Na zakolach rzeki czasu



Pobieranie 157.75 Kb.
Strona2/3
Data07.05.2016
Rozmiar157.75 Kb.
1   2   3

Dzień trzeci:

Następnego dnia, kiedy zaledwie zaczęło się rozjaśniać, już dochodzą do nas pojedyncze głosy ptaków, które z każdą chwilą przybierają na sile. Ognisko jeszcze się żarzy dzięki grubym i dużym kawałkom drzewa, które zostały dorzucone przed spaniem.

Rzeka trochę przybrała. Nikt z nas nie myśli w tym momencie, aby się umyć z powodu zmąconej wody, która zrobiła się koloru kawy.

Jan dokłada drzewa do ogniska i zabiera się do przygotowania śniadania. W tym momencie zauważył, że, podczas gdy my spaliśmy, mrówki o wielkich żuwaczkach (szczękach) i zapewne takim samym głodzie, jakby nie jadły kilka dni, zrobiły wielkie spustoszenia w kuchni. Podziurawiły cały chleb. Poprzegryzały również grube torebki plastykowe, w których znajdował się cukier. Zachowały się tylko suchary i to, co jest przechowywane w puszkach.

Liczymy po cichu na to, że coś złowiło się na zastawioną przynętę. W tym celu Angel poszedł w kierunku łodzi, aby zobaczyć czy coś połknęło przynętę. Po chwili wraca z pustymi rękoma.

- Coś zjadło całą przynętę - powiada.

Zaczynamy żartować:

- to zapewne nurkujące mrówki, zwietrzyły gdzie zostało powieszone mięso.

Pomimo, że mrówki oraz inne zwierzątka, których trudno było dojrzeć w ciemnościach, pozostawiły bałagan w nocy, to jednak Jan potrafił przygotować smaczne śniadanie.

Chleb, chociaż był podziurawiony i wyglądał jak ser szwajcarski, to spokojnie można go było nadziać na długi kij i opiec nad ogniskiem. W ten sposób mieliśmy wspaniałe grzanki.

Postanawiam zwinąć obóz i zatrzymać się przy najbliższym strumyku, aby zrobić sobie przyzwoite śniadanie, wypić smacznej kawy, a być może po drodze uda nam się coś upolować.

Najpierw jest złożony brezent, który rozkłada się na położone deski na dnie łódki. Teraz układa się pozostałe rzeczy. W środkowej części układamy nasze łóżka dobrze owinięte w plastyk oraz pięć opakowań z żywnością. Po bokach są upychane wszelkie talerze, garnki, sztućce no i wszystko, co jest potrzebne w polowej kuchni.

Za tym ładunkiem umieszczany jest motor Yamaha o mocy 8 KM. Owinięty w plastyk oraz 15 galonów benzyny już rozrobionej w odpowiednich proporcjach z olejem silnikowym.

Innymi narzędziami niezbędnymi na łodzi to pilnik, siekiera i apteczka pierwszej pomocy. To wszystko jeszcze raz jest dobrze owinięte i przykryte dużym czerwonym plastykiem.

Kiedy wszystko już jest spakowane, rozglądamy się po plaży czy czegoś przypadkowo się nie zostawiło.

Kiedy już wszyscy usadowili się na swoich miejscach, zauważyłem, że każdy z nas jest ubrany tak, jakby instynktownie, przypisane mu było do swojego charakteru czy upodobania.

Angel na głowie ma nałożoną czapkę sportową z daszkiem, koszulka koloru beżowego, krótkie niebieski spodnie i laczki typu japonki. Angel prawie nigdy nie nosi kropusów. Pod ręką ma przygotowany groźnie wyglądający harpun oraz rifle Remington kalibru 22.

Manuel zabrał ze sobą kask rowerowy, a w tym momencie ubrał się w koszulkę koloru zielonego, spodnie sięgające do łydek i poszarpane u dołu. Na nogi ubrał długie kropusy. W zasięgu ręki również ułożył sobie dubeltówkę kalibru 16.

Jan używa czapki z daszkiem, koszulę koloru oliwkowego, która jest już bardzo znoszona oraz w tym samym kolorze krótkie spodnie. Nie nosi żadnego obuwia. Również przy sobie ma oparty o siedzenie karabin kalibru 16. Do paska ma przyczepiony woreczek, w którym przechowuje kilka nabojów.

Inżynier również chroni głowę nosząc czapkę z daszkiem. Koszula jego jest koloru bursztynowego spodnie też typu bermudy a na nogach przysłowiowe pepegi. Obok niego widać kropusy, który jeden z nich przewrócony nabiera troszeczkę wody, która nagromadziła się na samym dnie łódki a w zasięgu ręki leży harpun o trzech ostrzach i dubeltówka.

Oprócz tego wszystkiego wszyscy posiadamy dobrze naostrzone maczety jak i noże myśliwskie.

Jan rozejrzał się po koronach drzew i bez wahania stwierdził, że jest ósma rano. Nie trzeba było długo czekać, aż Manuel z dokładnością szwajcarskiego zegarmistrza powiedział, że dokładnie jest ósma trzydzieści pięć.

Jesteśmy już na wodzie. Brzegi rzeki są porośnięte wysoką trawą, zarośnięte krzewami jak i wszelkimi porostami. Dżungla jest na swój sposób rozśpiewana, albo jak któryś z naszej grupy powiedział, dżunglę słychać tak jak wielką orkiestrę przed galowym występem, z których każdy z graczy, dostraja czy sprawdza swój instrument. Oczywiście w tym momencie zbytnio przesadzając, ale była to okazja, aby sobie pożartować a po chwili skupić się na modlitwie porannej i zaśpiewać dwie lub trzy, już dokładnie nie pamiętam, pieśni ku czci Matki Najświętszej.

Manuel podnosi się i z wielką uwagą obserwuje powierzchnię wody, która zdradza, że pod jej powierzchnią kryje się niespodzianka.

Ostrzega nas przed zbliżającą się przeszkodą:

- uwaga, przed nami konar drzewa.

Łódź pchana przez wartki nurt rzeki, niejako siada na zanurzonej palmie. Manuel i Jan odpychają z całych sił, zapierając się o burtę, aż nagle Jan poślizgnął się i wpada do rzeki. Jako, że nie było żadnego niebezpieczeństwa czy zagrożenia dla życia, wszyscy zaczęliśmy się śmiać i żartować. Jan również zaczyna sobie żartować i w formie mimiki, jeszcze raz nam demonstruje jak to się stało, że nagle się znalazł w wodzie. Żałuje tylko, że zamoczyły mu się naboje, które teraz kładzie w bezpiecznym miejscu pośród bagażu, aby wyschły. Jako, że jest już w wodzie, bierze siekierę i sprawnie jak prawdziwy drwal, zaczyna rąbać palmę. Pomimo fachowości rąbania, palmę nie jest tak łatwo rozłupać. W końcu palma została przecięta i łódka zostaje uwolniona, łagodnie spływając w dół rzeki.

Czym bardziej posuwamy się w dół rzeki, jej brzegi stają się coraz łagodniejsze, dotykając prawie lustra wody.


Słońce jest już ponad drzewami i silne jego promienie zalewają koryto rzeki. Na jednym ze wzniesień krzyczy kilka małp, a pod naszymi nosami niespodziewanie przefrunęła dzika kaczka. Lista nazw zwierząt, które obserwujemy jest bardzo długa, choćby ten dziwny paw, który majestatycznie siedzi na wertykalnie wystającym z czarnej mułowatej ziemi palu. Był on poza zasięgiem strzału, tak, że tym razem możemy tylko pomarzyć o jedzeniu pawia. No może trochę później nadarzy nam się lepsza okazja. Teraz tylko obserwujemy go w ciszy.
Teraz decydujemy się zatrzymać, zauważywszy, że po prawej stronie burty znajduje się piękna plaża i nieopodal mały strumyk z krystalicznie czystą wodą, którą również uzupełnimy nasze zapasy do picia na dalszą drogę, i do gotowania.
Jan przygotowuje coś do jedzenia, na które mieliśmy bardzo smaczne patacones. rozkoszowaliśmy się również kawą z mlekiem skondensowanym.
W krystalicznej wodzie strumienia zauważyliśmy bardzo dużo ryb, niczym ławicę. Na ten widok ucieszył się Angel i już zaczął przygotowania na wielkie łowy. Sprawnie zarzuca żyłki z przynętą. Nylonowa bardzo gruba nić, przywiązana jest do łódki, ale spoczywa na dłoni, aby wyczuć, że ryba już jest na haczyku.

- złapałem, złapałem – krzyczy Angel.

- pokaż, co tam masz – jeden po drugim zwracamy się do Angela.

- jeszcze trochę takich ryb i będzie smaczny obiad i nawet może kolacja.

Tym razem trzeba było mu pogratulować. Połów ryb był znakomity. Kilkanaście sztuk bocachico i o dość znacznych rozmiarach bagre. Zaraz na miejscu zostały przygotowane do jedzenia. Przygotowaliśmy je na dwa sposoby w stylu ayampaco. Jedne zostały ugotowane a druga część, upieczona w żarzącym się popiele.
W połowie dnia, cisza, która nas otacza, została przerwana przez jakby metaliczne dźwięki, które wydają tysiące owadów zwanych la chichara, które są przywarte do każdego drzewa, do każdej gałęzi.
Ruszamy w dalszą drogę. Rzeka na tym odcinku ma wygląd bardzo ospałej.

Sielanka się zakończyła po przepłynięciu następnych trzech lub czterech zakrętów. Już straciłem rachubę. Wiedziałem, że ta rzeka jest kręta, ale nie wyobrażałem sobie, że aż tak jest „pokręcona”.


Spokojna tafla rzeki, robi się coraz bardziej falista. Prąd jej wzrasta. Każdy z nas już się dobrze usadowił ściskając w dłoniach wiosło. Teraz musimy się wykazać kunsztem marynarskim. Wiemy, co mamy robić, tylko musimy to zrobić sprawnie i bez żadnej pomyłki.
Rzekę trzeba znać i trzeba ją czuć. Tego dowiedzieliśmy się od Indian z naszych wspólnot. Trzeba wiedzieć jak się ona zachowuje, jak reaguje. Indianie, rozmawiają z nią, rozmawiają, kiedy wypływają, rozmawiają, kiedy łowią ryby, rozmawiają zawsze, kiedy się z nią spotykają.
Wiosłujemy jak „doświadczeni Indianie”, aby łódka nie została porwana bezwładnie w nurt, który mógłby rzucić ją na duże głazy, którymi usłana jest rzeka w tym miejscu, a na których z łatwością uległaby poważnemu uszkodzeniu a nawet rozpadnięciu.

Czujemy się pewnie, ale powaga sytuacji odzwierciedla się na naszych obliczach. W tym wypadku nie możemy pozwolić sobie na żaden błąd, który kosztowałby nas utratą łodzi a nawet życia.


Takie uskoki na rzece są dość częste a ich długość czasami sięga od stu do trzystu metrów. Łódka nabiera prędkości w głównym miejscu. Czujemy jakbyśmy minimalnie ocierali się o występujące z rzeki kamienie. Padają polecenia niczym komendy, aby mieć dominację nad łodzią, która już wchodzi w spokojny nurt, okręcając się łagodnie i ustawia dziobem w stronę brzegu.

Przed nami znajduje się malownicza wyspa, a po niej następna i następna. Nad naszymi głowami przelatuje para czerwonych wielkich Guacamayos.


Jest godzina trzynasta trzydzieści. Zaczyna powtórnie padać. Jest to deszcz, który przygniata nas do naszych siedzeń. Jesteśmy okryci pelerynami. Widoczność jest bardzo ograniczona. Pozwalamy się nieść wolnemu biegowi rzeki. Tylko sternik obserwuje uważnie na to, co wskazuje Angel, który z kolei siedzi na dziobie i z uwagą przygląda się rzece. Wody zaczyna przybierać w naszej łodzi. W tych miejscach gdzie ona najbardziej zaczyna się gromadzić, zaczynamy ją wylewać, aby nie dopuścić, aby nasz ekwipunek, choć jest dobrze zabezpieczony, był w wodzie. Ale i to też dobre dla nas samych, bo przecież, po co mieć stopy w wodzie. Wszyscy wypatrujemy odpowiedniego miejsca, aby się zatrzymać. Po pewnym czasie, Angel energicznie wskazał ręką na lewy brzeg rzeki. Kiedy dopływamy do brzegu we wskazanym kierunku, Jan wyskakuje z łodzi biorąc linę i wdrapuje się po stromej skarpie. Chce się dostać do najbliższego drzewa, aby przywiązać łódkę. Czerwona ziemia jest bardzo śliska i Jan ma wielki trudności z wdrapaniem się na skarpę. Już dwa razy się ześlizgnął. Jest cały umorusany w błocie.

Teraz następuje rozbicie obozu i zabezpieczenie rzeczy przed zamoknięciem. I tak jak zawsze, każdy wie, co ma robić. Jedni oczyszczają teren z wielkiej ilości powojów a drudzy wyciągają bagaż z łodzi.

Tym razem z powodu mokrych gałęzi (mokrego drzewa), posiłek będzie zrobiony na kuchence gazowej. Kucharz musi się pośpieszyć, bo jak zapadnie zmrok, to gaz będzie potrzebny do uruchomienia lampy.

Każdy z nas czymś się zajmuje. Kajetan i Angel, pomimo mokrej aury, nie poddają się i zaczęli gromadzić suche kawałeczki i kawałki gałęzi na rozpalenie ogniska. Z pomiędzy spróchniałych drzew, wydobyli sporą ilość suchych liści i mchu. To wystarczyło, aby rozpalić ognisko, a wokół niego poukładali porąbane wilgotne kawałki porąbanych gałęzi. Widać po cięciach, że są sprawnymi drwalami. Również zainstalowali prowizoryczny przyrząd, na którym można było rozwiesić mokrą odzież.

Przed spaniem jeszcze planujemy następny dzień podróży. Któryś z nas zauważa, że zbyt prędko posuwamy się do przodu. Manuel wyciąga z plecaka mapę całej trasy, którą skopiował jeszcze przed wyprawą. Zaczęliśmy wspólnie rozprawiać, w którym miejscu możemy się znajdować. Pochylamy się nad mapą, aby ją dokładnie przestudiować. Każdy pragnie dojrzeć najdrobniejszy narysowany szczegół, aby móc porównać z tym, co dojrzał w czasie spływu.

Kiedy tak rozważamy, co pewien czasu zlatują się do światła liczne nocne ćmy, owady i komary.

Zaczynamy przypominać sobie wszelkie możliwe dopływy prawo i lewostronne a po długich rozważaniach doszliśmy do wniosku, że jutro poszukamy odpowiedniego miejsca na dłuższy postój, przynajmniej jednio dniowy.

Wszyscy czujemy ciężar tej wyprawy a godziny przesiedziane na burcie czy ławeczce odbijają się na nerkach, kręgosłupie oraz pośladkach.


Czwarty dzień:

Następnego dnia nasze myśli czy uwaga jest tylko skupiona na wybraniu odpowiedniego miejsca na zatrzymaniu się na jeden lub dwa dni.

Kiedy leniwie spływamy, Angel zarzuca żyłkę z przynętą, a my, co pewien czas spoglądamy do tyłu obserwując zachowanie się żyłki. Już zbliża się południe.
Niedziela

Główny namiot jest już postawiony. Teraz planujemy poukładać i zabezpieczyć pozostałe rzeczy. Manuel i Cayetano udają się w poszukiwaniu yuyo, które po odpowiednim przyrządzeniu jest dodatkiem do wszelkich potraw. Angel jeszcze czyści obrzeża obozu. Jest to bardzo ważne, aby móc z łatwością dostrzec wszelkie nieproszone gady i płazy.

Obóz jest tak wymyślnie i praktycznie ustawiony, że wszystko, co zastaliśmy na plaży zostaje wykorzystane dla naszego użytku. Część kamiennej plaży posłuży nam jako suszarnia dla naszej bielizny. Trzy ogromne drzewa, które oszlifowane i wypolerowane przez wodę zostały zepchnięte na tę mieliznę i spoczywają w tym miejscu już od bardzo długiego czasu posłużą nam za pomieszczenie kuchenne. Nawet rozłożone konary posłużą to tego, aby zawiesić hamaki. Znalazł się długi kij do zawieszenia flagi ekwadorskiej, która dopiero teraz została wyciągnięta z dna któregoś z plecaków.

Miejsce, w którym znajduje się obóz tak naprawdę znajduje się na niewielkim wzniesieniu, oddalonym od łódki o około 50 metrów. Jest tam twardy grunt. Brzeg rzeki a raczej pierwszych kilkanaście metrów wychodząc z wody, to plaża usłana małymi kamieniami. Dalej to już drobniutki piasek, po którym nie sposób chodzić bez jakiegokolwiek obuwia gdyż jest bardzo mocno nagrzany i piecze w stopy. Niektórzy z nas, chodząc po piaskowej plaży, można by rzec, stają się twórcami nowego stylu tańca ”break dance”.

Znalazło się również odpowiednie miejsce, aby zawiesić dwa hamaki.

W tym miejscu czujemy się wygodnie i bezpiecznie a to sprzyja, aby wypocząć i nabrać nowych sił na dalszą drogę.

Wykorzystujemy czas również na wypranie bielizny i liczymy na uzupełnienie zapasów w naszej kuchni, tymi produktami, które dostarcza dżungla.
Dziś jest niedziela, kiedy nadszedł zaplanowany czas na Mszę świętą, siadamy na powykręcanych przez wodę pniach drzew. Angel zaczyna śpiewać:

Cai sachamanda Diosta llaquinchi,

Yacuta purij Diosta alabachu.

Indiraicu Diosta alabana can,

Indi allpata causachin.

(Z tej dżungli, wysławiamy Ciebie Boże

Rzeki i wszystko, co się w nich porusza

Niech wychwala Boga.

Niech wysławia Boga słońce, które ożywia ziemię.)
Teraz wszyscy razem chórem śpiewamy:
Cai punchapi Dioshu cuintarishun;

Mana carullachu, caipi can.

Canta adoranchi, Yaya Dios,

Nuca yuyai canbama rin.

(Wysławiamy Ciebie Boże,

w tym dniu, który nam dajesz,

Ty, który jesteś nami.

Wielbimy Ciebie Boże Panie.

Nasze myśli podążają ku Tobie.)

Manuel bierze w dłonie Pismo Święte i na tej stronie gdzie się otworzyło, czyta następujący fragment: „Ty, więc moje dziecko, nabieraj mocy w łasce, która jest w Chrystusie Jezusie, a to, co usłyszałeś ode mnie za pośrednictwem wielu świadków, przekaż zasługującym na wiarę ludziom, którzy też będą zdolni nauczać i innych...” (2 Tym 2,1 s)

Zapada cisza na osobistą refleksję... W zadumie, nasze spojrzenia kierowane są na skaczące płomienie ognia wydobywające się z rozpalonego ogniska, a po chwili zatapiają się w otaczającej ciemności jakby chciały kogoś tam dojrzeć, po chwili wzrok koncentruje się nad nocnymi ćmami, które nieostrożne przelatując nad ogniem zostają poparzone, wielokrotnie poopalane, spadają pomiędzy rozpalone żerdzie skąd już nie ma odwrotu. Ze wszystkich stron otaczają nas przeróżne dźwięki i śpiewy puszczy. Chciałoby się powiedzieć, że to ona wychwala swego Pana i Stwórcę. Po tej prywatnej refleksji, następuje spontaniczne dzielenie się swoimi rozważaniami, które kończymy modlitwą wiernych i pieśnią. Tym razem zanuciliśmy pieśń, którą tak bardzo lubił śpiewać śp. Biskup Alejandro Labaca, a która to pieśń mówi, że dżungla jest moim domem.

Sachapi canquimi, Apu Diuslla. Canta uyacuni tamia shamucpi.

Huairipi, yacupi, allpapi tlacunqui. Canta aduranimi ñuca shuncupi.

Aleluya, Jisus. Canta quirinchi. Amen. Canta llaquinchi, Amen. Aleluya. Amén.

Dżungla jest twoim domem, twarz promienna jak słońce. Słyszę jak nadchodzisz Panie, w szumie deszczu.

Wiatr, rzeki, morza, są w Twoich dłoniach. Moje serce pragnie się przytulić.

Alleluja, Jezus, wierzę w Ciebie, Amen. Moja nadzieja w Tobie, Amen, a poza tym kocham Cię, Boże, Amen.
La selva es tu mansión, el sol tu faz. Te oigo venir. Señor, la lluvia al sonar.

El viento, el río, el mar, en tus manos están. Dentro, mi corazón te quiere albergar.

Aleluya, Jesús, yo creo en T¡, Amén. Espero en Ti, amén, Te amo, Dios. Amén.
Czując zmęczenie, jeden po drugim idziemy przygotować sobie łóżko okrywając je moskitierą.

Daleko od cywilizacji przestałem zastanawiać się, który to dzień, zaprzestałem już liczyć jak długo jesteśmy w podróży.



Patrol wojskowy

Słońce zaczęło przygrzewać niemiłosiernie. Odpoczywamy pod gałęziami rozłożystego drzewa, które to gałęzie służą nam jako parasol. Z dala dochodzą nas odgłosy łodzi motorowej. Potężny warkot jest coraz silniejszy i bardzo szybko zbliża się w naszym kierunku. Zamieramy w bezruchu i jak kameleony pragniemy być niewidoczni. Nikt z nas się nie poruszył ze swojego miejsca, ani nie pomachał ręką na przelatującego środkiem rzeki ślizgacza. Instynktownie nasze głowy obracają się w kierunku oddalającej się lodzi, która znika za zakrętem rzeki. Lodź tak szybko wchodzi w zakręt, że aż się kładzie na prawej burcie. W naszych mózgach kotłuje się wiele pytań, które nagle ktoś wypowiada na głos:

- kim byli?

- czy nas zauważyli?

- co oni szukają na tej zapomnianej rzece?

Po kilku minutach słyszymy ponownie ryk silników, ale tym razem pracują na znacznie wolniejszych obrotach. Nawet, zdaje nam się jakby w ogóle były wyłączone. Bacznie wpatrujemy się w ostro kolisty zakręt rzeki. Nagle się wynurzyli i znajdują się po naszej stronie, trzymając się bardzo blisko lewego brzegu rzeki. Teraz ich wzrok jest skierowany dokładnie w naszym kierunku. Już wiemy, że łódź należy do wojskowej straży granicznej Żołnierze znajdują się w postawie bojowej. Ich ślizgacz operacyjny, wolniutko zbliża się do gałęzi rozpostartego drzewa, pod którym właśnie się znajdujemy. Nastała chwila niepokoju i niepewności. Główny dowodzący z żołnierzy podniósł rękę na znak zatrzymania łodzi. Była to potężna łódź motorowa koloru ciemno-zielonego. Na dziobie widniał czarny napis w języku quichua – APAY, co można przetłumaczyć jako - nosić.

- Wypłynąć – padła komenda pod naszym adresem.

Leciutko odpychając się rękoma od konarów drzew wypłynęliśmy na otwartą przestrzeń.

Po spotkaniu się twarzą w twarz, dowodzący łodzią zwiadowczą jak i pozostali, zasalutowali mówiąc prawie jednym głosem.

- Buenas tardes padrecitos... to znaczy – dobry wieczór Ojcom misjonarzom.

- co robicie w tych stronach?

- szukamy innej alternatywy, aby dotrzeć do wspólnot Indian zamieszkujących ten odległy teren położony na krańcach naszej stacji misyjnej.

- słyszeliśmy o waszej podróży przez radio, ale nie spodziewaliśmy się Was w tym miejscu.

- Czekają na Was w Rocafuerte i liczą, że na piątek już się pokażecie na stacji misyjnej.

Byli to żołnierze z garnizonu granicznego z Rocafuerte, którzy patrolują na tym odcinku rzekę Napo i jej dopływy.

Po serdecznym powitaniu, nagle za naszymi plecami również dobiegają głosy powitania od dwóch innych żołnierzy, którzy wcześniej wyskoczyli ze ślizgacza i podeszli (zaszli) nas od tyłu. Byli to młodzi chłopcy Indianie Quichuas.

Wszyscy byli prawdziwymi marins w pełnym szyku bojowym. Po ich ruchach i zachowaniu było widać, że są dobrze wyszkoleni i zaprawieni w warunkach puszczy.

- Czy macie wystarczającą ilość żywności – zapytał dowódca. Pytanie było raczej z grzeczności niż z potrzeby, bo wiedział, że radzimy sobie doskonale w każdych warunkach.

- Dziękujemy. Jakoś sobie radzimy – odpowiedział Angel.


B u r z a

Po południu Angel bacznie obserwując niebo i zbierające się chmury powiedział:

- dziś będziemy mieli deszcz i być może będzie burza.

- ja też coś tak czuję, bo od samego rana „łamie mnie w kościach” – odrzekł Manuel.

- w kościach cię łamie ze starości – śmiejąc się, skomentował Jan.

- popatrzcie na nisko latające ptaki, a to pewny znak, że idzie na deszcz – dorzucił Cayetano.

Burze i silne opady deszczu są bardzo częstym zjawiskiem na terenie dżungli, aby nie powiedzieć, że prawie codziennym w okresie zwanym el invierno, czyli „zimowym”.

Zapanowała całkowita ciemność. Patrząc na horyzont, widać, co pewien czas, jak tam się błyska.

Po upływie kilku godzin bardzo wyraźnie słychać jak z oddali nadchodzi bardzo silny deszcz. Duże krople wody tak silnie uderzają o liście, że wydawałoby się słyszeć jak one, czy w ogóle cała przyroda, zaczyna z bólu krzyczeć. Niebo jest rozdzierane błyskawicami.

Pioruny walą nieopodal, że aż ziemia się trzęsie. Takie wydarzenie nie należy do przyjemnych. Patrzymy na otaczające nas drzewa i nikt z nas nie dopuszcza do siebie myśli, co by się stało jakby piorun uderzył właśnie w któreś z tych drzew.

Wyczuwamy, że teren, na którym rozbiliśmy obóz zostaje pomalutku zalewany wodą. Z powodu ciemności jesteśmy zdezorientowani i nie wiemy czy plaża została zalana przez przybranie wody w rzece, czy też woda wypływa z dżungli kierując się w kierunku rzeki.

Manuel zarządza stan maksymalnego pogotowia. Sam udaje się w kierunku rzeki, aby sprawdzić czy łódź jest jeszcze na miejscu.

- niech ktoś przyjdzie pomóc – krzyczy Manuel

Na pomoc, jako że był najbliżej, pośpieszył Cayetano.

- złap mocno linę i ciągnij ile masz sił – mówi Manel.

Zorientowałem się, że powalony od jakiegoś tam czasu konar drzewa, do którego była przywiązana łódka, teraz pod wpływem wielkiej ilości wody mógł w niewielkim czasie być porwany przez nurt rzeki. To było wielkie zagrożenie dla naszej łódki.

Na pomoc jeszcze przyleciał Angel. Wspólnymi siłami udało nam się przymocować łódkę do drzewa, które stało majestatycznie nieopodal na wzniesieniu.

Wracamy, aby się schronić pod dach brezentowy, który swoim rozmiarem dawał nam bezpieczne schronienie przed ulewnym deszczem. Już nie było mowy, aby położyć się spać. Cayetano natychmiast wyciągnął najbardziej suchą bieliznę, jaką miał ze swego plecaka i zaczął się w nią ubierać. Tak samo uczynił Juan, który zaczął ściągać z siebie przemoczoną do suchej nitki bieliznę.

Nie wiemy, która może być godzina. Ciemności zalegają całą okolicę. Jestem przekonany, że każdy myśli o tym samym, aby jak najszybciej rozwidniało, aby rozpalić ogień i aby wyszło piękne i złociste słońce, aby móc dobrze wysuszyć całą bieliznę. Pomimo jakby się mogło wydawać ponurej sytuacji, humor nas nie opuszcza. Manuel spostrzega:

- z powodu takiej ulewy, to nawet komary i wszelkiego rodzaju ćmy nie przyleciały do naszego obozu.

- na pewno wystraszyły się błyskawic – komentuje Angel.
Huaoranis
Spotkanie z Huaoranis nie należą do łatwych, zważywszy, że jest to plemię pół koczownicze. Do każdego obcego odnoszą się z wielką rezerwą. Wiemy, że istnieje poważny konflikt pomiędzy władzami rządowymi a Indianami w sprawach ziemi, to znaczy terenów, które od zarania są ich własnością, a teraz są one im odbierana i oddawane w użytkowanie obcym. Wiemy, że nawet istnieje konflikt pomiędzy samymi Huaoranis, to znaczy pomiędzy tymi, którzy są bardziej ugodowi, a tymi, którzy nie chcą z nikim rozmawiać. Wiemy, że na tle tych sporów, w dżungli, ginie od strzał jak i włóczni Indian, wiele niewinnych ludzi.
Już od dłuższego czasu czujemy jak ktoś nas obserwuje, ukrywając się wśród gęstych zarośli, którymi pokryte są brzegi rzeki. Podążając w tym samym kierunku naszego spływu, w dół rzeki.
- patrzcie jak tam nagle spłoszyły się ptaki wznosząc lot ponad wielkimi konarami drzew – zauważył Manuel wskazując palcem na prawy brzeg rzeki.

- to zapewne jakieś zwierze drapieżne wyszło na polowanie.

- o tej porze dnia to jest niemożliwe

- być może są to pracownicy ze spółek naftowych.

- a ja bym raczej opowiadał się za tym, że są to Huaoranis. Przecież oni są właścicielami tych terenów. – stwierdził Manuel.

- przyjmując, że masz racje Manuel, to dlaczego nie pokazują się na brzegu rzeki lub nie przyszli do naszego obozu podczas naszego postoju...?

- oni nas obserwują i to im wystarczy.

- jak sądzisz Manuel, mogą to być wojownicy Tagaeri ? – pyta Cayetano.

- nie sądzę – odpowiada po krótkim namyśle Manuel. Oni poszli na południowy wschód, nad rzekę Curaray.
Przed nami perspektywa postoju. Dostrzegamy odpowiednie miejsce. Prawie jak przystań. W oddali zauważamy dwie postacie. Już wiemy, że to nikt inny jak Huao. Dobijamy bez pośpiechu bacznie obserwując ich zachowanie. Nie uciekają ani się nie ukrywają. To dobry znak.

Jesteśmy przekonani, że znajdujemy się w miejscu, w którym osiedliły się rodziny Inihua i Cai.


Docieramy do miejsca, w którym znajdują się dwie malutkie jak łupina łódki wyciosane z jednego kawałka drzewa. Jest to bardzo wąska kamienna plaża u podnóża piaskowo gliniastego urwiska wysokości około trzech metrów, które zostało odarte z wszelkiej roślinności podczas wezbrań wody w rzece.
Nasze przypuszczenia okazały się słuszne. To Inihua i Cai. Po przywitaniu się dowiedzieliśmy się o sytuacji, która panuje wśród ich rodzin.
Inihua powiedział nam o wielu chorych w ich rodzinach.

Natychmiast po wypakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy postanawiamy ich niezwłocznie odwiedzić i przekonać się na własne oczy o stanie chorych.

- ile czasu potrzeba, aby dojść do boios (szałasów) – pyta Manuel.

- to niedaleko stąd – pada odpowiedź ze strony Inihua.

- jakie objawy choroby....?

Inihua nie wie co ma powiedzieć. Manuel stara się to uprościć i zadaje pytania wskazują na daną cześć ciała lub w formie mimiki:

- wymioty

- tak


- ból głowy,

- tak


- biegunka,

- tak


- bóle w stawach... tak... odpowiada po każdym pokazie – pytaniu Inihua.

- więc ruszamy natychmiast zdecydował Manuel.

Angel jest praktycznie jedynym, który najwięcej może się porozumieć z Huao, dlatego też pójdzie z nami. Rozbiciem obozowiska nad brzegiem rzeki przy łodziach zajmie się Inżynier i Jan.

Zagłębiamy się w gęstą dżunglę. Czuję chłód na ciele. Podejrzewam, że uszliśmy już około 5 kilometrów. Teren jest bardzo grząski, co utrudnia poruszanie się. W pewnym momencie tracę równowagę. Ratując się przed upadkiem łapię się konaru drzewa i nagle poczułem silne ukłucie w dłoń. Jeden z kolców przebił mi skórę i dość głęboko utkwił pod skórą. Zaczynam krwawić. Manuel zajął się usuwaniem kolca a Inihua po kilku chwilach przyniósł garść liści, które po przeżuciu zrobił papkę i nałożył mi ją na ranę, po czym z innych liści palmowych zrobił opaskę-bandaż zawijając rękę. Ruszamy dalej.

Po pewnym czasie zauważyłem, że Inihua szybko się oddala. Jest to znak, że już się zbliżamy do szałasów (boios), a jego wyprzedzenia ma na celu poinformować, że przychodzi z misjonarzami.
Po dotarciu do boios czekamy na zewnątrz, aż zostaniemy oficjalnie poproszeni, aby wejść. Na zewnątrz wychodzą ci, którzy jeszcze nie zostali obezwładnieni przez chorobę. Zauważa się wielką radość z naszego przybycia. Oni wierzą, że misjonarz ma bardzo dobre lekarstwa i jest w stanie im pomóc.

Po przywitaniu, wchodzimy do środka.

Rozsiadamy się na krótkich kłodach tuż przy żarzącym się palenisku. W środku porozwieszane są hamaki, naliczyłem ich aż osiem, a na każdym z nich leżą chorzy. Szałas jest pełen grillos, chicharas, pcheł zwierzęcych i innych insektów. Na specjalnie zawieszonych kijach siedzą trzy papagayos. Dzieci bawią się małą małpką, która służy im za maskotkę. Szałasy są zaniedbane i nie pozamiatane. Jako, że te czynności należą do kobiet, a wszystkie z nich leżą chore, mężczyźni tego nie zrobią.

Inihua i Cai nie wchodzą do środka. Zostają raczej przy wejściu. Widać, że się boją. Przyczyną jest oczywiście panująca choroba, na którą zapadło tylu członków rodziny. Wierzą, że choroba zadomowiła się w tym miejscu i nie chce ich opuścić.

- a gdzie są pozostali wasi krewni – pyta Angel

- przenieśli się – mówi Pahua, żona Inihua

- bali się choroby – dodała Baganey.

- od dawna już nie mamy z nimi kontaktu.

Manuel proponuje, aby to miejsce zostało wymiecione i aby zrobić większy ogień, który pozwoliłby na osuszenie tego miejsca jak i spowodowaniu oczyszczenia z jak największej ilości insektów. Po przebadaniu chorych Manuel nie jest w 100% pewien, że są to typowe objawy malarii, tak jak to przypuszczał na początku. Zaczyna wypytywać się o rodzaj i czas spożywania poszczególnych potraw.
Manuel chce dotrzeć do pozostałych

- jutro z samego rana pójdę ich zobaczyć – zapewnia.

- dobrze, ale to jest bardzo daleko

- jak długo będziemy iść...?

- więcej niż pół dnia drogi.

- wzdłuż rzeki? – dalej pyta Manuel

- nie, w stronę Napu, odpowiada Inihua wskazując ręką kierunek, w którym będzie trzeba iść.

- ilu was tam jest?

Inihua zaczyna wymieniać wszystkich po imieniu. Jeśli dobrze liczyłem, to wymienił pięć rodzin.
Jeszcze wieczorem omawiamy sprawę wymarszu. Zostaje podjęta decyzja, że Cai wróci rano do łodzi, aby powiadomić Inżyniera i Jana o całej sprawie, a Inihua idzie dalej z nami. Oprócz tego będzie nam towarzyszyć dwoje młodzieńców, synowie Inihua – Nenkivi i Huane - którzy mają, pierwszy 12 a drugi 14 lat. Dobrze, że z tymi młodzieńcami można się więcej porozumieć. Oni chodzili już do szkoły, którzy nie ukończyli z niewiadomych dla mnie powodów. Są radosnymi żartownisiami.
Zaczyna świtać. Pierwszy z szałasu wyleciał na zewnątrz Nenkivi. Nie trwało długo jak zaczął wzywać swego brata Huane, ale z szałasu wybiegli wszyscy, którzy mogli chodzić. Okazało się, że nieopodal na pobliskim drzewie znalazł się trzy metrowy wąż boa owinięty na grubej gałęzi, sposobiący się, aby wspinać się na wyższe partie drzewa.

Nie wiem czy nas zauważył, w każdym bądź razie nie robił sobie nic z naszej obecności, tylko swoim rytmem wspinał się coraz wyżej po upatrzonej sobie drodze.


Po śniadaniu, na które składał się tylko pieczony w gorącym popiele banan i ugotowana yuka, ruszamy, aby dotrzeć do pozostałych Huao. Słońce zaczyna wychodzić z poza chmur. Radujemy się tym faktem gdyż droga nie będzie tak uciążliwa.
Podczas marszu, czym bardziej na północ, teren staje się bardziej podmokły. Cayetano podążając za Nenkivi, stara się stawiać swoje stopy w te same ślady pozostawione przez niego. Nie zawsze mu się to udawało, co powodowało, że zatapiał się po kostki w grzęzawisku. Taki niezdarny marsz kosztował go więcej wysiłku i zaczął odczuwać duże zmęczenie. To też sprawiało, że nasz marsz znacznie się opóźniał.
Inihua już od pewnego czasu jest jakoś dziwnie niespokojny. Co jakiś czas przystaje na chwileczkę rozglądając się, nasłuchując. Zadziera nos i nozdrzami głęboko wciąga powietrze, w którym powiewie wychwytuje wielką gamę zapachów, pochodzących nie tylko od kwitnących roślin, ale i zwierząt, a które tylko on potrafi ją odróżnić.

Wszystkimi zmysłami, które u tych ludzi są znacznie bardziej wyostrzone niż u ludzi z miasta, czuje niejako oddech dżungli na sobie, jest niejako jej częścią.


Zdajemy sobie sprawę, że Inihua wyczuwa obecność jakiegoś zwierzaka. Przygotowuje dmuchawę (bodoquera) załadowując ją strzałą, której jeden koniec jest owinięty małą kuleczką waty, a sama strzała jest pokryta trucizną kurare. Strzała jest długości około 35-40 cm, a jej końcówka tak ostra, że z dużą łatwością przebija skórę zwierzaka.

Inihua oddalił się od nas znikając wśród zarośli i drzew. Za nim podążył Nenkivi. Nie wiemy, kiedy wrócą. Nie możemy tutaj bezczynnie na nich czekać. Podążamy dalej prowadzeni przez Huane. Huane jest niskim i krępym młodzieńcem o pogodnym usposobieniu. Jak wszyscy mężczyźni posiada długie czarne włosy, które w blaskach promieni słonecznych błyszczą odcieniem kruczych piór. Kiedy się uśmiecha można zauważyć stosunkowo krótkie, ale bardzo silne uzębienie. Jego stopy są małe i płaskie, co świadczy o tym, że te stopy nigdy nie widziały obuwia oraz robią się płaskie ze względu na długie dystanse, które już pokonywał w swoim młodzieńczym życiu. Takie szerokie stopy umożliwiają lepsze utrzymywanie się na terenie bagnistym. Ze sobą niesie dwie, trzy metrowe włócznie zrobione z palmy chonta.

Skupieni na marszu nie zdaliśmy sobie sprawy z tego, że tuż za nami podąża Inihua i Nenkivi z upolowaną małpą charango.
Przed nami wyłania się rzeka Cahuimeno, do której docieramy. Z szałasów wychodzą Nampahue i Omare. Są bardzo słabi. Dzieci jeszcze słabsze w silnej gorączce leżą w hamakach.
Nampahuoe – wydaje się być najstarszym z grupy mężczyzn. Jest raczej człowiekiem wysokim, szczupłym, włosy już zachodzące siwizną, bardzo rzadka bródka.
Jego żona Omare, jest bardzo sympatyczną kobietą i znacznie starszą od swego męża Nampahuoe.

Moją uwagę przyciąga bardzo charakterystyczne wybrzuszenie wskazujące na przepuklinę, która jak widzę nie przeszkadza jej w wykonywaniu codziennych czynności.

Podejmujemy pierwsze kroki zaradcze. Już z góry odrzucamy myśl, aby ich przetransportować do najbliższego szpitala w Rocafuerte. Aby móc to zrobić potrzebny jest przynajmniej tydzień czasu, a tym nie dysponujemy w takim zagrożeniu, jakie widzimy. Wiemy również, że Huaoranis są ludźmi niezależnymi, wolnymi, kierującymi się własnymi prawami natury, a metysów i ludzi białych, czyli wszystkich nie należących do ich rodziny nazywają cohuori, ludożercami, dzikimi, którzy wypijają krew Huao, których jeszcze do niedawna było dużo, bardzo dużo, a teraz jest ich mało.
Na głównej stacji misyjnej zaniepokojeni naszą długą nieobecnością, poprosili straż graniczną, aby wysłali ślizgacz w rejon ostatniego spotkania z misjonarzami.

Po dotarciu następuje nawiązanie łączności ze stacją misyjną. Wyjaśniamy powody naszego opóźnienia. Zostaliśmy zaopatrzeni w nadajnik radiowy. Przez radio prosimy o: lekarstwa, duży namiot, i inne najpotrzebniejsze rzeczy.




1   2   3


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna