Patriotyczny ruch polski” nr 260, 1 marzec 2011 R


PRZYGOTUJMY SIĘ NA DŁUGI MARSZ



Pobieranie 277.63 Kb.
Strona3/4
Data01.05.2016
Rozmiar277.63 Kb.
1   2   3   4

PRZYGOTUJMY SIĘ NA DŁUGI MARSZ


Czas pożegnać się z nadziejami na szybką zmianę sytuacji politycznej. Salon raz odebranej władzy nie odda łatwo. Zmiana Donalda Tuska wcale nie musi oznaczać zmiany na lepsze. Rewolucja, wbrew temu, co wieszczą niektórzy z komentatorów nie nadejdzie szybko. Kryzys ekonomiczny, rozkład państwa nawet jeśli zmiecie Donalda Tuska i jego klikę, to wcale nie musi wynieść do władzy opozycji, która zdecyduje się - jak Victor Orban na Węgrzech - na głęboką reformę państwa, zmiany gospodarcze czy konserwatywny zwrot w polityce rodzinnej i ochrony życia. A nawet mocniej, jeśli tylko pojawi się realna siła, która takie zmiany będzie chciała wprowadzać, to spotka ją medialny zmasowany atak, polityczny i intelektualny ostracyzm i histeryczne odwoływanie się do Zachodu.

I nie będzie miało najmniejszego znaczenia, jaką narrację będzie stosowała potencjalna konserwatywna opozycja wobec władzy salonu: miękką czy twardą, ostrożną czy radykalną. Istotne będzie tylko jedno: czy chce ona naruszyć wszechwładzę mainstreamu, salonu, który wygodnie umościł się w przestrzeni publicznej czy też zgadza się na jej dominację i na rolę ubogiego krewnego którego od czasu do czasu można zaprosić do kominka, ale uświadamiając mu, że jego miejsce jest w przedpokoju, a dopuszczenie na salony jest tylko wielkopańskim gestem, który w każdej chwili może zostać odwołany.

Takie wnioski wypływają nie z jakiegoś wrodzonego pesymizmu czy z chęci kasandrycznych, ale z uważnej obserwacji rzeczywistości. Na zużycie się rządu Tuska (ekonomiczne czy społeczne) elity już się przygotowały. Ekonomiści [ogłoszeni przez „The Economist” realną opozycją] już zmienili front. Leszek Balcerowicz wytrwale krytykuje rząd, a niemała część elity medialnej już zaczyna poszukiwać nowego potencjalnego lidera. Powody są zaś dość oczywiste. Salon jest świadom tego, że nadchodzi kryzys gospodarczy, że rosnącego zadłużenia publicznego nie da się już tak długo przykrywać kreatywną księgowością. A procesy w Europie wcale nie napawają optymizmem. Ten kryzys zaś mógłby wynieść do władzy opozycję. Na to zaś zgody być nie może. I dlatego przygotowywana już jest nowa opozycja, liberalna, otwarta, ekonomicznie krytykująca Tuska, która władzę - gdy zajdzie taka potrzeba - przejmie. Już nie będzie „Tusku - musisz”, ale „Leszku - powinieneś”, albo „Grześku - weź władzę”. A wszystko po to, by nie dopuścić do realnej, głębokiej zmiany, reformy państwa, która zakładałaby rozbicie klanowej struktury, rozkład układów i układzików czy spluralizowanie sceny medialno-politycznej. To są zbyt wielkie zagrożenia, by można je było lekceważyć. I dlatego szykowani są już następcy, by w Polsce nie udało się dojść do władzy jakiemuś Orbanowi! [Niedopuścić, by pałeczkę w tej sztafecie przejęli Polacy - T.K.]

Nie ma przy tym znaczenia, czy ów polski Orban będzie ostrożny czy radykalny, czy będzie posługiwał się siłą argumentów czy odwoływał do emocji, czy będzie mówił o „zaprzaństwie” czy o „błędach” i „porażkach”. A istotne będzie tylko to, czy naruszać będzie interesy czy też nie. Jeśli salon wyczuje, że takie zagrożenie istnieje, natychmiast do ataku ruszą szwadrony Wojciechów Mazowieckich, Agnieszek Kublik, Wojtków Czuchnowskich, Tomaszów Wołków i Lisów, którzy z rozpalonymi twarzami będą dowodzić, że polityk XYZ zagraża pokojowi społecznemu, grozi tym, że do naszych drzwi pukać będą o 6 rano „niemleczarze” itd. Usłużne media zaś, aktorzy, publicyści i celebryci tak długo będą rozrabiać tę wersję, aż się ona utrwali. Co będzie tym łatwiejsze, że brak nam mediów elektronicznych, które mogłyby realnie przełamać ideologiczny łomot. Tego braku nie da się zaś łatwo nadrobić. Nie mamy na tyle dużego, konserwatywnego kapitału, by móc przełamać postkomunistyczno-liberalny monopol w przestrzeni medialnej. TVN24, Polsat News, TVP Info na długo jeszcze będą jedynymi siłami, które będą kształtować myślenie Polaków. „Rzeczpospolita”, „Gazeta Polska” czy portale internetowe, takie jak Fronda.pl, nie są w stanie zastąpić telewizji. Są ważne i trzeba je nie tylko cenić, ale i pomagać im w rozwoju, ale nie mogą one zastąpić potęgi mediów elektronicznych. A jeśli uzupełnić ten obraz świadomością ideologicznego zacietrzewienia i ideowej ślepoty znaczącej części polskich uniwersytetów, to nadzieje na realne, głębokie zmiany jeszcze zmaleją. Co zatem zostaje? Odpowiedź jest niestety smutna.

Wytrwała praca organiczna w dziedzinie metapolityki, kultury, formacji i religii. Uświadomienie sobie, że długo jeszcze nie zaczniemy realnie wpływać na władzę czy media (choć ludzie o częściowo podobnych nam poglądach mogą być istotną częścią opozycji, co powinno prowadzić do mocniejszego zaangażowania tam, gdzie jest ono nie tylko możliwe ale i konieczne. Formacja moralna, teologiczna, filozoficzna i intelektualna, to pierwsze i podstawowe zadanie dla konserwatystów i chrześcijan na teraz. Nie można pozwalać na to by nadal najsilniejszą obecną w przestrzeni publicznej propozycją był światopogląd postępowy. Jeśli nie możemy być obecni na salach wykładowych uniwersytetów, to twórzmy własne miejsca formacji. Dla uczniów, studentów, polityków.

Stwórzmy im przestrzeń, miejsca, gdzie mogą oni nie tylko zrozumieć, dlaczego katolicyzm, ale w wersji konserwatywnej jest najlepszą drogą zaangażowania moralnego czy społecznego. Zorganizujmy instytucje, w których będą mogli nie tylko zdobyć formację, ale również związać się z nimi zawodowo, tak by nie tracić ich w przyszłości. A z czasem przekształcajmy te instytucje (takie jak choćby maleńka na razie, ale prężnie się rozwijająca „Kuźnia Wiary”) w szkoły letnie, w szkoły całoroczne, w szkoły formacji i działań, które będą kształtować kolejne pokolenia, które zostały skazane na szkoły bez wychowania i wiedzy. Instytucje formacyjne, to oczywiście nie wszystko. Kultura, media, instytucje społeczne czy wreszcie silny kapitał także są potrzebne. I dopiero gdzieś na końcu tego procesu można zacząć realnie myśleć o przejęciu władzy, o budowaniu Rzeczpospolitej, Rzeczpospolitej, w której prawo do życia byłoby fundamentem a patriotyzm normą. Walka o młodzież, o wychowanie, o kulturę - to w tej chwili absolutny priorytet. Polityka zaś może i powinna poczekać. Tym bardziej, że nawet jeśli, co możliwe tylko przy jakimś gigantycznym kryzysie gospodarczym, konserwatystom czy antymainstreamowcom, uda się przejąć władzę, to będzie to przejęcie na krótko. Histeria medialna błyskawicznie bowiem oddali niebezpieczeństwo oddania władzy ludziom spoza układu. Dlatego zamiast się szarpać zabierzmy się do pracy organicznej. Ze świadomością - że czeka nas naprawdę długi marsz.

Tomasz P. Terlikowski [fronda.pl]

----------------------------------------


BEZ STRACHU – TOM I [CZĘŚĆ X]

Rozdział XV – Rusłanowa. Oczywiście, cały czas krzyczeli, że za chwilę będą tu ich ludzie i wszyscy zostaną aresztowani, ale w tej samej chwili wjechały czołgi i piechota wbiegła na dziedziniec Łubianki. Błyskawicznie zajęto cały gmach, a tych co próbowali użyć broni zabijano na miejscu. Jeszcze w trzech miejscach w Moskwie były rozlokowane oddziały NKWD, ale i te też zostały szybko rozbrojone, a ludzie aresztowani.

Natomiast na Kremlu, do Berii strzelali wszyscy członkowie biura, taka była umowa, że nie jeden go likwiduje, ale wszyscy.

Kaganowicz na rozprawie sądowej był autentyczny, a Beria dawno już nie żył, tylko dobrano dobrego aktora, który musiał go w sądzie zastąpić. Od tego momentu Żydzi zrozumieli, że nie tylko nie udało im się opanować Rosjan, ale trzeba uciekać i ratować życie, bo Rosjanie dojdą do prawdy i ujawnią kto wymordował tam miliony. No muszę jeszcze wypić, bo zaschło mi od tego mówienia w gardle" - rzekł marszałek Kulikow. Wypił i stawiając kieliszek powiedział:

„Poproś jutro Rusłanową to ci opowie o swoich dziesięciu latach w łagrach. To co ona tam widziała i przeżyła trudno jest zrozumieć i pojąć" - zakończył Kulikow. Rusłanową ułaskawiono po śmierci Berii, tak jak i inne siedzące tam kobiety.

„Siedzieliśmy na dużym balkonie z widokiem na Morze Czarne. Gwiazdy i księżyc odbijały się w wodzie, która tego wieczoru była spokojna. Boże, jaki piękny jest świat, a jakie piekło ludzie potrafią zrobić innym na tym pięknym świecie - powiedziała Rusłanowa. - Jeśli chcesz, to jutro w wieczór przyjdź tu to opowiem ci co przeżyłam. Widzę że marszałek traktuje cię jak dobrego przyjaciela, więc i ja tak samo muszę zrobić". Następnego dnia wieczorem Kulikow mówi tak: „Ja z jej mężem pójdziemy do kolegów generałów. A wiesz dlaczego? Bo to co ona ci powie to my po pierwsze znamy, a po drugie ona przy nas kolejny raz będzie się krępować mówić o tych sprawach. To co oni robili naszym kobietom, to ohydne bandyckie metody. Ale niech ona sama ci powie o tym". Gdy zjedliśmy kolację Rusłanowa, zwracając się do mnie powiedziała: „To straszna historia i nie wiem, czy powinieneś ją znać”. Zauważyłem, że już wczoraj, gdy marszałek Kulikow opowiadał mi jej historię i zlikwidowanie Berii, to ona, zwracając się do mnie mówiła mi nie na „wy", jak zwyczajowo to mówią, ale na „ty". Udawałem, że nie zauważyłem tej zmiany. Znam wielu Rosjan i wiedziałem, że bez względu na funkcję, jaką by nie pełnili, lubili do innych mówić na „ty".

„Bardzo bym chciał znać waszą historię i jeśli czujecie się na siłach to proszę powiedzieć mi wszystko" - odparłem". Dobrze. Przyjdź za godzinę na nasz balkon". Ten balkon to była ogromna wnęka jak duży pokój, gdzie mieścił się stół i fotele, z góry rozciągał się cudowny widok na morze. Na stole stał już samowar i Rusłanowa nalała dwie filiżanki herbaty. - Samowar ma swój urok i tradycję rosyjską. Zobaczysz, jaką ja zrobię dobrą herbatę" - mówi. Rzeczywiście długo trwało to parzenie, ale piłem jedną filiżankę za drugą, tak mi smakowała. Usiadła na fotelu i nakryła nogi kocem. „Tu dni są gorące, ale noce chłodne i wilgotne, a ja choruję na nogi i ręce. To pamiątka po latach łagrów. Nieraz wrzucano nas do dołu z zimną wodą i nakrywano deskami na całą noc. Teraz wychodzi mi to wszystko.

Nie będę ci opowiadać jak nas sądzono. Bo to nie sąd był, ani obrony nie dopuścili, ani oskarżonym nie dali mówić. Po prostu wprowadzano nas po kilka kobiet na salę. Stojąc słuchałyśmy oskarżenia - które jak się później zorientowałam, prokurator odczytywał wszystkim oskarżonym takie samo - że jesteśmy zdrajcami swej ojczyzny i współpracujemy z wrogami Związku Radzieckiego, za co grozi z paragrafu takiego to i takiego surowa kara - dożywocie w łagrach. Żadnej z nas nie dali powiedzieć ani słowa. Sędzia, stary Żyd, walił młotkiem w blat stołu i krzyczał:

„To i tak łagodna kara. Powinniście być powieszone, ale lituję się nad kobietami i daję dożywocie. Wyprowadzić! - krzyczał - i dawać następne". Kolejne pięć kobiet, zapłakanych i przestraszonych, stało już na korytarzu pod opieką funkcjonariuszy NKWD. Prosto z sądu zabrano nas na pociąg do bydlęcych wagonów i kilka dni jechałyśmy bez sanitariatów i gorącego posiłku. Później w gułagu dowiedziałam się, że ten transport kobiet to miał wielkie szczęście, bo był w porze letniej. Kobiety będące tu już wcześniej mówiły jak to wyglądało podczas mrozów i ile ich wówczas nie dojechało.

Moją grupę, złożoną z kobiet w wieku 40-50 lat, umieszczono w jednym dużym baraku. Na piętrowych łóżkach umieścili nas czterysta kobiet, po środku stał długi stół z desek i trzy paleniska do ogrzewania w czasie zimy. Na terenie dwudziestu hektarów było nas cztery tysiące kobiet. Obóz był podzielony na trzy strefy: pierwsza to murowane białe domy dla wojska i ich dowódców, druga to miejsce, gdzie kobiety pracowały, i trzecia strefa to baraki, gdzie przebywałyśmy. Wszystko to poprzegradzane wysokim parkanem z drutu kolczastego i wieżyczkami dla wartowników. W pierwszej strefie, gdzie mieszkali żołnierze i oficerowie, był tak zwany hotel z łaźnią i pokojami dla gości".

Przerwałem jej i zapytałem: „Jaki hotel i jacy goście w łagrach?".

„Zaraz ci wszystko wyjaśnię. Otóż w obozie ponad połowa kobiet to były młode dziewczęta często bardzo ładne. Z tych dziewcząt co sobota oficer wybierał ponad połowę dla gości. One musiały się kąpać i czysto ubrać, były nakarmione lepiej niż my. Ja zastałam tam taką sytuację, że dziewczęta chętnie szły na te zabawy. Dlaczego? Bo jeśli zaszła w ciążę, zwalniano ją z pracy aż urodziła, wiele z nich miało poskracane wyroki i puszczano je do domu. Także one nie upierały się, a szły chętnie. Tak było trzy lata, aż raz zjechała jakaś komisja i zaczęła sprawdzać dlaczego tak dużo dziewcząt wypuszcza się na wolność. «Przecież to nie słonice i nie noszą ciąży parę lat» - mówili. Była duża awantura, wskutek czego komendant i zastępca zostali zabrani. Nie można już było mówić, że przywieziono dziewczyny w ciąży, ale zarządzenie, że kobietę w ciąży należy zwolnić z pracy, a jak ma mały wyrok, na przykład dziesięć lat, to puszczać na wolność.

Utrzymano to zarządzenie, gdyż cały czas napływały nowe transporty do obozu i przywożono także dziewczyny w ciąży. Nie sposób jest całkowicie wyeliminować seksu tam, gdzie na odludziu jest parę tysięcy kobiet i dziewcząt oraz kilkaset mężczyzn, żołnierzy i oficerów. Oni tu służyli bez żon i możliwości kontaktu z kobietami poza obozem, bo w okolicy w ogóle nie było ludzi. Mimo zmiany komendanta obozu to w soboty znów zaczęli przyjeżdżać goście, ale teraz po cichu i specjalną bramą, żeby nie rzucało się w oczy. Przeważnie byli to funkcjonariusze NKWD z miast odległych po kilkaset kilometrów i przeważnie Żydzi. Dziewczyny, które zachodziły z nimi w ciążę, przysięgały, że nie będą chować tych dzieci, gdyż to żydowskie. Ilość dziewcząt, które chodziły na te imprezy była w stosunku do przebywających w obozie bardzo mała, a na wolność chciało wyjść dużo. Jak zwykle potrzeba jest matką wynalazków - lekarka, też więźniarka, mówi, że można zajść w ciążę bez stosunku z chłopem, ale potrzebne jest nasienie od mężczyzny.

«Musicie załatwiać żołnierzy ustami i nasienie z ust przekładać do strzykawki. Następnie ta co jest w okresie zajścia w ciążę wprowadza strzykawką bez igły to nasienie. Takim nasieniem ze strzykawki można zapłodnić wiele kobiet, trzeba tylko trochę wpuszczać do pochwy». Nosiły więc dziewczyny puste strzykawki i spragnionym żołnierzom robiły to ustami, chroniąc spermę do strzykawki. No i minął rok, a tu prawie połowa dziewczyn w ciąży. Nowa afera i znów zmiana kierownictwa obozu, ale z dziećmi trzeba było puścić na wolność" - mówiła Rusłanowa. Te więźniarki to nie były córki arystokracji czy burżujów, to dzieci ludzi, często z robotniczych rodzin.

Wystarczało, żeby dziewczyna powiedziała coś nieżyczliwie o władzy lub nie brała udziału w organizacji młodzieżowej. Nie stosowała się do zaleceń i nie ujawniała rodziców, którzy byli w opozycji do partii, to już brali taką dziewczynę (chłopaka tak samo) i miała wyrok. „Pracowałam w baraku, gdzie szyliśmy futrzane czapki wojskowe i rękawice. Przywieziono nową grupę dziewcząt. Część z nich skierowano do naszego baraku w celu nauczenia ich szycia. Jak zwykle w pierwszych dniach praca tym dziewczętom szła źle. A kierownik baraku chciał mieć dużo dobrze uszytych czapek i rękawic.

Obejrzał pracę pracującej obok mnie dziewczyny i uderzył ją tą czapką w twarz. A gdy dziewczyna pochyliła się, by podnieść tę czapkę to kopnął ją w piersi. Chciałam podnieść dziewczynę, bo nie wstawała, ale jak się nad nią pochyliłam to mnie też kopnął, aż upadłam. Wywleczono nas obie przed barak i wrzucono do dołu z wodą. Nakryto deskami i tak całą noc stałyśmy po kolana w zimnej wodzie. Rano bez posiłku zapędzono nas do pracy. „Jak zepsujesz materiał to znów pójdziesz do dołu” - krzyczał na dziewczynę kierownik. I zepsuła znów, mimo że jej podpowiadałam jak to robić.

Wyprowadził ją znów przed barak, tam gdzie był dół z wodą i kazał się jej rozebrać do naga. Dziewczyna była ładnie zbudowana. W tych ubraniach więźniarek to nie widać było urody, gdyż drelichy były ohydne. Teraz, gdy stała nago, widać było jaką jest piękną dziewczyną. Obszedł ją dookoła a następnie kazał się jej ubrać, zabrał ją do swojego pomieszczenia i zasłonił okno. Było pewne, że zechce z nią uprawiać seks, przecież tu było na porządku dziennym, że jak naszła któregoś chęć brano dziewczynę i robił to. Tym razem było inaczej, najpierw był rumor i krzyk, potem otworzyły się drzwi i wyleciała z nich naga dziewczyna. Zatrzymała się na chwilę i wypluła coś na ziemię. Za chwilę wybiegł ten kierownik, trzymając się jedną ręką za nos i z rewolwerem w drugiej. Strzelił dwa razy w plecy dziewczyny i ta upadła na ziemię. On poleciał do budynku administracji, a po chwili biegiem wezwali naszą lekarkę. Okazało się, że dziewczyna odgryzła mu nos. Później też były wypadki że dopiero co przywiezione dziewczyny nie chciały dobrowolnie się poddawać, wybierały opór, mimo że wiedziały, że tej wojny tu nie wygrają. Za parę dni nowy kierownik, chodząc po sali i przyglądając się jak pracujemy, zatrzymał się przy nowej dziewczynie, która zdjęła bluzę i widać jej było prawie całe piersi.

Wsadził rękojeść nahajki, którą bił więźniarki między jej piersi. Dziewczyna wyrwała tę nahajkę i rzuciła na podłogę. Wtedy złapał ją za włosy i zawlókł do tego samego kantorka co jego poprzednik tą którą zabił. Parę minut była cisza, więc myślałyśmy, że dziewczyna się poddała, aż tu nagle wychodzi z tego kantorka i trzyma jego broń w ręku. Odeszła parę kroków i wsadziła sobie lufę rewolweru w swoje usta, głuchy strzał i głowa rozleciała się w kawałki. A kierownik, który zaprowadził ją do swojego kantorka miał wbite w pierś nożyczki i leżał zabity.

Całkiem inaczej reagowały więc dziewczyny dopiero co przywiezione, a inaczej te, co siedziały tu już kilka lat. Znów nowy kierownik. Ale ten jakiś dziwak, interesują go starsze kobiety. Podszedł do mojego stanowiska pracy i pyta: - „To ty tak podobno pięknie śpiewałaś na froncie?” Mówię, że ja. „To chodź, zaśpiewasz mi w kantorku”. Musiałam iść. „Zdejmij tę bluzę i rozpuść włosy!” - rozkazał. Zrobiłam to. „Teraz coś zaśpiewaj!”. Zaśpiewałam piosenkę z frontu ‘Ciemna jest noc’. Gdy skończyłam, on mówi tak:

„Moi koledzy nie uwierzą, że miałem z tobą stosunek i miałem jak chciałem”. Otworzył szufladę i wyjął aparat fotograficzny, zadzwonił do kogoś i po chwili wszedł żołnierz, którego zaczął uczyć jak zrobić zdjęcie. «A ty się rozbieraj!» - rozkazał. Ale ja nie chciałam, to zaczął mnie bić i zdzierać ze mnie ubranie. Zleciały się koleżanki z całej sali i zaczęły mnie bronić.

„Co to, bunt?” - pyta kierownik. Wyjął broń i zaczął strzelać w sufit. Na odgłos strzałów zlecieli się żołnierze, ale dziewczyny mówią: „On chce zgwałcić Rusłanową, a my ją bronimy. W drugim baraku są te, co siedzą parę lat i one same namawiają, żeby je pokochać”. W ten sposób obroniły mnie przed gwałtem, ale kierownik wsadził mnie do dołu z wodą za nieposłuszeństwo. Rano nie miałam siły, żeby wyjść z tego dołu, musieli mnie wyciągnąć.

Rzeczywiście pomysł lekarki jak zajść w ciążę zaowocował, bo gołym okiem było widać dziewczyny z brzuchami. Ponownie komisja, ale teraz biorą na przesłuchanie więźniarki. Te umówiły się, że wszystkie są gwałcone, żadna nie przyznała się że idzie dobrowolnie lub że robi to ustami i wykorzystuje spermę. Nie mogli przeboleć, że taką ilość trzeba wypuścić na wolność, na pewno były też upomnienia i nagany za taki stan rzeczy.

Kierownictwo w Moskwie wściekało się, że tyle dziewczyn zamiast pracować idzie za darmo na wolność, bo warunków, żeby tu mogły żyć matki z dziećmi nie było. Przysłano więc grupę funkcjonariuszy, którzy mieli za zadanie przyjrzeć się tej sprawie i zapobiec zachodzeniu w ciążę. Bo to, czy są dziewczyny gwałcone czy nie, ich nie obchodziło, im zależało tylko na tym, żeby nie zachodziły w ciążę. Mój kierownik nie odpuścił mi i znów kazał iść do kantorka, ale nie posłuchałam go. Dołu mi nie dał, tylko napisał raport, że jestem krnąbrna i nie słucham poleceń, wobec czego prosi dyrektora obozu, żeby mnie oddać do innego o zaostrzonym rygorze i ciężkiej pracy. No i wywieźli mnie kilkaset kilometrów dalej w obszary leśne. Kobiety w tym obozie wycinały młode sosny o grubości dwudziestu centymetrów, cięły je ręczną piłą na stemple do kopalni. Wyprowadzono nas rano z silną eskortą, wartownicy mieli wyłącznie pepesze i strzelali do każdej, jeśli się oddaliła sto metrów od miejsca pracy. Każda para kobiet musiała zerżnąć i oczyścić siekierą sto sztuk stempli w ciągu dnia. Nadzorujący nas żołnierze NKWD odprowadzali upatrzoną kobietę w krzaki i ta nie miała nic na swoją obronę, bo mógł jej nie zaliczyć urobku, a od tego było pożywienie - nie wypracowałaś to masz połowę jedzenia. Tu bogiem i carem był żołnierz, a odwołania od jego decyzji nie było. W nowym transporcie przywieźli matki z dorosłymi córkami, więc i pracowały parami - matki z córkami. Jednego dnia obok mnie matka z córką ścinały drzewa, kiedy wartownik podszedł i mówi do córki:

„Chodź ze mną, a ty stara obcinaj gałęzie siekierą” - zwrócił się do matki. Popychając pepeszą, wprowadził dziewczynę w krzaki. Matka zapytała nas, po co on ją tam wziął. „Jak to, nie wiesz?” - pytamy. „Nie wiem, dopiero co nas przywieźli tutaj”. „On ją tam zgwałci, głupia babo” - powiedziała moja współwięźniarka. Kobieta napluła sobie w obie dłonie, wzięła siekierę i poszła w te krzaki. Zastała ich, jak żołnierz leżał na jej córce, a automat wisiał na krzaku.

„Ach, ty łotrze!” - krzyczała i siekierą uderzyła żołnierza w głowę, który nawet nie widział jak go zabija. Rozebraną córkę prowadziła za rękę do stanowiska pracy. Widząc, że biegną do niej żołnierze, zawróciła i wzięła z krzaka pepeszę. Musiała umieć się nią posługiwać, bo naciągnęła sprężynę spustową i położyła się za paroma zwalonymi drzewami. Biegło do niej czterech żołnierzy i pewnie nie przypuszczali, że kobieta ma broń, myśląc zapewne, że ze strachu się ukryła. Gdy byli piętnaście metrów przed nią, ona wystawiła lufę pepeszy i krzyknęła:

„Wy sługusy żydowskie, myślicie, że nie ma na was kary?” i puściła długą serię, którą skosiła całą czwórkę. Inni zrozumieli, że mają kłopot, otoczyli ją i czołgając się zbliżali się. Ona strzelała, ale w pepeszy był tylko ten jeden magazynek. Kiedy żołnierze zrozumieli, że kobieta nie ma już amunicji, rzucili się na nią i skrępowali ręce do tyłu.

Następnego dnia na podwórku odbył się sąd i obie kobiety, matkę i córkę skazano na powieszenie. Pod szubienicą starsza kobieta krzyknęła: «Niech żyje Rosja! Śmierć Żydom!» Natychmiast wsadzono jej szmatę w usta, żeby nie mogła więcej krzyczeć. Żołnierz założył im obu sznury, a oficer kopnął ławkę, na której stały. Ale ten wypadek spowodował, że konwojenci bali się teraz w lesie zabierać kobiety w krzaki. Robili to, ale ubezpieczali się bardzo, stawiając zawsze kolegę do pilnowania tych, co zostały z siekierami w ręku.

Mijał mi ósmy rok katorgi. Nie doręczano nam listów. Nie było lekarza a przecież w tych warunkach kobiety chorowały i umierały, powiększał się tylko z każdym rokiem cmentarz obok obozu i malała nadzieja na wolność. Liczyłam że przyjaciele i mąż uzyskają zgodę na złagodzenie mi kary, ale nic takiego nie następowało. Najgorsze jest to, że ja i te wszystkie dziewczęta, zarówno w pierwszym, jak i w drugim obozie byłyśmy niewinne. Żadna z nas nie zabiła, nie okradła, nie zdradziła partii ani ojczyzny, a miałyśmy każda dożywocie albo kilkadziesiąt lat obozu pracy. Wystarczyło znaleźć się w sytuacji, którą zbiry Berii mogły wykorzystać i już byłaś wrogiem ludu i ustroju. Tak minęło mi dziesięć lat. Aż jednego dnia dziewczyna, która sama chodziła do starszyzny na noce - mówi mi:

Wiesz co Rusłanowa w Moskwie to musiało się coś stać. Bo starszyzna mówi, że pakują się wszyscy oficerowie NKWD i wyjeżdżają. A nowych nie dają. I rzeczywiście, nie przestrzegano, czy ktoś wyrobił normę, ale dawano jeść normalnie. Nie odprowadzali w krzaki na siłę, a wieczorem zapraszali do siebie, dając za usługę lepsze jedzenie.

Jednego dnia pracujemy na polance leśnej, a tu ląduje helikopter. «Boże, czy ja śnię, czy może już nie żyję?» - zadawałam sobie pytanie, bo widzę jak idzie mój mąż w mundurze generała i ma broń przy pasie. Z nim dwaj wojskowi, ale go nie prowadzą pod bronią tylko rozmawiają. On mnie nie poznał. Dziesięć lat w tych warunkach to dużo i to ubranie jeszcze. Wszystkie, ile nas było, stanęłyśmy i patrzymy na nich. Oni podeszli do grupy kobiet i pytali:

«Rusłanowa żyje między wami?». Pilnujący nas żołnierz podleciał do nich i salutując krzyczał: «To ta, towarzyszu generale», i pokazał na mnie. A mnie nogi wrosły w ziemię i straciłam głos. Mój mąż szedł do mnie, a ja straciłam przytomność, ocknęłam się dopiero w helikopterze. Tak zakończyła się kara za niewinność moją i moich koleżanek – zakończyła swą historię. Ja z Rusłanową rozmawiałem w 1989 r. Minęło wiele lat nim zacząłem pisać te wspomnienia i teraz w 2007 roku w lipcu polska telewizja w programie I nadała wieloodcinkowy serial pod tytułem „Moskiewska Saga". Widzowie mogli sami zobaczyć jak o każdej porze dnia i nocy wyprowadzano młode dziewczyny do oficerów w celu zabawiania się z nimi. Żołnierze, którzy czekali na zewnątrz, aż oficer się zadowoli, gdy odprowadzali dziewczyny do baraków - zmuszali je na śniegu i mrozie do seksu z nimi. Jeśli któraś z odmawiała - strzelali i mówili, że była to próba ucieczki. CDN Albin Siwak - Opracowanie - „Patriotyczny Ruch Polski”

----------------------------------------------------




Pobieranie 277.63 Kb.

1   2   3   4




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna