Na zakolach rzeki czasu



Pobieranie 157.75 Kb.
Strona1/3
Data07.05.2016
Rozmiar157.75 Kb.
  1   2   3
NA ZAKOLACH RZEKI CZASU.

Podczas jednego ze spotkań misjonarzy pracujących na terenie dżungli nawiązałem stosunki przyjacielskie z misjonarzami z nad rzeki Napo, których to stacja misyjna znajdowała się na jednej z wysp na tej rzece. Poprzez radio byliśmy dość często w kontakcie. Ja w tym samym czasie pracowałem również w dżungli, ale nad rzeką Aguarico. Byliśmy od siebie oddaleni o spory szmat ziemi. Często ponawiali zaproszenie abym ich odwiedził. Okazja natrafiła się w momencie, gdy mi powiedzieli, że organizują wypad polegający na rozpoznaniu terenu i „przetarciu” nowej drogi prowadzącej do wspólnot Indiańskich położonych wzdłuż rzeki Tiputini. Takiej okazji nie mogłem zaprzepaścić.


Ich dom jest zbudowany tak jak wszystkie inne domy znajdujące się na tym terenie, czyli cały szkielet (konstrukcja) jest zrobiony z różnych grubości pali z drzew palmowych licznie występujących na tym terenie. A dach jest pokryty z szerokich liści palmy, która zwie się conambo. Główne wejście do domu jest skierowane w stronę rzeki, a sam dom jest otoczony różnymi gatunkami drzew i krzewów. Koło domu istnieje miejsce, w którym rosną różne rośliny o właściwościach leczniczych, a które spożywa się jak herbatę.
Wielokrotnie siadałem na pieńku drzewa opierając się o ścianę domu i popijając gorący napój przyrządzony z tychże roślin podziwiałem wspaniałe zachody słońca, gdzie czerwona ogromna kula chowała się za olbrzymimi drzewami, a jej czerwone światło, niby krew, napełniało rzekę.
O tej porze dnia nad rzeką przelatują czaple. Lecą gromadnie i niziutko jakoby biała plama, do swego miejsca gdzie spędzą noc na jakimś samotnie stojącym drzewie. Obok domu zamieszkałego przez misjonarzy, w niewielkiej odległości znajdują się domy Indian a z ich wnętrz wydobywają się kłęby dymu, o zapachu suszonego mięsa lub napoju o nazwie chicha de yuca. Znać, że to już niedługo kolacja.
Rzeki, rzeczki, strumienie i wszelkie strumyczki to tyle samo znaczy dla dżungli, co żyły dla człowieka.
To już kilka lat, jak Angel, Jan oraz Inżynier (jak naprawdę miał na imię to było trudno sobie przypomnieć. Wszyscy wołaliśmy na niego tak zwyczajnie – Ingeniero, czyli Inżynier) podjęli decyzję i zamieszkali na Llunchi, czyli na jednej z największych wysp na rzece Napo. Kochają tę ziemię jeszcze nieujarzmioną i silną; kochają jej czyste powietrze i poranne śpiewy czy wrzaski budzących się zwierząt. Współżyją z tamtejszymi tubylcami, Quichuas z Amazonii, którzy są ludźmi bardzo towarzyskimi, wrażliwymi, przystępni jak dzieci, miłymi, uprzejmymi, tworząc praktycznie jedna wielką rodzinę. Jednym słowem są wspaniałymi ludźmi. Wśród nich uczyli się poznawać, z upływem dni elementarne rzeczy, które pozwalają na przetrwanie, a raczej jak trzeba żyć bez żadnych zakłopotań czy nadszarpywania sobie nerwów. Z dala od cywilizacji miejskiej, tylko bycie w kontakcie z otaczającą przyrodą, nabywa się szósty zmysł, który pozwoli rozpoznać i rozkoszować się wrażliwością tego środowiska.
W domu misyjnym jak i w wielu innych domach nie jest czymś dziwnym spotkać poprzywieszane na belkach niczym bombki choinkowe gniazda zamieszkałe przez osy, które również chętnie przylatują na posiłek siadając na talerze czy kubki z napojami.

Można podziwiać, w jaki prosty sposób człowiek wraca do prostoty życia i przyjaznego współżycia z owadami i zwierzętami. Słońce, deszcz, błoto, anakondy, iguany, jaszczurki, nietoperze wampiry, pochowane w najciemniejszych zakamarkach chaty bambusowej, mnóstwo gatunków mrówek, piranie... Cała gama heterogenicznych zwierząt, z którymi niejako zawieramy pakt harmonijnego współżycia sąsiedzkiego.


Na wyspie, okres letni jest bardzo przyjemny. Wiatry przechodzą przez całą wyspę powodując, że zaledwie czuje się niewielkie upały za wyjątkiem popołudnia, gdzie odczuwa się upał, podczas którego koszule stawiają się wilgotne od potu i przylegają do ciała.

Rzeka przed domem ma wygląd olbrzyma i sprawia wrażenie jakby wszystko wokół niej usypiało. Jest to czysta rzeka, w której występuje wiele gatunków ryb. Ojciec Juan bardzo lubi łowić ryby. W tym celu zakłada na nie pułapki robione sposobem Indian używając materiałów dostępnych na danym obszarze (my nazwalibyśmy to – kaszory)


Podczas naszego przygotowywania się na wyprawę w wolnych chwilach chodzimy po przepięknych plażach, których miękki drobniutki i złocisty piasek odbija się w promieniach słonecznych swym jaskrawym blaskiem. Wychodząc z łódki na plażę muszę natychmiast nałożyć na nogi obuwie gdyż piasek jest tak mocno nagrzany, że można by było w nim ugotować jajko. No i właśnie po jajka właśnie tu przybyliśmy, wiedząc, że żółwie właśnie w tym czasie je tu złożyły. Ślady jeszcze są świeże tak, że nie jest aż tak trudno znaleźć miejsca złożenia jaj.
W niektórych miejscach potworzyły się niejako zakola wypełnione urodzajną ziemią, na których to skrawkach Indianie w odpowiednim czasie zakładają ogródki, w których uprawiają między innymi roślinę bulwiastą zwaną la yuca.
W okresie deszczowym, kiedy to błyskawice trzaskają nad szczytami gór andyjskich, rzeki wzbierają i zatapiają wielkie obszary dżungli. Wyspy przemieniają się w bagna, których teren jest bardzo grząski. Kiedy znowu na niebie pojawia się ostre słońce, wszystko bardzo szybko schnie.

W porze deszczowej ustają prace polowe. W tym to okresie więcej czasu poświęca się na wyrabianiu korali, koron i innych ozdób. Wyrabiają siatki czy hamaki, używając do tego sznurków zrobionych z liści palmowych.

Również łatwiej o zwierzynę, która gromadzi się w wyższych partiach uciekając z terenów zalanych wodą. Indianie są dobrymi myśliwymi i potrafią wytropić zwierzynę pomiędzy gęstymi zaroślami... gąszczami.

Kobiety również dbają o to, aby wokół domu nie było trawy, co pozwala na spostrzeżenie niemile widzianych dzikich zwierząt koło domu takich choćby jak żmije.


Z powodu bardzo ulewnych dni nie możemy wyruszyć na wyprawę. Pozostając w domu na wyspie, każdy z nas czymś się zajmuje. Ja, staram się pomagać m.in. Janowi w robieniu i przygotowywaniu haków na wielkie ryby. Poprzedniego dnia na taki hak złapaliśmy suma (Indianie mówią, że to bagre) o wadze około 50 kilogramów. Są to wielki ryby. Bardzo lubię tę rybę, a szczególnie jak ona jest przygotowana na rożnie. Również podejmuję się wszelkich prac plecionkarskich, przypatrując się jak Indianie wyrabiają hamaki, siatki (la shigra) służące do przenoszenia jak i przechowywania różnych produktów, kosze z cienkich lian. Najlepiej, być może, bo to najłatwiejsze, wychodzi mi robienie korali, do których wyrobu używa się różnobarwnych nasion, które dostarcza nam dżungla.
Kobiety również szyją lub naprawiają wszelką odzież.
Mężczyźni wiele czasu poświęcają na wyrabianiu dmuchaw (bodoquiera), łuków i strzał jak i robią bardzo długie i ciężki dzidy, które sięgają nawet do czterech metrów długości. Są one robione z twardego drzewa palmowego. Zajmują się wyrobem trucizny kurare, ale nie są w tym zbyt dobrzy, dlatego sprowadzają tę truciznę od swoich sąsiadów z Kolumbii.
Miasto Coca

Przed dżunglą znajduje się miasto Coca.

Silne ulewne deszcze opóźniają nasz wyjazd. Czekamy również aż dotrze do nas Manuel, który jest z zawodu lekarzem i przebywa w Quito. Otrzymaliśmy drogą radiową wiadomość, że droga lądowa ze stolicy jest nieprzejezdna z powodu obsunięcia się ziemi. Naprawa potrwa przynajmniej trzy dni. Manuel ma też nam przywieść potrzebne rzeczy na tę wyprawę.
Punktem wyruszenia całej „ekspedycji” jest stacja główna misji znajdująca się w miejscowości Francisco de Orellana (popularnie to miasto wojewódzkie zwane jest jako Coca). Miasto Coca jest położone nad rzeką o tej samej nazwie, czyli rio Coca, u jej ujścia do rzeki Napo.
Od poniedziałku do niedzieli w miejscowości Coca, zauważa się bardzo duży ruch i działalność gospodarczą. Główna ulica tego miasta, Alejandro Labaca, to jeden z typowych przykładów codziennego życia mieszkańców miasta. Osadnicy (Los colonos) – bo taką nazwą określani są Ekwadorczycy przybyli tutaj z innych regionów kraju – o odmiennych rysach niż tych od tubylców z Oriente, o zwyczajach jakże obcych dla tych panujących na terenie dżungli, którzy to właśnie tu znaleźli wszystko to, co migranci szukają kiedy opuszczają swoje rodzinne miejsce: źródło pracy i miejsce do rozpoczęcia nowego życia.

Bieganina w mieście jest spowodowana tym, że zawsze jest coś do roboty. Jedni podążają do którychś z obozów spółek naftowych; inni – choć to już rzadziej – przeprowadzają grupy turystów, którzy przybywają aby doświadczyć przygód tego skrawka dżungli amazońskiej, a którą zostali urzeczeni poprzez programy przyrodnicze; jeszcze inni ubrani w garnitury z kaszmiru i białe koszule z długim rękawem oraz krawatem zaciśniętym pod szyją, to ci co pracują w różnych urzędach miejskich. Również wielu ludzi zatrudnia się jako tragarzy i pomoc przy załadowywaniu jak i rozładowywaniu wszelkich produktów, które przywozi się autobusami (przywożone są autobusami), ciężarówkami, pikap’ami czy też rikszami.

Miasto posiada przynajmniej 24 dzielnice, i choć jest otoczone dżunglą, nie posiada żadnych parków czy zieleńców.
Coca to małe miasto powstałe głównie za przyczyną spółek naftowych działających na tym terenie jak i przybyłymi osadnikami szukającymi pracy i lepszego jutra. Miasto posiada tylko kilka ulic pokrytych asfaltem. Resztę ulic można przyrównać do dróg polnych bez żadnych krawężników, które by oddzielały drogę od chodnika.

W mieście znajduje się również port rzeczny, który łączy to siedlisko miejskie z oddalonymi wspólnotami na terenie dżungli.

Styl budowy niczym nie różni się od architektury miasteczek ze strefy nizinnej (wybrzeża): domy z cementu dwu lub trzy piętrowe, które na parterze posiadają portyki, które stanowią przedłużenie sklepu, który znajduje się w tej części budynku. Ponad wejściem do sklepów, poprzywieszane lub wymalowane są wielkimi literami odpowiednie reklamy.

Obok tych „kamienic” zauważamy niezliczoną ilość domków parterowych „posklejanych” z różnych znalezionych materiałów, co świadczy o skromnej sytuacji ekonomicznej ich właścicieli.

Istnieją również dzielnice zamieszkałe przez rdzenną ludność Indian głównie quichuas i niektórych shuaras, którzy opuścili dżunglę, urzeczeni opowiadaniami przybyłych osadników z innych województw na temat wspaniałości cywilizacji.

Coca z racji tego, że stanowi centrum polityczne województwa, jest również celem wizyt Indian pochodzących z różnych grup etnicznych. Los Huaoranis widzi się jak odwiedzają burmistrza czy wojewodę, u których domagają się zaprzestania inwazji na ich tereny. Inni Indianie sprzedają dzikie zwierzęta przez nich upolowane, dzidy własnego wyrobu czy też inne ozdoby ciała.

Większość ludności jest pozbawiona podstawowych usług (kanalizacja, prąd, woda) a jednak miasto wciąż się rozrasta.

Późnym popołudniem, czyli około godziny czwartej, ruch w mieście znacznie maleje, ale koncentruje się na podwórkach, które zamieniają się w boiska, na których rozgrywa się popularne mecze ecuvoley (siatkówka, typowa gra ekwadorska). Piłka i jakaś tam siatka wystarczy, aby mieć praktycznie jedyną rozrywkę, która pozwala zająć resztę wolnego czasu.

Podczas rozgrywanych meczy, można też zauważyć istniejące zakłady pomiędzy ludźmi pochodzącymi z różnych prowincji Ekwadoru: zauważy się lojanos, manabitas, latagungenos, guayacos, quitenos.
W poszukiwaniu Los Tagari

Główna ulica w mieście Coca, nosi nazwę jednego z księży misjonarzy: Biskup Alejandro Labaca. Historia tego zakonnika jest historią człowieka, który związał się z dżunglą i został przebity włóczniami z ręki jednej z grup Indian ginąc śmiercią męczeńską.

Ta historia zaczęła się już w roku 1965, a zakończyła się w 1987, w środku dżungli, na terenie nieujarzmionych Tagaeri.

W 1965 przybył Alejandro Labaca, misjonarz, vasco, który został wydalony z Chin. Z chwilą przybycia, zaczął wdrażać swój plan pracy duszpasterskiej „na rzecz najbardziej zapomnianych”, dlatego w tym celu wynajmował samolot za pomocą, którego chciał odnaleźć domy Indian Huaoranis.

Podczas jednego z takich lotów zwiadowczych, on i jego towarzysze, zauważyli w jednym z otwartych miejsc w gęstej dżungli dziesięciu huao’s.

Biskup Labaca przygotował i stanął na czele wyprawy po rzece Indillamas. W wyprawie uczestniczył jeszcze jeden z księży i 13 mężczyzn Indian quichuas. W tej pierwszej wyprawie do dżungli tropikalnej (deszczowego lasu), przemierzając bagniste tereny i wzniesienia, nie natrafili na ślady huaoranis.

W ciągu tych trzech ostatnich lat, Huaoranis zaatakowali kolonizatorów, stanowiska czy bazy, w których znajdowali się pracownicy spółek naftowych, a nawet i posterunki wojskowe. Jednym słowem wszystkich, których bez przyzwolenia i ich zgody wchodzą na te tereny.

Po następnych dwóch nieudanych próbach znalezienia Indian, misjonarze ponownie rozpoczęli dokonywać lotów rozpoznawczych nad terenem zajmowanym przez Huaoranis.

Po odnalezieniu ich szałasów, zrzucano podarunki zapakowane w opakowania plastykowe, w które wkładano również, formatu pocztówkowego, zdjęcia misjonarzy, a szczególnie księdza biskupa. Zdjęcia były wkładane w tym celu, aby podczas już osobistych odwiedzin, zdali sobie sprawę, kto im dawał prezenty. Podarunki te były przyjmowane z wielką radością przez tubylców. Tylko w jednym przypadku, jedna z rodzin, prawdopodobnie tagari, odpowiadała strzelaniem z łuków i rzucaniem dzidami w kierunku samolotu czy helikoptera i zrzucanych i prezentów.

Po pewnym czasie przybyły nowe spółki naftowe i to zaniepokoiło biskupa Labaka, który wyraził się mniej więcej w ten sposób: „Nie wiem czy zdążymy na czas, aby nawiązać kontakt z Haoranis.... W obecnym czasie głównie chodzi o ich życie.... Spółka wszczęła badania lokalizacyjne nafty, i to właśnie na ich obszarze.

W 1976 roku przedstawiciele spółki naftowej zwrócili się o pomoc do misjonarzy, gdyż właśnie ich pracownicy, trudzący się w robieniu przecinki (las trochias) zostali zaatakowani przez Indian.

Biskup Labaca przystał na propozycję i zamieszkał wraz z pracownikami zatrudnionymi przez przedsiębiorstwo naftowe w sercu dżungli. Byli to zwykli rolnicy i pracownicy fizyczni, którzy zatrudniali się do pracy, gdyż zarabiali trzykrotnie więcej niż w innych miejscach.

Na wiadomość o przybyciu do nich samego biskupa, uradowali się bardzo. Ich zatroskane i przelęknione twarze stawały się znacznie radośniejsze (weselsze) i ustępowało zdenerwowanie.

Ich obóz znajdował się nad malutkim strumieniem o bardzo krystalicznej wodzie. Brzegi tego strumienia łączyło specjalnie ścięte nad brzegiem drzewo, służące za most.

Pierwszy kontakt nastąpił po 14 dniach pobytu biskupa w tymże obozie.

- „...przyjaciel, przyjaciel”, wykrzykiwali w naszym kierunku trzej zupełnie nadzy mężczyźni stojąc na moście, a w dłoniach trzymający swoje groźnie wyglądające dzidy.

Dreszcze...? Strach...? Radość....? Nadzieja....? Nie wiem, co właściwie czułem – opisuje w swoim dzienniczku osobistym biskup.
Biskup Alejandro poprosił jedną z rodzin Huao, aby przyjęli go i zaadaptowali jako swojego syna, członka rodziny. Potrafił on również całkowicie wniknąć w ich kulturę. Nie bał się również w okresie przebywania w ich (bohios) szałasach – nie miał problemu, aby zdjąć swą odzież. Było to też gestem poszanowania zwyczajów.

Nauczył się języka huao, co pozwoliło również występowaniu w ich imieniu we wszelkich urzędach państwowych gdzie wręcz domagał się poszanowania ich własności do tej ziemi przez nich zamieszkałej i zajmowanej.

Nie prowadził działalności ewangelizacyjnej, nie nauczał podstawowych prawd katechizmowych, ani też nie udzielał sakramentów.
Na początku 1987 r. podczas prac rozpoznawczych w tzw. Bloku 17 (kwadracie), natrafiono niedaleko miejsca określanego Tiguino, na południe od Coca, zamieszkałe szałasy i jak się wydaje przez Tagaeri.
Biskup Labaca, już od przeszło dwóch lat szukał tej grupy Indian, aby nawiązać z nimi kontakt. Dowiedziawszy się o tym wydarzeniu, poczuł, że nadszedł czas, aby wybrać się do nich osobiście. Wewnętrznie czuł również, że może to być zbyt ryzykowne, zważywszy, że nigdy nie było z nimi kontaktu, że mogą go przyjąć jako obcego i niechcianego.
Jestem przekonany, że biskup Labaca podjął decyzję udania się do Tagaeri, po głębokiej refleksji i jej przemyśleniu. Widać, że wiele argumentów przemawiało, za tym, aby tam się udać.

Biskupowi w tej wyprawie towarzyszyła siostra zakonna Ines Arango.

Na samo miejsce zostali przetransportowani helikopterem należącym to tejże spółki naftowej. Z powodu braku miejsca na lądowanie, misjonarze zostali spuszczeni na linkach w niedalekiej odległości od szałasu, który zamieszkiwało około 50 Indian.
Po około dwóch godzinach, bo tak się umówili, miał po nich wrócić helikopter. Tym razem w helikopterze leciał również Ojciec Roque ze stacji misyjnej i jeden ze spółki naftowej. Helikopter zatoczył okrąg nad miejscem gdzie pozostawiono biskupa i kiedy znaleźli się nad samym szałasem, zauważyli, że kilka metrów od wejścia do szałasu, leżało martwe ciało biskupa, które było oparte o powalony pień drzewa, a głowa była odchylona bezwładnie do tyłu. Dwadzieścia pięć włóczni o grubości około 3 cm i trzech metrów długości o zakończeniu w formie ząbkowanej, przebiło jego ciało.

Nieopodal leżało ciało siostry Ines, przebite siedemnastoma dzidami.


Wśród małp, el bocachico i la guanta.

Ktoś by pomyślał, że będąc na terenie dżungli, to w restauracjach, dość licznie występujących w mieście Francisco de Orellana, w godzinach obiadowych, w głównym menu będzie mięso jakiegoś egzotycznego zwierzaka, choćby to była małpa, czy guanta. Jednakże tak nie jest, nawet w chatach Indian, mięso czy przysmakiem, jakim są mózgi małpie, należą do rzadkości. W ostatniej dekadzie znacznie się zmniejszyła ilość występującej zwierzyny.


Gastronomia w mieście Francisco de Orellana (Coca), oferuje wyłącznie to wszystko, co się konsumuje w różnych regionach czy prowincjach kraju, znajdujących się na obszarze nizinnym czy w strefie gór andyjskich. Jest to spowodowane obecnością ludzi przybyłych z tamtych terenów. Najczęściej podawane jest danie zwane seco de gallina, a jest to nic innego jak wielka ilość ryżu, duży opływający tłuszczem soczysty kawałek mięsa kurzego i do tego trochę surówki zrobionej z sałaty.
Ale w restauracji Sacha-Mikuna (w jęz. quichua w tłumaczeniu dosłownym = jedzenie z dżungli, albo jakbyśmy to lepiej powiedzieli „Dania z dżungli”), która znajduje się nad samą rzeką, można zjeść bardzo smaczne i autentyczne dania przygotowane z mięsa takich zwierząt jak choćby guanta, kapibara czy samej małpy. Również można zjeść potrawę zwaną maito de bocachico. Daniem tym jest ryba słodkowodna, którą gotuje się w dużych liściach w, aby smak pozostał niejako w środku.

Natomiast mięso guanta smakuje tak jak mięso od kury.

Również można rozkoszować się różnymi gatunkami bardzo tłustych larw, które używa się jako źródeł tłuszczu.

Do picia podaje się napój zwany la chicha, który zrobiony jest z rośliny bulwiastej la yuca, którą po ugotowaniu poddaje się procesowi fermentacji. Również można rozkoszować się innym smacznym napojem zrobionym z chonta (owoc z palmy o tej samej nazwie). Są to napoje bardzo ważne w tej prowincji, a które spożywa się jako napoje orzeźwiające, gaszące pragnienie, służą jako pokarm, ale również, jako że jest to napój alkoholowy, częstuje się nim podczas wszelkich uroczystości plemiennych.


Wybiła godzina

Dzień pierwszy:

Po wielu przygotowaniach i opóźnieniach, jesteśmy wreszcie gotowi, aby wyruszyć. Cały bagaż wraz z łódką został dobrze ułożony na dużym samochodzie, którym pokonamy sporą odległość z Coca do rzeki Tiputini, która jest naszym celem, a która znajduje się około 60 km na południe. Nasza łódź, która została ochrzczona nazwą PUNCHAYANA (poranek), okazale prezentuje się na samochodzie. Utwardzona droga jest bardzo trudna i pełna wybojów. Siedzimy przy naszych bagażach i z niepokojem patrzymy czy wszystko znajduje się na swoim miejscu, a za każdym razem, kiedy samochód podskoczy na wyboistej drodze lub jak przejeżdżamy przez mostki zrobione tylko z przerzuconych pali drzew niczym kładki, informujemy siebie nawzajem, że wszystko w porządku.


Po kilku godzinach wreszcie docieramy do miejsca, w którym znajduje się tartak, a który to tartak znajduje się nad brzegiem tejże rzeki. Jest tam sporo miejsca, to coś w rodzaju dużego placu, na którym można spokojnie manewrować samochodem i tak się ustawić, aby móc spuścić łódkę na wodę.

Zanim jednak przystąpimy do tego zadania, trzeba trochę posilić się i odpocząć.


Późnym popołudniem zaczęliśmy „budować” coś w rodzaju pochylni, aby móc zwodować łódkę. Całymi pracami kierował „Inżynier”. Już po kilku wydanych poleceniach, było widać, że człowiek zna się na tych sprawach. Po odpowiednim zamocowaniu powrozów i ich naciągnięciu, zaczęliśmy opuszczać łódź po stromej i pochyłej skarpie do wody. Podczas tego wodowania, łódka zanurzała się dziobem w głębiny rzeki, nabierając przy tym sporej ilości wody. Kiedy była już na wodzie, zabrałem się za wylewanie z niej wody, po czym ułożyłem na dnie łódki deski niczym palety, na które zostanie złożony cały nasz ekwipunek.

Po zakończeniu tych ostatnich prac przygotowawczych zbieramy się wokół ogniska na wspólnej kolacji, którą przygotował nasz kucharz pokładowy Jan. Każdy z nas z wielkim apetytem rozsmakowywał się w smacznie przygotowanym posiłku, na który składało się mięso z ryby bocachico oraz pieczony banan.


Po kolacji jeszcze luźne rozmowy i jako, że każdy z nas czuł się zmęczony poszliśmy każdy do swego zrobionego na wolnym powietrzu łóżka, które oczywiście znajdowało się na palecie z desek, chronione moskitierą i pod dużą płachtą niebiesko kolorowego plastyku, który chronił od podmuchów wiatru jak i przed możliwym deszczem. Plastyk oczywiście był zawieszony w kształcie rozstawionego namiotu czy szałasu. Kiedy usypialiśmy, Angel jeszcze dorzucił do ogniska dość spore trzy kłody (belki) drzewa.
Dzień drugi:

Poranek jest miły. Nasz kucharz już krząta się przy ognisku. Pozostali udają się nad rzekę, aby się umyć. Przed zanurzeniem się w nurcie rzeki, dostrzegłem w ostatnim momencie, niejako przywartego do naszej łodzi, elektrycznego węgorza. Wołając Jana wskazuję ręką na ten piękny okaz ryby, która potrafi sparaliżować i uśmiercić swym rozładowaniem elektrycznym nawet dorosłego kąpiącego się człowieka. Ileż to nasłuchałem się opowiadań Indian, na temat, jak to węgorz elektryczny, płynąc koło swej ofiary, kilkakrotnie w pewnych odstępach czasu wyładowywał swą energię powodując stopniowe jej uśmiercanie. Ale aby móc się umyć, trzeba był nam go odpędzić, a w tym celu posłużyliśmy się długim wiosłem. Kiedy zażywamy porannej toalety, Jan już wstawił wodę na kawę.


Jest zaledwie ósma rano, na zegarku Manuela, bo tylko on wziął ze sobą zegarek gdyż pozostali uznali go za zbyteczny, ale Manuel zawsze zważa na szczegóły. Angel i Jan instynktownie spojrzeli na słońce, kiedy Manuel powiedział, która jest godzina.
Kiedy jesteśmy zajęci układaniem i prawidłowym rozmieszczeniem bagażu na łodzi, pojawia się pewien brodaty człowiek, który pracuje w tymże tartaku oraz Indianin z plemienia Shuar. Obydwaj uważnie obserwują jak przebiegają nasze przygotowania do wyprawy.

- Kim oni są? – pyta Indianin tego brodatego.

- To księża ze stacji Misyjnej – odpowiada

- I nie zginą?

- Oni są większymi twardzielami niż my! – odpowiedział poważnie brodaty.

Inżynier i Kajetan układają, a raczej rozmieszczają starannie cały bagaż, zabezpieczając go ogromnymi płachtami, niczym prześcieradła, grubym plastykiem. Rzeczy najcięższe, takie jak silnik motorowy oraz paliwo w dużych kanistrach są chronione oddzielnie i ustawione na środku łodzi. Pięciu odważnych już zajęło swoje miejsca w łodzi. Angel ze swoim długim wiosłem koloru niebieskiego zajął miejsce sterownika. Przed nim zajęli miejsca Kajetan i Manuel, który wywołał spontaniczne śmiechy towarzyszy wyprawy, którzy widząc go wciśniętego pomiędzy bagaże z małym wiosłem usiłującego naśladować wielkich galerników. Jeszcze bardziej w przedzie, usadowił się Ingeniero a na samym dziobie dogodną pozycję zajął Jan, z bardzo solidnym szerokim wiosłem koloru świecąco-żółtego.


Zanim padła komenda, aby „odcumować” łudź, która była przywiązana do grubej gałęzi bardzo pochylonego drzewa nad urwiskiem, we wspólnej modlitwie ofiarowaliśmy Bogu nasze całe przedsięwzięcie wypraszając dla nas błogosławieństwo i szczególną opiekę Matki Boskiej z Guadalupe.
W miejscu, z jakiego wyruszamy, nurt rzeki jest dość wartki. Obserwując zachowanie się łódki, można by rzec, że jak została uderzona prądem biegnącej rzeki i poczuła tę wartkość wody, aż ją trochę wzdrgnęło, zabujała się jakby już się rwała do drogi. Wydaje się być niecierpliwa, aby wyruszyć w drogę.

Tiputini prawdopodobnie jest wyrazem pochodzącym z języka Caypa. TIMBU to czas, TIN = co?, i w wolnym literackim przekładzie można by go przetłumaczyć jako „rzeka czasu”.

Po kilkudziesięciu minutach mijamy jeden z dopływów, którym jest Rumi Yacu (czyli kamienna rzeka).

Na rzece, łódka bardzo dobrze się sprawuje, a to świadczy o tym, że została zrobiona przez bardzo doświadczonych szkutników.

W pewnym momencie wszyscy wyciszamy się i kontemplujemy otaczającą nas przyrodę, która niejako pochłania nas swym pięknem. Wjeżdżamy w tunel utworzony z konarów drzew – zarośli, rosnących gęsto po obu stronach rzeki. Jesteśmy zauroczeni tym krajobrazem.

Wystraszone ptaki tam żerujące, wzbiły się w górę robiąc prawdziwe zamieszanie.

Nasłuchujemy i patrzymy. Cisza zostaje przerwana przez Jana, który pyta: „... nie zauważyliście jakieś zwierzę, które by można upolować...?”

- Nic nie widzieliśmy – odpowiadamy prawie jednocześnie chórem.

- No, to będzie dziś tylko na kolację zupa czosnkowa.

Nad wodą w odległości około trzech metrów od łódki, równolegle z nami leci wielki niebieski motyl o przepięknej urodzie. Niebieski jak lazurowe morze u góry, a pod spodem zupełnie czarny. Nie cieszyliśmy się zbyt długo jego obecnością gdyż na następnym zakolu rzeki poleciał prosto i został wchłonięty przez dżunglę.


Angel siedzący na rufie coś krzyczy. Manuel nagle złapał się mocno siedzenia. Czujemy jak nami wstrząsnęło. Przód łodzi zaczął się pomalutku unosić w górę. W tym momencie zdaliśmy sobie sprawę, że najechaliśmy na zatopioną olbrzymią gałąź drzewa, której tylko znikoma część unosiła się do tego poziomu, że na lustrze wody powstawało leciutkie wybrzuszenie.

Łódka nie przejdzie w tym miejscu. Musieliśmy szybko zareagować, bo woda już pomału wdzierała się do środka przez rufę. Wskakujemy do wody, która sięga nam prawie pod szyję. Manuel i Jan od strony rufy pchają do tyłu a reszta stara się, aby zepchnąć ją z tego konara i skierować na prawą stronę. Inżynier swym potężnym głosem rozdaje komendy wykrzykując „...na trzy unosimy i pchamy na prawo...”.

To wydarzenie napędziło nam strachu, ale obeszło się bez żadnych strat ani szkód. Kiedy już wszystko mieliśmy za nami zaczęliśmy się śmiać i żartować jeden z drugiego. Radość i śmiech wywoływało każde wypowiedziane zdanie, określona sytuacja czy nawet komentarz.

Nie obwiniamy nikogo, chociaż wszyscy wiemy, że ten, co siedzi na dziobie jest odpowiedzialny, aby wypatrywał wszelkie przeszkody.

Po pewnym czasie znowu rzeka robi się coraz szersza dochodząca miejscami do około 150 metrów.

W około woda, las i cisza.

Na jednej z gałęzi dostrzegamy „krzyczącego” ptaka o pokaźnych rozmiarach. Manuel próbuje strzelić z dużej odległości. Rozlega się ogromny huk i ptak spada zraniony. Jan i Manuel wyskakują z łodzi kierując się w stronę lądu. Po chwili już ich zauważamy jak wspinają się po małym wzniesieniu, na którym wśród krzewów zaplątał się zraniony ptak. Jan jednym uderzeniem maczetą od razu zabija upolowanego ptaka przynosząc do łódki. Jest to ptak drapieżny, koloru białego i ciemnej kawy o silnym dziobie podobnym do tego, jaki mają orły oraz silnych szponach. Uradowany Jan przytacza powiedzenie, które często powtarzają mieszkańcy znad rzeki Napo: „... ryba, która pływa i ptak, który lata jest dobry na patelnię...”. Od razu na miejscu, póki ptak jest jeszcze ciepły, obiera (obskubuje) się go z piór. Podczas obierania już sobie go wyobrażamy w garnku i jaka to będzie smaczna zupa. Angel mówi, że flaki ptaka, zachowa jako przynętę na ryby.
Położenie słońca wskazuje, że już mamy poza sobą trzy czwarte dnia. Pora, aby gdzieś się zatrzymać i rozbić obóz. Postanawiamy, że na najbliższej plaży zacumujemy.

Po chwili wchodzimy w następne duże zakole, na którym znajduje się wielki rozłożyste drzewo pokryte pięknymi soczystymi żółtymi kwiatami. Kwiaty te, są przysmakiem małp chorongos. Indianie znając bardzo dobrze, czym się żywi każde zwierze i gdzie ten pokarm rośnie, czyli znajduje w dżungli, to tam właśnie się udaje i zaczajony, czeka na swoją zdobycz.

Małpy właśnie przyszły na swą ucztę. Jan, strzelił do jednej z nich, celując z łódki, jednak nie trafił. Podniosły się przeraźliwe krzyki małp uciekających i chowających się w gęstych koronach drzew. Kiedy wypatrujemy małpy, nagle pojawiła się ciemna jak ołów chmura. Zaczyna padać. Rezygnujemy z dalszego polowania. Podróżnicy zaczynają odczuwać głód. Szukamy odpowiedniego miejsca, aby się zatrzymać. Pomimo, że deszczowa chmura, która zmoczyła nas do ostatniej suchej nitki i już gdzieś, zniknęła, to jeszcze spadają duże krople z liści drzew, sprawiając wrażenie, jakoby jeszcze padało.

W niedługim czasie znajdujemy odpowiednie miejsce na rozbicie obozu i odpoczynek.

Manuel i Angel zabrali się za ustawienie głównego namiotu, którym jest specjalny brezent. Ustawiają go w ten sposób, aby tworzyła spadzisty dach sięgający z jednej strony aż do ziemi. Brezent ten, jest zrobiony z materiału niczym tiul, lub inaczej mówiąc niczym nie różni się od materiału używanego do produkcji parasoli. Ale zanim rozstawili główny namiot, musieli jeszcze oczyścić całe miejsce z wszelkich gałęzi i powojów, które bujnie pokrywały to miejsce. Pozostali również wiedząc, jakie na nich spoczywają obowiązki przystąpili do ich realizacji. Zostały wyciągnięte z łódki nie tylko bagaże, ale i deski, które również są wykorzystywane jako podłoga-łóżko.

W tym samym czasie, Jan, który został okrzyknięty i „zaprzysiężony” jako kucharz podczas całej wyprawy, bez żadnej trudności radził sobie i wiedział, co ma robić. Menu na dziś jest proste i bardzo pożywne: sałatka z yuyo, zupa z upolowanego ptaka no i ryż. Jako deser pieczone banany w popiele.


Ciemności bardzo szybko zapadają. Jeszcze przed ostatecznym odejściem na spoczynek odmawiamy modlitwy. Śpiewane słowa psalmów w tej głębokiej ciszy są noszone przez wodę gdzieś tam daleko w dżunglę. W spontanicznych modlitwach dziękujemy Bogu i Matce Przenajświętszej za wszystko cośmy przeżyli i doświadczyli w minionym dniu. Podczas modlitw niejako spada na nasz obóz cały rój czerwonych pszczół, które nie są groźne, ale denerwują (są upierdliwe). Również pojawiły się mrówki o nadzwyczaj wielkich głowach, a zwabione zapachem cukru, który troszeczkę się rozsypał. Jan łapie jedną z nich, która uczepiła się naskórka i nie wiem czy można powiedzieć, że zlizywała czy raczej zbierała mikroskopijne kryształki soli, pozostałe po pocie na ciele, instynktownie swymi potężnymi żuchwami wszczepiła się w skórę sprawiając ból jakby ukłuciem igły podczas szczepienia.

Obozowisko jest bardzo dobrze oświetlone przez unoszące się języki ognia. Pomimo tego, Angel po raz pierwszy (pragnie wypróbować) stara się zainstalować nowoczesną latarkę, czyli lampę na gaz. Ale jakoś mu się to nie udaje. Po kilkukrotnym zapalaniu, specjalna siateczka ze sztucznego włókna tylko się zaczerwieniała aż wreszcie uległa całkowitemu zniszczeniu. Na pomoc przyszedł Ingeniero, który kilkoma sprawnymi pociągnięciami uruchomił lampę, za co został nagrodzony obfitymi oklaskami. Jan natomiast, wierny swojej pasji łowienia ryb, znowu zawiesza haczyki umieszczone na grubej żyłce, którą przywiązuje w kilku miejscach do łódki.

Manuel jeszcze idzie do rzeki, aby się umyć przed ostatecznym pójściem na spoczynek. Po wyjściu z wody dokłada jeszcze drzewa do ogniska. Kiedy już wszyscy pokładliśmy się w swoich śpiworach osłoniętymi moskitierami, ciszę nocną przerywają nam swym przeraźliwym metalicznym dźwiękiem las chicharras.




  1   2   3


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna