca i zajmuje się bez delikatności, niedbale, drobnymi i wielkimi przedmiotami w kaplicy. To go niepokoiło. Więcej – sprawiało mu cierpienie. Do tego stopnia, że był to decydujący powód wezwania swoich córek, aby jak najszybciej przybyły do Rzymu.

Chociaż przysłowie mówi, że „Boże młyny mielą powoli” i szybkość nie jest najbardziej wyróżniającą się cechą w działaniach Kurii Rzymskiej, należy się dziwić szybkości, z jaką ksiądz Escrivá uzyskiwał pozytywne rezultaty swoich pierwszych kroków przed Stolicą Świętą.

Pierwsze słowa miłości i zachęty, jakie Escrivá usłyszał w Rzymie, pochodziły od Mons. Giovanniego Battisty Montiniego, Włocha z Bresci, inteligentnego i wrażliwego, który od zakończenia drugiej wojny światowej, zajmował się delikatnym zadaniem przywrócenia stosunków dyplomatycznych Watykanu. Po latach Montini miał kierować Kościołem pod imieniem Pawła VI.

Obecnie, jakby wyczuwając, że prędzej czy później Pius XII i Założyciel Opus Dei, będą utrzymywać długotrwałe relacje, Montini zaczął już przygotowywać to pierwsze spotkanie przy pomocy pewnego ludzkiego detalu. Pewnego dnia, przebywając z Salvadorem Canalsem i dwoma innymi członkami Dzieła, poprosił ich „o jakieś zdjęcie Założyciela, żeby móc je pokazać Papieżowi”. Jeden z członków Opus Dei Julián Urbistondo szybko włożył rękę do wewnętrznej kieszeni marynarki. Wyciągnął portfel, przeszukał go szybko i zaraz pokazał Montiniemu małe zdjęcie Ojca, z ozdobnymi, ostro zakończonymi brzegami. Przez chwilę nie był pewien, czy to właściwe zdjęcie, a może nie chciał, żeby dotarło do rąk Ojca Świętego w takim stanie – żółtawe i zapisane na odwrocie… Montini nie mógł powstrzymać uśmiechu zdziwienia, czytając ciekawą dedykację, jaką Escrivá nakreślił na odwrocie fotografii: „Ty rozbójniku, jak traktujesz rodziców?”3.

Pius XII przyjął już dwukrotnie Álvaro del Portillo, a także, osobno, profesorów prawa Orlandisa i Canalsa, oraz naukowca José Maríę Albaredę, którego wymiar intelektualny zadziwił Biskupa Rzymu. Obecnie przygotowywano pierwszą audiencję księdza Escrivy de Balaguera u Papieża, która miała się odbyć bardzo szybko – 16 lipca. Pius XII nie tylko poznał zatem różnych członków Dzieła, ale od 1943 roku modlił się imiennie za Założyciela i posiadał wśród swoich książek egzemplarz Drogi4.

W rozmowie prywatnej ksiądz Escrivá de Balaguer wyjaśniał Papieżowi, czym jest a czym nie jest Opus Dei. Natomiast Pius XII radził mu, aby skontaktował się z tymi, którzy prowadzili pewne prace prawne, które przyniosły później nową konstytucję apostolską Provida Mater Ecclesia5. Konstytucja ta ustanowiła instytuty świeckie. Opus Dei mogło w ten sposób uzyskać pewne kanoniczne zakotwiczenie wewnątrz Kościoła. Nie była to szczęśliwa formuła, dlatego że Opus Dei nie przeżywa ani nie ma przeżywać „stanu doskonałości”, który natomiast podejmują instytuty świeckie. Jednakże mimo wszystko w jakiś sposób został tutaj usankcjonowany nowatorski wówczas fakt, całkowitego oddania świeckich, zachowujących swój stan, zajęcie i miejsce zajmowane w świecie.

Dzięki Decretum laudis o aprobacie Opus Dei wydanemu zaledwie trzy tygodnie później, również przez Piusa XII, ksiądz Escrivá uzyskał uznanie powszechnego powołania do świętości, promowanego przez Dzieło, zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet, a także dla kapłanów, jak również dla świeckich – to samo powołanie, bez stopni, bez różnić, bez skali i szczebli.

Do tego nie potrzebował stosować skrótów ani stromych dróg przywilejów. Josemaría Escrivá modlił się i kazał się modlić, uczył się i kazał się uczyć, pracował i kazał pracować. Stukał do drzwi, gdzie musiano go słuchać. Wyczekiwał w wielu, bardzo wielu przedpokojach. I zawsze przemawiał z siłą i z pokorą kogoś, kto stara się przeforsować nie własną ambicję, tylko zadanie upragnione i pożądane przez Boga. Ta pewność, że Dzieło jest Boże, była bez wątpienia kluczem jego siły przekonywania.

Niemniej jednak konstytucja Provida Mater Ecclesia nie była, i stało się to od razu jasne, „odpowiednią szatą”, żeby kroczyć ulicami świata, nel bel mezzo della strada*, będąc zwykłymi ludźmi, the ordinary people – jak wszyscy inni. Dlatego w każdej chwili i na wszystkich szczeblach Escrivá twierdził z jasnością i uporem aragońskiego chłopa, że on przeżywa dynamikę oczekiwania – „ustępować, nie odstępując swych praw, z nadzieją na odzyskanie”6. „Opus Dei – miał napisać wiele lat później – w Kościele Bożym nastręczało i rozwiązywało wiele problemów prawnych i teologicznych – mówię to z pokorą, dlatego że pokora to prawda – które wydają się proste, kiedy są rozwiązane. Pośród nich, był problem polegający na tym, że istnieje tylko jedna klasa, chociaż tworzona przez duchownych i świeckich”7.

Pius XII ujrzał wspaniałą panoramę – indywidualną świętość i osobiste apostolstwo, jakie Opus Dei może głosić na całej ziemi. Dostrzegł również duchowy hart Josemaríi Escrivy i Boży wymiar jego dzieła, które on sam zatwierdził definitywnie 16 czerwca 1950 roku. Wkrótce później Papież skomentował kardynałowi Normanowi Gilroyowi z Sydney (Australia), że jest pod głębokim wrażeniem niedawnej wizyty Josemaríi Escrivy de Balaguer: „To prawdziwy święty, człowiek zesłany przez Boga dla naszych czasów” (è un vero santo, un uomo mandato da Dio per i nostri tempi)8. Wówczas nic nie kazało przeczuwać gorzkich chwil, niezwykle ciężkich cierpień, jakie musiał znosić Josemaría bez woli Papieża za jego pontyfikatu.

W niektóre noce tego rzymskiego lata 1947 roku, a także później, kiedy plac Świętego Piotra był samotny i milczący, Ojciec schodził na dół z różnymi spośród swoich synów. Podchodzili do obelisku, który Kaligula przywiózł z Heliopolis, a Sykstus V ustawił na wielkim placu. Innym razem spacerowali pośród kolumnady Berniniego. Następnie zatrzymywali się i stojąc na ciemnym bruku Josemaría odmawiał credo, wypowiadając dobitnie każde słowo. Powiedziawszy z niezwykłą mocą „Wierzę w święty Kościół powszechny”, dodawał: „Wierzę w moją Matkę, Kościół rzymski, rzymski, rzymski”9. Zaś każdy wyraz „rzymski” uderzał niczym potężna fala intensywnej rzymskości.

Po upływie pewnego czasu, zaledwie kilku miesięcy, dodał inne spontaniczne i istotne zdanie, zdradzające głębokie pragnienie przezwyciężenia wprowadzających niepokój trosk siłą wiary: „Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół… pomimo wszystko!”

Przy pewnej okazji, z całkowitą ufnością ksiądz Escrivá opowiedział Mons. Tardiniemu o tych wstawkach, o tych strumieniach przelewających się z credo. Kiedy doszedł do czysto hiszpańskiego wyrażenia a pesar de los pesares (‘pomimo wszystko’), przetłumaczył je:

Malgrado tutto…

– Aha, a co ma na myśli ksiądz mówiąc malgrado tutto?

– Mam na myśli… osobiste błędy księdza i swoje własne10.

Jego starania w watykańskich gabinetach trwały intensywnie dalej. Było to natężenie prawniczej logiki, która usiłowała obalić stare kanoniczne mury, żeby otworzyć drogę Dziełu. Nie było to łatwe. Zawiasy niektórych drzwi były pokryte wielowiekową rdzą. Formuły uzyskane w 1941, 1943 i przygotowywana wówczas, która miała się stać oficjalna w 1947 roku, były jedynymi możliwymi i najbardziej stosownymi rozwiązaniami… To znaczy, najmniej niestosownymi. Przecież „nie było jednak innego wyjścia – mogliśmy albo przyjąć wszystko, albo istnieć dalej nie mając drogi, którą można by kroczyć naprzód. W rzeczywistości służyliśmy za igłę, która ciągnie za sobą nić, a doświadczenie pokazuje nam, że ci, którzy później prosili o aprobatę jako instytuty świeckie, są zadowoleni i przyjmują z radością – dlatego że jest to ich droga – nawet rzeczy niezgodne z naszym świeckim charakterem. Codziennie widać coraz wyraźniej, że igła powinna wyjść poza tkaninę zwaną obecnie instytutami świeckimi, pozostawiając za sobą nić”11.

W ten sposób minęły dwa miesiące przytłaczających rzymskich upałów – lipiec i ferragosto*. Ojciec modlił się, pracował, uczył się, pisał, włóczył się po ulicach, rozmawiał z tym i owym, ćwiczył cierpliwość… I był chory. Jego cukrzyca była zdradziecka i nieprzewidywalna – gorączka, odwodnienie, ataki niepohamowanego pragnienia, zmęczenie mięśni, ból głowy, słabość, wycieńczenie… Jednakże Josemaría się nie skarżył. Nikt, poza księdzem Álvaro, nie dostrzegał jego udręk. Nawet chodził przed swoimi młodszymi dziećmi, z zapałem i w dobrym humorze. Niekiedy wracając do domu przy Città Leonina, wymęczeni wędrówkami i chodzeniem tam i z powrotem po urzędach kurii, dowiadywali się, że z powodu przerwy w dopływie prądu, nie działa winda. Wówczas Ojciec zdecydowanie chwytał się poręczy i zaczynał się wspinać na pierwszy odcinek schodów. Kiedy docierał na podest, mówił z sympatią:

– Mówią, że w tym domu jest pięć pięter, ale wydaje mi się, że trochę przesadzają. Są cztery, dlatego że na jedno już weszliśmy…

Trochę wyżej dodawał:

– Zresztą, czterech też nie ma, tylko trzy…

I tak żartując a nie dysząc ze zmęczenia, docierali do ostatnich stopni. Tam Ojciec się zatrzymywał, oddychał głęboko i wykrzykiwał z szelmowskim uśmiechem:

– Przecież w tym domu są ledwie dwa czy trzy schodki!12

Było w tym coś więcej niż naturalnie sympatyczny i optymistyczny charakter. Pod skórą tej spontanicznej radości, która nie skarżyła się wobec trudności, tkwił człowiek uparty, który dzień po dniu przez wiele lat stosował wobec siebie szlachetny trening „uśmiechniętej ascezy”.

31 sierpnia ksiądz Escrivá wrócił do Madrytu. Wiózł ze sobą dwa ważne dokumenty: brewe Cum Societatis i list Brevi sane, chwalący cele Dzieła. A także ciekawy i bardzo cenny osobisty podarunek Papieża – kompletne relikwie dwojga dzieci, chrześcijańskich męczenników: Świętej Merkuriany i Świętego Symfera. Pius XII pokazał w ten sposób, że zrozumiał podobieństwo między członkami Opus Dei i owymi pierwszymi chrześcijanami polegające na tym, że wezwanie do świętości nie zna wieku – inicjuje je Duch Święty, poprzez chrzest – i że w Dziele są mężczyźni i kobiety jak w każdej rodzinie i w każdej cząstce ludu Bożego – dwa odrębne i różne ciała, a przecież ożywiane jedną i tą samą duszą.

W kaplicy ośrodka dla mężczyzn pozostać miało ciało Symfera. Ciało Merkuriany zostało umieszczone pod ołtarzem w Los Rosales – ośrodku Opus Dei dla kobiet w Villaviciosa de Odón w pobliżu Madrytu – przez dwóch kapłanów: księdza Álvaro del Portillo i księdza José Maríę Hernándeza de Garnica w obecności Ojca i niektórych spośród jego córek: Antoniety Gómez, Mari Tere Echeverría, Josefiny de Miguel…

Ksiądz Escrivá zajmował się w Hiszpanii różnymi sprawami związanymi z kierowaniem Dziełem – Rada Generalna nadal miała swoją siedzibę w Madrycie – i odpoczywał kilka dni w pobliżu Segovii, w Molinoviejo, które zaczęło funkcjonować jako dom formacyjno-rekolekcyjny. Właśnie podczas tego pobytu, na wyraźne życzenie Ojca, w niewielkiej kapliczce w Molinoviejo miała miejsce bardzo prosta uroczystość o niezwykle wielkim, kluczowym znaczeniu – przyrzeczenia, czyli dobrowolne zobowiązanie w sumieniu, bez ślubów, pierwszych członków Opus Dei.

Krótki rzymski etap i kontakty w kurii dały księdzu Escrivie wyraźną świadomość, że wiele instytucji Kościoła ulega zachwianiu, kiedy zaczynają słabnąć dwa zasadnicze filary – osobiste ubóstwo i jedność członków między sobą oraz z osobami stojącymi na czele.

24 września, w święto Najświętszej Maryi Panny od Wykupu Jeńców, Josemaría Escrivá wspominał ową świątynię znajdującą się w pobliżu portu w Barcelonie, dokąd pospieszył prosić swoją Matkę o „pomoc” przed wypłynięciem do Genui. To dobry dzień na dobry gest. O dwunastej, w kaplicy w Molinoviejo, wraz z najwcześniejszą grupą swoich dzieci – wszyscy są bardzo młodzi, ale w pełni świadomi faktu, że równocześnie są „najstarsi” – odmówił Anioł Pański przed figurą Maryi13. Na drewnianym ołtarzu znajdował się krucyfiks. Po obu jego stronach były zapalone dwie proste świece. Tam właśnie ci członkowie zobowiązali się zachowywać ducha Opus Dei w takiej formie, w jakiej Bóg przekazał go założycielowi. Zobowiązali się tak z punktu widzenia chrześcijańskiej lojalności i uczciwości. Jednym ze zobowiązań było osobiste ubóstwo, które zawsze musi być zachowywane tak, jak było przeżywane od początku. Innym – jedność z kierującymi Dziełem. Jeszcze innym – wzajemna pomoc poprzez braterskie napomnienie.

Ha! Dla wielu zawsze pozostanie czymś niezrozumiałym – być może, patrząc na Opus Dei, zakładają zniekształcające okulary – że jedyną „wzajemną dobroczynną pomocą” wśród członków Dzieła jest modlitwa, służba i wymagająca miłość, odciśnięta w owym „braterskim napomnieniu”, polegającym na mówieniu z lojalnością i serdecznością, suaviter et fortiter*, wprost i w twarz, w czym powinna się poprawić druga osoba. To właśnie jest całe „sięgające wszędzie wsparcie”, jakiego każda osoba z Dzieła może oczekiwać od innych. Takie jest właściwe znaczenie pewnego zdania, które można przeczytać wypisane wielkimi literami w jednym z pomieszczeń w Molinoviejo lub na ścianie w Villa Tevere: Frater qui adiuvatur a frater, quasi civitas firma – Brat wspomagany od brata jest jak miasto warowne (Prz 18, 19)**. Słowa, które należą do dziedzictwa ludu żydowskiego i które król Salomon zapisał w Księdze Przysłów.

W kaplicy, na posadzce z czerwonych płytek, leżało kilka poduszeczek wypchanych ostnicą hiszpańską, chroniących osoby klęczące przed zimnem. Wychodząc, Ojciec kazał zabrać dwie czy trzy z tych poduszeczek i poprosił, żeby zachowano je dla niego na pamiątkę. Ksiądz Escrivá nie był ani nostalgiczny, ani sentymentalny. Nie był też wytwórcą relikwii. Miał jednak historyczną, wrażliwą i wyczuloną na wszystko, co dotyczyło Dzieła, świadomość.

Pewnego popołudnia, na początku listopada, ksiądz Escrivá ponownie zjawił się w Los Rosales. Tam oznajmił swoim córkom, że musi powrócić do Rzymu 8 listopada. Jednakże tym razem nie wie, ile czasu będzie nieobecny.

– We wszystkim, czego będziecie potrzebować, będzie mnie tutaj zastępował ksiądz Pedro.

I nie mówiąc nic więcej, zajrzał do przydomowego ogrodu przez oszklone drzwi. Gestem wezwał kogoś, kto czekał na zewnątrz. Natychmiast wszedł ksiądz Pedro Casciaro, młody doktor nauk ścisłych, wyświęcony na kapłana parę dni wcześniej – 29 września. W przyszłości miał on zostać sekretarzem generalnym Opus Dei i kierować Dziełem usiłując utożsamiać się „z duchem Ojca”14.

Z ludzkiego punktu widzenia było to porywanie się z motyką na słońce. Jednakże ksiądz Escrivá posiadał gorącą wiarę w łaskę. To właśnie wówczas jakiś duchowny w Madrycie powiedział: „A teraz jedzie do Rzymu i zostawia Dzieło w rękach czterech drapichrustów…” Na co jego rozmówca odpowiedział mu: „Jeżeli to Dzieło jest Boże, przetrwa, choćby nie było tu założyciela. A jeżeli nie jest to Dzieło Boże, z założycielem czy bez założyciela – samo się rozpadnie”.

W Rzymie nasiliły się prace nad redakcją konstytucji Provida Mater Ecclesia. W mieszkaniu przy placu Città Leonina składano wiele wizyt. W przeważającej większości byli to dostojnicy kościelni pracujący w różnych dykasteriach i kongregacjach Kurii Rzymskiej. Niemniej jednak, Ojciec czuł się jak ściśnięta sprężyna. Nie tracono ani minuty, nie pozwalano sobie na jałowe działania, ale ksiądz Escrivá żył wewnętrznym, pospiesznym rytmem – Dzieło nie mogło poruszać się ludzkim krokiem, tylko „krokiem Bożym”. 6 grudnia ksiądz Escrivá napisał do członków Dzieła przebywających w Madrycie: „Wszystkie nasze sprawy idą bardzo dobrze, ale nazbyt spokojnie”15.

W dwa dni później Pius XII przyjął go ponownie na audiencji prywatnej. 16 dnia tego samego miesiąca w kolejnym liście do swoich w Madrycie Escrivá wskazywał: „Nie zapominajcie, że to w oktawę święta Najświętszej Maryi Panny, w Rzymie zaczęło dojrzewać rozwiązanie16. Założyciel mógł wiedzieć, że Stolica Święta jest nie tylko gotowa, ale wręcz pragnie udzielić jak najwcześniej aprobaty Opus Dei. Należało wykorzystać tę okazję, choćby miano uzyskać zaledwie coś tymczasowego. Starania posuwały się zatem do przodu.

27 grudnia Ojciec i ksiądz Álvaro udali się na lotnisko wojskowe w Ciampino, żeby powitać pięć kobiet z Dzieła przybywających z Hiszpanii. Były to Encarnita Ortega, Dorita Calvo, Julia Bustillo, Rosalía López i Dora del Hoyo. Wraz z nimi strych przy placu Città Leonina nabrał rzeczywiście miłej i gościnnej atmosfery ogniska domowego. Chociaż już na początku było tak, że jeśli chodzi o gościnność, gościnność… strych nie mógł ugościć nawet ich wszystkich. Po pierwsze dlatego, że się tam nie mieściły. Po drugie zaś dlatego, że w ośrodkach Opus Dei zawsze musi istnieć całkowity fizyczny i materialny rozdział między kobietami a mężczyznami.

Niektóre z przybyłych zamieszkały na pewien czas w innym domu a potem w jakimś ośrodku.

Wkrótce rozpoczęto poszukiwania definitywnej głównej siedziby Opus Dei. Mons. Montini i Tardini zasugerowali księdzu Escrivie, żeby zamieszkał w pobliżu Stolicy Świętej, żeby zorganizował dom, „i to obszerny”, w Rzymie. Ojciec zanurzył rękę do kieszeni i wymacał tam tylko chusteczkę, mały kalendarzyk i różaniec… Nie mieli pieniędzy, starczało im zaledwie na tyle, żeby „jakoś sobie radzić” na co dzień. A kiedy przychodzili goście, było już wiadomo, że hojność gospodarzy wystawi później bezlitosny rachunek – albo nie będzie kolacji, albo nie będzie śniadania. Czasami nie było opału ani gazu. Zaś Julia i Dora wychodziły z siebie, żeby coś ugotować, rozdmuchując węgiel trzeszczący w ogrzewaczu.

Nie mieli pieniędzy. Jednak, czy może kiedyś mieli je „w nadmiarze”? Wiedzieli, co znaczy jeść zupę… z gwoździa albo odwracać stare ubranie na lewą stronę, żeby wykorzystać mniej zużytą stronę tkaniny, albo oszczędzać na świetle i ogrzewaniu albo oszczędzać do ostatniego grosza, albo robić w domu spagetti, dlatego że w ten sposób wychodziło taniej… Nigdy nie mogli jednak sobie pozwolić na luksus „oszczędzania”. Przedsięwzięcie, którym byli zajęci, było żywe, rosło, rozwijało się, rozrastało na inne kraje… Wyciągało z nich i domagało się od nich coraz więcej i więcej. Niemniej jednak, w ten czy inny sposób, w ważnych chwilach nigdy nie brakowało im tego, co potrzebne. Josemaría doświadczał tego w cudowny sposób tak wiele razy, że z przekonaniem kogoś, kto opowiada własne przeżycia, mógł napisać: „Boże mój, Ty zawsze przybywasz z pomocą w prawdziwych potrzebach”17.

Kardynałowie, biskupi, prałaci i kapłani odwiedzali ich często na Città Leonina. Dwóch kanonistów Arcadio Larraona i Siervo Goyeneche odwiedzało ich szczególnie wytrwale. Spędzali z księżmi Escrivą i Del Portillo długie dni, wymieniając opinie prawne i pracując nad brudnopisami konstytucji Provida Mater Ecclesia. Te wizyty wprawiały w niepokój dziewczęta z Dzieła, które musiały dokonywać czarodziejskich sztuczek w ubogiej spiżarni. Hasłem ojca Goyeneche było: „nie mniej niż trzy i nie więcej niż trzydzieści trzy filiżanki kawy”. Ten uczony i serdeczny człowiek pochłaniał kawę litrami… Działo się to zaś w Rzymie zubożonym przez wojnę, gdzie nie tylko kawa, ale jajka albo woda kolońska były czymś więcej niż artykułami luksusowymi – wręcz „artykułami wiary”.

Rada Montiniego i Tardiniego była bardzo dobrze uzasadniona – należało zamieszkać w pobliżu Stolicy Świętej. Przyczyny tego były różne. Należało wydeptywać drogę prawną. Dzieło powinno było się „zromanizować”, co nie oznaczało „watykanizacji”, tylko propagowanie własnego autentycznego, powszechnego charakteru z Rzymu. Escrivá chciał, aby Papież odczuwał bliskość jego miłości dobrego syna i aby mógł liczyć na Dzieło jako narzędzie apostolstwa świeckiego, „które pragnie tylko służyć Kościołowi, nie posługując się nim”. W końcu wreszcie była jeszcze jedna, wcale nie błaha przyczyna: oddalić się od Hiszpanii, gdzie tak niełaskawe były w owym czasie fale niezrozumienia i wrogości.

W Hiszpanii oczerniano założyciela Opus Dei przy pomocy oszczerstw najcięższego kalibru: heretyk, sekciarz, mason, skryty, oszust młodzieży, żądny zaszczytów, polityczny oportunista, doszukujący się wszędzie cudów, wariat… Wielokrotnie, przy śniadaniu, po odprawieniu mszy, ksiądz Escrivá pytał Álvaro del Portillo:

– Skąd będą nas dzisiaj obrażać, mój synu?18

W pewnym momencie doszedł do tego, że powiedział, iż czuje się „jak spluwaczka, do której wszyscy, jak sądzą, mają prawo spluwać”19.

Po latach powiedział żartując:

– Bardzo dobrze znam moich rodaków. Jako że tak źle mnie traktowali i nadal traktują, po śmierci zechcą nosić na ramionach moje ciało tam i sam po Półwyspie Iberyjskim, ale nie zgadzam się na to. Spocznę tutaj, w Rzymie, w jakimś kąciku tego domu…20

Mons. Giovanni Battista Montini, odnosząc się właśnie do tych ataków i przeciwności, zastanawiał się głośno w obecności Escrivy de Balaguer:

– Pan dopuścił, abyście cierpieli od początku to, co inne instytucje cierpią, kiedy istnieją już wiele lat…21

Cierpienie…? Tak, wielkie, ale bez niepokoju i strachu, dlatego że był człowiekiem, który umiał ufać Bogu. Ufać bez podejmowania asekuracyjnych środków ostrożności. Ufać bez zastanawiania się nad następnym posunięciem szachowym. Ufać na ślepo, jak ufa się dobrej miłości.

Kiedy Josemaría Escrivá udał się do gabinetu doktora Carlo Faellego, specjalisty endokrynologa, żeby dalej prowadzić leczenie w Rzymie, doktor zapytał go po badaniu:

– Czy miał ksiądz wiele przykrości?… Do cukrzycy dochodzi czasami wówczas, kiedy przeżywa się poważne problemy…

– Nie.


Ksiądz Escrivá nie kłamał. Przeciwności zawsze spadały na niego znienacka. Przyjmował je nie ze stoicyzmem, nie z brakiem rozsądku, tylko z przekonaniem, że kiedy spełnia się wolę Bożą, „przeciwności przestają być przeciwnościami”22. I tak kroczył dalej zadowolony swoją drogą.

Po wizycie, sporządzając notatkę do historii klinicznej, doktor Faelli napisał: „Zapytałem go, czy miał przykrości. Mówi, że nie, jestem jednak pewien, że wiele w życiu wycierpiał”. È’un uomo che ha sofferto molto, anche se afferma di non aver avuto dispiaceri23. Wiele lat później, 23 czerwca 1971 roku, kiedy mijało dwadzieścia pięć lat od przybycia założyciela Opus Dei do Rzymu, podczas spotkania ze swoimi dziećmi w Villa Tevere, głównej siedzibie Dzieła, opisał wspomnienia tak samo żywe w jego pamięci, jak niezniszczalne w jego sercu. Były to doświadczenia wyuczone par cœur*, jak mówią Francuzi:

– Dwadzieścia pięć lat dobroci od Boga… cierpień…, radości…, nauki… i tracenia niewinności. Och, tutaj, tutaj właśnie staliśmy się powszechni.

Później, jakby podsumowując bilans, powiedział optymistycznie:

– Muszę podkreślić, że nie czuliśmy się nieszczęśliwi ani przez sekundę. Teraz jednak lepiej zrozumiecie, dlaczego powtarzałem owo prima, più, meglio („najpierw, bardziej, lepiej”). Wszystko było niewspółmierne do potrzeb – środki ludzkie, środki materialne… Gdybyśmy nie uczynili podstawą Boga, nie dałoby się niczego zrozumieć. Jestem bardzo wdzięczny, bardzo wdzięczny, Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu24.

Tego samego dnia kobiety z Dzieła mieszkające we Włoszech przesłały mu bardzo wcześnie bukiet dwudziestu pięciu czerwonych róż… bez kolców. Ma to swoje znaczenie. Podczas jednej z podróży księdza Escrivy do Hiszpanii, kiedy jeszcze zarząd Dzieła znajdował się w Madrycie, członkowie Rady Generalnej wstrzymali pewną skomplikowaną sprawę o trudnym rozwiązaniu, żeby Ojciec przestudiował ją z nimi i wskazał, jak ją rozstrzygnąć. Będąc wielkim miłośnikiem odpowiedzialnej wolności i zasady, że w zadaniach zarządzania, „każdy maszt podtrzymuje swój żagiel”, Escrivá powiedział im przy tej okazji:

– Moje dzieci, kiedy umrzecie, kanonizują was… dlatego że jesteście bardzo dobrzy! I na waszych portretach namalują was bardzo ładnych, bardzo przystojnych… dlatego że tacy jesteście! I w ręce włożą wam mnóstwo róż. Tak, mnóstwo róż… Czy chcecie wiedzieć, dlaczego? Otóż… dlatego że kolce zostawiliście dla mnie25.

I tak, po upływie tych wszystkich lat Ojciec wzruszył się subtelnością swoich włoskich córek. Chciał spotkać się z niektórymi z nich, żeby im podziękować. Na fali wspomnień powiedział:

– Te róże przyszły bez kolców. Kolce, i to w dużej ilości, przyszły wcześniej… Zdarzały się też czasem róże, ale było wiele, wiele kolców! Gdybym musiał przeżyć jeszcze raz te dwadzieścia pięć lat, nie dałbym rady.

W tym momencie zrobił króciutką przerwę i natychmiast, po lekkim wahaniu, dodał:

– A jednak, dałbym radę…! Z Bożą pomocą z pewnością dałbym radę!26



Pobieranie 414.01 Kb.

  1   2   3   4   5




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna