Paweł Ciećwierz



Pobieranie 343.56 Kb.
Strona1/3
Data04.05.2016
Rozmiar343.56 Kb.
  1   2   3
Od autora: Paweł Ciećwierz - urodzony w roku 1978 na Śląsku. Doktor literaturoznawstwa, nauczyciel, autor kulturowo - wampirycznego eseju pt „Synowie Kaina, córy Lilith”, zbioru opowiadań „Nekrofikcje” oraz wielu innych tekstów publikowanych w antologiach i czasopismach. Buddysta, anarchista, kolekcjoner wrażeń. Bez żony, dzieci, prawa jazdy i planów na przyszłość. Szczęśliwy. Po staremu - serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy byli na opisanej we wstępie imprezie. Cała reszta to gangsterska opowieść w stylizacji noir. Kluczowa dla akcji bohaterka jest samodzielna, inteligentna i piekielnie niebezpieczna. Parę razy spotkałem się z zarzutem, że zbyt często korzystam z takich postaci. To się raczej nie zmieni. Niezależne dziewczyny są najciekawsze, tak w życiu, jak w literaturze, a „branki wojowników” w typie bohaterek Piekary i Howarda szczerze mnie nudzą.

Paweł Ciećwierz

„Po Staremu”


I don't have to shoot. I don't even have to aim. I just smile. Deal me in.

Mark Sandman

Miałem pięćdziesiąt gramów ziela schowanych w tarczy do ćwiczeń, która i tak od miesiąca pokrywała się kurzem. Przykro mi, że nasza opowieść znów musi się zacząć w ten sposób. Na obecnym etapie znajomości masz prawo oczekiwać, że przynajmniej na początku będę trzeźwy. Jeszcze nie tym razem, ok? Miesiąc temu wróciłem z korporacyjnego przyjęcia żywych trupów prosto do Jamy, żeby zapić smutki i Doktor w rzadkim przypływie ludzkich uczuć zaproponował mi lokum na zapleczu. Przypuszczam, że chciał w ten sposób trochę uspokoić swoje sumienie, bo już dwa razy mnie zakapował, a ja nie miałem mu tego za złe. Lojalność w moim mieście redefiniuje się na bieżąco. Przyjąłem zaproszenie. Po miesiącu bezczelnej wegetacji zacząłem trochę przeszkadzać.

Gęsty dym unosił się nad dywanem. Pudełka po pizzy, butelki, książki, płyty i laptop walały się wokół legowiska, w którym czułem się jak wielki, leniwy pająk. Zły nastrój zniknął dwadzieścia gramów temu, a po kolejnych dziesięciu zapomniałem, czym był spowodowany. Tytoń do fajki wodnej ma zupełnie inną konsystencję niż marihuana, ale jeśli masz sporo ziela, trochę miodu i cierpliwości, da się coś z tego ulepić. Jedynym większym zakupem ostatnich tygodni prócz płyt Morphine i kolekcji horrorów z lat 80 był abażur w wesołych rastafariańskich barwach. Czułem się dobrze. Nie widziałem najmniejszego powodu, żeby jeszcze kiedykolwiek wychodzić na zewnątrz.

- Co się z tobą dzieje, człowieku? - Doktor próbował swoją szlachetną, słowiańską twarzą wyrazić coś w rodzaju ojcowskiej troski. Brak praktyki zniweczył jego wysiłki.

- Trochę ostatnio palę i tak jakby wypoczywam - oznajmiłem mu z uśmiechem.

- Siedzisz bezproduktywnie na dupie już miesiąc, demoralizujesz Złotko, twoja obecność źle wpływa na personel. Inaczej to sobie wyobrażałem.

- Demoralizuję Złotko? Wiesz, Złotko to fajna dziewczyna, ale ma osiemnaście lat, jest dziwką, tańczy na rurze i waży czterdzieści kilo, bo od roku jedzie na amfetaminie. Jej się już nie da bardziej zdemoralizować.

- Klienci narzekają. Po jaraniu robi się ospała. Ty też straciłeś tempo, Brighella. Takiego cię nie znałem.

- Mówisz tak, bo nie ogarniasz wzrokiem całości. Nie masz pełnego obrazu. Chcesz bucha?

- Nie palę tego gówna. Trudno się potem skupić na ważnych sprawach.

- I właśnie o to chodzi - wyjaśniłem mu oblizując spękane wargi. - To jest właśnie pełny obraz. Siedzę u ciebie, palę i nigdzie się nie ruszę.

- Twój nowy pomysł na życie?

- Póki co sprawdza się lepiej niż stary. Nie mam już zamiaru pakować się w żadne kłopoty. Ostatnio pierdolę wszystko, za co się tylko wezmę. Niedawno zrobiłem zombi z własnego kumpla, a wcześniej była wycieczka do stolicy oraz zamieszanie z rodziną Singera. Swoją drogą ciekawe jak im poszło. Czuję, że nad moim życiem ciąży jakaś klątwa. Wystarczy, że gdzieś wyjdę albo wezmę proste zlecenie i zaraz się zaczyna kocioł: przemoc, milicja, ofiary śmiertelne. Mam tego dość. Odrodziłem się, by być prorokiem Jah.

Doktor nawet nie starał się zrozumieć.

- Jama to uczciwa knajpa, a nie żaden pierdolony kościół. Jako właściciel informuję cię, że już najwyższy czas, żebyś się zebrał do kupy, bo inaczej skończysz pod mostem. Wakacje minęły.

Zgodziłem się ze wszystkim, co mówił, zerkając jednocześnie ponad jego ramieniem na ekran, gdzie prywatny detektyw z czarnego filmu płakał przed lustrem powtarzając: "Wiem, kim jestem". Zajebista scena. Widziałem ją już milion razy i zawsze przechodzą mnie ciarki. Wiem, kim jestem. Rozszarpane ciało młodej dziewczyny w zakrwawionej pościeli, winda zjeżdżająca do piekieł i Luis Cyphre zacierający z satysfakcją dłonie o długich, zakrzywionych szponach. Genialne. Z tego wszystkiego zrobiłem się trochę głodny. Czekolada, albo coś...

- Słucham? - zapytałem Doktora, bo wyleciało mi z głowy, o czym do mnie mówił.

Wyszedł bez słowa i zabrał ze sobą tarczę z całą resztą towaru. Sukinsyn.
Przyjechała parę miesięcy temu i dowiedziałem się o tym ostatni, bo wcale nie przyjechała do mnie. Wtedy jeszcze sądziłem, że chodziło jej o jakąś wysoką partię pokera. Kto wie, może tak właśnie było? Oboje zdawaliśmy sobie sprawę, że to, co zdarzyło się kiedyś między nami na wybrzeżu, jest historią. Oswoiliśmy się już, każde na swój sposób, z gorzkim smakiem straconej szansy, który na co dzień zanadto nie przeszkadzał. Nie my pierwsi i nie ostatni przyprawiliśmy sobie egzystencję w taki sposób. Przyzwyczajenie pozwoliło mi wreszcie po powrocie z subkontynentu stwierdzić z całą pewnością, że jej już nie kocham.

A potem wróciła do Mgławy. Okazało się, że znamy tych samych ludzi, spotykamy się na tych samych imprezach. Łączy nas środowisko naturalne. Jeśli wyobrazisz sobie Mgławę jako wielki organizm miejski, miejsca takie jak Psychocandy albo Jama będą organami zaatakowanymi przez pasożyty. I te małe, kłębiące się, ślepe robaczki, to właśnie my. Po trzech latach ciągle mieliśmy sobie dużo do powiedzenia. Ciągle śmialiśmy się z tych samych rzeczy. Kiedy już rzuciłeś palenie, dowodem silnej woli może być fakt, że raz na jakiś czas sięgniesz po papierosa, prawda? Nazywała się Vigil.


Koniec lata był duszny, ospały i gorący. Wychodziłem już tylko wieczorami przewalając resztę pieniędzy, która została mi po Grzesiu i jego absurdalnych pomysłach. Wilgotna zasłona chmur wisiała nad miastem nabita na wieżyce kościołów, oparta o dachy wieżowców jak słabo naciągnięta płachta namiotu. Padało codziennie, telewizja zalecała bawełniane maseczki dla ochrony przed smogiem. Światła latarni załamywały się w zanieczyszczonych benzyną kałużach. Ciepły wiatr targał śmieci, samochodowe reflektory zlały się w świetlny korowód przetaczający się wolno kanionami wytyczonymi przez stal i szkło wieżowców. Tak odbierałem świat na haju. Nic poważnego. Parę skrętów, które sprawiły, że w ogóle zachciało mi się wyjść z Jamy. Doktor wydzwaniał za mną, dlatego ściszyłem telefon i wiedziony pierwotnym instynktem ruszyłem w stronę Psychocandy.

W przepastnym i mrocznym wnętrzu tego lokalu czułem się już jak w domu. Knajpa świeciła pustkami. Latem, w środowy wieczór można tu było spotkać tylko starą ekipę. Pijaków, handlarzy, bandytów, dziwki i wałkarzy. Znajomych.

- Trzy pociski - Kulek, którego znałem już dobrych kilkanaście lat, tłumaczył coś swojej żonie - jeden dla premiera tego pseudoliberalnego burdelu w stolicy, drugi dla barana, który napisał ustawę o ograniczeniu praw obywatelskich dla heretyków, a ostatni dla ciebie, kochanie. Potrzebuję trzech kul. Potem zostanę pacyfistą.

Wszyscy wokół przysłuchiwali się dyskusji czekając, aż Betka zakończy ją w typowy dla siebie sposób. Na przykład rozbijając Kulkowi na głowie kufel z piwem. To była ich knajpiana rutyna i nawet ochroniarze nie wtrącali się już w małżeńskie sprzeczki.

- O co im poszło? - przywitałem się z ludźmi.

- Nic szczególnego - odmruknął Długi - Kulkowi się nudzi. Chce sobie przypomnieć smak szpitalnej herbaty.

Usiadłem z boku, żeby zalać alkoholem zielne odurzenie i przywrócić się do pionu. Obiecałem sobie, że już nie będę, ale co tam. Kółko mitsubishi zadziała nawet lepiej niż wóda. Wystarczyło sięgnąć przez stół, na którym walały się piguły, bletki, lufy, plastikowe woreczki i setka pustych kieliszków, bo kelnerka bała się już podchodzić do naszego stolika. Otoczenie zaczęło absurdalnie przypominać obraz ostatniej wieczerzy w wersji narko, gdzie każdy wyrzucał na blat, co miał ze sobą w kieszeniach, a wkurwiony na żonę Kulek machał rękami na osi symetrii widowiska. Mieszało mi się we łbie, więc jak Alicja połknąłem gorzką pigułkę. Za chwilę wszystko zacznie rosnąć i maleć jednocześnie. Odchyliłem się na krześle czekając na przypływ nieskoordynowanej, chemicznej energii, która poprowadzi mnie przez resztę wieczoru. To, co walało się dziś po stole, w innych okolicznościach i w innym barze kosztowałoby nas wszystkich dwadzieścia lat więzienia. Podniosłem wzrok znad blatu i nieoczekiwanie spojrzałem prosto w zielone oczy Vigil. Kiedy następnego ranka rozmawiałem o niej z Kulkiem, powiedział, że to laska z wyższej półki. Tak wysokiej, że nie widać cen.

Nie zmieniła się szczególnie od czasu naszego ostatniego spotkania. Miała silnie zarysowane szczęki kogoś, kto radzi sobie w życiu bez pomocy sponsorów i głęboko podsiniałe oczy. Pamiętałem, że potrafiła spławiać barowych natrętów jednym, przepełnionym pogardą i poczuciem wyższości spojrzeniem. Spojrzenie też zostało bez zmian. Przycięła trochę dredy, ale nadal wyglądała i zachowywała się jak nieślubna córka Strummera i Miss Dynamite. Sprawiała wrażenie, jakby w ogóle nie dbała o to, że jest piękna. Ale wiedziała o tym dobrze.


Uśmiechnąłem się czule do barmana, bo zioło w połączeniu z pigułką uczyniło ze mnie na chwilę kochającego wszystkich i wszystko super - hipisa.

- Wypierdalać z baru - rozdarł się na mnie i prawie dostałem zawału. O co chodzi? Czyżby lato miłości minęło bezpowrotnie? Zebrałem myśli i odwróciłem się do Vigil, ale zniknęła. Czy była tylko halucynacją mojej wywróconej na nice wyobraźni? Deszczówka wlewała się przez pękniętą rurę do wnętrza knajpy. Kable sprzętu nagłaśniającego taplały się w wodzie. Może to sam Bóg zdecydował wywrzeć swoją zemstę na dekadenckiej populacji Psychocandy? Na ludziach zdegenerowanych do tego stopnia, że uprawiają pijaństwo, narkomanię i nierząd w środku tygodnia, kiedy inni oglądają telewizję. Wielki Boże, przecież nie jesteśmy aż tak zepsuci. Nie robimy tego codziennie. Raczej co drugi, czasem nawet co trzeci wieczór. Kulek przerwał moje rozmyślania. Jedną potężną łapą zgarnął ze stołu dragi, drugą wyszarpał mnie z knajpy. Tak półprzytomni i przemoczeni trafiliśmy do baru karaoke trzy przecznice dalej.


Dalsze wspomnienia tego miłego wieczoru układają się w mojej głowie w zestaw niepowiązanych ze sobą logicznie kompromitujących slajdów, którymi mógłbyś zilustrować w encyklopedii termin "zezwierzęcenie":

Ja i Vigil niekompletnie ubrani, splątani kończynami, tarzamy się po brudnej ziemi z Betką, kiedy Młody robi nam zdjęcia telefonem komórkowym.

Kulek ściga po scenie emo - nastolatka z mikrofonem, a potem wywrzaskuje do niego (mikrofonu, nastolatek spadł ze sceny) swoją wersję Riders of the storm w sposób świętokradczy wobec oryginału.

Kulturalna młodzież opuszcza masowo ulubiony bar karaoke, w którym rozpętało się piekło.

Długi przepija barmankę. Kwadrans później barmanka rozlewa wódę po blacie z pozycji półleżącej za kontuarem. Pomalowane pazury wbite w blat, żeby nie skończyć na glebie.

Moja patologiczna księżniczka tańczy półnago i boso na stole w ramionach jakiegoś nawciąganego gościa. Kulek rozwiązuje problem, kiedy gość nie chce się odczepić.

Snujący się za nami cały wieczór frajer próbuje zrobić wrażenie: "To jeszcze nic" - tłumaczy protekcjonalnie obserwując imprezę ze stołka - "musielibyście zobaczyć, co się dzieje w tawernie po regatach." "Nie bywam w takich miejscach, ty świnio" - odpowiada oburzony Kulek. Na jego białej koszulce widać abstrakcyjny deseń brudu i żygowin.

Stare, dobre czasy grzechu i upojenia, gorącej krwi i obrzydzenia wracają do nas tego dnia.

- Moglibyście trochę zluzować - zwraca się do mnie barman błędnie zakładając, że rozmawia z najrozsądniejszym przedstawicielem hordy. Potem pokazuje gdzieś palcem.

- Łysy gość, co tam siedzi, jest gangsterem. Wiesz, facet jest z mafii. Przed chwilą mi powiedział, że wkurwia go ten cały hałas.

Mimo najszczerszych chęci nic nie mogę na to poradzić, bo zaniemówiłem, a głowa obraca mi się tylko w prawo i w lewo jak kamera przemysłowa.

Ostatni slajd już przed knajpą: Kulek rzuca kieliszkami i kawałkami hamburgera w wycofującego się szybko gangsterskiego mercedesa. Potem radiowóz, jakieś taksówki, dużo szumu i negatywnych fluidów. Siedzę samotnie na chodniku obejmując dwiema rękami głowę, żeby powstrzymać eksplozję rozgrzanego do czerwoności mózgu.


Nie tak miało się skończyć. Barman wywala wszystkich o czwartej rano zamykając na klucz drzwi od knajpy. Vigil zostaje w środku bezbronna i pijana. Każde uderzenie odbija się tępym bólem w mojej zmaltretowanej czaszce, mimo to dzielnie walę w drzwi tak długo, że nie może tego zignorować. Potem wyciągam go za głowę na zewnątrz i duszę lekko przedramieniem, żeby nie zawołał ochroniarzy. Na szczęście dziewczyna rozumie powagę sytuacji, więc spieprzamy stamtąd w samą porę. Na pożegnanie kopię barmana w nery. Dopiero w taksówce oddycham z ulgą ignorując fakt, że kierowca już po pięciu minutach rozmowy oferuje Vigil darmowe prywatne lekcje jazdy. Dość już przemocy jak na jedną noc. Siedzę cicho i zachodzę w głowę, jak ona to robi, że goście kręcą się wokół jak bączki.

Noc na skrzypiącym materacu nie kończy się happy endem. Za dużo alkoholu, za mało tlenu. Zamiast gorącej sceny erotycznej nie mniej intymna alkoholowo - narkotyczna zapaść we dwoje.

Następny dzień jest oczywiście koszmarem, z którym można sobie poradzić tylko środkami przeciwbólowymi (garść) i klinem w postaci krwawej mary. Dopiero kwadrans po takiej kuracji potrafię się rozejrzeć po domu i wejść w interakcję ze światem. Mieszkanie jest niewielkie i wygląda jak z katalogu Ikei. Stworzone z myślą o młodych japiszonach, drzewkach bonzai, plazmowych telewizorach i amfetaminie w lodówce. Sielski, parkowy widok za oknem szpeci ogrodzenie z elektrycznego drutu, osiedle jest strzeżone. Nawet nie pytam, kogo zrobiła na szmaty, że stać ją na taką miejscówkę.

Moja wilgotna koszulka wygląda dziś jak rekwizyt z horroru. Do Jamy wracam więc w obcisłej damskiej piżamce w kolorze róż, którą Vigil znalazła na wyposażeniu mieszkania. Jestem pusty w ryj - w kieszeniach nawet drobnych. Wstrząsy podmiejskiego autobusu sprawiają, że niestrawiony alkohol, żółć i popite kawą środki przeciwbólowe łączą się w żołądku w żrący koktail o mocy granatu ręcznego. Zgaga, nudności, ból głowy, metafizyczna rozpacz. Czuję się słaby, smutny i bezradny, kiedy w samo południe mijam uczciwych obywateli Mgławy wyglądając jak skacowany, psychopatyczny gej. Każdy zatruty atom mojego ciała drży ze strachu i obrzydzenia. Nogi plączą się, a południowe słońce wypala źrenice aż do oczodołów. Ludzie rozstępują się przerażeni moją obecnością w handlowym centrum miasta. Próbuję to powstrzymać, zdusić w sobie, lecz sytuacja mnie przerasta i rzygam na buty pierwszemu facetowi, który odważył się na nieprzychylny komentarz. Ofiara odsuwa się rakiem nie spuszczając mnie z oczu. Po zarośniętym podbródku ścieka mi coś w rodzaju płynów ustrojowych potwora z filmu science fiction. Uczciwi ludzie szepczą do siebie oburzeni, stare kobiety rozglądają się za egzorcystą. Teraz czuję się zdecydowanie lepiej.

To była dziwna impreza. Naprawdę nie ma się czym chwalić, lecz powiedz szczerze: znasz jakąś inną historię miłosną z takim kontrapunktem?

- Nie wrócimy do siebie - oznajmiła mi spokojnie.

- Wcale tego nie chcę - odpowiedziałem prawie szczerze.

Noc dopiero się zaczęła. Siedzieliśmy nad jeziorem w samym centrum miasta mijani przez zakochanych nastolatków i rodziców z wózkami oraz starsze, dystyngowane małżeństwa. Niektóre pary trzymały się za ręce. My patrzyliśmy na to z boku, za plecami atramentowa powierzchnia wody odbijała rozmyte światła śródmieścia. Ciepły wiatr szarpał gałęziami drzew. Lato odchodziło z fasonem.

- Zastanawiam się, co sprawiło, że tu wróciłaś. Grasz dla Doktora?

- Dawno już nie grałam - odpowiedziała z nostalgią w głosie. - Miałam z tym... przerwę. Miałam przerwę ze wszystkim. Wróciłam tylko po to, żeby pozałatwiać zaległe sprawy. Szczerze mówiąc nie sądziłam, że cię zobaczę. Nie chciałam tego.

- Trudno by ci było uniknąć spotkania. Tymczasowo mieszkam u Doktora. Mówił ci o tym?

- Wspominał, że się zalęgłeś.

- Stary niewdzięcznik. Kiedy odeszłaś, wyjechałem do Afryki, potem byłem w Indiach. Piękne miejsca. Na stare lata zostałem podróżnikiem.

- Dużo tam roboty dla europejskiej hieny cmentarnej?

- Niezbyt. Dlatego wróciłem. No, a teraz koniunktura sprzyja. Przez parę miesięcy zdążyłem już pochować i odkopać parę osób. Co w tym czasie działo się z tobą, mała? Znalazłaś sobie jakąś przytulną niszę ekologiczną?

- Mówiłam ci, że miałam przerwę. Parę miesięcy, kiedy nie byłam do końca sobą. Miejsca, w którym spędziłam ten czas, nie nazwałabym przytulnym. Nisza ekologiczna.. spokojna przystań.. Może wcześniej myślałam, żeby sobie coś takiego znaleźć. Teraz już wiem, że to nie dla mnie.

- Dom?

- Dom? Może więzienie?



- Zaraz. O czym my właściwie rozmawiamy? - zapytałem, bo pogubiłem się w tych półsłówkach.

- Nieważne - mruknęła Vigil stukając szyjką swojej butelki o moją.

- Góra dół... - zaczęła toast.

- ...jesteśmy święci - dokończyłem.

Jeśli nie dorastałeś w Mgławie, to tego nie zrozumiesz.

- O domu pomyślę, gdy pozałatwiam tu swoje sprawy - powiedziała lodowatym głosem. Wyraz jej twarzy wydał mi się znajomy. Taki sam miała wtedy, kiedy na wybrzeżu ograła mnie w pokera. Tysiąc lat temu.

- Ale to nie dzisiaj. Dzisiaj jesteśmy tutaj i jest nam dobrze. Czas mija. Nie trzeba się śpieszyć i o niczym myśleć. Wiesz, jaka to sztuka, doceniać takie niepowtarzalne chwile, kiedy trwają? Większość ludzi definiuje szczęście dopiero z perspektywy czasu. Tak jak z gwiazdami, zobacz. Niektóre już pewnie nie istnieją. Ze szczęściem bywa podobnie. Nagle stwierdzamy, że gdzieś było pięknie, kiedyś byliśmy szczęśliwi, ale to minęło. Tej gwiazdy już nie ma - mówi przeciągając się i popijając piwo - Więc teraz weź głęboki wdech, pomyśl o tym, że jesteś właśnie tutaj. I powiedz sobie...

Uniosłem dłoń z butelką i wznieśliśmy kolejny toast za dzisiaj i za teraz. Za szczęście. Za gwiazdy. Za chwile, które muszą minąć.

Wszystkie metropolie Zachodu są do siebie podobne, różnią się tylko sprzedawanymi w folderach detalami. Niewielu ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że Mgława również ma swoje atrakcje turystyczne. U nas niepowtarzalne są bramy. Już przy wejściu owiewa cię zapach stęchlizny i człowieka, a dokładniej jego wydzielin. Bez względu na to, jak ciepło i jasno jest na zewnątrz, wkraczasz w chłód i cień. Mijasz wybebeszone wnętrzności starego domofonu. Z pożółkłych, nadpalonych wizytówek straszą nazwiska zmarłych. Ściany klatki schodowej pomalowano kilkadziesiąt lat temu na ohydny, zielony kolor, potem wałkiem od góry do dołu pociągnięto abstrakcyjny wzór. Kiedy już całe śródmieście zostanie wreszcie zrównane z ziemią, zobaczysz, że na gruzowisku znajdziesz ten zielony kolor i ślady nieszczęsnego wałka. Bardziej współczesne napisy sprayem informują, jakiej drużynie kibicuje cała dzielnica. Weź sobie tę informację do serca. Sień wiedzie na wewnętrzne podwórko, wychodzi na zagruzowane pozostałości ogrodu. Tu trzeba uważać, żeby nie wleźć na potłuczone szkło lub strzykawki. Zapach moczu staje się jeszcze bardziej intensywny. W oknie o każdej porze dnia i nocy znajdzie się też jakaś rozparta na poduszkach obserwatorka, która widzi wszystko, ale mówi o tym tylko sąsiadom, a psom nigdy. Można też ruszyć w górę zmurszałymi schodami wzdłuż mosiężnej poręczy, lecz to bezcelowy spacer. Jeśli nie jesteś stąd, i tak nikt nie wpuści cię do domu. Mieszkańcy tych kamienic byli tu zanim się urodziłeś i będą tu, żeby oplotkować okrutne okoliczności towarzyszące twojej śmierci. Bo w bramach Mgławy bywa tłoczno. Gromadzą się tam duchy byłych lokatorów. Takich, co kiedyś mieszkali vis a vis cmentarza, a teraz mieszkają vis a vis domu. W moim mieście jest tego więcej niż gdziekolwiek.

Ludzie też tam są. Bliźniaczo podobne do siebie łyse karki albo ich przepici rodzice. Wyznaczają kolejne stacje lokalnej drogi krzyżowej, stadia śródmiejskiej ewolucji. Nadchodzi wieczór, więc w bramie na Rycerskiej robi się gwarno. Szczupły, odziany w sztruksową marynarkę mężczyzna pasuje tu jak, nomen omen, pięść do nosa. Widać to w jego twarzy, w nerwowych ruchach, w skurczu ramion. Ma więcej niż trzydzieści lat, hiszpańską bródkę i ciemne włosy. Jest blady i ładny jak kobieta, co w takim miejscu nie może działać na jego korzyść. Roztargniony nauczyciel, dajmy na to języka francuskiego, który zgubił się we własnym mieście o jeden raz za dużo.

- Cho no tu, pedale jebany - rzuca na przywitanie jeden z trzech łysych gości pijących wódkę w ceglanym podcieniu bramy.

- Pieniądze pokaż, kurwo, telefon pokaż - dodaje natychmiast drugi.

Facet udaje, że nie słyszy. Przyśpiesza kroku. Błąd.

Sękate dłonie szarpią poły marynarki, potem wciągają frajera do ciemnej klatki schodowej. Miejscowi chłopcy robią to wszystko flegmatycznie, na luzie, z dużą wprawą.

Wystraszona ofiara trafia w zaciemniony róg pomieszczenia i znika.

- Wyjebał do piwnicy? - dziwi się jeden z dresiarzy. Są grubi, brzydcy i niemal identyczni, co praktycznie uniemożliwia milicyjną identyfikację. Brat jednego z nich sam jest stróżem prawa, więc właściwie wszystko zostaje w rodzinie.

- Nikt jeszcze tam nie wyjebał - włącza się do rozmowy drugi. W głosie słychać ciekawość, będzie miał o czym gadać przy piwie.

- Idź po niego - proponuje największemu.

Największy nie strzępi języka, tylko kiwa głową. Reszta się śmieje.

Piwnica jest jednak pusta. Duży ściąga z twarzy pajęczynę, włazi w trutkę na szczury. Początkowy entuzjazm zanika. Z każdym krokiem robi się jakoś tak... bardziej piwnicznie. Głosy kolegów motywujących go do akcji już tu nie dochodzą. Im dalej od światła i wrzasku, tym duży robi się mniejszy. Chce już wracać. Nikogo tu, kurwa, nie ma.

Wtedy z cienia za jego plecami wyłania się szczupła postać. Błyszczą obnażone w uśmiechu białe zęby. Zaplecione na szyi przedramię zdusza bojowy okrzyk dresiarza. Francuz pomaga sobie drugą ręką dusząc ogromną szyję. Duży nie może krzyczeć. Ze wszystkich sił próbuje się wyrwać, ale w takich wypadkach technika musi zatriumfować nad siłą. Niedoszła ofiara przylepia się do niego ciasno jak zboczeniec w tramwaju i tak już zostaje. Pozycja, która pozbawia dużego możliwości ruchu, jemu samemu zostawia pole manewru. Łysy charczy i po kilkunastu sekundach traci świadomość. Jego mózg, jaki by nie był, i tak potrzebuje tlenu. Przeciwnik wyczuwa wiotczenie, luzuje sobie jedną rękę i wprawnie sięga po knebel.

Chłopak wolno wraca do siebie i znów nie może wrzasnąć. Nie może też się ruszyć, bo prawą rękę ma wykręconą za plecami. Opiera się twarzą o zimne, wilgotne cegły. Nigdy w życiu nie czuł się taki bezradny. Francuz ciężarem ciała przyciska go do ściany.

- To dopiero początek - szepcze mu lubieżnie do ucha. Potem wyciąga nóż. Duży stoi teraz w kałuży moczu. Jeszcze pięć minut temu wiódł, według własnych standardów, całkiem udane życie. Miał rodziców, kumpli i plany na wieczór. Koszmar dopadł go niespodziewanie wpędzając w przedziwną spiralę bólu i szaleństwa.

Francuz uśmiecha się bez przerwy, coraz szerzej. Ma mało czasu, ale zależy mu, żeby chłopak dobrze odczuł ten moment, każde subtelne zawirowanie emocji.

- Nie bój się. Nie zabiję cię - mówi prawie z żalem - pamiętasz rozprawę miesiąc temu? Szesnastolatkę pamiętasz? Jej życie bardzo się zmieniło z powodu tego, co z nią zrobiliście. Po dzisiejszej nocy twoje też nie będzie już takie samo - kończy szeptem Francuz. Przez parę sekund delektuje się przerażeniem wywołanym przez tak wieloznaczną obietnicę. Wolno wbija nóż w plecy ofiary. Wtedy przydaje się knebel.




  1   2   3


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna