Patriotyczny ruch polski” nr 277, 15 listopad 2011 R



Pobieranie 293.22 Kb.
Strona1/8
Data10.05.2016
Rozmiar293.22 Kb.
  1   2   3   4   5   6   7   8

PATRIOTYCZNY RUCH POLSKI” NR 277, 15 LISTOPAD 2011 R.



PATRIOTYCZNY RUCH POLSKI



NR 277 15 XI 2011 r.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

NOWY JORK, CHICAGO, TORONTO, BERLIN, WARSZAWA.

Patriotyczny Ruch Polski w internecie: www.wicipolskie.org
Drodzy Czytelnicy i Sympatycy!

W naszym biuletynie zamieszczamy teksty różnych autorów, tak „z pierwszej ręki” jak i przedruki, traktujące o najistotniejszych problemach Polski i Świata. Kluczem doboru publikowanych treści, nie jest zgodność poglądów Autorów publikacji z poglądami redakcji lecz decyduje imperatyw ważnością tematu. Poglądy prezentowane przez Autorów tekstów, nie zawsze podzielamy. Uznając jednak że wszelka wymiana poglądów i wiedzy, jest pożyteczna dla życia publicznego - prezentujemy nawet kontrowersyjne opinie, pozostawiając naszym czytelnikom ich osąd.

Redakcja

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Adres kontaktowy Redakcji PRP: PO Box 1602, Cranford NJ 07016 i internetowy: turobin@netzero.net
1) Wiadomości; 2) Nowojorski oryginał i warszawska imitacja; 3) Naród kontra kosmopolityczny motłoch; 4) Komentarz odredakcyjny; 5) Rząd podkulił ogon w sprawie roszczeń żydowskich; 6) Sanacyjna agitka w formacie 3D; 7) Czy Polska nie popełniła pomyłki stulecia?; 8) Powstanie Wielkopolskie; 9) Struktura i działanie rządu żydowskiego w Polsce - III; 10) Norymberga; 11) Od Redakcji; 12) Uruchomiono spisek zniszczenia Stanów Zjednoczonych; 13) Uganda: W imieniu globalnego ocieplenia, uzbrojeni żołnierze palili domy i zabijali ludzi; 14) Infiltracja żydo-masońska w Kościele Rzymskim - II;
Australia: Nie wiem, czy Państwa pocieszę, ale na pewno przekażę informację, której w tutejszej prasie nie znajdziecie a mianowicie: wyprzedawanie majątku narodowego trwa na całym świecie od trzydziestu lat. Ja mieszkam w Australii 29 lat i widzę, co się dzieje w tym państwie. Australijczykom jako narodowi już też nic nie zostało poza rządem [oczywiście, nazywanym australijskim] i jego urzędami. Biorą się nawet za prywatyzacje tych kilku szpitali, które jeszcze zostały. W każdym razie obsługa tych szpitali też już jest w rękach prywatnych... I w związku z tym jest wielkie narodowe oburzenie na to co się dzieje od trzydziestu lat, ale naród w tym państwie już nie ma nic do powiedzenia. Nikt nigdzie z narodem się nie liczy. Z narodu zrobili chuliganów, chorych psychicznie, sportowców i wiecznych studentów, a reszta dogorywa.

Goska [10/10/2011]

Za: maryla@iinet.net.au

# # #


Urzędnicy pozostawieni bez wyboru

Udziel ”homo-ślubu” albo zabieraj swoje rzeczy

John Horvat z amerykańskiego TFP w artykule „Homo-seksualne małżeństwa - zaakceptuj albo zrezygnuj” porusza problem tysięcy urzędników, którzy stanęli przed wyborem akceptacji - wbrew własnemu sumieniu „homo-małżeństw”- albo rezygnacji z pracy. Pisze również o nadzwyczajnej gorliwości do bezwzględnego egzekwowania prawa przyjętego wbrew większości i nieegzekwowaniu prawa, zaakceptowanego przez zdecydowaną większość obywateli.

Horvat zauważa, że gdy niedawno zalegalizowano w Nowym Jorku tzw. homo-małżeństwa, niezliczone rzesze nowojorczyków były przeciwne tej skandalicznej decyzji lokalnej legislatury. Protestowali między innymi chrześcijańscy urzędnicy doskonale zdający sobie sprawę z konsekwencji przyjęcia niemoralnego prawa.

Urzędnicy stanu cywilnego zostali zmuszeni do przeprowadzania i uprawomocniania „ślubów” homoseksualnych, poprzez złożenie pod aktami małżeńskimi własnego podpisu. Wyjątek przewidziany został jedynie dla duchownych, którzy takich „ślubów” nie uznają, bo są grzeszne.

Urzędnikom pozostawiono wybór: akceptacja „homo-małżeństw”, albo rezygnacja z pracy. Przekonała się o tym ostatnio m.in. urzędniczka Rose Marie Belforti z Ledyard,w stanie Nowy Jork.

Kiedy ustawa została przyjęta, Belforti nie zgodziła się na złożenie podpisu pod aktem małżeńskim pary homoseksualnej, gdyż nie pozwalało jej na to sumienie. Kobieta nie odmówiła homoseksualistom prawa do zawarcia takiego związku, jedynie poprosiła, by umówili się na spotkanie z innym urzędnikiem, który niejako w zastępstwie złoży swój podpis, stwierdzający ważność tak zawartego związku.

Dwóch pederastów oburzyło się na postępowanie urzędniczki. Sprawa wywołała burzę wśród homoseksualnych organizacji. - Natychmiast podniosły się głosy oburzenia i oskarżenia o „religijną bigoterię” oraz lekceważenie prawa. Strona Rose Marie Belforti na Facebooku zaroiła się od obraźliwych komentarzy.

Uwaga całej Ameryki nagle skupiła się na sennym miasteczku liczącym niespełna 500 rodzin i na lokalnej urzędniczce, która zazwyczaj rocznie wydawała dziesięć aktów małżeńskich.

Prawnicy zewsząd zaczęli grozić jej pozwami. Sugerowali, że Belforti - powinna podpisać się pod aktem małżeńskim, stwierdzającym ważność zawarcia przez homoseksualistów „małżeństwa” albo zrezygnować z pracy. Pojawiły się petycje internetowe z żądaniem, by kobietę wyrzucić z urzędu.

Prezes fundacji - People for The American Way Michael Keegan grzmiał oburzony: - Jeśli urzędnik chce się uchylać od obowiązków wynikających z jego pracy, to powinien zrezygnować i zostać zastąpiony przez kogoś, kto wykona zadanie i będzie przestrzegał prawa.

Drew Courtney, rzecznik fundacji mówił: - Ona ma zadanie do wykonania, które wynika z jej stanowiska pracy, czyli ma obowiązek wydawania aktów małżeńskich zgodnie z prawem państwowym, które to reguluje.

„Wydaje się jednak - pisze Horvat - że zasada akceptacji albo rezygnacji obowiązuje tylko w jedną stronę i to w dodatku w odniesieniu do kwestii homoseksualnych”. Przypomina, że takiej gorliwości nie okazano w kwestii obrony ustawy federalnej DOMA, stanowiącej, że małżeństwo może istnieć jedynie pomiędzy mężczyzną i kobietą. Ustawa ta, popierana jest przez zdecydowaną większość obywateli, a mimo to w lutym br. administracja Obamy podjęła decyzję o rezygnacji z obrony jej konstytucyjności w sądzie. Izba Reprezentantów została niejako zmuszona do przejęcia obowiązku departamentu sprawiedliwości. Politycy wynajęli bardzo drogiego prawnika, którego lobby homoseksualne próbowało zdyskredytować i zmusić do rezygnacji z obrony ustawy, podpisanej w 1996 r. przez prezydenta Clintona.

Konstytucyjność prawa jest naturalnie określana przez sądy, a nie władzę wykonawczą. Jednak w tym przypadku władza wykonawcza wyraźnie sprzyja pederastom i lesbijkom, toteż prawo to nie jest egzekwowane z taką stanowczością.

Drugim przykładem jest tzw. Propozycja 8 poparta przez zdecydowaną większość Kalifornijczyków. Definiuje ona małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny. Urzędnicy mają obowiązek bronić tego prawa niezależnie od własnych opinii. Jednak, gdy poprawka do konstytucji stanowej została zaskarżona, wówczas prokurator generalny Kalifornii Jerry Brown oraz ówczesny gubernator Arnold Schwarzenegger zrezygnowali z obowiązku obrony jej konstytucyjności. Obrońcy tradycyjnego małżeństwa byli oburzeni lekceważeniem prawa, które zostało przyjęte przez zdecydowaną większość obywateli stanu.

Horvat tłumaczy, że urzędniczka Rose Marie Belforti nie odmówiła wykonania swoich obowiązków, po prostu chciała aby w tym jednym przypadku zastąpił ją inny urzędnik. Dla porównania, od obowiązków bronienia prawa uchylili się najwyżsi urzędnicy państwowi: szef departamentu sprawiedliwości oraz były prokurator generalny i były gubernator Kalifornii. Mimo to nikt z fundacji People for The American Way nie wzywał ich do bezwzględnego przestrzegania prawa czy rezygnacji ze stanowiska, zgodnie z logiką postępowania przyjętą w przypadku Belforti - mało znaczącej w skali kraju urzędniczki.

Przedstawiciel TFP zwraca uwagę, że w całej tej sprawie chodzi o program, który depcze sumienia urzędników, lekceważy prawa i konstytucję, a także ignoruje opinię większości. Program ten jest narzucany społeczeństwu siłą i z pewnością nie jest częścią „American Way”.

2011-09-23

Za: http://www.piotrskarga.pl/ps,7916,2,0,1,I,informacje.html

# # #


USA: Uczelnie medyczne eliminują studentów o orientacji pro-life

Dyskryminacja zaczyna się już w trakcie wywiadu z kandydatami na uniwersyteckie wydziały medyczne. Tak twierdzi prof. Daniel Kuebler, biolog na Franciscan University of Steubenville (stan Ohio).

Wypełniający ankietę kandydat napotyka pytanie: ‘Załóżmy że młoda kobieta w ciąży i jej chłopak, oboje zdecydowani na aborcję, przyjdą do Ciebie. Co byś zrobił/a?’.

Dla osoby o poglądach pro-life jest tylko jedna odpowiedź: ‘Doradzam parze, aby zmieniła decyzję o przerwaniu ciąży’. I tu jest problem, na niektórych uczelniach taka odpowiedź eliminuje kandydata z dalszego postępowania rekrutacyjnego.

W warunkach amerykańskich - uczelnie medyczne mają prawo włączać do ankiet i kwestionariuszy aplikacyjnych otwarte pytania na tematy etyczne. Z założenia miało to pomóc w sprawdzeniu, czy kandydaci potrafią precyzyjnie wyrazić i dobrze obronić swoje poglądy dotyczące skomplikowanych od strony etycznej zagadnień. Gdyby to był jedyny powód, pytania na temat postawy wobec aborcji mogłyby odegrać uzasadnioną rolę w trakcie rekrutacji. Niestety, w wielu przypadkach intencja postawienia takich pytań jest zupełnie inna.

W wielu szkołach za pomocą pytań o aborcję „namierza się” kandydatów pro-life. Dzieje się tak pomimo faktu, że prawo federalne zabrania szkołom medycznym, otrzymującym jakiekolwiek fundusze z budżetu państwa, oceny kandydatów w oparciu o ich poglądy na temat aborcji. Chociaż prawo wyraźnie zabrania dyskryminacji kandydatów pro-life, to jednak nie zabrania stawiania pytań o postawę wobec aborcji podczas procesu rekrutacji. Taka sytuacja tworzy dogodne warunki dla wyeliminowania „nieodpowiednich” kandydatów - wydziałowe komisje kwalifikacyjne potrafią sobie z tym poradzić.

Kandydaci pro-life są opisywani jako osoby "naiwne" lub "sztywne" w swoim myśleniu, „zbyt religijne", "nietolerancyjne". W rezultacie uczelnia może uznać że nie przyjmuje kandydata nie dlatego że ten jest pro-life, ale dlatego że nie nadaje się na lekarza z powodu określonych cech osobowości.

Szczęśliwcy, którym uda się dostać na uczelnię medyczną też nie mają łatwo. Studentom o orientacji pro-life rutynowo odmawia się stażu na oddziałach ginekologiczno-położniczych, ponieważ nie chcą asystować przy aborcji. Ci, którzy się jednak dostaną, za odmowę udziału w przerywaniu ciąży karani są przez ordynatorów wystawieniem słabej opinii.

Lekarze pro-life też są dyskryminowani. Z reguły nie są przyjmowani na oddziały ratunkowe (E.R.), ponieważ odmawiają ordynowania środków poronnych. Otrzymują nagany za doradzanie pacjentom, aby inicjację seksualną odłożyli do czasu ślubu. Są szantażowani zwolnieniem z pracy za odmowę wystawiania skierowań na aborcję.

Amerykańskie Towarzystwo Położników i Ginekologów ogłosiło, że lekarz ginekolog-położnik o orientacji pro-life musi „praktykować w pobliżu lekarzy, którzy nie podzielają jego poglądów lub zapewnić, aby wszelkie procedury były wykonywane na miejscu”. Jeśli tego nie zrobi, może stracić licencję na wykonywanie zawodu.

[Tłumaczenie i opracowanie własne HLI-Polska na podstawie tekstu NCRe-gister (D.Kuebler) – 08.09.2011 r.]

Za: http://www.bibula.com/?p=43922

--------------------------------------



Pobieranie 293.22 Kb.

  1   2   3   4   5   6   7   8




©absta.pl 2020
wyślij wiadomość

    Strona główna