Odsłuch. Z andrzejem Sosnowskim rozmawiają Maja Staśko I Dawid Gostyński Maja Staśko: Spotykamy się przy Pana najnowszej książce: „Dom ran”



Pobieranie 10.79 Kb.
Data06.05.2016
Rozmiar10.79 Kb.
Odsłuch. Z Andrzejem Sosnowskim rozmawiają Maja Staśko i Dawid Gostyński

Maja Staśko: Spotykamy się przy Pana najnowszej książce: „Dom ran”. Jak to jest: czy związek randomu z domem ran jest randomowy, czy mieści się w realnym domu języka i związany jest z realnymi ranami?

Andrzej Sosnowski: Trudno mi powiedzieć. Chodzi raczej o świat, a więc również o język, jakim się w tym świecie mówi. Jest pojęcie istnienia albo też świata jako domu ran przede wszystkim, ale równocześnie jest podtekst czy też pretekst, którym jest angielskie słowo „random”, tak jak Pani zauważyła przed chwilą, czyli zaznaczenie czegoś przygodnego, przypadkowego, przypadkowości w ogóle. Tak że jest to w końcu nieomalże nazwa amerykańskiego wydawnictwa Random House. Jest taki ogromny amerykański koncern Random House i wydaje mi się, że chyba wpadłem na pomysł tego tytułu właśnie, zobaczywszy na jakiejś stronie słowa Random House. House to jest dom oczywiście, tak więc nie jest to dokładny przekład, ponieważ Random House znaczy „Random dom”, taki byłby dokładny przekład, ale skoro jest Random House, to czemu nie „dom ran”. Zabawy. Ale też ogólne poczucie osaczeń, spiętrzeń, blokad, gdy słowa się pojawiają; generalnie poczucie ranienia, bycia ranionym absolutnie przez wszystko, co się dzieje, tak że ma to też związek z czasem i z rzeczywistością. Chodzi o te rany ducha, po których blizny jednak pozostają.

Dawid Gostyński: „Dom ran” to chyba również miejsce, w którym neutralizuje się grozę, zamienia się ją w maskotki.

A.S.: Wydaje mi się, że nad tą książką krąży czasem widmo takiego pojęcia jak spektakl, które jest znane głównie za sprawą Deborda i jego książki „Społeczeństwo spektaklu”. Tak więc te transpozycje, o których Pan mówi, przechodzenie rozmaitych zjawisk w coś groteskowego czy karykaturalnego, na przykład, odbywa się w trybach właśnie takiego mechanizmu spektaklu. Czyli wydaje mi się, że w książce pojawiają się momenty, które pokazują, że spektakl bywa absolutnie wszechobejmujący, to znaczy, że zagarnia, w celach całkowicie spektakularnych, wszelkie przestrzenie, dajmy na to, cierpienia, ułomności, najrozmaitszych nieszczęść ludzkich czy wygłupów, które funkcjonują obecnie w przestrzeni spektakularnej jako istotne elementy dzisiejszego spektaklu powszechnego. Stąd obok siebie takie postacie jak ów nieszczęsny biegacz Pistorius, na przykład, i triumfujący Baumgartner. Pan użył ładnego słowa, maskotki, ponieważ tego typu postaci zawsze zostają maskotkami czystej spektakularności. Pistorius, a obok niego Baumgartner, postać absurdalna, która wykonuje skok z ogromnej wysokości, po czym „wszyscy” w gruntownie infantylny sposób – pojęcie „infantylizmu” w książeczce powraca – przez parę dni, przez kilkadziesiąt godzin są absolutnie zafascynowani tego rodzaju głupstwem, doskonale hollywoodzkooskarowym produktem stratosferycznej imprezy Red Bulla. Więc chodzi o to, że „tym wszystkim” rządzi wyłącznie mechanika czegoś, co Marks nazywał automatycznym podmiotem, czyli energia pieniądza, który jest w stanie wykreować w każdej chwili cokolwiek bądź tylko i wyłącznie ze względu na siebie. To jest ten, żeby wreszcie zacytować samego Deborda, samoistny ruch tego, co nieożywione, który następnie wprawia w ruch wszystkie maskotki czy marionetki, a także coraz liczniejszą marionetkową część publiczności. Ogromna ruchliwość, stałe poruszenie po obu stronach tak zwanego przekazu przy jednoczesnym braku życia po jednej i po drugiej stronie ekranu, to jest horror lub też groza w postaci czystej.



M.S.: Coś jest na rzeczy. Darek Foks wydał niedawno zbiór wierszy „Debordaż”, w nowym czasopiśmie krytycznoliterackim „Przerzutnia” widmo spektaklu też jest mocno widoczne. To rzeczywiście teraz politycznie, społecznie istotne. I poezja daje temu wyraz.

A.S.: Tak, zauważyłem coś takiego, ale trochę poniewczasie, to znaczy, kiedy pisałem te rzeczy z książki, nie wiedziałem, że tak zwany odbiór Deborda w Polsce nabiera jakiejś, zapewne widmowej, intensywności. Ale chyba można to w prosty sposób wytłumaczyć. Kraj musiał najpierw osiągnąć odpowiednio wysoki poziom spektakularności.



D.G.: W „Domu ran” pewien nasłuch, podsłuch…

S: S: Lub odsłuch. Muzycy używają takiego terminu, mając na myśli to, co sami słyszą z granej przez siebie muzyki na scenie. „Nie miałem odsłuchu, kiepski odsłuch”, mówią. Mogą z tego wynikać rozmaite pomyłki. To jest ładne słowo, odsłuch.



D.G.: Ale działa on chyba wedle nieco innych zasad niż we wcześniejszych tomikach. Jakby bezpośrednio napędzał teksty, choćby takimi z góry zachwycającymi obietnicami jak w „Outro”.

A.S: Przed chwilą w naszej rozmowie pojawiła się muzyka, no i w terminologii z historii muzyki rockowej, czyli popularnej, istnieje coś takiego jak „concept album”, a więc taka płyta, która ma jakąś „nić przewodnią”, temat czy koncept, który wszystko zasadniczo tematycznie ciągnie do przodu i organizuje. I tak się złożyło, że po latach „wróciłem do” – to jednak brzmi nazbyt poetycko. Chodzi o to, że któregoś dnia znów ni stąd, ni zowąd wziąłem do ręki książkę Baudelaire’a „Paryski spleen” i zacząłem się zastanawiać, czy nie można by dzisiaj napisać czegoś jakby równie bezpośrednio odnoszącego się do szeroko dostępnej rzeczywistości, w rygorze tak zwanych próz poetyckich, czyli z charakterystyczną dbałością o brzmienie i pojemność zdań itd. I ten kawałek, o którym Pan wspomniał, był rzeczywiście pierwszym kawałkiem, w którym czegoś takiego spróbowałem, eksperymentalnie. On nazywa się „Outro”, tak że znów jest tu konceptualny moment muzyczny, bo na płytach czasem znajdujemy przy pierwszym utworze tytuł „Intro”, czyli wprowadzenie, a kilkadziesiąt minut później „Outro” – wyprowadzenie, czyli koniec płyty. W ten sposób daję czytelnikowi do zrozumienia, że po tym tekście z dalszej lektury można od razu zrezygnować, ponieważ on naprawdę jest nie tyle pierwszy, ile ostatni, kończy całą historię. Ten inauguracyjny eksperyment, ściśle naśladowczy, gwoli sprawdzenia, jak to w ogóle będzie szło, oparty jest na dwóch rzeczach Baudelaire’a z „Paryskiego spleenu”: połączyłem jego otwarcie, utwór pod tytułem „Obcy”, z prozą „Anywhere out of the world”. I oczywiście jest to napisane całkiem na nowo, chodziło tylko o sprawdzenie poetyckich struktur. A ponieważ rezultat przypadł mi do gustu, pomyślałem sobie, że przez jakiś czas dalej będę próbował pisać coś w tym stylu, to znaczy małe prozy, które jak gdyby nawiązują cokolwiek bezpośrednio do szerzej doznawanej rzeczywistości. Nie wszystkie z nich takie są, ale wiele ma taką inspirację.

Pobieranie 10.79 Kb.





©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna