Patriotyczny ruch polski



Pobieranie 132.52 Kb.
Strona2/3
Data09.05.2016
Rozmiar132.52 Kb.
1   2   3

KATASTROFA CZY TRIUMF?

CZĘŚĆ I
Kiedy się ujmie syntetycznie istotną sytuację obec-nej Polski, to może się nasuwać podobieństwo do losu słynnego tragicznego parowca, brytyjskiego „Titanica". Został on zbudowany z ogromnymi nadziejami twórców, ale już w pierwszym swym kursie w r. 1912 zderzył się z górą lodową na Atlantyku, rozpadł się na trzy części i zatonął wraz z 1503 osobami. Powiadają, że w trakcie tonięcia grała orkiestra.

Katastrofa czy triumf?

Oto i okręt „Polska" zderzył się ostatnio z górą „Unia Europejska". Pęka na trzy części: 1. patriotyczną, 2. komu-nistyczną i mniejszościową (ale bardzo uprzywilejowaną), i 3. liberalną. Szczury już dawno uciekły na górę, oligarcho-wie i liczni złodzieje państwowi zapełnili już szalupy ratun-kowe, machają nam banknotami euro na do widzenia. My pogrążamy się w lodowatą otchłań oceanu. Nasi guru, no i niektórzy postępowi duchowni oddają cześć europejskiej gó-rze lodowej. Kapitan i lewicowo-liberalni oficerowie pokłado-wi pieją „Odę do radości", a orkiestra rżnie marsza trium-falnego.



W duchu owej „Ody do radości" rząd polski opracował 11 stycznia 2005 r. wstępną propozycję Narodowego Pla-nu Rozwoju na lata 2007-2013. Zakłada się, że nasze zde-rzenie z Unią Europejską jest w całości ogromną szansą rozwojową dla nas i że nasza sytuacja gospodarcza jest wprost doskonała, „radosna" – jak hymn europejski. Planu-je się mianowicie, że w latach 2005-2020 gospodarka pol-ska będzie wzrastać o 5% rocznie, inwestycje o 9%, a bez-robocie spadnie do 11,1 proc. Pan premier w wystąpieniu w TVP-1 skierował ten plan do debaty publicznej, podając przy tym, że w latach 2004-2006 „Polska przeznaczy na rozwój co najwyżej (?) 70-80 mld zł. W latach 2007-2013 mamy szansę na 500 mld złotych". I dodał uwagę, że „to jest rzecz bez precedensu w naszej historii". Oczywiście, wszystko to zostało wypowiedziane w tonacji entuzjastycz-nej, a mianowicie, że będą to sumy ogromne, gratisowe od Unii, że zostaną przeznaczone nie na zwyczajne funkcjono-wanie i podtrzymywanie naszej gospodarki, lecz tylko „na [sam] rozwój i modernizację", jak „nowoczesne technolo-gie, drogi, nowe szanse dla rolnictwa, oczyszczalnie ście-ków, szkoły, placówki kulturalne". Słowa takie brzmią bar-dzo kojąco, tyle że przypominają żywo wypowiedzi Nikity Chruszczowa w Danii, że za parę lat Związek Sowiecki prześcignie w rolnictwie wszystkie kraje zachodnie. W pla-nie nie wspomina się o budżecie wypracowanym u nas, je-dynie o jakimś niejasnym „przeznaczeniu pieniędzy". Tym-czasem profesorowie Poznański, Kurowski, Śliwiński, Ży-żyński, Bojarski i inni podają ostatnio, że właśnie na inte-gracji z UE już straciliśmy ponad 600 mld nie złotych - lecz dolarów, i w tym roku stracimy dalszych 80 mld. Czy to nie katastrofa? Wobec takich sprzeczności, zresztą licznych i gdzie indziej, normalny człowiek w Polsce staje tylko przed jedną alternatywą: czy rząd nie ma odpowiedniej wiedzy, czy też uprawia tylko czystą propagandę na rzecz partii ko-alicyjnych. Teoretycznie jest możliwe, że rząd jako całość nie dysponuje prawdziwymi i pełnymi informacjami z dołu. Zdarza się, że dyrektor nawet małej instytucji nie wie, co się w niej naprawdę dzieje, a cóż dopiero w państwie, zwłasz-cza przy załamanej fachowości i rzetelności wielu urzędni-ków starego i nowego stylu. Ale raczej obawiamy się, że cały ten radosny plan rozwoju jest dalszym ciągiem złej in-tegracji europejskiej i w dodatku w tym roku elementem nie-moralnej propagandy wyborczej na rzecz utrzymania pozy-cji lewicowych. Posłużmy się małym papierkiem lakmuso-wym. Oto np. premier mówi, że „szanse wynikające z na-szego członkostwa wykorzystaliśmy już dziś, dobrze". Tym-czasem ten sam rząd podaje do wiadomości, że Polska prosi UE o przysłanie nam szybko i darmowo 50 tys. ton żywności „na dożywianie". Cóż to znaczy? To gorzej niż za Bieruta i Gomułki. Wówczas bowiem, po straszliwej wojnie, wysyłaliśmy żywność do Rosji za darmo, a dziś „dzięki in-tegracji" musimy z Unii sprowadzać, bo głód. To jest sukces Polski: idzie na żebry. Ale pan premier nie ogranicza się tylko do „sukcesu" gospodarczego. Chce mieć też sukcesy w niszczeniu katolickiej formy małżeństw i rodzin. W tym celu poczynił już znane nominacje rządowe, a teraz dodaje do tego dziwną teorię: „Proponujemy – głosił premier 11 stycznia w TVP-1 – stworzenie warunków dla zwiększenia przyrostu naturalnego, promowanie partnerskiego modelu rodziny". Jak to, „związki partnerskie" zwiększą przyrost na-turalny? Przecież tak nazywa się dziś związki homoseksual-ne. Może takie związki mają chronić przed głodem w sensie odwrotności potocznego powiedzenia „nie da się związać końca z końcem"? A może „partnerski model rodziny" ma oznaczać małżeństwa bez ślubu kościelnego i zwolnienie dzieci od posłuszeństwa i od dyscypliny wychowawczej wo-bec rodziców. W każdym razie wypowiedź wygląda na wro-gą rodzinom katolickim i tu znalazłaby swoje wyjaśnienie nominacja pani Magdaleny Środy. Źle brzmi też na pozór proste zdanie, że rząd kieruje się niezmiennie „zasadami rozwagi i przyzwoitości". Jest to język „oczyszczony" z tra-dycji klasycznej i chrześcijańskiej. Dlaczego rząd polski ma się nie kierować sprawiedliwością, miłością społeczną, ucz-ciwością, rzetelnością, troską o wszystkich obywateli, a je-dynie rozwagą i przyzwoitością? Rozwagą - to dobrze, za-pewne chodzi tu o klasyczną roztropność. Ale „zasada przy-zwoitości" w sytuacji ogromnych trudności gospodarczych, wielkiego bezrobocia, rozgrabienia Polski, korupcji sięga-jącej szczytów, oddawania kraju w zależność od obcych? Jest to raczej jakieś tylko banalne bronienie lewicy. „Przyz-woity" człowiek to taki, który nie używa brzydkich słów przy dzieciach lub przy stole nie szczypie sąsiadki. Tylko tyle trzeba do dobrych rządów Polską? I tak nawet oficjalne do-kumenty państwowe cierpią na chorobę pustej hasłologii, propagandowości i marksistowskiego braku realizmu, pole-gającego na tym, że rzeczywistość jest zastępowana samy-mi słowami. Przykłady takiej pustej i często nielogicznej żon-glerki językowej spotkamy nierzadko u wielu osób w telewi-zji. Dyskusji bez posługiwania się językiem prawdziwościo-wym i poznawczym lepiej nie urządzać.

Ksiądz profesor Czesław S. Bartnik (część dalsza nastąpi)

-------------------------------------------------------------------------------------------------



BEZDROŻA POLSKIEJ TRANSFORMACJI

CZĘŚĆ I

Od okrągłego stołu do BIG Banku Gdańskiego
Jeszcze w czasie trwania obrad okrągłego stołu w 1989 r., przygotowujący się do zwinięcia interesów politycznych komuniści, rozpoczęli przepoczwarzanie w postkomunistów gospodarczych i utworzyli tzw Komitet Powołania BIG (Ban-ku Inicjatyw Gospodarczych). Komitet działał aktywnie i już w trzy dni po przegranych przez PZPR wyborach, podpisa-no założycielski akt notarialny BIG. Była to jedna z pierw-szych licencja bankowa w PRL-u. Ówczesny prezes NBP – członek Biura Politycznego – W. Baka, nie chciał przez jakiś czas tej licencji im udzielić, bo właścicielami banku miały zostać osoby prywatne, które jednocześnie były szefami państwowych firm (instytucjonalnych udziałowców banku). Tak właśnie dokonywało się uwłaszczenie działaczy PZPR. Nie wiadomo jakimi metodami ale w końcu Bakę przekona-no.

Na początku kapitał prywatny BIG, stanowił 2%, resztę, czyli 98% stanowiły środki firm państwowych: PZU, PPTiT, Universal, Warta, Expolco Holding, Fundacja Rozwoju Żeg-larstwa, Fundacja Wspierania Inicjatyw Gospodarczych oraz spółki Interster i Transakcja.

W archiwach GW i Rzeczpospolitej, można odszukać że założycielami i właścicielami BIG byli:

# doradca premiera Rakowskiego – Aleksander Boro-wicz;

# ówczesny prezes PZU – Anatol Adamski;

# dyrektor generalny Poczty Polskiej Telegraf i Telefon – Andrzej Cichy;

# prezes Warty – Janusz Staniszewski;

# dyrektor Universalu (późniejszy szef Trybuny Ludu) – Dariusz Przywieczerski (oskarżony potem o zagarnięcie blisko 1,5 mln dolarów na szkodę FOZZ);

# dyrektor w NBP (późniejszy szef Platformy Obywatel-skiej) – Andrzej Olechowski;

# prezes spółki Interster – Stanisław Tołwiński;

# prezes firmy Transakcja – Wiktor Pitus;

Fundacje Rozwoju Żeglarstwa założyli miesiąc przed powołaniem BIG, Mieczysław Rakowski (ówczesny pre-mier), Bogusław Kott (współzałożyciel firmy ATS, która zaj-mowała się handlem bronią), i Aleksander Kwaśniewski (szef Komitetu Młodzieży i Kultury Fizycznej).

Przy okazji warto wspomnieć że Kwaśniewski, został mianowany prezesem tej fundacji. Dziś nie wiadomo, dla-czego zarządzana przez niego fundacja, mająca wspierać z państwowych funduszy rozwój żeglarstwa, zainwestowa-ła w akcje nowo powstającego banku BIG.

Łańcuszek powiązań biznesowo-złodziejskich, rozwijał się pomyślnie dalej. Fundacja Rozwoju Żeglarstwa (z Kwaś-niewskim na czele) założyła następnie spółkę Interster. In-terster korzystał z preferencyjnych, wielomiliardowych kredy-tów przydzielanych przez ...Urząd Kultury Fizycznej i Spor-tu na czele którego stał Kwaśniewski. Prezesem innej fun-dacji zakładającej BIG, został eksminister finansów i biz-nesmen Mieczysław Wilczek.

Jednym z pierwszych nabywców akcji BIG, był eksmi-nister „propagandy”Jerzy Urban.

Członkami Rady Nadzorczej powstającego BIG, został przyjaciel Kwaśniewskiego, dzisiejszy szef kancelarii Sej-mu, mecenas Krzysztof Czeszejko-Sochacki. Był nim do 1991 r. Innym członkiem Rady Nadzorczej BIG-u, był póź-niejszy dwukrotny minister finansów, wicepremier i premier prof. Marek Belka oraz Wiktor Pitus.

Kilka słów o spółce Transakcja. Transakcję założyły: KC PZPR, ZSMP, Akademia Nauk Społecznych przy KC i RSW (Prasa, Książka, Ruch). Po KC PZPR udziały w Tran-sakcji przejęła potem SdRP. W radzie nadzorczej Transak-cji zasiadali m.in. Marek Siwiec i Leszek Miller. Po przek-ształceniu Transakcji w spółkę akcyjną, do rady nadzorczej Transakcja SA dołączyli min. Jerzy Szmajdziński, skarbnik SDRP Wiesław Huszcza i Piotr Szynalski. Kiedy pojawiło się zagrożenie przejęciem aktywów po byłej PZPR przez państwo, Transakcja sprzedała akcje wszystkich swoich u-działowców firmie Uniwersal Dariusza Przywieczerskiego.

Ale wracamy do BIG, który w latach 1989-1990, za-warł niezwykle charakterystyczne transakcje. Między innymi najciekawsze: 20 lutego 1990 roku, przejął z FOZZ, sumę 160 mld (starych) zł, a tydzień później 100 mld z tej sumy, BIG przelał do PeKaO S.A. biorąc z tego tytułu odsetki.

Za jakiś czas prokuratura, NIK i nadzór bankowy stwier-dzają zgodnie: Zdjęcie przez BIG z konta FOZZ kwoty 100 mld złotych, było bezpodstawne. Nie wynikało ono z jakiej-kolwiek umowy między stronami. Lokata 100 mld złotych na rachunku w PeKaO S.A., nastąpiła na podstawie pole-cenia przelewu i zapewniła bankowi BIG SA nieuzasad-nione korzyści. Według NIK, BIG zarobił na czysto na tej operacji ponad 1,8 mld złotych i sumą tą powinien wraz z odsetkami zwrócić FOZZ.

Prokuratura jednak nie podjęła żadnych czynności, bo nie znalazł się nikt odważny, aby przeciwstawić się BIG-owi a tym samym potężnemu lobby okrągłostołowemu. Przyja-ciel Kwaśniewskiego – mecenas Krzysztof Czeszejko-So-chacki, w okresie powyższych machlojek, był członkiem rady nadzorczej BIG-u a późniejszym obrońcą głównego oskarżonego w procesie FOZZ – Grzegorza Żemka.

Jest jeszcze jeden poboczny wątek z Czeszejką-So-chackim w tle. Otóż jego kancelaria prawna, pośredniczyła przy zawieraniu kontraktu na system informatyczny ZUS (kierowanego wówczas przez Annę Bańkowską z SLD) z Prokomem. Tu jeszcze jedna perełka: Fundacja „Promo-cja Talentu” Ewy Czeszejko-Sochackiej (prywatnie żony mec. Krzysztofa Czeszejko-Sochackiego i serdecznej przy-jaciółki Kwaśniewskich) była sponsorowana właśnie przez Prokom.

Co również bardzo ciekawe, Bańkowska, która dyspo-nowała departamentem prawnym ZUS, zatrudniła do prac przy kontrakcie z Prokomem, kancelarię prawną z zewnątrz (właśnie – kancelarię Krzysztofa Czeszejko-Sochackiego). Prawda że piękna kombinacja? W sam raz na film sensa-cyjny, emitowany w telewizji publicznej po Wiadomościach. Na podstawie pobieżnej w końcu kwerendy*, można osza-cować, że państwowe (czyli nasze wspólne) firmy w zało-żenie BIG, włożyły dobrych kilka bilionów starych złotych. Angażowały się w BIG, pomimo że same często były w trudnej sytuacji. Np. w 1990 roku kiedy PZU inwestowało w akcje banku, miało bilion złotych strat. PZU powierzyło BIG równo 65 mld złotych jako lokatę, z której odsetki mia-ły być dostępne dopiero po 10 latach. Aby potwierdzić te re-welacje, przytaczam opinię przy-chylnej w końcu tym prze-krętom Gazety Wyborczej z 1992 roku: „można czasem od bankowców usłyszeć opinie, że BIG to bank od ciemnych interesów". Bez komentarza.

Tymczasem BIG nie zwalniał tempa w „kręceniu ciem-nych interesów” z podmiotami uchodzącymi za spółki „no-menklaturowe”. Głośne kiedyś Towarzystwo Ubezpieczeń i Reasekuracji „Polisa" SA (którego udziałowcami były m.in. Jolanta Kwaśniewska i Maria Oleksy), wydało na akcje BIG do 1994 roku blisko 100 miliardów starych złotych. Kiedy Po-lisa na początku 1995 roku przeżywała poważne kłopoty fi-nansowe, uratował ją właśnie BIG. BIG finansował kampa-nie wyborcze SLD i kampanie wyborcze Aleksandra Kwaś-niewskiego.

Za rządów SLD-PSL, (marzec 1995 – październik 1997), kiedy w rządzie Cimoszewicza (od lutego 1997), ministrem finansów został M. Belka a ministrem przekształceń włas-nościowych W. Kaczmarek, karłowaty BIG przejął znacz-nie większy od siebie Bank Gdański. Liliput przejął słonia a było to możliwe dlatego że Kaczmarek, akurat prywatyzo-wał Bank Gdański a minister finansów Marek Belka, wyra-ził zgodę na połączenie tych banków (co było prawnym wa-runkiem). Powstały w ten sposób BIG Bank Gdański stał się jednym z największych prywatnych banków w kraju.

Z perspektywy czasu wydaje się oczywistym że w 1997 r zmiana ministra finansów G. Kołodki na M. Belkę, była do-konana pod kątem przejęcia Banku Gdańskiego przez BIG. BIG Bank Gdański S.A. nie zapomniał tej przysługi M. Belce. Kiedy nastaje „epoka” AWS (po przegranych przez SLD wyborach jesienią 1997 r), Belka wchodzi do rady nad-zorczej BIG Banku Gdańskiego i łącząc członkostwo w ra-dzie nadzorczej banku z funkcją doradcy prezydenta Alek-sandra Kwaśniewskiego trwał tam aż do roku 2001. Kiedy to w październiku 2001 r objął stanowisko wicepremiera, w rządzie L. Millera.

Każdy normalny człowiek czytając powyższe, odczuwa zawstydzenie z powodu przynależności do tego samego gatunku co prostaczki, wierzące że ci co ładnie mówią to i ładnie czynią. Skutek tego mniemania, pozwala szubraw-com o robaczywych duszach, przez wiele lat pustoszyć zasoby dóbr państwa Polan. Mało tego, jeszcze znaczna grupa ociemniałych, chce ich nadal u władzy.

Mat. źr.: mazowsze.kraj.com.pl/110625584315475.shtml.


Do druku przygotował Dobromir Ostaniec (część dalsza nastąpi)
*kwerenda - zbieranie informacji niezbędnych do wyjaśnienia jakiegoś problemu poprzez poszukiwanie w bibliotekach, archi-wach, aktach. Także ogólnie: poszukiwanie.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------



POLACY W „MALINACH”

Od dłuższego czasu, na tle sytuacji społeczno-gospo-darczej i politycznej Polski, gnębi mnie pytanie o powód nie-zrozumiałych decyzji wyborczych Polaków ostatnich 15 lat. Polacy w PRL wybierali tego czy tamtego a wygrywał zaw-sze ten co należało. Od początku transformacji wybierają tych czy tamtych a w wyniku wyborów, do władzy dochodzi zawsze opcja najbardziej szkodliwa dla Polski i samych Po-laków. Czyli w tej sprzeczności musi kryć się jakieś oszus-two.

Dziwne prawda? Zakładając że w Polsce panuje ustrój demokratyczny, są tylko dwie możliwości, albo:

a) Polacy są tak durni że nie potrafią odróżnić uczciwe-go od złodzieja;

b) mechanizmy „demokratyczne” są tak zdegenerowa-ne, iż blokują prawdziwą demokrację.

Osobiście jestem przekonany że obydwie te możliwoś-ci realizują się równocześnie i wzajemnie, potęgują swoje działanie. Polska dziś jest konglomeratem pięknych słów i niecnych czynów. Nawiązując do tezy Miłosza: „Polakom zabrakło zasady”.



Ad a) Co do pierwszej możliwości, nie sposób nie dos-trzec niemal wszechogarniającego lenistwa intelektualnego. Socjalizm przyzwyczaił nas do konsumpcji gotowych prawd i poglądów, transmitowanych do mas przez radio, TV i pra-sę, od „krynicy mądrości” tj. ‘aktywu’ partyjnego. Jeśli nawet ktoś miał inne zdanie, musiał zachowywać je dla siebie, a reszta była zwolniona od myślenia i przyjmowała gotowe oceny jako oczywiste, prawdziwe i nieomylne. Z wygody „niemyślenia” wzięły się dzisiaj trzy najliczniejsze grupy e-lektoratu.

Pierwsza, która wierzy święcie w to co w „TV mówili” lub „gazeta pisała”, jest równoznaczne z prawdą objawioną (bez względu jaka gazeta i jaka TV). Grupa bezkrytyczna i uzyskująca mądrość z manipulacji.

Druga grupa, która niczego nie czyta, niczego nie słu-cha (a jeśli słucha - nic nie pojmuje), pamięta to co wykrzy-kiwać musiała w czasie akademii oraz manifestacji i ciągle „wali” w kółko tego samego ripleya. Jednak te „skamieliny” wykruszają się w sposób naturalny.

I trzecia, zawiedziona, przekonana o nieskuteczności swego udziału w życiu publicznym i zniechęcona sposobem uprawiania polityki, świadomie emigruje ze sfery życia pu-blicznego, nie uczestnicząc w wyborach.

Pozostała część elektoratu [nazwijmy ją grupą czwartą], dokonuje aktów wyborczych w miarę świadomie, ale tych jest mniejszość i nie oni decydują o wyniku wyborów. Wy-nik wyborów ustala grupa trzecia nie idąc do urn, oraz swy-mi głosami grupa pierwsza zdecydowanie większa niż gru-pa czwarta.

Powyższy podział, jest niczym innym jak typologią opinii społecznej, czyli wyrażanego publicznie stanu świadomości politycznej zbiorowości. Działania podmiotów politycznych w opinii wymienionych grup, mogą mieć charakter akcepta-cji, sprzeciwu, niezdecydowania bądź obojętności. To co za-liczyłem do grup drugiej i czwartej, mieści w sobie właśnie akceptację lub sprzeciw i właściwie są one poza zasięgiem przekonywania. Pozostałe dwie grupy, stanowią obiekt za-biegów polityków, kokietujących niezdolnych do własnej o-biektywnej oceny, niezdecydowanych i obojętnych.

Ad b) Druga prawdopodobna przyczyna złych decyzji wyborczych w ostatnich 15 latach w Polsce, to degeneracja mechanizmów nazwanych przewrotnie „demokratycznymi”, które demokrację czynią karykaturą demokracji.

Opinia publiczna w dniu wyborów, realizuje się jako for-malna siła sprawcza władzy i baza demokracji. Samo poję-cie DEMOKRACJA, służy nazwaniu jednego ze sposobów sprawowania władzy. Jest ona najdoskonalszym ze zna-nych modeli władzy państwowej jeśli demokracją jest.

Demokracja, miała swój początek w starożytnej Grecji ok. 2,500 lat temu. Istota jej polegała na możliwości udziału obywatela w procesach tworzenia prawa i nadzoru nad sys-temem jego stosowania. Uprawnienia te mogły być realizo-wane tylko przy zapewnieniu wolności osobistej, równości wobec prawa oraz wolności słowa. Ustrój demokracji bez-pośredniej, osiągnął najdoskonalszą formę ok. 500 r. pne., ale doskonalono go nadal, coraz bardziej oddalając się od pierwowzoru czyli psując demokrację.

Obecnie mamy demokrację, tyle że nie bezpośrednią a przedstawicielską z przymiotnikiem – „parlamentarna”. Ten niewinny przymiotnik oznacza, że nie jest to demokracja, czyli „władza ludu” ale „władza wywodząca się od naro-du (ludu)” a to są dwa różne założenia. W kraju, który jest przecież definiowany przez byt całości swoich obywateli, de-mokracja parlamentarna przekazuje najważniejsze decyzje w ręce tzw „większości parlamentarnej”. W prawdziwej de-mokracji, każda decyzja o znaczeniu państwowym, powinna uzyskać akceptację większości obywateli a jeśli tak nie jest w demokracji parlamentarnej, to nie jest ona demokracją.

Większość parlamentarna dokonuje kolejnej manipula-cji, przekazując część przekazanej im przez przedstawicieli ludowych „władzy”, rządowi o uprawnieniach niemalże dyk-tatorskich. Przedstawiciele demokracji parlamentarnej nie wspominają nawet o demokracji bezpośredniej z tego po-wodu, że suwerenność wyborców ogranicza ich suweren-ność. Narzędzie przejmują uprawnienia sprawcze. Uznawa-ny za kanon demokracji trójpodział władzy, służy niczemu innemu jak ograniczeniu suwerenności wyborców a nie po to aby rządy były zgodne z ich intencjami. Dzieje się tak dla-tego że suwerenność elektoratu, jest w niewielkim stopniu podatna na korupcję, w odróżnieniu od parlamentu. Trudno byłoby skorumpować 50% wyborców pozostaje jedynie pró-ba wprowadzenia ich w błąd co do rzeczywistych zamia-rów partii i polityków.

Mamy więc zamiast demokracji panowanie jedynowład-cze z zachowaniem pozorów demokracji, takich jak suwe-renność narodowa, wolność, równość itp.

Kiedy „rosyjski biznesmen żydowskiego pochodzenia” (nie prościej - Żyd okradający Rosjan?), stwierdził publicz-nie, „biznes wynajmuje władzę”, „klapki z oczu” opadły mi ostatecznie. I to by się zgadzało, rządy i parlamenty w de-mokracji, działają jawnie w interesie grup kapitałowych, kor-poracji czy imperiów finansowych mimo że powołane zosta-ły dla chronienia interesów narodów i społeczeństw. Narody i społeczeństwa, jak by to nie brzmiało szyderczo czy boleś-nie, zostały zepchnięte do roli bezwolnej masy, upoważnia-jącej swych przedstawicieli do wyrządzania im krzywdy. Przy pomocy różnych sztuczek, za którymi obywatele nie nadążają, oszustw i korupcji, społeczeństwa zostały pozba-wione rzeczywistego wpływu na wybór swych władz. Głów-ny wysiłek współczesnych systemów politycznych zwanych demokratycznymi, skupiony jest na wprowadzaniu w błąd wyborców, przy pomocy indoktrynacji ukrytej chytrze pod pozorem procedur demokratycznych.

Można nie wierzyć, ale decydujący wpływ na sukcesy wyborcze polityka czy partii, ma nie to co dobrego lub złego uczynił ale o sukcesie jego decyduje wizerunek w mediach. Najpotężniejsze dziś to TV, radio i prasa. Nie jest prawdą że telewizja jest elementem państwa, to państwo, naród i społeczeństwo są dodatkami do telewizji. Nie jest przypad-kiem że w latach 1989-2000 państwo niemieckie na pomoc przy wykupie środków masowego przekazu w Polsce, wy-dało koncernom niemieckim 12 miliardów marek (nie wnika-jąc kto się kryje za szyldem – „niemiecki”).

To owe publikatory za odpowiednią opłatą wytwarzają w opinii społecznej, wirtualny obraz idealnego polityka. Nie ma znaczenia czy jest mały, gruby, głupi, sprzedajny, kłam-ca, fałszerz i złodziej, nie ma żadnego pomysłu poza „dor-waniem się do koryta”. W przekazie publikatorów jest wy-soki, szczupły, mądry i wykształcony, uczciwy, wrażliwy na ludzką krzywdę, sprawiedliwy i prawdomówny, prawie świę-ty i ma pełną teczkę planów. Najgorsze jest to że wyborcy „kupują” te kłamstwa i wierzą we wmówiony im mityczny portret i zalety „chytrusa”.

Nie miejsce tu aby opisywać techniki reklamy politycz-nej, zasad budowania „public relations”, czy wytwarzania pustki medialnej wokół najgroźniejszej konkurencji ale to się dzieje na naszych oczach. Nie mogę jednak nie podnieść niedocenianego a powszechnego w Polsce „preparowania” opinii publicznej. Chodzi o bazujące na najprymitywniejszej spośród cech ludzkich - „owczym pędzie”, publikowanie wy-ników badania opinii społecznej. W celu pozyskania sym-patyka spośród nie zorientowanych, ośrodki badania opinii społecznej publikują odpowiednio spreparowane wyniki ba-dań, sugerując że pogląd, partia czy polityk – mają więcej zwolenników niż w rzeczywistości. Adresat myśli tak: „skoro tylu ludzi popiera to musi być to coś dobrego”, dokładnie jak owieczka, a ponadto lepiej być po stronie wygranego, no i już go mają, i o to właśnie chodziło.

No więc, ośrodki badania opinii społecznych formułują odpowiednio pytania do respondentów, wybierają „losowo” „odpowiednich” respondentów, albo po prostu „z czapy” wpi-sują wyniki. W Polsce od wielu już lat na czele wszelkich rankingów plasują się Kwaśniewscy, PO, Rokita i Borowski, natomiast w sposób bezpardonowy zaniżane są notowania najgroźniejszych ugrupowań konkurencyjnych Samoobrony i LPR.

Skoro sondaże wydają się być niewiarygodne, to kto je robi (bo zleceniodawca widnieje w sondażu na pierwszym miejscu). Najbardziej znane, to wywodzące się z PRL – OBOP, CBOS, Demoskop a od lat 90-tych SMG/KRC AGB Polska, Sopocka Pracownia Badań Społecznych, Pentor. Dziś współwłaścicielem OBOP-u jest Taylor Nelson Sofres, natomiast Demoskopu – Ipsos. Swoje badania też prowa-dzą gazety (GW i Rzeczpospolita – wspierają swych fawo-rytów). Praktycznie każdy może prowadzić swoje badania opinii społecznej i ogłaszać je. Poza lewicą i liberałami in-ne partie nie mają „wzięcia” w istniejących „badaczach” ale pierwsza obudziła się Samoobrona i ogłosiła wyniki swych badań. Jednak wbrew zasadom taktyki w pierwszym son-dażu, Samoobrona nie powinna być na I miejscu a była.

Sondaże, są jednak traktowane przez opinię publiczną, jako sposób komunikacji, między rządzącymi a obywatela-mi. Ponad trzy piąte Polaków, deklaruje zainteresowanie wynikami sondaży. Z czego wynika że Polacy nie w mery-torycznej ocenie polityka (partii) - a w sondażach usiłują od-naleźć prawdziwą ocenę. I to jest odpowiedź na pytanie dlaczego Polacy w każdych kolejnych wyborach „stawiają na niewłaściwego konia.

W świetle tego co napisałem, staram się odnaleźć sie-bie bo każdy kto to przeczyta może zapytać nie bez powo-du: „a ty, kim jesteś?” Ja sam siebie widzę w grupie czwar-tej, tzn. jestem zbyt inteligentny aby dać sobą manipulować a jednocześnie zbyt mało inteligentny aby manipulować in-nymi. A mój dramat polega na tym że uznając wybór więk-szości, mam świadomość że o moim losie decydują nieroz-garnięci „betoniarze” którzy nigdy niczego się nie nauczą i bezkształtne byty, pozwalające sobą manipulować głośniej-szym i bezczelniejszym. Czasem mam ochotę przyznać ra-cję liberałom twierdzącym że prawa wyborcze powinni mieć obywatele wg statusu majątkowego. Chociaż wolałbym u-zależnienie praw wyborczych od zmierzonego poziomu – wykształcenia obywatelskiego.



Cezary Rozwadowski 20 marca 2005 r.

-------------------------------------------------------------------------------------------------





1   2   3


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna