Przeciw konserwatyzmowi kauczukowemu (O romantyzmie, realizmie I zapisywaniu się do pax-u doktorowi1 Wielomskiemu do sztambucha)



Pobieranie 116.46 Kb.
Strona1/3
Data07.05.2016
Rozmiar116.46 Kb.
  1   2   3
Przeciw konserwatyzmowi kauczukowemu
(O romantyzmie, realizmie i zapisywaniu się do PAX-u

- doktorowi1 Wielomskiemu do sztambucha)
Muszę rozpocząć od wyznania, że długo powstrzymywałem się przed napisaniem tym uwag, kierując się dewizą – mało, nawiasem mówiąc, obserwowaną przez wypowiadających się na rozmaitych portalach prawicowych – zawartą w modlitwie św. Tomasza z Akwinu: „Panie, (…) zachowaj mnie od zgubnego nawyku mniemania, że muszę coś powiedzieć na każdy temat i przy każdej okazji. Odbierz mi chęć prostowania każdemu jego ścieżek. Uczyń mnie poważnym, lecz nie ponurym, czynnym, lecz nie narzucającym się”.

Jeżeli przeto zdaję się sprzeniewierzać temu postanowieniu, to powiem na swoje usprawiedliwienie, że chyba jednak nie nadużywam zbytnio przywileju interwencji, nadto odnoszę się tu sumarycznie do wielu wypowiedzi.


Już od pewnego czasu niepokoi mnie tonacja publicystyki politycznej autora, który zresztą zasługuje na poważne traktowanie, już choćby z racji swojego dorobku naukowego i ideowego, czyli prezesa Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego i redaktora naczelnego Pro Fide Rege et Lege, dr. Adama Wielomskiego. Moje polemiczne uwagi nie odnoszą się do warstwy ideowej (co do której nie widzę pola kontrowersji), lecz do kreowanego przez tego nieprzeciętnie płodnego publicystę i felietonistę wizerunku konserwatyzmu jako politycznej metody i postawy. Co szczególnie uderzające – i rażące – w tym przedsięwzięciu, to nie tylko i nie tyle nawet treść propozycji Autora, ile apodyktyczny ton, którym objawia on własne rozeznanie w zakresie polityki konserwatywnej oraz bezceremonialne wypraszanie inaczej rozeznających sens i zadania tej polityki z grona „prawdziwych” konserwatystów, a spychania ich do sui generis politycznego „karceru” z arbitralnie przyklejonymi wizytówkami w rodzaju „prawicowy radykalizm” czy tym podobne.

Nie chcę przesądzać tu – jak twierdzili inni polemiści dr. Wielomskiego – czy mamy do czynienia z jakąś zasadniczą ewolucją poglądów; w każdym razie jest dla mnie oczywiste, że owa niepokojąca tonacja uległa intensyfikacji od czasu politycznej fraternizacji Autora z redaktorem Myśli Polskiej, p. Janem Engelgardem, któremu – jeśli komuś to odpowiada – można przyznać wiele zalet, ale, na miłość Boską, chyba nie tę, iżby był kiperem smaku w konserwatywnej kadzi. Czymże jednak innym, niż tą tajemniczą korespondencją dusz obu autorów broszurki z żarem demaskującej „ukamienowanie” abp. Wielgusa (swoją drogą, czy „zimnemu realiście” przystoi tak patetyczna retoryka?) można wytłumaczyć to, że po uprzątnięcia pola z wszystkich „łże-konserwatystów” dotkniętych trądem „romantyzmu politycznego”, zaszczytny diadem „konserwatywnych klasyków” (zob. tekst O konserwatywnej filozofii polityki2) otrzymują z rąk prezesa KZM akurat dwaj polityczni praojcowie p. Engelgarda: Aleksander Bocheński i Bolesław Piasecki? A to by się ten drugi zdziwił, że pośmiertnie został mianowany konserwatystą – chyba nie mniej niż Monsieur Jourdain, kiedy się dowiedział, że przez czterdzieści lat mówił prozą!


Prawda, zapomniałbym, że tego samego zaszczytu „uklasycznienia” dostąpił jeszcze konserwatysta i monarchista niewątpliwy: Stanisław Mackiewicz (Cat). Lecz przecież zawdzięcza on tę nominację zasługom dość osobliwym i z racji epizodu swojego życia… powiedzmy, że bardzo wycinkowego; akurat wtedy, kiedy, jako spłatę uzyskanego honorarium, odkrył bezalternatywność „opcji prorosyjskiej” (naprawdę staram się wczuwać: londyńskie zimy wilgotne, ciepły i niedziurawy paltot by się przydał, wizyty w przybytkach Wenery też kosztują, a od angielskiej kuchni gorsza tylko… no, wystarczy). Czyli nie wchodzi w grę ten sam Cat, z roku powiedzmy 1945, kiedy pisze jedną za drugą broszurę krzyczącą „Nie!” Jałcie, a wyłącznie Cat z roku na przykład 1952 (lecz też już nie z 1964, kiedy ma nadzieję, że komuniści zamkną go do więzienia i traktuje to jako ekspiację za uprzednie złamanie się). Jako że nietrudno się domyślić, iż „antyjałtańskiego” Cata z 1945 dr Wielomski musi uważać za romantycznego durnia, to logicznie i konsekwentnie musimy zupełnie inaczej spojrzeć także na przykład na rolę towarzysza Putramenta i innych wysłanników wiadomego Urzędu, a przewodników Cata w anabazie ku „orientacji prorosyjskiej” i uznaniu, że „Polska jest Polską” (tzn. że „PRL jest Polską”). Trzeba odrzucić „naiwną” skłonność do widzenia w nich emisariuszy Diabła, kuszących zabiedzonego emigranta do zdrady. Przeciwnie, winniśmy wyrazić uznanie a nawet wdzięczność tym wytrawnym akuszerom maieutike realizmu politycznego, którzy pomogli wyzwolić się Catowi z romantycznej choroby wierności, oczyścić umysł z zamroczenia niezłomnością, przepłynąć brudny Styks, na którego dnie gniją śmieszne imponderabilia, aby dobić do brzegu polityki realnej.

Powie ktoś, że szydzę; zgoda, ale przecież doprowadzam tylko do końca tok rozumowania stojący u podstaw takiej właśnie konstrukcji trójcy „konserwatywnych klasyków”.


Romantyk, czyli idiota
Leitmotivem publicystyki politycznej dr. Wielomskiego jest krytyka romantyzmu, a ściślej mówiąc (bo nie zauważyłem, iżby wypowiadał się na temat romantycznej estetyki i sztuki, na temat filozofii zaś jedynie zdawkowo): romantyzmu politycznego. Można powiedzieć, że Autor jest prawdziwym Attylą antyromantyzmu, którego ogniste bicze spadają na nieszczęsnych romantyków z siłą, hałasem i prędkością młota pneumatycznego. Intensywność i częstotliwość idzie tu w parze z niezwykłym rozrzutem rażenia: romantykami albowiem okazują się być (cytuję tę arcyosobliwą listę, przypominającą „materii pomieszanie” w podręcznej książeczce pana Longinusa Podbipięty, za tekstem O sposobikach, negocjacji i obrotności): husyci, kwakrzy, jakobini, bolszewicy, faszyści, naziści, dzieci-kwiaty, a współcześnie ekologowie i działacze gejowscy – nie wspominając już o p. prezydencie Lechu Kaczyńskim i działaczach „PIS-uaru”. Mój Boże, WCzc. Przemysław Edgar G. romantykiem! Jeszcze jeden Pan Jourdain, choć proponowałbym raczej: „Lirnik Włoszczowski”.

Niemilknący, huraganowy atak na romantyków nie idzie tu, niestety, w parze z rzetelnością opisu, że już nie wspomnę o interpretacji. W gruncie rzeczy Autor nie mówi nam nic istotnego o tych, którzy romantykami naprawdę byli i o romantyzmie jako takim, tylko według jedynie sobie znanej metody układa z owych przedziwnie dobranych ingrediencji jakiś bricolage, będący doprawdy słomianym chochołem, pod którego otuliną niczego nie ma, aby – po „dowiedzeniu” w ten sposób, że romantyk to zwykły imbecyl – tłuc go już po głowie jak bokser zaciekle trenujący na worku wypchanym trocinami. Krytykę, która sprowadza się do biegania wokół każdego zidentyfikowanego jako romantyk z kaftanem bezpieczeństwa i okrzykiem: „Wariat! Wariat!”, niepodobna uznać za specjalnie wyrafinowaną.


W swojej bezpardonowej refutacji romantyzmu dr Wielomski podpiera się autorytetem konserwatystów – antyromantyków, jak Maurras czy Schmitt. Zgoda, lecz samo istnienie konserwatystów o takich przekonaniach niczego jeszcze nie dowodzi (prócz tego, że tacy istnieli), a argument „z autorytetu” czy „z czcigodności” w logice uważany jest za najsłabszy. Maurras i Schmitt może mieli rację, a może nie, ich argumenty na pewno warto rozważyć, lecz niczego nie jest tu władne rozstrzygnąć apodyktyczne: „tako rzecz Maurras…” czy „tako rzecze Schmitt…”, bo nawet najwybitniejszy myśliciel konserwatywny nie jest Urzędem Nauczycielskim, którego głos kończy sprawę. Dr Wielomski lubi zresztą przesadzać, bo nie jest prawdą jakoby wszyscy wymienieni autorzy (oraz Dmowski) utożsamiali romantyzm z lewicowością (Maurras owszem, lecz co do Schmitta, wystarczy przywołać jego słynną definicję romantyzmu politycznego jako „reakcyjnego tudzież idealizującego średniowiecze”, żeby zorientować się, że o co innego niż o „lewicowość” chodziło niemieckiemu decyzjoniście), ani że mieli go za gorszego wroga niż socjalizm! (a gdzież takie zestawienie znajduje się w pismach tych autorów?).
Powołanym autorom można natomiast przeciwstawić konserwatystów zupełnie inaczej oceniających tę kwestię, jak Zdziechowski czy Gómez Dávila (nie wchodzę tu w semantyczny spór: „konserwatysta” czy „reakcjonista”, bo dla potrzeb naszej dyskusji wystarczy najbardziej szerokie i ogólne pojęcie konserwatyzmu, mieszczące wszystkie nurty czy odcienie), którego zdaniem Maurras „popełniał straszny błąd” utożsamiając romantyzm i demokrację oraz potępiając romantyzm w imię kontrrewolucji, albowiem w ten sposób „potępiał myśl reakcyjną i przyjmował rewolucyjną ideologię”. To oczywiście też nie jest głos rozstrzygający, lecz jak najbardziej sporny, nie ulega przecież jednak wątpliwości, że par excellence romantyczne są całe nurty czy epoki konserwatyzmu, jak romantyzm konserwatywny w Niemczech czy XIX-wieczny legitymizm. Prawda, dr Wielomski dystansuje się od legitymizmu; cóż: jego wybór, lecz nie możemy przyznać temu wyborowi innego waloru, jak subiektywne (nie)upodobanie, nie znajdujemy natomiast żadnego powodu, ażeby uznawać idące w ślad za tym roszczenie do wykluczenia legitymistów z grona konserwatystów, zwłaszcza, gdy jednocześnie otwiera się szeroko do konserwatywnego „sanktuarium” drzwi przed przybłędami z zupełnie innych obozów, jak „postępowi katolicy” z PAX-u. Dla nas, konserwatyzm bez Chateaubrianda, Novalisa czy Krasińskiego po prostu zszarzałby jak uniform biurokraty.
Trudno mi także dopatrzeć się w antyromantycznych filipikach dr. Wielomskiego czegokolwiek, co przypominałoby ten rodzaj i jakość argumentów, które znajdują się w krytykach romantyzmu dokonywanych przez klasyków polskiej myśli katolickiej, konserwatywnej czy narodowej, jak Zmartwychwstańcy, Norwid, Stańczycy, Wyspiański, Dmowski właśnie czy Wasilewski. Były to krytyki surowe, ale poważne, chodziło w nich o oddzielenie ziarna od plew (na płaszczyźnie religijnej – także ortodoksji od heterodoksji), przede wszystkich jednak toczone z tym przekonaniem, że są one domową rodaków rozmową, jednako zatroskanych o ojczyznę, a nie dezynfekowaniem trucizny. Żadnemu z tych wielkich oponentów nie przyszłoby do głowy traktować romantyków jako pospolitych idiotów (bo wtedy nie ma też żadnej dyskusji) ani „wylewać dziecka wraz kąpielą”, bo widzieliby w tym – zupełnie słusznie – przejaw jakiegoś nihilizmu kulturalnego wobec najważniejszej części narodowego dziedzictwa literackiego i umysłowego. A jednocześnie, zwalczając ujemne strony i konsekwencje romantyzmu, konserwatyści nasi (choćby Szujski czy Stanisław Tarnowski) umieli wskazać pierwiastki prawdziwie kontrrewolucyjne w wielkiej polskiej literaturze i filozofii romantycznej. Bo w istocie, czyż Pan Tadeusz to nie nasze Mémoires d’outre-tombe, Król Duch – nasze Les soirées de Saint-Petersbourg, Nie-boska komedia – nasze Reflections on the Revolution in France, a Metapolityka Wrońskiego – nasza Théorie du pouvoir? A wiara w wyższy, metafizyczny porządek słuszności i prawa moralnego jest właśnie tym, co najcenniejsze w dziedzictwie polskiego romantyzmu.
Ton, który brzmi w felietonach dr. Wielomskiego słyszałem natomiast, niestety, zupełnie gdzie indziej, w miejscach najbardziej odległych od konserwatyzmu. Podobieństwo to jest zapewne przypadkowe, zważywszy wiek Autora, ale uderzająco przykre. Taki obraz romantyka – ściślej: Polaka-romantyka – imbecyla i kabotyna, kreowała ongiś, zwłaszcza w pierwszej połowie lat 60. ubiegłego wieku, tzw. szkoła szyderców. Jego wielorakie przykłady można łatwo odnaleźć w pożółkłych dziś rocznikach Przeglądu Kulturalnego, Polityki czy Przekroju, w publicystyce KTT, Daniela Passenta czy Zygmunta Kałużyńskiego, w groteskowych sztukach Mrożka, jak Indyk („rzecz dzieje się w romantyzmie, na obszarze księstwa” – czytamy już w didaskaliach) czy Śmierć porucznika, w filmach „szkoły polskiej” – a częstokroć raczej antypolskiej – Wajdy, Munka czy Kutza. Nawet obrazy czy figury retoryczne, które bezwiednie powiela dr Wielomski, na czele z osławionym „rzucaniem się z szablami na czołgi” (zob. tekst Kontrrewolucja i romantyzm), pochodzą z repertuaru wymysłów tejże szkoły szyderców. Jej twórcy nie byli zresztą (albo jeśli byli to krótko) komunistami sensu proprio. Uważali się nawet za dość „opozycyjnych”, zwłaszcza w stosunku do „purytańskiego” i „siermiężnego” socjalizmu Gomułki, i tak też bywali przez prymitywnego „Gnoma” traktowani. Byli typowymi przedstawicielami postpozytywistycznej „inteligencji postępowej” – dumnej ze swego „racjonalizmu” i nade wszystko pogardzającej „polskim kołtunem”, kojarzącym im się właśnie jednocześnie z katolicką pobożnością i romantyzmem. Prawdopodobnie byli szczerze przekonani o tym, że wyszydzając bezsensowną polską bohaterszczyznę, dają dowód swojej „niezależności”. W istocie, wykonywali dla komunistów bezcenną pracę: traktowani przez społeczeństwo z sympatią i jako naturalni przewodnicy, odbierali mu resztki dumy narodowej i nadziei na odmianę położenia Polski, ponieważ z ich szyderstw wynikała zawsze ta sama „historiozofia” – że polska historia to ciąg bezsensownych bijatyk, wszczynanych przez pijanych durniów i rezonerów lub naiwnych, egzaltowanych czytelników zatrutej romantyzmem literatury, którzy zawsze muszą skończyć – jak Maciek Chełmicki – na śmietniku, a jedynym wybawieniem od tej romantycznej spirali nieszczęść i absurdu jest Polska Ludowa, której pierwsi w historii oświeceni – „naukowym socjalizmem” – władcy dokonali jedynie racjonalnego wyboru politycznego, jakim jest wieczysta przyjaźń ze Związkiem Radzieckim. Dla tych „antyromantyków” przykrym może, jak każde lekarstwo, ale też jak każde lekarstwo zbawiennym, było uczenie ludzi „w tym kraju” myślenia racjonalnego przy pomocy kolb sowieckich karabinów – według sławnej frazy „Tygrysa” Krońskiego. Jeszcze w latach 80. tę samą „historiozofię” – i to na czysto „patriotyczną” nutę, już prawie bez żadnego „ideolo-” – wykładał w fikcyjnych gawędach z synem, zaprawiony w pracy operacyjnej Ryszard Wojna.

Do dzisiaj jeszcze nieźle zabalsamowane mumie tego „racjonalizmu”, jak pp. Olga Lipińska, Janina Paradowska czy WDost. senator Kutz, straszą po telewizorach, lecz chyba w najbardziej różowych snach nie marzyły one, że obraz romantyzmu stworzony przez lewicowo-libertyńską szkołę szyderców pracowicie i z zapałem będzie powielał lider i czołowy teoretyk polskich konserwatystów ultra. Na marginesie musimy natomiast zauważyć, że akurat w tamtej „wojnie o kulturę” publicyści PAX-u byli po dobrej stronie i z „szydercami” – na ile to było możliwe pod komunistyczną cenzurą – polemizowali, broniąc sensowności polskiego czynu zbrojnego.


Realizm wysoki i realizm niski
Jeżeli słowo romantyzm jest na klawiaturze komputera dr. Wielomskiego piorunem, którym niczym Zeus Gromowładny razi z wysokości nawet swoich Kolegów (jak p. Adama Danka), strącając ich tak do „prawicowo-radykalnego” inferna, to słowem, które upodobał sobie jako sztandar jest realizm. Słówko to, jak wiadomo, jest wieloznaczne, i pierwszą rzucającą się w lekturze artykułów Autora cechą jest dość beztroskie (z pewnością perswazyjnie wygodne) mieszanie jego różnych sensów i zakresów, zwłaszcza metafizycznego, politycznego i „życiowo” potocznego. Lecz nie przesądzajmy niczego z góry i przyjrzyjmy się uważniej owemu realizmowi, tak jak on jest deklarowany.
W refutacji poglądów p. Danka (O sposobikach, negocjacji i obrotności) znajdujemy fragmenty mające wyraźnie charakter autorskiego credo. Czytamy zatem: „Ja jestem arystotelikiem i tomistą”. Pięknie, standardowo konserwatywna deklaracja. Lecz dane zaraz potem rozwinięcie zastanawia – więcej, zadziwia: „Lubię twardy grunt, empiryczną rzeczywistość. Zamiast powiewania sztandarami i epatowania moralnymi racjami mojej sprawy wolę wszystko zmierzyć, zważyć, obliczyć. Nie interesują mnie sprawy teoretycznie słuszne, ale to, co jest osiągalne i możliwe. Nie badam czy dana kwestia jest politycznie moralna czy też nie”.

Cztery zdania i zarazem cztery grube symplifikacje, w tym trochę emocjonalno-retorycznego „dymu” („powiewanie sztandarami”, „epatowanie racjami”) oraz błędna logicznie antynomia, albowiem przeciwieństwem „spraw teoretycznie słusznych” mogą być tylko „sprawy teoretycznie niesłuszne”, a nie to, co „osiągalne i możliwe”; i na odwrót: przeciwieństwem tego, co „osiągalne i możliwe” jest to, co „nieosiągalne i niemożebne”, nie zaś „teoretycznie słuszne”. I co to wszystko ma wspólnego z arystotelizmem i tomizmem? Naprawdę Autor sądzi, że Arystotelesa i Tomasza interesowała wyłącznie „empiryczna rzeczywistość”? Że nie zajmowały ich „sprawy teoretycznie słuszne”? Że nie rozważali moralnych aspektów kwestii politycznych? Odnoszę wrażenie, że jego lektura ich dzieł była stanowczo nazbyt pobieżna3.


Lecz dalej napotykamy rzeczy jeszcze ciekawsze. Mamy kolejne wyznanie: „Tak, jestem ze szkoły nagiego i brutalnego realizmu politycznego”, i tuż potem zadeklarowany podziw dla Dmowskiego, który jawi mu się jako „wielki cyniczny i realistyczny szachista polityczny”. Zostawmy na boku kwestię czy Dmowski był rzeczywiście cynikiem, lecz nie możemy znów nie postawić pytania, co to wszystko ma wspólnego z arystotelizmem i tomizmem? Czy Autor naprawdę w dziełach Stagiryty i Akwinaty dopatrzył się pochwały cynizmu oraz realizmu „nagiego i brutalnego”?

Wreszcie, wykładając swoje pojmowanie polityki jako partii szachów (metafora zresztą dość wyświechtana, ale mniejsza o to) i „czystej kalkulacji opartej na empirycznym rozeznaniu rzeczywistości” (więc w końcu chodzi o zainteresowanie – jak wyżej – wyłącznie empirycznie dostępną warstwą bytu czy też o empiryzm jako metodę poznania?), dr Wielomski deklaruje, że tak pojmowany świat polityki rozumie, a nawet go „uwielbia” (bardzo to romantycznie egzaltowane, swoją drogą). Przy okazji pojawia się kolejna fałszywa antyteza (do cynizmu i brutalności) w postaci „zera namiętności”, albowiem przeciwieństwem cynizmu nie jest „namiętność”, tylko uczciwa prostolinijność.


Materiału empirycznego mamy chyba dość, możemy więc pokusić się o uogólnienie (cały czas postępujemy zgodnie z zachwalaną przez Autora metodą). Wszystko to, co Autor wyłożył nam jako znamiona politycznego realizmu (cynizm, „nagość” i brutalność, obojętność na kwestie teoretycznej słuszności i racji moralnych, pogarda dla imponderabiliów, „czysta” kalkulacja, wreszcie „uwielbienie” dla tych wyznaczników), faktycznie możemy bez trudu zidentyfikować w historii myśli politycznej, bynajmniej jednak nie w arystotelizmie i tomizmie, lecz w tym nurcie, który pierwszy tak otwarcie i wprost im się przeciwstawił – w makiawelizmie. Zgadza się tu dosłownie wszystko, nawet to, zapoczątkowane przez Machiavellego, ostentacyjne delektowanie się własnym cynizmem, połączone z pogardą dla naiwnych durniów, którzy mają i kierują się jakimiś zasadami. Tylko po co ten kamuflaż z arystotelizmem i tomizmem? Arystoteles i Tomasz są na antypodach owego realizmu niskiego – że posłużę się rozróżnieniem dr. Romualda Piekarskiego z jego wnikliwego studium na temat koncepcji cnoty u Makiawela. Ich realizm jest realizmem wysokim, to znaczy takim, który w żadnych okolicznościach nie rezygnuje z perfekcjonistycznych wymagań etycznych i w żadnym wypadku nie przyznaje rozumowi politycznemu „prawa” do czynienia zła moralnego. Klasycy są realistami także w tym najbardziej potocznym ze znaczeń, czyli świadomi są faktu, iż „prawda zwycięża nie bez oręża”, lecz ich myślenie o polityce w zupełności podporządkowane jest jak najbardziej perfekcyjnej etyce cnót, ich prudencja nie da się sprowadzić do „sposobików i obrotności”, ich virtus nigdy nie może się perwersyjnie zamienić w wyzutą z sumienia nikczemność. Owszem, pomysłowość („fortele”), rzutkość, zapobiegliwość, umiejętność brania pod uwagę okoliczności zamiast ślepego trzymania się z góry przyjętych założeń4, wybieranie nieraz okrężnych dróg do celu czy wyczekiwanie na właściwą chwilę są i dla nich składnikami politycznej roztropności, nie ma jednak u nich zgody na odrzucenie całego kontekstu moralnego, na porzucenie cnoty sprawiedliwości i innych cnót czy kierowanie się nadrzędnym nakazem dobra wspólnego. Przestrzegał przed takim pojmowanie racji stanu jej dogłębny znawca (świadom zarazem jej demonicznej siły) i reprezentant „uszlachetnionego makiawelizmu”, Friedrich Meinecke, zauważając: „Racja stanu, polityka siły, makiawelizm i wojna nie dadzą się chyba usunąć ze świata, albowiem związane są one nierozerwalnie z naturalną stroną życia państwowego. (…) Ale wszelkiego idealizowania tego faktu należy unikać. Ujawnia się w nim nie chytrość, ale niemoc rozumu”5. Zaprawdę, gdyby konsekwentnie i na serio przeegzaminować Arystotelesa i Tomasza pod kątem kryteriów realizmu wskazanych przez dr. Wielomskiego, to obawiam się, że musieliby oni zostać zdemaskowani jako romantycy, beznadziejnie niezdolni do posługiwania się „czystym” rozumem politycznym.
Pomieszanie owych dwóch zupełnie niekompatybilnych realizmów ma jeszcze jedną poważną konsekwencję. Makiawelistyczny realizm cyniczny implikuje przynajmniej milczące przeczenie istnieniu Opatrzności, świat czyni doliną łez pod pustym niebem, człowieka nierozumnym zwierzęciem, polityka – koniecznym niegodziwcem. W świecie, w którym normą jest cynizm i brutalność (i w którym także wszelka prawowitość jest bzdurą), rację – przez chwilę wprawdzie, ale jedyną, jaką da się ustalić – ma nikczemny Edmund z Króla Leara, który „uwielbia” prawo natury, rozumiane jako prymat „krzepkich członków” i ostrzejszych pazurów. To przecież świat „stanu natury” według Hobbesa – drugiego faktycznego, a nie Arystotelesa i Tomasza, ojca politycznego realizmu podług wykładu dr. Wielomskiego. I czegoś więcej jeszcze, bo równie ostentacyjnie deklarowanego darwinizmu, którego dał świadectwo, dopisując się aprobatywnie do głosu pewnego internauty, który pochwalał etykę „wycinania w pień” słabszych przez silniejszych. Dokładnie to samo mówił wspomniany szekspirowski Edmund, uzasadniając swoją intrygę przeciwko bratu przewagą, którą „bogini Natura” daje bękartowi będącemu owocem „naturalnej żądzy, wigoru i ognia” nad prawowitym bęcwałem, spłodzonym „w zatęchłej nudzie małżeńskiego łoża”. Tylko jak to się ma do konserwatywnej filozofii (i teologii) politycznej, której Autor w tak licznych i poważnych studiach był świetnym interpretatorem, a jako prezes klubu konserwatystów „bez kompromisu” jest, można rzec, „namaszczonym” reprezentantem?
Z grubsza domyślamy się, na podstawie licznych aluzji rozsianych po tekstach, w jaki sposób dr Wielomski próbuje rozwiązać tę aporię. Rozwiązaniem ma być rozdzielenie konserwatywnej filozofii politycznej, jako metapolitycznej wizji świata, która konstatuje radykalny hiatus pomiędzy prawdą ontologiczną a światem empirycznym, stanowiącym w każdej współczesnej postaci „schizmę bytu” (spojrzenie, zauważmy, jednak platonizujące a nie arystotelesowsko-tomistyczne) a konserwatywną filozofią polityki, która w tym świecie nakazuje konserwatyście kierować się wyłącznie owymi „sposobikami”, czyli realizmem w omawianym już rozumieniu. Formuła to zgrabna, ale wyłącznie „na papierze”, a poza tym, jako żywo stanowi prawicową wersję postawy demoliberalnych humanistów w totalitaryzmie, opisywanej przez Miłosza jako KETMAN. I tak samo jest zarazem nierealistyczna, to znaczy niemożliwa do utrzymania w praktyce, jak groźna dla duszy, bo wprowadza permanentne rozszczepienie osobowości na dwie kłócące się ze sobą części. Ani przed publicznością, ani przed samym sobą, konserwatysta uprawiający ketman, nie będzie już w końcu wiedział, kiedy przemawia jako filozof polityczny, kontemplujący Wieczny Ład, Tradycję, Autorytet i wszystko inne, co nawykł z szacunku pisać majuskułą, kiedy zaś jako „obrotny” filozof polityki; kiedy nabożnie czci, a kiedy cynicznie bawi się szachami, jeszcze to „uwielbiając”. To uderza w integralność osoby i musi skończyć się źle: postać księdza, który utracił wiarę, a jednak nadal odprawia Mszę i jeszcze jest uczonym specjalistą od mistyki chrześcijańskiej, w Zakłamaniu Bernanosa, stanowi najbardziej wstrząsający opis konsekwencji tego rozdwojenia.
Jeśli nie ma spójności pomiędzy konserwatywną wizją świata a konserwatywnym działaniem, to inną konsekwencją takiego rozdwojenia staje się utrata wiarygodnych kryteriów oceniania drugiego z punktu widzenia pierwszego. „Konserwatystów” kierujących się „sposobikami, negocjacją i obrotnością” w dzisiejszym demoliberalnym, a nawet „postpolitycznym”, świecie mamy przecież bez liku: nazywają się oni Sarkozy, Merkel, Berlusconi, Cameron, Rajoy, także Tusk. Onegdaj, dr Wielomski zgromił pryncypialnie byłego premiera Hiszpanii i lidera Partii Ludowej, José Maríę Aznara, jako „postkatolika” i „postkonserwatystę”, zresztą w stosunku do innych polityków tego pokroju też robi to nieustannie. Lecz przecież w świetle zasad realizmu niskiego pryncypialność ta zdaje się być słabo uzasadniona. Politycy ci „realnie patrzą na świat”, wiedzą, co w obowiązujących „cywilizowaną prawicę” regułach gry jest dozwolone, mają swoje „sposobiki” i stosują je całkiem zręcznie. Rozumieją wybornie nadrzędny cel, który jeszcze dobitniej od dr. Wielomskiego zdefiniował redaktor Europy, p. Robert Krasowski, jako zachowanie przez prawicę „kontroli nad procesami modernizacyjnymi”. Starają się o to jak mogą i nie bez powodzenia, interesuje ich „to, co osiągalne i możliwe”, nie badają czy dana kwestia jest „politycznie moralna czy też nie” – o co więc właściwie się ich czepiać?

Analogicznie, realnie myśleli przecież o świecie ci Ojcowie Vaticanum II, którzy widzieli, że świat odrzuca dziś Społeczne Panowanie Chrystusa, toteż zachowali się zupełnie racjonalnie i zgodnie z kupieckim modelem realizmu, wymyślając – w sytuacji „spadku popytu” na dotychczasową ofertę – „nową strategię marketingową”. „Otwarcie okna na świat”, „udzisiejszenie” (aggiornamento) – to przecież doskonałe pomysły pijarowskie, niezgorsze „sposobiki”, czego najlepszym dowodem powszechne cmokanie, jakie rozległo się po ich zaprezentowaniu. Piorunowanie na modernistów, od którego dr Wielomski też przecież nie stroni, traci w świetle powyższego solidne ugruntowanie. Jeżeli hr. de Chambord był półgłówkiem, który mógł przecież „powiesić sobie biały sztandar nad łóżkiem”, to półgłówkiem był także odrzucający wynegocjowaną już ugodę z Watykanem abp Lefebvre, któremu też nikt nie zabraniał trzymać encykliki Quas primas na nocnym stoliku6.


: assets
assets -> Międzynarodowe stypendium wyjazdowe (iof – Marie Curie International Outgoing Fellowship for Career Development)
assets -> Ankieta dla kandydata do pracy w agro-star sp. J
assets -> Załącznik A11 do zarządzenia nr 366/2011/2012 z dnia 29 maja 2012 roku
assets -> Załącznik A12 do zarządzenia nr 366/2011/2012 z dnia 29 maja 2012 roku
assets -> Lp. Miejsce udzielania pomocy prawnej Adres
assets -> Załącznik A13 do zarządzenia nr 366/2011/2012 z dnia 29 maja 2012 roku
assets -> Załącznik A15 do zarządzenia nr 366/2011/2012 z dnia 29 maja 2012 roku
assets -> Informacja prasowa Szybko do Skandynawii
assets -> Uwaga absolwenci szkół wyższych! Wydział Pedagogiczno – Artystyczny w Kaliszu uruchamia kolejną edycję Studiów Podyplomowych Pedagogiki Przedszkolnej i Wczesnoszkolnej


  1   2   3


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna