Nie widać po nich, ze choroba, którą „podarowali im rodzice, niszczy je



Pobieranie 12.46 Kb.
Data04.05.2016
Rozmiar12.46 Kb.
Kochani!

Dawno do was nie pisałam, ale odkąd jestem w Asco, trudno mi się wyrwać do miasta, żeby skorzystać z internetu. Bywa też tak, że gdy juz się to uda, to często jest problem


z połączeniem z powodu deszczów i burz. Tutaj jest teraz tzw. zima, oczywiście śnieg
i siarczysty mróz to dla tubylców abstrakcja, ale jest chłodno i często pada, są też burze
z grudkami lodu, nazywanymi tu śniegiem. Na szczęście pada tylko pół dnia: od rana do południa lub od popołudnia do wieczora. Czasem deszcz leje w nocy i budzi nas o poranku. Ponoć na prowincji gdzieś na północy czy południu, jest cieplej. Zdarza się, że rano wzdłuż

ulicy płynie rzeka. Mimo to najlepiej chodzi się w sandałkach .


Moja praca to głównie zajęcia z fizjoterapii z dziećmi, choć 10 dni temu siostra dorzuciła mi jeszcze zajęcia sportowe w szkole w klasach 0 - 4. Na szczęście sporo tu wolontariuszy, więc dzielimy prace. Dzieci, które tu są to 430 dzieci z wynikiem pozytywnym HIV, (tylko 5-6 z nich ma wynik negatywny) Gdy patrzy się na te dzieci, to u większości nie widać choroby. Czasem niektóre maja problemy skórne, brakuje im włosów, wiele ma choroby płuc i oskrzeli (to głównie moi pacjenci). Jest kilkoro dzieci z dysfunkcją


narządu ruchu, wzroku, słuchu. czy dodatkowym upośledzeniem umysłowym.
Nie widać po nich, ze choroba, którą „podarowali” im rodzice, niszczy je.
Dzięki medycynie żyją. Ale jak długo? Są tu szczęśliwe. Mają ubranie, spanie, jedzenie
a teraz w okresie wakacji europejskich dużo atrakcji ofiarowanych przez wolontariuszy.
Gorzej jest z dziećmi ulicy, które ubrane w strzępy, często proszą o jedzenie czy słodycze.
Niejeden z nas kupując chleb, kupi tez coś temu proszącemu, ale ilu w ten sposób można pomóc? Podobnych pytań można stawiać wiele…

Wraz z koleżanką mam pewien pomysł. Chciałybyśmy zorganizować tu wystawę prac dzieci polskich i europejskich na temat ich postrzegania Afryki i dzieci afrykańskich


Niech dzieci Wasze czy też znajomych rysują, a Wy przesyłajcie to do mnie na adres:
ASCO Children CENTRE P.O. Box 21871 Addis Ababa Etiopia

Pozdrawiam


Kasia

Witajcie!

Obecnie jestem w Asco, w placówce, która wydaje się komfortowa w porównaniu
z ostatnią. Są tu dwaj lekarze, młoda para z Izraela, pielęgniarki i kucharki. To miejsce dla 450 dzieci z pozytywnym wynikiem HIV. Są tu leczone dzięki świetnej medycynie z USA, rządowi i Włoskiej Ambasadzie. Dzięki temu dużo przypadków wychodzi pozytywnie.
Moja praca tutaj nie jest trudna. Prowadzę dużo terapii oddechowej, korekty, rehabilitacji stóp czy kręgosłupa. Codziennie otoczona jestem grupką maluchów w wieku od roku do10 lat. Młodsze dzieci na terapii grupowej włażą na głowę, popisują się i jest przy tym dużo śmiechu! Brakuje mi tylko znajomości języka amarik!! W jednej grupie mam 8-12 takich małych budrysów!! Wymyślam im zabawy jako ćwiczenia. Do pomocy mam 2 Anglików. Ostatnio także dwie siostry dołączyły do ćwiczeń: podkasały habity i machają nogami i rekami. Dodatkowo mam kilkumiesięczne maluchy, które są trochę opóźnione w rozwoju, ale szybko nadrabiają zaległości. Rewelacyjne są Msze święte z dzieciakami. Jest wtedy dużo śpiewu - obowiązkowo z klaskaniem i poruszaniem się w rytm muzyki. Dodatkowo w niedziele dziewczynki tańczą. Bardzo zabawnie wyglądają stojący wolontariusze z tańczącymi maluchami - tak jak żyrafy pośród mrówek!

Rozpoczął się okres wakacji w Europie i Kanadzie, więc zjeżdża się tu sporo wolontariuszy.


Ja będę tu może 2 - 4 tygodni, a potem jadę dalej.

Pozdrawiam miło!


Pamiętajcie o mnie, bo u Was ciepło, a tu pada i pada!!
Kasia

Kochani,
dziś mija tydzień, odkąd opuściłam Alamatę. Nie miałam tam dostępu do internetu,


więc teraz trochę nadrobię. Alamata to placówka prowadzona przez siostry dla 400 pacjentów. Są tam 3 oddziały: dla mężczyzn, kobiet i dzieci oraz duży oddzielny dla pacjentów z gruźlicą. Alamata jest zielona, leży u podnóża gór, a za murami misji są zielone wzgórza. Na placówce rośnie dużo drzew owocowych: mango, papaje, roma, bananowce. Alamata jest małym miasteczkiem z jedną długą drogą asfaltową i bocznymi bitymi drogami.
Siostry mają wielu pacjentów z całej okolicy, dużo też z wiosek górskich.
Codziennie pod bramą czeka tłum na jedzenie, leki, przewinięcie ran.
Wraz z jednym młodym chłopakiem Magistu przyjmowałam wiele osób. Niektórzy przychodzili regularnie inni tylko raz, bo musieli iść kilkanaście kilometrów
Siostry co poniedziałek rozdają jedzenie, olej lub make. Ci, którzy starają się o to, mają specjalne karty od sióstr- i tak co poniedziałek przybywa ok 2500-3000 osób.
Specyfiką placówki jest to, że tu pacjenci mali lub duzi są z kimś z rodziny: z żoną, bratem, siostrą. Nie ma więc wielu pracowników u sióstr, bo ci zdrowi pomagają przy wielu pracach. Uwrażliwia to bardzo na chorobę drugich i ich jednoczy.

Część pacjentów na oddziale gruźlicy wykonywała małe prace na zarobek:


z parcianych worków wyciągali cienkie nitki-sznurki i splatali je w
porządnie grube sznury, które potem na bazarze w sobotę sprzedawali.
Te drobne pieniądze odkładali na czas opuszczenia placówki. Kobiety z tego oddziału szyły ręcznie torby z tych worków, lub je zdobiły. Siostry podarowały też biednym ludziom 50 okrągłych domków. Dofinansowały ich wyposażenie: łóżko, miejsce na indziera (?), nawet na 4 domki dały 1 toaletę. Zostanie doprowadzone do nich światło, a siostry pomogą w ich utrzymaniu. Są one o niebo lepsze niż te we wsi, bo na podmurówce i mają dach z blachy- rewelacja!
Na placówce jest dużo pracy, a tylko 6 sióstr. Odwiedzają one rodziny biedne, pomagają też dzieciom ulicy, które nie dostały się do szkoły. Dzieci te przychodzą na misję, bo siostry prowadzą też klasę. Reszta potem. Uciekam do pracy. Pa.
Kasia




©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna