Pułkownik Chambray, w swojem dziele



Pobieranie 306.53 Kb.
Strona2/4
Data07.05.2016
Rozmiar306.53 Kb.
1   2   3   4

»Dywizya została na placu boju do śwritu, ale nieprzyja­ciel zostawił nas spokojnych; sześciogodzinna walka, jedna z najżywszych, jaka być może w nierównie mniejszej liczbie, dała poznać nieprzyjacielowi, iż ma do czynienia z żołnierzem, dowodzonym przez wielkiego Napoleona. Pułk dragonów ki­jowskich i pułk huzarów achlyrskich poniosły wrielką stratę. Generał-lejtnant Pahhen, pułkownicy Andreinow i Iłowajski, legli na placu: pobojowisko zasłane było trupami kozaków, kałmuków, baszkirów i tatarów. Nie straciliśmy żadnego ofi-

'} Huzarzy achtyrskie, dragony eharkowskie, czerniehowskie. kijowskie i nowo-rosyjskie.

— 93 —


cera wyższego stopnia, wszystko to, co się potykało, utrzymało honor wojska naszego; było kilku tlankierów od ułanów, którzy ścigając nieprzyjaciela, przedarli się aż do korpusu piechoty Płatowa. Wszystkie nasze pułki mają wielką liczbę krzyżów, oficerów nieprzyjacielskich wiele ubiorów śmiesznych i broni, szczególniej zdobytych na pułkach azyatyckich, które są naj­gorszymi z żołnierzy nieprzyjacielskich, słowem 3.000 naszej jazdy wytrzymało sześciogodzinną walkę przeciw 8.000 koza­ków, 3.000 jazdy regularnej, dwom pułkom strzeleckim i trzy­dziestu działom polowym. <

>Dnia 14 lipca pierwszy pułk jazdy (Przebendowskiego) ścigał uchodzącego nieprzyjaciela; we wsi Czarnołuby spędził posterunek kozacki z znaczną jego stratą, i posunął się z za­pałem aż na wysokość; Komanowa, na drodze od Nieświeża do Słucka; zastał tam cały obóz nieprzyjacielski, z którego kilka pułków kozackich i liniowych wyruszywszy, otoczyły go zewsząd, lecz przebił się walecznie przez nieprzyjaciela, poło­żywszy wielu trupem na placu, lubo z niemałą stratą swoich i okrył się chwałą. Major Montrezor ranny, pojmany został w niewolę, wraz z kilku innymi oficerami. Strata cała pułku tego wynosić ma do 240 ludzi, tak w zabitych, rannych, obłą­kanych, jak w niewolę wziętych.*

Opowiadanie naocznego świadka dość dobre wyobraże­nie daje o tych trzech wypadkach. W pierwszej potyczce pułk 3. ułanów najwięcej ucierpiał; sam pułkownik Radzimiński został ranny. Pułk stracił do 200 ludzi, zabitych, rannych i wziętych w niewolę. Nieszczęśliwym tym wypadkiem nau­czony komendant dywizyi, jenerał dragonów Rożniecki, powi­nien był z większą ostrożnością rozporządzenia swoje porobić, znając zwłaszcza nieprzyjacielską siłę. Nietylko, że tego nie uczynił, lecz niektóre swoje pułki w jednej linii uszykował, myśląc przezto omamić nieprzyjaciela, natomiast bardziej się sam osłabił i łatwiej przewrócony został. W tem jednak nie jego wina, iż ani artyleryi konnej, ani piechoty nie miał so­bie przydanej. Naczelny wódz, król Hieronim, powinien był

zupełnie inaczej swoją straż przednia urządzić, ażeby nieprzy-jacelską straż tylną zawsze mieć na oku, i rugować ją z ka­żdego stanowiska. Należało z kompanij woltyźerskich całego korpusu 5. i z 30 korapanij uformować dywizyą: 4.500 pie­choty lekkiej, przydać jeszcze pułk jeden starej wyborowej piechoty, 2.400 ludzi, i jedną kompanię saperów, trzy baterye artyleryi konnej i ośmnaście dział. Taki korpus, pod rozsądnym i przedsiębiorczym dowódzcą, lecz nie takim, jakim był na nieszczęście jenerał Rożniecki, nie bvłby wystawiony na po­dobne straty i pewnie w jego przytomności jenerał Bagration albo spieszniej uchodził', albo też może i bitwę przyjąćby musiał. W bitwie pod Mirem pułki nasze młode nie wiele obrotności, a komendanci ich jeszcze mniej dowiedli do­świadczenia wojennego. Strata całej dywizyi 500 przeszło ludzi wyniosła.

Bitwa pod Mirem jeszcze nie nauczyła jenerała Latour-Maubourga, jak należy jazdę w przytomności nieprzyjaciela prowadzić. ).'od Romanowem błędy dwa pierwsze powtórzone zostały. Pułk pierwszy strzelców konnych, o dwie mile przed korpusem wysłany na rozpoznanie bez żadnego wsparcia, uj­rzał się nagle napadniętym przez nieprzyjacielską jazdę; mu­siał się przez nią przebijać, i pędzony był półtora mili drogi bez wypoczynku; kto miał dobrego konia, ten uszedł śmierci. Pułk ten, tak piękny, liczący przeszło 700 koni, stracił połowę ludzi i nie był już czynny w całej kompanii. Formował się na nowo w Smoleńsku, i w czasie odwrotu wielkiej armii, wszedł znowu na linię bojową w liczbie 500 koni.

Dodać I u jednak należy, lecz tą rażą na pochwałę ja­zdy naszej pod Mirem, iż nieprzyjacielska jazda składała się z 14 pułków kozackich Płatowa, 7(XX) koni; 1.000 kozaków z Bagrationa korpusu, 8 pułków regularnych, achtyrskiego huzarów o ośmiu szwadronach, kijowskiego i nowo-rosyj­skiego dragonów o czterech szwadronach, i 2 batalionów pie­choty; do tego 6 dział kozackich i 10 dział artyleryi kon­nej w ogóle 10.000 jazdy, 1.400 piechoty i 22 dział.

— 95 —


Rzecz zastanowienia godna, iż nasza 4AMX> dywizya, bez armat i piechoty, o dwie mile od korpusu swego, z taką chmarą jazdy potykając się, ciągle oskrzydlona, i mając ciężką przeprawę przez groblę i trzy mosty, nareszcie przez miasto Mir, nie uległa zupełnemu zniszczeniu! Moralnie bar­dzo ucierpiała.

Korpus piąty zatrzymał się w Nowogródku przez noc z 9. na 10. lipca. Dywizye nasze stanęły obozem przed mia­stem na traktach, prowadzących do Miru, zakryte strumy­kiem Radziwiłówką; 16. dywizya na prawem skrzydle oparta

0 drogę do Miru, mając wieś Klebankę przed frontem, 17. dy­
wizya w środku, 18. dywizya na lewem skrzydle. Przeciwny
brzeg Radziwiłówki okrywał las tak, iż widok przed frontem
obozu zupełnie był zakryty. Główna kwatera w7 Nowogródku:
4. pułk strzelców konnych na lewem skrzydle pozycyi; reszta
jazdy na trakcie ku Mirowi.

Nowogródek, jak świadczy Świecki, stołeczne miasto województwa, z zamkiem niegdyś na wzgórzu leżącym po lewej stronie drogi do Miru, na początku XIII wieku pi'zy napadzie Tatarów spalone, wkrótce przez Litwę opanowane zostało. Mendog, książę litewski, w roku 1252 tu był koro­nowanym, mówią dziejopisarze; odprawił się tu też trybunał główny wielkiego księstwa litewskiego: gmach, niegdyś kole­gium jezuickiego, kościół farny, wiele innych kościołów, kla­sztorów i cerkiew zdobiły to miasto. Roku 1.314 Krzyżacy to miasto spalili; roku 1390 tegoż samego losu od nich doznało.

Dnia 10 lipca, 5 korpus maszerował dalej ku Mirowi

1 nocował w Koreluźy, 22 wiorst od Nowogródka. Dnia 11


lipca stanęliśmy w Mirze, 23 wiorst, gdzie ślady potyczki, dnia
19. lipca stoczonej, dość były widoczne.

Dywizye nasze obozowały przed Mirem na traktach do Nieświeża i do Mińska prowadzących. Dywizya 10. w jednej linii na prawym skrzydle, 1.7. i 18. w dwóch liniach ku Miń­skowi na lewem, mając zamek w tyle, a wieś Zamir na pra­wem skrzydle. Jazda ze 16. dywizyą.



Z dziennika mego wypada, że korpus przez dzieli 12. lipca nieczynnie stal obozem pod Mirem. Zamek, którego szczajki jeszcze trwały, budowany był przez księcia Mikołaja Krzysztofa Radziwiłła, Sierotką zwanego.

Dnia 1H. wyszliśmy z Miru i stanęli tegoż dnia obozem pod Nieświeżem, o 28 wiorst czyli mil 4 od Miru.

Dnia 8. legoż miesiąca Bagration z całym swoim korpu­sem obozował pod Nieświeżem i zatrzymał się tam dni trzy; dnia 11. dopiero wyruszył ku Ciemkowicom; miał wiec dwa dni marszu przed nami.

Nieśwież jest punktem pod względem operacyj wojen­nych bardzo ważnym, leży bowiem w zbiegu wielu dróg; tu schodzą się trakty od Urodna, Rłonimia, Pińska, Mińska i Słueka. Miasto leży w równinie. Od strony Słucka i od północy przypiera do jeziora, przez które prowadzą dwie długie groble z mostami, jedna do przedmieścia na trakcie Słuekim, druga do zamku obronnego Radziwiłowskiego. Od strony Kiecka i Miru miasto opasane wałem i rowem, w któ­rym widoczne są ślady kurtyn i czterech małych bastyo-nów. Miasto jest dość obszerne i ma kilka kościołów: Ber­nardynów, Benedyktynek i Dominikanów i dawny Pojezuicki, przez księcia Radziwiłła Sierotkę wraz z zamkiem obron­nym wystawiony.

W Nieświeżu król westlalski odebrał widoczne dowody nieukontentowania od potężnego brata z powodu opieszałego prowadzenia armii. Po gorzkich wyrzutach, które księcia Po-niatowskiego także dotknęły, odebrał mu dowództwo, i oddał pod komendę marszałka Davoust'a. Obrażony tak lekceważe­niem swojej świętej osoby, kroi Hieronim dnia 10. opuścił nagle wojsko i na Warszawę powrócił do swojej stolicy; od­dawszy księciu Poniatowskiemu komendę nad korpusami 5, 8. i i. jazdy.

Dnia 15 wyruszyliśmy z Nieświeża do Tymkowic czyli Ciemkowic (27 wiorst): 5 korpus stanął na noc w. pozycyi pomiędzy lasem a wsią Skiepiejowo, 1(>. i 17. dywizya w pierw-

— 97 —

szej linii, 18. dywizya w drugiej. Przed frontem, i na lewem skrzydle rzeczka Mażą; z tamtej strony Maży od Słucka le­żało miasteczko Ciemkowice; przed niem obozował pułk 4-ly jazdy — reszta jazdy na trakcie Romanowskim.



W wilię, t. j. li. przypadła potyczka pod Romanowem, w której pułk pierwszy strzelców konnych tyle ucierpiał.

Dnia 16. marsz do Romanowa, 17 wiorst; ó-ty korpus obozował na wzgórzach na trakcie od Nieświeża do Roma­nowa prowadzącym, w tym samym porządku, jak dnia po­przedzającego. Rzeczka Moraza i miasteczko Romanów leżały przed frontem pozycyi; pułk i. jazdy przed Romanowem na trakcie do Słucka. Na drodze od Ciemkowic pełno śladów porażki naszej jazdy spotykaliśmy.

Dnia 17. zaszliśmy do Słucka, 2i wiorst drogi, i tam przez dzień następny spoczywaliśmy.

Miasto Sfuck do najdawniejszych Litwy należące, nie­gdyś było stołecznem, i dziedzictwem książąt udzielnych słu-ckich; leży nad rzeką Słuczą, wpadającą do Prypeci, w oko­licy równej i bagnistej. Rzeka Słucz jednem ramieniem dzieli miaslo na dwie części, drugiem okrąża wielkiem półkolem przedmieście od strony Bobrujska. Słttck opasany jest oko­pami z 13 frontów bastyonowych. Przed bramą Romanow-ską, Ostrowską, Mińską i Robrujską, są jeszcze ślady nie­wielkich półksiężyców. Na lewym brzegu głównego ramienia rzeki Słuczy, od strony północnej miasta, jest cytadela w czwo-rogran bastyonowy foremny, z małem rogowem działem (ro­galem), teraz opuszczona. Miasto po większej części drewniane, jest dość obszerne, ma 2 kościoły katolickie, cztery unickie, jeden luterski, jeden kalwiński, tudzież szkolę protestancką. Sławne z rękodzieł, osobliwie jedwabnych; tu się wyrabiały sławne niegdyś u szlachty pasy słuckie.

Wojsko nasze obozowało w następującym szyku: 10-sta i 17-sta dywizya na drodze od Romanowa prawem skrzydłem o Słucz. lewem o wieś Rrodownia, mając przedmieście przed frontem; 18-sta dywizya na trakcie bobrujskim z tamtej

Wspomnienia Jonerała Klemensa Kołaczkowskicgo. i



- - 98 --

strony miasta, skrzydła o dwa lasy oparte, przed frontem zakryta odnoga Słuczy.

Jazda nasza posunęła się na Irakt ku Głuchowi, dokąd także 4-Ly korpus rezerwowy jazdy dążył.

Bory bobrujskie zaczynają się od Słucka; gdyby się wojsko nasze było w nie zapuściło, zabrakłoby zapewne ży­wności. Wreszcie po kierunku marszu jenerała Bagrationa z pewnością wnosić było można, iż pod Bobrujskiem przej­dzie Berezynę: był wtedy wolny od każdej napaści naszej'. Kksiążę 1'oniatowski postanowił zwrócić się szybkimi mar­szami ku Mobilewu, dla połączenia się jak najprędszego z Da-woustem, wzmocnienia go i podania sposobności do stocze­nia bitwy z Bagrationem wprzód, nimby ostatniemu udała się przeprawa Dniepru. Lecz i te poruszenia i nagłe mar­sze przez kraj pusty i dziki, które naszą piechotę do reszty zrujnowały, nic potrafiły dawnej opieszałości wynagrodzić.

Dnia 19. wyruszyliśmy ze Słucka; 5-l.y korpus opuścił główny trakt głueki i zwrócił się na północ, w stronę Ihu-menia, leżącego o 101 wiorst, czyli 1.5 mil od Słucka. Łatour-Maubourg poszedł ku Ułuehowi: jenerał Chaweau z korpu­sem wesffalskirn dnia 1(5. lipca przez lhumeń, Mińsk dążył ku Orszy.

Stanęliśmy na noc w Przewozie przy ujściu Łoszy i Wi-nii, gdzie obozowano w szyku zwyczajnym.

Dnia 20. marsz do Dołhyinowa, wioski wśród nieprzerwa­nych lasów i bagien. Brak żywności i furażu zaczął dolegać, drogi złe; mosty potrzebowały częstej naprawy; marodery mnożyć się zaczęły, zląd ucisk i narzekania ludu wielkiego, który raczej nieprzyjaznem, jak radośnem okiem nas witał, widząc straty dobytku szczególniej od oderwańców ponoszone. Wreszcie lud w takiem poniżeniu i obojętności dla sprawy na­szej znaleźliśmy w Litwie, iż żadnego wyobrażenia o tętn mieć nie może, kto lemi odludnemi stronami nie przechodził. Była to wprawdzie część najdziksza Litwy. Lecz i gdzieindziej wiele lepiej nie było. Niektórzy nawet obywatele od nas stro-jj

— 99 —


nili, porzucali domy swoje; a jeżeli przyjmowali, to z wido­czną obawą lub. obojętnością. Często nawet krupniku i bar­szczu nam szczędzili.

Wojsko nasze wlekło się wąską kolumną po drogach piaszczystych, między borami i bagnami, w czasie lipcowych upałów; ludzie padali z pragnienia lub umęczenia. Szeregi się mocno przerzedzać zaczynały, a wioski i miasteczka za nami napełniały się chorymi i znużonymi. Lecz trudna była rada, tyle dni strawiwszy napróżno w Grodnie, w Nieświeżu i Słu-cku, chciano błąd naprawić, a książę 1'unialowski, zmartwiony wyrzutami cesarza, wspólnie z szefem sztabu Fiszerem pędził naszą piechotę, ażeby jak najprędzej dostać się do Dniepru.

Dnia 21. stanęliśmy w Duezyey, miasteczku nad Czyczą; dnia 22. w Turcu, także nad Czyczą, wsią miedzy borami; dnia 23. w Ihumeniu, miasteczku położonemu także wśród borów; 16. dywizya na lewo drogi do Mohilewa stanęła obo­zem; 17. dywizya w szałasach, po piechocie Davousla, na prawo drogi od Słucka; 18. dywizya na samej drodze, z pra­wem skrzydłem, opartem o wieś Chwojniki.

Pamiętam, że w Ihumeniu powitani zostaliśmy przez obywatela litewskiego w czerwonym maltańskim mundurze, którego wytworna powierzchowność dziwnie odbijała od czar­nego stroju żydowstwa, witającego nas nieszczerym okrzykiem.

Marsz ten 15-milowy odbyliśmy w pięciu dniach.

Dnia 24. lipca przybyliśmy po mocnym marszu czterech mil do Jakszyc, nad rzekę Berezynę, której nie mieliśmy oglą­dać wpierw, jak dopiero w odwrocie pamiętnym, i stanęliśmy obozem wśród borów, na prawym brzegu, obsadziwszy most 5. i 18. pułkiem naszej jazdy.

Dnia 25. stanęliśmy obozem po nieforsownym marszu pod miasteczkiem Poliostem, o (i mil od Jhumenia, nad rze­czką Kłową.

Dnia 26. postępowaliśmy dalej do Biutenic, miasteczka mu] rzeką Druczą, w gubernii moliilew.skiej, o 3ó wiorst, czyli

od Pohostu. Marsz ten mocno dał się nam we znaki,

-• 100 --

i ruiny naszej piechoty dokonał. Tu połączyliśmy .się z jazdą francuską, 6. i 21. pólkiem strzelców konnych, należących do korpusu Davousfa.

Dnia 27. wyruszono z Białenic do Kniażyc, 33 wiorst. • Nareszcie dnia 28. lipca czoło naszej kolumny stanęło w Mo­hylewie, po krótkim 15-wiorstowyrn marszu, w stanie znuże­nia, trudnym do opisu. Dywizye 10. i 18. piechoty, o dziewię­ciu batalionach, wchodząc do miasta, miały po 2.000 ludzi, tylko w szeregach 17. i 12. batalion ledwie 400 ludzi; re­szta piechoty wlekła się po drodze, jedni bezsilni lub chorzy, nie mogli żadną miarą wydążyC za kolumną, drudzy zdrowi, lecz jarzmo karności niechętnie dźwigający, korzystali ze spo­sobności dla opuszczenia szeregów i starania się o żywność po bokach drogi. Były to owe marodery czyli oderwańce, plaga każdego wojska a osobliwie francuskiego, w dalekich wojnach żywionego sposobem rekwizyeyjnym.

Lecz taki ubytek w szeregach nietylko niedoświadczeniu lub złej chęci żołnierza przypisać należy; winę tę ponosili w większej części podoficerowie, z których niewielu kam­panie odbywało, i młodsi nasi oficerowie, którym się zda­wało, że powinnością ich tylko bić się i przywodzić żołnie­rzowi w boju. Zapominali oni, iż na tętn zależy najbardziej, ażeby licznemi i pełnemi rotami stanąć wobec nieprzyjaciela, z niegfodnym żołądkiem), z rynsztunkiem i bronią w porządku, To wszystko, co się tyczyło obozowania, ognisk, żywności, rozdzielenia obowiązków i służby obozowej i t. d., nie wiele ich obchodziło. Każdy znużony, o sobie tylko myślał i byle mógł wypocząć, o resztę nie dbał. Tu dopiero różnica po­między starym a młodym żołnierzem spostrzegać się daje. Ze wiele na oficerach polega: mogę tu za przykład podać kompanię 15-go pułku kapitana Macieja Rybińskiego, później w roku 1831 naczelnego wodza wojska polskiego, która bez żadnego ubytku znalazła się po wyjściu z Księstwa. Za tę pieczołowitość około żołnierza naczelny wódz mianował Ry­bińskiego szefem batalionu. Lecz i wódz naczelny i szef sztabu

— 101 —

słusznym tu zarzutom ulegają, a to przez niestosowne wy­bieranie godzin marszu, nieporządek w pochodzie, odległość dywizyj zbyt małą, wypoczynki nieodpowiednie i t. d. Jakaż różnica między naszym korpusem a pierwszym Davousta? — Widziałem pułki 57, 01, 111, 85. i 108. piechoty francuskiej, przechodzące nazajutrz po naszem przybyciu, przez Mohylew: wracali z bitwy pod Sałtanówką, o dwie mile od Mohylewa, stoczonej 23. lipca z korpusem jenerała Bagrationa. Postać ich marsowa, mundury i zbroje w najlepszym porządku dźwigali, żywność na kilka dni, podwójna ilość nabój i, podwójne obu­wie, narzędzia pionierskie: z całym tym ciężarem zdawali się lekko i ochoczo, jakby do tańca postępować. W szeregach nikogo, prócz zabitych i rannych, nie brakło, batalion po 800 ludzi; nielitościwy bowiem marszałek maroderów nie cierpiał i krótką miał z nimi rozprawę. Wstyd nas ogarnął, poró-wnywując jego żołnierzy z naszymi: dlatego też twierdziłem i dziś jeszcze twierdzę, iż nam potrzeba żelaznej ręki, ażeby z nas dobrych zrobić żołnierzy i w karbach nas utrzymać.



Powoli zaczęli się oderwańce nasze ściągać; szeregi się zapełniały, wkrótce bataliony liczyły 500 ludzi, a wychodząc z Mohilewa 600 łudzi: kilka przykładów podanych wojsku przez rozstrzelanie występnych, przyprowadziły rabusiów do porządku; ubytek jednakże około 200 ludzi na batalion wy­nosił, z których później marszowe bataliony uformowano. Wielu wcale się nie stawiło, wielu nieprzyjaciel rozprószonych zastał i do niewoli zabrał.

W czasie pobytu naszego w Mohylewie wojsko obozo­wało w szałasach, lub po wsiach okolicznych w kwaterach spoczywało. Oficerowie inżynierów zatrudnili się wystawieniem szańcu przed mostowego i mostów na Dnieprze. Przednie straże stały na drodze mścisławskiej. Po bitwie pod Sałtanówką dnia 23 lipca, jenerał Bagration, nie mogąc przebić się do pierw­szej armii przez Mohilew i Orszę, cofnął się do starego By-chowa i tam Dniepr przeszedłszy, dnia 26 lipca stanął w Pro-



~ 102 —

poi.sku nad Sozą; -ztamtąrl szedł na Czerychów. Dnia 27. lipca na Kryczew, 28. do MścLsławia, dokąd nazajutrz przybył

Dnia 28. korpus 5. stanął w Mohylewie. Gdyby marza-łek Davonst miał był go pod ręką dnia 23, w czasie bitwy Sałlanowskiej, albo by zgniótł zapewne Bagrationa i zapędził go ku Roliaczewu, skąd połączenie się z pierwszą armią sta­wało się niepodobnem; albo też obracając na swoją korzyść linie odśrodkowo, mógł z dwoma korpusami połączonymi iść prosto do Mścisławia (94 wiorst) i tam Bagrationowi drogę do Smoleńska zabiedź.

1 tu fatalny błąd bawienia w (irodnie jeszcze dał się uczuć. Z tego powodu ks. Poniatowski od Davoust'a, a szcze­gólniej od Napoleona, srogich doznawał wyrzutów. Yolre princfi est un trditre, mówił Napoleon do adjutanta księcia, Kickiego, wysłanego z raportem z drogi do Mohilewa.

Dnia 3. sierpnia Bagration bez żadnej przeszkody stanął w Smoleńsku i tam połączenie jego z pierwszą armią nastą­piło. Wszystkie więc obroty od Wilna, zmierzające ku jego zgubie, na niczem spełzły!

Dnia (i. sierpnia 4. korpus jazdy pod Lalonr-Maubour-giem, wzmocniony dywizyą Dąbrowskiego, wyruszył z Mohi­lewa do Rohaczewa, dla obserwacyi Bobrujska i korpusu Her-tela, zajmującego Mozyr.

Dnia 11. sierpnia 5-ty korpus wyruszył z Mo-/.TiohHewa hilewa do Szkłowa, dnia 12. do Orszy, dnia 13. "do Romanowa. Składał się tylko z 16. i 18. dywizyi piechoty i dywizyi jazdy, z pięciu pułków i jednego strzelców konnych; Dąbrowski z 1.7. dywizyą pod Rohaezeweni pozostał. Według piśmiennego rozkazu dnia 3, sierpnia, gdzie rnaroderów już połączonych z korpusami przypuszczam, siła 5-go korpusu wynosiła 22.738 ludzi, a ponieważ w dniu 24. czerwca korpus ten 36.311 ludzi pod bronią miał, co jako z autentycznych źródeł czerpane za dokładne poczytać mo­żna, stracił więc 5-ty korpus w pochodach tylko, prawie bez wystrzału, (wyjąwszy potyczkę pod Romanowem, gdzie pułk

— 103 —


1-szy stzelców konnych stracił 300 ludzi), 13.573 ludzi, to jest przeszło trzecią część od chwili przejścia Niemna. — l'o odciągnięciu dywizyi Dąbrowskiego, leżącej z 8.000 pie­choty pod Rohaczewem, 5-ty korpus z Mohilewa wychodząc, ■ liczył już tylko około l-i-.OOO ludzi, z tych 11.000 piechoty i 3.200 jazdy.

W Orszy poniosłem dotkliwą stratę; służący odebrawszy z magazynu żyto dla koni moich, zbyt skwapliwie poddawał tymże, a potem nagle napoił; jeden koń padł natychmiast, drugiemu krew puszczono, lecz tak mocno z powodu tego osłabł, iż już podemnie się nie zdał. Zostałem więc przy je­dnym zdrowym i jednym chorym koniu, przezco służba moja niezmiernie utrudnioną została.

Po przejściu Dniepru pod Orszą postępował 5-ly kor­pus, który od tej chwili prawe skrzydło wielkiej armii stano­wił, na Romanowo ku Krasnemu. Dnia 14. między Ladami i Krasnem wojsko nasze złączyło się na chwilę z wielką armią, dążącą pod Smoleńsk.

Tu zdarzyła się dla mnie pierwszy raz spo- s )Otkauif> sobność oglądania Napoleona. Zatrzymał się przez ?■ Napoleonem chwilę na głównym trakcie do Krasnego, wysadzo- ''' u s'erpnia' nym po obu stronach podwójnym.rzędem niebotycznych brzóz, odbierając z rozmaitych stron raporta.

Otoczony był świetnym sztabem, przed nim i za nim postępowały konne gwardye. On sam siedział na bułanym arabskim koniu i odznaczał się kapeluszem trójgraniastym, bez żadnej ozdoby, i sławną kapotą popielatą, pod którą nosił mundur strzelców konnych gwardyi. Napoleon miał wówczas lat. 43, wzrostu był małego, miał wysokie ramiona, szyje krótką, głowę wielką, był otyły; chód jego ciężki, twarz sze­roka, piękną wydawała się z profilu: nos był grecki, cera blada, włosy czarne, krótkie, gładko zaczesane na czole, oczy szare, piękne, ocienione brwią gęstą ciemną, których przeni­kliwość nie każdy mógł znieść. Cały wyraz twarzy był jakby głazu, nadzwyczaj spokojny i nawet ponury; dwie tylko na-

— 10i —

mięlności się na niej malowały, gniew i radość. Mówił mało i tylko przerywanemi słowami. Takie wrażenie na mnie osoba Napoleona sprawiła. Widziałem go później kilka razy w ciągu kampanii, lecz zawsze to samo wrażenie po sobie zostawił.

Lady, ostatnio polskie miasto na granicy dawnej Polski przed rokiem 1772, odznaczało się bytnością żydów, którzy w czarnem swojem odzieniu dziwnie odbijali od ludności wiej­skiej, około Krasnego i Smoleńska mieszkającej, która pocho­dzenia swego dawnego już nie pamięta.

Dnia 1.4. zaczęła się potyczka przedniej straży, pod kró­lem neapolitańskim, z dywizyą rosyjską jenerała Newerow-skoja, która źle prowadzonej jeździe francuskiej nie dała się rozerwać, i z stratą pięciu dział i 1.500 ludzi cofnęła się do # Smoleńska.

Dnia 10-go sierpnia nastąpiło zupełne połączenie nasze z wielką armią pod murami Smoleńska, do którego doszliśmy lnścisławskim traktem.

Miasto Smoleńsk, stolica niegdyś księstwa tego

— 105 —

wolę; z dobroci jednak Władysława miał sobie władanie księ­stwem przywrócone. Lecz niewierny ślubom swym Rusin, wkrótce, bo w roku 1403, bunt podniósł; zbity i wygnany z księstwa, schronienia w Węgrzech szukać musiał, a Witold odtąd smoleńską prowincyę już bezpośrednio do Litwy przy­łączył; wtenczas to waleczni Smoleńszczanie w bitwie pod Tanenbergiem z Krzyżakami 1411 roku, ustępujące huiVe Li­twinów i Tatarów wstrzymali i wiele do wygranej Polakom dopomogli, jak świadczy Kromer na karcie 451. edycyi war­szawskiej.



Od lego czasu Smoleńsk z okolicą składał jedno z naj­piękniejszych województw Litwy. Dopiero w roku 1514, zdrada i przejście Michała Glińskiego na stronę cara moskiewskiego Iwana Bazylewicza, poddały Smoleńsk w ręce Moskwy, tak iż lat 97 w ręku onych, podstępem zdobyty, zostawał. Jak tylko Moskale zdobyli Smoleńsk, tak zaraz kusili się o dalszy postęp w Litwie, i gdyby nie dzielne ramię Zygmunta I, Zyg­munta Augusta i Stefana Batorego, oraz wielkich wojowników, pod tymi królami żyjących, byliby już zapewne wtenczas księ­stwo to pochłonęli.

Około roku 1611. osłabiona Moskwa, zaburzeniami przez samozwańców Dymitrych wznieconemi, nadarzyła Zygmun­towi III. sposobność nietylko odzyskania ważnej tej twierdzy, ale nawet podbicia całego państwa. Wyprawił się więc na wojnę, król ten w towarzystwie wielkiego owych czasów bo­hatera Żółkiewskiego, hetmana. Obiegł Smoleńsk i po dwu-letniem blisko oblężeniu, wśród nąjprzykrzejszego klimatu wziął go szturmem dnia 14. czerwca 1611 roku; przy tem oblężeniu obywatele z Mazowsza, zręcznością i wytrzymało­ścią nad innymi celowali. Tu się szczególniej do zwycięstwa przyczynił kawałer maltański, Nowodworski, wysadzając czę­ści murów prochem. Nie mogli strawić Moskale utraty tak wielkiego grodu; jakoż w czasie bezkrólewia po śmierci Zyg­munta III., wT sto tysięcy ludzi, pod dowództwem Sehina. ma­jąc z sobą 30.000 Szwedów i Anglików, najwyborniejszą ar-



— 106 —

tyleryą opatrzonych, pod Smoleńsk podstąpili; jak świadczy Wassenberg na karcie 5(1 w dziele Gestormn Yladislai.

Oprócz tego mnogie hordy Tatarów i Czeremisów mieli z sobą, tak, iż tenże Wassenberg na karcie 55. mówi, iż po­dobnie przysposobiona armia na zawojowanie Europy zdawała się być zebraną. Stałość jednak i męstwo Polaków potrafiły piersiami swemi odwrócić tę grożącą burze.

Dowodził pod ten czas szczupłemu garnizonowi, bo le­dwo z kilku tysięcy złożonemu w tem mieście, nieśmiertel­nej pamięci godzien Stanisław Wojewódzki, polasianin, a jak mówi Wassenberg, cnotą swą i walecznością Rzymianinowi dorównywujący; ten z rzadką nieustraszonością przez dzie­więć miesięcy szturmy tak licznego nieprzyjaciela wytrzymy­wał i do obrony odwagą swą oblęźeńców zachęcał, dopóki Władysław IV., ów wielki wojownik i król, po koronaeyi swej z .'50.000 wojska na odsiecz miastu nie pokazał się, i po wielu walkach Sehina zbił, a całą jego wielką armię do złożenia broni zmusił. Po otrzymanem zwycięstwie stał król Włady­sław, otoczony rycerstwem polskiem, na górze pi*zy drodze do Moskwy idącej, a Sehin ów hardy, tak wielkiej dopiero armii dowódzca, z przymierzeńcami, dumnymi Anglikami oraz Szwe­dami, broń i chorągwie, schylając głowy, pod zwycięzcy nogi składali; opisuje ten tryumf chlubny dla Polaków, Wassenberg na karcie 11S. Zwycięstwo to i oswobodzenie Smoleńska zmu­siło Moskalów, iż zawarli traktat w Dywilinie roku Jfi;34, zrze­kając się na zawsze Smoleńska, Siewierza i Czernichowa.

Spokój Europy potrzebował, aby te granice były Mo­skwie zakreślone; męstwo i przezorność Władysława IV. tu je naznaczyły, lecz nieszczęśliwe wojny za Jana Kazimierza otworzyły Moskwie pole odnowienia swych dumnych zamy­słów; roku więc 1(554. związał się Aleksy Michałowicz, car mohilewski z buntowniczymi kozakami, wkroczył w granice Polski i obiegł Smoleńsk. Dowodził pod ten czas Obuchowicz wojewoda, jeden z możnych panów tamecznego województwa, lecz nie tej cnoty i odwagi, co nieśmiertelny Wojewódzki. —

-- 107 —


Korf był dowódzca zamku, a Piotr Swiacki, ziemianin tame-czny, dowódzca szlachty; po niejakich lekkich utarczkach pod­dał Obuchowicz pomimo sprzeciwiania się szlachty, miasto carowi, nie bez domysłu podłej sprzedąjności. Car albowiem przy odchodzeniu garnizonu #e wzgardą go pożegnał, a od­wróciwszy się od niego, do swoich wyrzekł, jak świadczy Kochowski, Climader 1. na karcie 437. te słowa: »Gdyby który z was tego człowieka odważył się naśladować, na pal wbity zostanie.«

Po zdobyciu Smoleńska rozpuścili Moskale swe zagony wgłąb Litwy aż do Wilna, ten był albowiem skutek zdobycia tego ważnego miejsca, iż kiedy Polacy byli panami onego, nietyko drżała stolica Moskwy, ale ich i w murach swych oglądała. Kiedy zaś Moskale posiedli Smoleńsk, byt i całość Litwy, a nawet i całej Polski, chwiać się zaczęły.

Smoleńsk odległy o 38G wiorst, czyli 55 mil od Mos­kwy, i o 704 wiorst, czyli 97 mil i 5 wiorst od Petersburga nie tyle ważny co do liczby ludności, która w roku 1812. tylko 12.000 dusz wynosiła, zato pod względem wojennym wielki wpływ na nasze działania wywierał. Miasto, jak się wyżej mówiło, leży na spadku góry, na lewym brzegu Dnie­pru. Głębokie dwa parowy, od przedmieścia Krasnojskiego ku Mścisławskiemu i od Raczeńskiego ku Nikolskiemu ciągnące się, a do Dniepra spuszczające, utrudzają niezmiernie przy­stęp po obydwóch skrzydłach. Miasto samo, otoczone jest wy­sokim murem, na 25 do 30 stóp wysokim, a 18 stóp grubym przy podstawie, którego rozwinięcie około a.000 sążni wTynosi. W narożniku lewym od „mostu był wyłom bardzo szeroki w murze, który drzewem w stosach był zatarasowany. Dwie bramy tylko prowadzą w środek; pierwsza, przy której łączą się trakty od Krasnoi, Mścisławia i Jelni, leży na środku pół­kola i zowie się Małachowska; druga prowadzi do mostu na Dnieprze, ze strony przeciwnej. Trzydzieści wież rozmaitego kształtu, do muru przypierających, jedne kwadratowe, drugie okrągłe, wznoszą się równo z murami, a rozłożone są w nie-

-■ - 108 —

równych odstępach na całym obwodzie. Część górna muru jakby w zęby wycięta, przedstawiała szerokie strzelnice dla piechoty. Po za murem znajdował się rów z drogą krytą i stokiem, lecz w stanie nieobronnym. Od strony Dniepru ani rowu ani stoku nie było, lecz mur podobny do reszty ob­wodu. Dla wycieczek wojska, broniącego drogi krytej, wykuto w murze w kilku miejscach niewielkie otwory.

Niewielki półksiężyc, z ziemi usypany, zakrywał bramę od Krasnoi, i ostrzelany był od starego bastyonu, również z ziemi usypanego, w odległości krótkiego armatniego strzału. W prawo o 400 sążni leży cytadela, zwana u naszych histo­ryków Zvgmuntowską twierdzą, przerywająca ciągłość muru. Składała się z Foremnego wielokąta o pięciu bastyonach, zbu­dowanego z ziemi. Wały tego szańcu nie były opatrzone pa­lisadami , od tej więc strony Smoleńsk nie był wolnym od szturmu. Pole otaczające miasto jest nierówne, poprzerywane parowami i zaroślami, w odległości ćwierci mili zakryte. Wieże wydrążone nie dopuszczały użycia artyleryi, wreszcie twierdza innych dział nie posiadała prócz 50, i te były bez łoż. Nieprzyjaciel artyleryą polową uzbroił półksiężyc przed bramą Małachowską, bastyon przyległy i cytadelę. Na pra­wym brzegu Dniepru znajdowało się przedmieście ludne, obszerne i handlowne. które niższem miastem przezwaćby można. Most drewniany łączył oba brzegi. Przed nim, nie dochodząc do niższego miasta, były zwaliska szańcu przed-mostowego w kształcie korony, budowle w przedmieściach wszystkie drewniane: w mieście samem znajduje się kilka pięknych kościołów, ozdobionych na sposób grecki, z pięciu kopułkami, każda z nich malowana jasnym kolorem, najczę­ściej zielonym, lub pozłacana. Prócz kościołów wiele innych pięknych murowanych gmachów zawierał Smoleńsk, pomiędzy niemi leżące ogrody i drzewa nadawały piękną malowniczą postać całemu miastu. Mieszkańcy prawie wszyscy opuścili swoje domy i z duchowieństwem i obrazami świętych, mia-

— 109 —


nowicie obrazem Matki Boskiej cudownej Smoleńskiej, schro­nili się do Wiazmy i Moskwy.

Dnia 16 sierpnia doszedłszy na wzgórze, zkąd widok na Smoleńsk zupełnie otwarty, spotkaliśmy cesarza, który się przy nas zatrzymał i przepuścił przed sobą. Wojsko defilowało plu­tonami z okrzykiem >Nieeh żyje cesarz*, i zajęło stanowisko na prawem skrzydle o pół mili od miasta. Jazda lekka fran­cuska wielkiem półkolem opasywała miasto w odstępach puł­kowych: dwie dywizye kirasyerów i karabinierów francuskich z innymi pułkami tworzyły rezerwę. Od lewego skrzydła sły­chać było pojedyncze strzały piechoty francuskiej, ucierającej się z przednimi posterunkami nieprzyjaciela. Była czwarta godzina po południu. Lecz ten dzień nie był przeznaczony do ataku. Napoleon spodziewał się, iż Barclay po złączeniu z Ba-grationem zaniecha cofania dalszego i spróbuje szczęścia przed murami Smoleńska. Dlatego też nie ściskał zbyt miasta, ażeby nieprzyjacielowi pole zostawić do rozwinięcia się przed mia­stem. Lecz mylną była ta nadzieja. Jakiż bowiem wódz śmiałby bitwę wydać mocniejszemu wojsku, mając miasto i rzekę za sobą, z jedyną tylko przeprawą.

Nazajutrz z rana, wojsko nasze posiliwszy 4fak Smo]ei. się stanęło pod bronią w ubiorze paradnym i ocze- ska dnia n. kiwało rozkazu do godziny 9-tej z rana. O tym SK'r'lma-czasie adjutanei przybyli i oznajmili księciu Poniatowskiemu wolę cesarza.

Korpus piąty ruszył naprzód w ściśniętych kolumnach, jazda na prawem skrzydle zakrywała ten ruch i regulowała nieprzyjacielskie posterunki, rozłożone wzdłuż Dniepru. Spo­tkaliśmy cesarza, który nas wesoło przywitał i w przytomno­ści swojej nakazał zmianę frontu w ten sposób, aby prawem skrzydłem zbliżyć się ku Dnieprowi. Poruszenie to nie bar­dzo gładko poszło; Napoleon rozśmiał się na widok pomyłek i rzekł: »To są młode wojska!« Przywoławszy potem księcia Poniatowskiego, wskazał mu punktu do ataku i polecił, aby prawemi kolumnami starał się wyprzeć nieprzyjaciela ze wsyst-



— 110 —

kich stanowisk w przedmieściu naddnieprowskiem i mostom nieprzyjacielskim zagroził.



i(. Poruszenie to wykonane zostało. .Jenerał Za-

jączek z pułkami: 3., 15. i 16. zbliżył się na wy­strzał kartaczowy od parowu prawego i tyralierom swoim rozkazał się spuścić doń. Rozpoczął się nader żywy ogień karabinowy. W tym samym czasie dywizya 18. atak przed­mieścia Raczenki od Dniepra rozpoczynała: artylerya korpusu piątego, połączona pod rozkazami jenerała Pelletier w liczbie 42 dział, zajęła stanowisko na wzgórzu na prawem skrzydle dla odkrycia mostów i ostrzeliwania brzegu przeciwnego, na którym w bliskości kościółka zatoczone były baterye rosyjskie pozycyjne. Rozpoczął się wr tym miejscu ogień bardzo żywy między przeciwnemi bateryami. Ludzie i konie padali; łoża strzaskane zastępowano, przodki i wozy amunicyjne wylaty­wały w powietrze. Był to piękny zaiste widok! Na lewem skrzydle naszej bateryi stał król neapolitański z księciem .Jó­zefem, rozmawiając między sobą jak najswobodniej, tak jak gdyby ich grad kul nie obsypywał. Ogień ten trwał parę go­dzin i powoli zaczął z obydwóch stron stygnąć. Tymczasem atak naszej piechoty postępował. Spędzono nieprzyjacielskich strzelców z parowu i z przedmieścia Nikolskoje, a pułki sze­snastej dywizyi wyparowały go nawet z drogi krytej. Lecz na tem zakończyć się musiały ich usiłowania; w murach trzy­dziesto-stopowych nie było wyłomu, a ogień ręcznej broni nie dozwalał do nich przystępu; artylerya francuska starała się wprawdzie otwory porobić, lecz wszelkie działania prze­ciwko ośmnasto-stopowym murom były nadaremne. Trzeba było szesnastą dywizyę, która mocno ucierpiała, z ognia wy­prowadzić, ukryć się w parowie i w palącym się przedmie­ściu Nikolskie. W tej akcyi utraeliśmy pułkownika Zakrzew-skiego, komendanta trzeciego pułku piechoty i podpułkownika Podhańskiego; ze sztabu głównego jenerał dywizyi Zajączek ranny był w nogę od kuli karabinowej. Mieliśmy .tu do czy-

— 111

nienia z korpusem Doktorowa, a mianowicie z pułkiem szó­stym jegrów korpusu Rajeskiego.



Drugi atak, wymierzony przeciwko przedmieściu raczyń-skiemu, szedł z początku pomyślnie. Jenerał Grabowski na czele ośmnastej dywizyi z trzema pułkami: drugim, ósmym i dwunastym wyparł nieprzyjacielską piechotę z doliny nad-dnieprskiej i opanował przedmieście: lecz nadeszła pomoc, złożona ze strzelców pieszych gwardyi i brygady dywizyi pod dowództwem księcia Eugeniusza Wirlemberskiego i zatrzy­mała natarczywość naszej piechoty. Przyszło do żywej walki na przedmieściu samem, które spłonęło w ogniu i strata z oby­dwu stron stała się wielką, lecz większa po naszej stronie. Zginął jenerał Michał Grabowski, żałowany przez wszystkich. Był to oficer pełen talentu i odwagi: zginął także szef Ga-vart z drugiego pułku piechoty; pułkownik Krukowiecki z dru­giego pułku odebrał postrzał w rękę. Poległo wielu oficerów i żołnierzy, a bolesne to, że wielu rannych spalonych zostało. Po wząjemnem kilkugodzinnem parciu, nie chcąc wystawiać na większe straty piechoty naszej, któraby na żaden przypa­dek murów kolbami nie była rozbiła, ani mostu, mocno ob­sadzonego pod ogniem całej linii murów nadbrzeżnych zdo­była, cofnięto się z przedmieścia i ukryto w zagięciach parowu. Noc zaszła w tem położeniu. Smoleńsk, zapalony gra­natami naszymi, leżał cały w płomieniach. Bitwa o godzi­nie 9 wieczorem ucichła. Francuzom nie lepiej jak nam się powiodło. Marszałkowie Davoust i Neu przypuszczali szturmy do przedmieścia Krasnojskiego i Mścisławskiego i starali się opanować bramę Małachowską (środkową) i twierdzę Zy-gmuntowską, lecz za nadejściem księcia Eugeniusza Wirtem-berskiego odparci zostali i zaniechać musieli dalszych sztur­mów. Artylerya tych korpusów daremnie się także siliła zro­bić wyłom w murach. Twierdza Zygmuntowska była rzeczy­wiście najsłabszym punktem; przeciwko temu otworowi nale­żało ogień całej arlyleryi wymierzyć i potem szturmować dostateczną siłą. Popełniony tu błąd kosztował nas więcej,

— 112 —

aniżeli wielka bitwa. Wielka armia straciła niezawodnie 12,(KKJ ludzi w tej rozprawie, z tyc-h na korpus piąty przy­padło do 1,000 ludzi.

Część nocy przepędziłem na wzgórzu nad parowem głó­wnym i ztamtąd miałem okazały widok palących się wież i ko­puł, odbijający się na ciemnem tle nieba. Przez całą noc spokój panował zupełny. Patrole nasze dochodziły do drogi krytej, lecz wszystko w spokoju zastały. Z pierwszym brza­skiem dnia pojedynczy żołnierze nasi, nie widząc wart nie­przyjacielskich przed sobą, postępowali coraz dalej, przeszli drogi kryte i rowy i dostali się do jednej z wycieczek w mu\ rze wykutych. Miasto było puste. W nocy Barclay w naj­większej cichości i porządku kazał wyjść swojemu wojsku, i wyruszył na traki ku Moskwie, po spaleniu mostów. Tym sposobem dnia 18. weszliśmy do Smoleńska bez wystrzału. Miasto płonęło jeszcze w ogniu i dopiero dnia 19. pożar zu­pełnie ugaszony został. Połowa domów i kościołów w gru­zach leżała. Ulice zapełnione poległymi i rannymi okropny widok przedstawiały. Po obejrzeniu miasta udałem się napo-wrót do głównej kwatery, dla zdania sprawy o stanie miasta.

Korpus piąty wypoczywał pod Smoleńskiem do dnia 22. sierpnia. Dnia 19. rozpoczęła się bitwa pod Wałutyną górą, między tylną strażą Barclay'a a przednią naszą. Ze strony francuskiej zginął jenerał dywizyi (Judin z korpusu Davoust'a.

Dnia 21. około godziny 11. zrana, cesarz odbył przegląd korpusu piątego t rozdał wielką ilość ozdób legii honorowej, w ogóle 88, pomiędzy temi dwa krzyże oficerskie. Przy tej sposobności nie szczędził pochwał i obietnic i rozmawiał z wielu wyższymi olicerami. Dnia 22. sierpnia wyruszyliśmy w dalszy pochód ku Moskwie: przeznaczeniem naszem było zasłaniać prawe skrzydło wielkiej armii.

Zachodzi tu teraz ważne pytanie: dlaczego Napoleon nie zatrzymał się w Smoleńsku, tak jak mu radzoro i nie starał się o umocnienie nowej podstawy nad Dnieprem i Dżwiną, skądby na przyszłą wiosnę mógł uderzyć na stolicę. Stodwu-

dziestomilowy pochód od swojej podstawy nad Wisłą na­kazany mu był przez okoliczności wojenne. Chcąc bowiem zmusić Barclay'a do stoczenia walnej bitwy przed połącze­niem się jego z Bagrationem, i chcąc przeszkodzić połącze­niu się temu, musiał szybko postęować, nie oglądając się na swoją podstawę, ani na magazyny, i wojsko swoje żywić z zasobów krajowych. Taki "marsz nagły przez wyżej wska­zaną opieszałość króla Westfalskiego nietylko nie przyniósł żadnego skutku, lecz połączony był z niesłychanemi dotąd stratami w ludziach i koniach. Dość porównać staan wojska w czasie przejścia granicy i za przybyciem pod Smoleńsk. Stan ten wykazuje \\r korpusach zebranych pod Smoleńskiem następującą różnicę:

Nad Niemnem dnia 2-i czerwca było . 283.650 ludzi Przed bitwą Smoleńską dnia 3 sierpnia J 79.770 »

Wielka armia poniosła zatem od 24. czerwca do 2. sier­pnia stratę przeszło 100.000 ludzi; ubytek ten szczególniej widocznym się staje przy porównywaniu stanu jazdy. Poró­wnanie sytuacyjne innych korpusów nie mniejsze różnice przedstawiało.

Tym to sposobem największe nikną armie, jeżeli nie są według prawideł wojennych, sankcyonowanych doświad­czeniem, prowadzone. Gdyby tak wielką stratą cesarz okupił był stanowczy rezultat odrzucenia armii rosyjskiej z linii operacyjnej, od Moskwy idącej, na zgubny dla niej kierunek petersburgskiej drogi, czego się spodziewał dokazać strate­gicznym, genialnym pochodem z Witebska ku Smoleńskowi; pewnie kampania inny byłaby obrót wzięła. Lecz nic nie dokonawszy, i mając przed sobą na trakcie moskiewskim nienaruszoną armię rosyjską, wypadało się głębiej zastano­wić, czy bez żadnej pewności dalszych korzyści, można się o 55 mil dalej zapuszczać od podstawy, nie zapewniwszy jej wprzód i nie ściągnąwszy rozrzuconych po całej Litwie oderwańców i nowych posiłków, gromadzących się nad Wi­słą i Niemnem.

Wspomnienia jcuerala Klemensa Kołaezkowskicgo. $

Drugi ważny przedmiot nasuwa się pod naszą uwagę. Napoleon zajmował wprawdzie całą Litwę, w ściślejszein zna­czeniu od Buga i Niemna do Dźwiny i Dniepru, i od morza Bałtyckiego do linii bagien Prypeci, dzielącej Litwę od Woły­nia. Lecz kraj ten, wyjąwszy Żmudzi, nie stanowił najżyźniej-szych prowincyj zabranego kraju. Wołyń, Podole i Ukraina, w zboże, ludzi i konie nierównie zamożniejsze, nietknięte leżały i w posiadaniu nieprzyjaciela znajdowały się, który w nich organizował nowe swoje siły, i zbyt przedłużonej działań na­szych linii zagrażał. Po wojnie tureckiej, pokojem Btikare-skim szczęśliwie dla Rosyi zakończonej, korpus Czyczakowa wolnym się stawał do wszelkich podobnych przedsięwzięć, które im dalej na tyły głównej armii francuskiej wymierzone, tem niebespieczniejszem dla niej czyniły dalsze zapuszczanie się w kraj nieprzyjacielski.

Ten więc wzgląd, równie jak i pierwszy, powinien był wpływać na postanowienie cesarza.

Na lewem skrzydle równe niebezpieczeństwo zagrażało linii operacyjnej francuskiej. Nad Dźwiną bowiem stał jenerał Wittgenstein z korpusem 40.000-nym przeciw dwom połączo­nym korpusom francuskim: drugiemu i szóstemu, które na początku kampanii liczyły razem 62.273 ludzi, a dnia 2 sier­pnia tylko 35.000 ludzi; marszałek Macdonald stał wpraw­dzie z korpusem 30 000-nym w Kurlandyi, naprzeciwko Rygi i mógł w potrzebie, złączywszy się z drugim i szóstym, dzia­łać wspólnie przeciwko Wittgensteinowi; lecz ten wzmocniony rezerwami, przybywąjącemi z Petersburga, milicyami i korpu­sem Steinhela, wyładowanym z Finlandyi, przechodził w sile drugi i szósty korpus, i nietylko zakrywał Petersburg, lecz równie jak i Czyczaków zagrażał linii operacyjnej.

Wszystkie wiec powody przemawiały za tem, aby się zatrzymać w okolicach Smoleńska, umocnić ten punkt, zamie­nić Dynaburg, Witebsk i Połock w czasowe twierdze, i starać się o zdobycie Rygi i Bobrujska. Pod zasłoną tych punktów, wielka armia byłaby się rozłożyła w zimowych kwaterach

i wzmocniona posiłkami świeżymi, na wiosnę przyszłą rozpo­częłaby drugą kampanię. Organizacya armii litewskiej stała się łatwą; wreszcie wysłanie silnego korpusu na Mozyr i Kijów byłoby powstanie na Wołyniu, Podolu i Ukrainie bez wątpienia roznieciło. Lecz Napoleon, zaślepiony niesłychanem powodze­niem, głuchy na przedstawienia marszałków swoich, spodzie­wał się przed Moskwą zmusić Rosyan do stanowczej bitwy i opanowaniem miasta tego jednym ciosem zakończyć wojnę. Lecz Bóg inny koniec jego dumie przeznaczył i Karola XII. losy dla niego gotował.

Dnia 22. sierpnia nastąpiło więc ogólne ruszenie wielkiej armii ku Moskwie. Składała się, jak wyżej, z gwardyi, z 1., 3., 4., 5. i 8. korpusu piechoty i 1., 2. i 3. jazdy rezerwo­wej ; korpus 4. rezerwowej jazdy Latour-Maubourga, szedł na Mścisław, Jelnię, zostawiwszy dywizyę Dąbrowskiego przed Mohylewem. Doliczywszy i ten 4-ty korpus jazdy, 5.000 ludzi, znajdziemy ogólną siłę wielkiej armii, operującej na Moskwę po odtrąceniu 19.000 ludzi na straty, poniesione pod Smoleń­skiem i Walutyną, sumę 165.000 ludzi.

Piąty korpus, przeszedłszy dwa razy Dniepr w odległości półtorej mili od wielkiej armii, postępował bocznemi drogami po prawej stronie traktu do Moskwy. Poprzedzała go dywizya lekkiej jazdy, pod komendą jenerała Kamińskiego. Wsie, przez które przechodziliśmy, nie zupełnie były opuszczone, a chociaż kozacy mieszkańców zmuszali do porzucania siedzib i ogień podkładali pod sterty i stogi, jednak dostateczną żywność po skończonych żniwach znajdowaliśmy dla ludzi i koni.

Dnia 24. doszła nas wiadomość przez jeńców, że główna armia rosyjska zamierza wydać nam walną bitwę przed Dro-hobużem. Cesarz ściągnął więc natychmiast gwardye ze Smo­leńska. Lecz jenerał Barclay za radą Bagrationa opuścił nie­korzystne stanowisko przy ujściu Uży do Dniepru w nocy z dnia 23. na 24. sierpnia i dalej się cofnął ku Wiazmie w trzech kolumnach. Lewa, za którą postępowaliśmy, złożona

8*

— 116 —

z drugiego korpusu piechoty, pierwszego jazdy i trzech puł­ków kozackich, szła na Konuszkino.

Dnia 25. sierpnia stanęliśmy obozem pod Wołoskiem, w odległości 20 wiorst od Drogobuża. Marsz dalszy prowadził na Łużki, Pokrowskoje, Stukino i Słobódkę, które to ostatnie miejsce leży prawie na wysokości Carewa Zajmiszcza przed miastem (iźatskiem. W Budajewie piąty kurpus dnia 1. wrze­śnia zatrzymał się, i tam odebrał rozkaz sposobienia się do bitwy, której się spodziewać należało.

Dnia 29. sierpnia wieczorem książę Ku tuzów objął ko­mendę ogólną nad połączonemi: pierwszą i drugą armią rosyj­ską w głównej kwaterze w Carewie Ząjmiszczem, i rozpo­rządzenia uczynił dla przyjęcia nas w stanowisku pod Boro-dynem na drodze Moźajskiej.

Piąty korpus w pozycyi pod Budajewem spoczywał przez 1., 2. i 3. września. Przez te dnie każdy dowódca pułku lu­strował szczegółowo broń, amunicyę i t. cl, wiedziano bo­wiem, iż chwila stanowcza nadeszła. Stan piątego korpusu dnia 2. września wynosił przytomnych pod bronią 8.4-30 pie­choty, 1.638 jazdy, 3(5 dział artyleryi, 18 dział pułkowych i 6 dział artyleryi konnej; a zatem bataliony piechoty liczyły nie więcej jak około 470 ludzi; pułki zaś jazdy około 400 koni, byliśmy więc zredukowani prawie do połowy.

Sytuacya ogólna wielkiej armii dnia 2. września była: 103.070 piechoty i 30.748 jazdy, licząc w to 6.003 piechoty i 1.318 jazdy nieobecnej, lecz spodziewanej w przeciągu pię­ciu dni; ogółem 133.819 ludzi i 587 dział.

W dowództwie naszych dywizyj zaszła była zmiana. W miejsce ranionego pod Smoleńskiem jenerała Zajączka,, objął komendę szesnastej dywizyi jenerał Izydor Krasiński, odważny i pełen poświęcenia żołnierz; komendę dywizyi ja­zdy otrzymał jenerał dywizyi francuskiej Sebastiani, korsy-kanin, nielubiony od Napoleona, który mu pamiętał niektóre uchybienia w Hiszpanii popełnione. Komendę naszej dywizyi uważał sobie Sebastiaai za niełaskę; lecz że Polaków z czasu

— 117 —


wojny hiszpańskiej znał i lubił, i pod komendą swoją miał niejaki czas pułki: 4., 7. i 9. piechoty, przeto starał się tego nie okazywać, i owszem bardzo był łaskaw na swoją dy-wizyę. Wnet spostrzeżono, iż żadnego nie miał doświadczenia w prowadzeniu jazdy.

Dnia 5. września postępowaliśmy starym trak- B io} tem Smoleńskim przez Jelnię, w jednej kolumnie, Mołajskiem jazda na przodzie. Wtem o godzinie drugiej po tLo"rzosuia-południu oficer ordynansowy cesarza oznajmił księciu Ponia-towskiemu, iż wojsko nieprzyjacielskie stoi w pozycyi o kilka wiorst od nas, i bez wątpienia dziś jeszcze przyjdzie do walki : książę Poniatowski natychmiast stosowne uczynił rozporządze­nie. Kolumna nasza odstąpiła starej drogi Smoleńskiej i po­sunęła się na lewo, ukośnie do wielkiej armii, przez małą równinę, przeplataną laskami i zaroślami. Spotkaliśmy kilka szwadronów jazdy nieprzyjacielskiej, które odebrawszy parę wystrzałów armatnich pierzchły i w biegu przeleciały około naszego frontu. Laski i krzaki, rozrzucone na pozycyi, oddzie­lały nas od tylnej straży rosyjskiej i nie dozwalały dokładnie odkrywać jej stanowiska. Widoczne tylko były dwa wzgórki, bliższy zajęty był okopem i liczną artyleryą uzbrojony, dalszy lecz niższy, o 500 sążni odległy od pierwszego, opierał się o las, i zdawało się, jakby zasłaniał rezerwę. Stanowisko to



  1. kilkaset sążni przed frontem głównej pozycyi rzucone, było
    na kształt dzieła zewnętrznego tejże pozycyi przeznaczone,

  2. miało pierwsze nasze ataki złamać. Wkrótce błysnął ogień
    z okopu, grad kul obsypał czoło naszej kolumny i nakazał
    rozwinięcie batalionów. Książę Poniatowski stosownie do miej­
    scowości rozporządził nasze linie. Bataliony 10-tej dywizyi,
    poprzedzone tyralierami, posunęły się naprzód; bataliony zaś
    18-tąj dywizyi w tym samym szyku bojowym zajęły nasze
    prawe skrzydło, ucierając się z nieprzyjacielskimi jegrami, któ­
    rzy w gęstych zaroślach dzielnie się trzymali. Naprzeciw re­
    duty na wzgórzu zatoczono 24 dział naszych, między temi
    12 pozycyjnych, ażeby ostrzeliwać równinę, przed nami le-

— 118 —

żącą. Jazda pilnowała prawego tkrzydła i łączyła nasze lewe z wielką armią.

Najżywsza walka rozpoczęła się w tych wzajemnych po-zycyach z widoczną wyższością ze strony artyleryi rosyjskiej, która korzystniej od naszej stojąc, gradem kul wydrążonych obsypywała nasze linie. W przeciągu pół godziny stanowisko naszej bateryi zasłane zostało końmi i ludźmi. Szef brygady Sowiński stracił prawą nogę. Porocznicy Czajkowski i Ło-bocki zginęli od kul armatnich; porucznik Chrzanowski ranny od kartacza. Sowiński, tak mocno ranny, z największą spokoj-nością dał się opatrzyć, i leżąc na ziemi, przy swoich działach, nie przestał wydawać rozkazów kanonierom. Któż nie pamięta w naszej armii szanowną postać tego walecznego męża, który zawód, tak pięknym czynem rozpoczęty pod Możajskiem, miał śmiercią chwalebną pod Wolą uwieńczyć! W tym czasie wiel­kie masy jazdy rezerwowej francuskiej, pomiędzy lewem skrzy­dłem naszem a dywizyą jenerała Compens'a z pierwszego korpusu, zaczęły się formować pułkowemi kolumnami w od­stępach; dywizya zaś Compens'a ruszyła naprzód dla zdoby­cia reduty; około tego punktu nastąpiła żywa walka. Reduta kilka razy zdobyta i znów stracona, pozostała o 9. godzinę wieczór w ręku Francuzów. Jazda rosyjska, z kirysyerów i dragonów złożona, nader śmiałe ataki przypuszczała do ja­zdy francuskiej i przednie pułki przełamała; natarła nawet na kompanię piechoty naszej, wysuniętą przed naszemi kolum­nami, dla wsparcia tyralierów. Te w kłębki zwinięte, ogniem rotowym odparły nieprzyjacielską jazdę; osobliwie zimną krew okazywał w tej chwili kapitan Jan Skrzynecki z pułku 16-go piechoty, na czele swojej kompanii. Nareszcie przybycie króla neapolitańskiego, na czele innych pułków jazdy, zatrzymało rosyjską jazdę, która przechodzą blisko artyleryi naszej, po­żegnanie ostatnie od niej odebrała i z pola ustąpiła. Należały do tego ataku, który do najnatarczywszych policzyć można, pułki kirysyerów: małorosyjski, glonczowski, i jeżeli się nie mylę, ordeński; tudzież dragony charkowskie i czernichow-

— 119 —


skie. Szef brygady Artur Potocki, od kirysyerów napadnięty, kilka cięć odebrał w głowę.

Po spędzeniu jazdy rosyjskiej piechota nasza ruszyła naprzód; 14 kompanij woltyźerskich, zebranych pod komendą szefa brygady Macieja Rybińskiego z pułku 15. piechoty, za­słaniały ten ruch. Atak ten z ostatniem natarciem na redutę dywizyi Compans'a skombinowany, zakończył bitwę tego dnia, która do późnego wieczora, t, j. do godziny 9. trwała.

Dzień 6. września przeszedł na rozpoznaniu szczegóło-wem nieprzyjacielskiej pozycyi. Cesarz z królem neapolitań-skim i całym sztabem przybył do naszego obozu, rozłożonego na zdobytej wczoraj pozycyi, i niejaki czas zatrzymawszy się tam, rozpoznawał nieprzyjacielskie stanowisko; rołożeni w krzakach w bliskości obozu naszego rosyjskie jegry, ogra­niczali bardzo nasz horyzont. Ze wzgórza zdobytego wilią, wi­dać było tylko jakby morze jakie zarośli, rozciągających się w głąb i na prawo pozycyi nieprzyjacielskiej. Droga stara, z Smoleńska na Jelnię do Moskwy prowadząca, i wieś Utitca dość wyraźnie się przedstawiały. W lewo pozycya rosyjska wydawała się jaśniejsza, mniej było zarośli, lecz zato pole po­przerywane głębokimi jarami i parowami. Linie obozów ru­skich, przy których mnóstwo ludzi było w poruszeniu, jak na dłoni przez perspektywę się wydawały. Rozpatrzywszy się w tym punkcie cesarz instrukcye swoje dał księciu Ponia-towskiemu, które na tem zależały, aby korpusem naszym zwrócić się ukośnie napowrót na trakt smoleński, lewe skrzy­dło nieprzyjacielskie wyrugować ze stanowiska, które zajmo­wało za Uticą, na wzgórzu (t. zw. Mamelonie) i starać się nieprzyjacielskiej armii zajść z boku i z tyłu. Zadanie to wi­docznie było za wielkie w porównaniu z siłami naszemi, które nie przechodziły 10.000 ludzi pod bronią.

Rzeczywiście korpus Tuczkowa zajmował tę pozycyę dwoma dywizyami piechoty, t. j. pierwszą grenadyerską jene­rała Strogonowa z 12 batalionów, i trzecią jenerała Kono-wniczyna z 11 batalionów piechoty, 24 dział pozycyjnych,



— 120 —

32 dział lekkich; pierwsza dywizya grenadyerów w dwóch liniach uszykowana była pomiędzy Uticą i Mamelonem: trze­cia dywizya podobnież w dwóch liniach, stanowiła za nią drugi zastęp. Na lewem skrzydle było sześć pułków kozackich pod jenerałem Karpowem, z jedną bateryą konną. Po za Ma-mełonetn w rozerwie milicye moskiewskie, 7.000 ludzi pod jenerałem L. Markowem. Przed prawem skrzydłem od Uticy poczynając, rozłożone były w zaroślach 20. i 21. pułki strzel­ców z dywizyi trzeciej, z gęstomi tyralierami, które związek utrzymywały z dywizyami Woroncowa i Newerowskiego.

Ta siła, jeżeli bataliony równe naszym przypuścimy, wy­nosiła około 13.000 piechoty liniowej, 7.000 milicyi, 1.800 kozaków i (12 dział.

Siła ta przewyższała w dwójnasób naszą siłę. Pomimo więc wszelkich natężeń zadanie stało się trudnem do rozwią­zania, jeżeliby inne okoliczności nie sprzyjały. Tu 30.000 ludzi nie było nadto, wyparowawszy bowiem korpus Tuezkowa je­szcze bylibyśmy trafili na silne rezerwy, gotowe do odparcia tak stanowczego ruchu.

Dnia 7. września, o godzinie 6. z rana, woj­sku stającemu pod bronią odczytano rozkaz dzienny cesarski, następującej osnowy: »Żołnierze! zbliża się teraz bitwa, której tak mocno pragnęliście! Od was zależy zwyciężyć! Zwycięstwo jest nam potrzebne; da nam podo-statkiem wszystkiego i dobre leże zimowe; pozwoli oraz na prędki powrót do ojczyzny. Sprawcie się tak, jak pod Auster-litz, Friedlandem, Witebskeiin; niech najpóźniejsi potomkowie z chlubą o waszem sprawowaniu się w tym dniu wspomi­nają: byli oni w owej wielkiej bitwie pod murami Moskwy! W obozie cesarskim na wzgórzach Borodyna dnia 7. września o godzinie 2-giej z rana.«

Po odczytaniu tej odezwy piąty korpus wyruszył na stanowisko, które mu było naznaczone na prawem skrzydle linii bojowej, i zajął stary trakt smoleński. O godzinie 7-mej z rana baterye francuskie, naprzeciw Borodyna zatoczone, dały

znak do bitwy. Wnet grzmoty artyleryi na całej linii odpowie­działy temu hasłu. W miarę, jak się nieprzyjacielskie strzelcy, w krzakach rozrzuceni usuwali, kolumny nasze, poprzedzane tyralierami, postępowały naprzód i wieś Utitsę zajmowały. Ba-terya z dwunastu dział pozycyjnych, pod bezpośrednim kie­runkiem pułkownika artyleryi, Górskiego, w lewo Uticy na wzgórzu ustawiona, popierała ogniem swym ten ruch. Dywi­zya zaś lekkiej jazdy, pod komendą jenerała Sebastianiego, zakrywała go od prawego skrzydła, broniąc od napadów nie­przyjacielskiej jazdy.

W takim szyku atak postępował coraz gwałtowniej. Wkrótce na całej, naszej linii rozpoczął się nader żywy ogień broni ręcznej pomiędzy tyralierami z obydwóch stron, któ­remu wtórowały baterye pozycyjne nieprzyjacielskie z Ma-melonu i nasze pod Uticą.

Dywizya 16-ta pod jenerałem Krasińskim, wspierając swoich tyralierów, rozdrobniła się na małe oddziały i wpro­wadziła do boju dwie trzecie części całkowitej siły; a jednak wcale nie postępowała. Nieprzyjacielskie strzelcy, doszedłszy do swoich kolumn, przestali się cofać i wstępnym bojem upor­czywie się potykali. Trudno było ściągać do kupy rozpierz­chniętą po zaroślach i chrustach piechotę naszą, dla uformo­wania z niej kolumn do ataku, w przytomności i pod ogniem nieprzyjacielskich jegrów. Ogień wzmagał się coraz bardziej. W przedłużeniu linii naszej bojowej wznosił się w białych kłębach dym baleryj francuskich, oznaczający widocznie po­stęp naszego środka. A jednak dla słabej siły nic stanow­czego nie można było na naszej stronie przedsiębrać. Korpus ósmy westfalski, znajdujący się na lewem skrzydle naszem, już mocno ucierpiał od jazdy i artyleryi rosyjskiej i w stanie bliskim rosypki się znajdował. Żadnej więc pomocy z jego strony nie można się było spodziewać.

W tej ważnej chwili, książę Poniatowski, chcąc się ze swojej strony przyczynić do zwycięstwa, nakazał atak pie­choty na Mamelon, stanowiący oparcie nieprzyjacielskiego kor-



— 122 —

pusu jenerała Tuczkowa. Szef brygady Maciej Rybiński, na czele jednego batalionu piętnastego pułku liniowego, zaszedł od prawego skrzydła i szybkiem natarciem opanował go, spę­dziwszy nieprzyjacielską piechotę, mianowicie pawłowskich grenadyerów i 13 dział zdobywszy, utrzymał się na wzgórzu blisko przez kwadrans. Stąd jak na dłoni wszystkie pozycye nieprzyjaciela jasno się wydawały, (idy jednak druga linia na­sza, pod jenerałem Kniaziewiczem, żadnego kroku nie uczy­niła dla wsparcia tego ataku; szef batalionu Rybiński, nie zdołając się z jednym osłabionym batalionem dłużej opierać nacierającym zewsząd rezerwom rosyjskim, mianowicie puł­kom grenadyerskim, petersburskiemu, ikatervnosławskiemu, Krakczejewa i leibgrenadyorskiemu, i pułkom muszkieterskim: Willmanslrand i Biełozersk, prowadzonym osobiście przez jenerała korpuśnego I. Tuczkowa, wziął sam orła w ręce, i uformowawszy kolumnę, przedarł się przez nieprzyjaciel­skie bataliony, utraciwszy 300 walczących. W tej to walce jenerał Tuczkow śmiertelnie zoslał raniony. Tym sposobem ruch ten stanowczy, że tylko jednym batalionem wykonany, bez wsparcia rezerwy, nie mógł się udać. Wykonany przez całą dywizyę 10-stą i wsparty 18-stą, byłby za sobą inne po­ciągnął skutki.

Ile razy zdarzyło mi się widzieć księcia Poniatowskiego, zawsze wprowadzał bataliony pojedynczo w ogień, gdzie sam rycerską swoją piękną poslawą odznaczał się od wszystkich; nigdy nie pamiętam jednak, aby kilka batalionów odrazu wy­słał z rezerwą, albo z drugą linią w odwodzie. Był to błę­dny zwyczaj, z austryackiej szkoły przyjęty, który nie wiele dokazawszy, tępił naszą piechotę.

Nieprzyjaciel spędziwszy Rybińskiego zajął napowrót Mamelon i uwieńczywszy go sześcioma działami pozycyjnemi, wytrwał w tej pozycyi do godziny 3-eiej po południu. Ogień artyleryi i tyralierów z obydwóch stron rozpoczął się na nowo, tak jak przed tym atakiem, bez widocznej korzyści z naszej strony.



— 123 —

Około godziny 3-ciej dopiero książę Poniatowski, naglony rozkazami cesarza, postanowił wszystkiemi siłami ponowić odparty atak. Uformowawszy obydwie dywizye w ściśniętych kolumnach, poprowadził je sam na Mamelon, i wsparty z boku jazdą, szybkiem uderzeniem zdobył go po raz drugi i artyleryą uwieńczył. Dowodzący po Tuczkowie, jenerał Baggowulh, na-próżno się starał odzyskać utracone stanowisko. Wreszcie ruch wsteczny głównej armii jemu także nakazywał odwrót. Wykonał go porządnie, nie wiele party od naszej piechoty, i zajął nową pozycyę, o dwa wystrzały armatnie od pierw­szej. Dywizye nasze przepędziły noc w zdobytej pozycyi, nie zaniedbując wszelkich ostrożności, jakie nakazywała bliskość nieprzyjaciela, spodziewano się bowiem nazajutrz odnowienia bitwy. Lecz wojsko rosyjskie zatrzymawszy się do wieczora w pozycyi odwodowej, cofnęło się w nocy pod sam Możajsk. Strata nasza w dniu 5. września wynosiła około 2.000 ludzi w zabitych i rannych. Piechota nasza o 61)00 ludzi pod bronią zmniejszoną została, .lazda nie wiele ucierpiała. Z oficerów wyższych pułkownik 8-go pułku piechoty, Stuart, utracił nogę; szef brygady artyleryi, Daret, waleczny żołnierz, ugodzony kulą armatnią w nogę, po odbytej amputacyi, w kla­sztorze kotolskim życie chwalebne zakończył.

W czasie bitwy, znajdując się w sztabie księcia Ponia­towskiego, wysłany byłem z rozkazami po kilka razy do na­szej piechoty i do bateryi pozycyjnej, i równo z innymi po­dzielałem niebezpieczeństwo tego pamiętnego dnia. W czasie, gdy ogień zdawał się wolnieć, z ołówkiem w ręku rysowałem pozycyę naszą, a w miarę postępu naszego i nieprzyjacielską. Nazajutrz, to jest 8. września, około godziny 10. z rana dokończywszy planu bitwy z naszej strony, ciekawy byłem roz­poznać pole bitwy wielkiej armii; przechodząc od prawego skrzydła ku środkowi, znalazłem w miejscu, zajętem przez ósmy korpus westfalski, ślady niepowodzenia wczorajszego; leżało po krzakach wiele trupów westfalskich z rozmaitych pułków. Wstąpiwszy na pole, tam gdzie wysypane trzy szańce

oznaczały środek rosyjski, przedstawiał się zdziwionym oczom moim widok, którego okropność przeszła oczekiwanie. Na przestrzeni tylko 1500 sążni wzdłuż i tyleż wszerz, leżały trupy ludzi i koni pobitych, strzaskane łoża, wozy amuni­cyjne i broń ręczna tak gęsto, jak mi się później nigdy nie zdarzyło widzieć, nawet wr bitwie lipskiej. Śmierć tu odbyła okropne żniwo swoje. Leżeli tu zmieszani Francuzi z Rosya-nami; świeże ich rany szczególnie od kul armatnich, w roz­maitych postaciach, przerażały umysł nie dość zahartowany na takie widoki. Osobliwie w bliskości szańców powyższych i wielkiej batcryi zamkniętej na lewo Borodyna, widoczne były ślady najzaciętszej walki. Rowy literalnie zapełnione były peległymi, a przystęp do nich zasłany również trupami tak, iż po nich sądzić było można o kierunku nacierających kolumn. Przy borodyńskiej bateryi, której przedpiersia od kul i granatów zatarte i od kopyt nacierającej jazdy zdeptane były, widać było olbrzymie postacie kirysyerów francuskich, saskich i polskich, którzy niesłychanem w dziejach jazdy natarciem, szaniec ten zdobyli. Jakiś dziwny wyraz namiętności i od­wagi jaśniał jeszcze na tych, ranami zoranych i skurczo­nych twarzach. Tu zginęli jenerałowie Montbrun i Caulin-wurl na czele swoich żelaznych hufców. Odznaczały się także ogromnością ciała pobitej gwardyi i jazdy rosyjskiej, leżącej na linii bojowej.

Na tem lo pobojowisku stały zwycięskie balaliony fran­cuskie, kurzem wczorajszym jeszcze okryte, z ustami poczer­nionymi od prochu, z bagnetami gdzieniegdzie od kul skręco-nemi, w znacznie przerzedzonych rotach. W niektórych nali­czyłem ledwie po 200 ludzi obecnych koło orła, lecz orzeł świetny po lakiem zwycięstwie, wśród takiego spustoszenia pięknie odbijał nad temi ogorzałemi twarzami. Jeszcze wiele rannych nie opatrzonych leżało pomiędzy poległymi. Tych wyszukiwano i odnoszono w tył batalionów. — Rónież i ja­zda w słabych szwadronach po kilkadziesiąt ludzi tylko, uszy­kowana stała na polu bitwy. Straty, jakie poniosła, dotkliw-

-■ 125 -

szemi jeszcze były aniżeli piechoty. I tak naprzykład brygada ciężka jenerała Theilmana, z dwóch pułków kirysyerów sa­skich i 14-ego polskich kirysyerów złożona, straciła tegoż, dnia 41 oficerów i 500 żołnierzy w zabitych i rannych.

Wedle wiadomości powziętych na miejscu, nie zaś po­dług kłamliwego 18. buletynu, strata z francuskiej strony do­szła do 40.000 ludzi zabitych i rannych; pomiędzy ostatnimi było 30 jenerałów. Zginęli jenerałowie: Montbrun, Caulinwurt, Plauzonne, Huart, Compere, Marion, Lanabere i hr. Lepel. Między rannymi znajdował się marszałek Davoust.

Ze strony rosyjskiej przyznano 50.000 ludzi całej straty (ob. Buturlina). Zginęli lub z ran umarli: jenerałowie Bagra-tion i Tuczkow I., Kutaisow i Tuczkow IV.; prócz tych mieli 9 jenerałów rannych. Pod tym więc względem porównywając stratę jazdy, Francuzi więcej ucierpieli; ostatnia bowiem nie łatwo dała się powetować.

W tak krótkim czasie i na tak małej przestrzeni naj­starsi wojskowi nie pamiętali tak wielkiego pogromu, a nawet bitwa pod Ellau w żadne z Możajską nie może iść porówna­nie; ta bitwa za najkrwawszą od czasu wynalezienia prochu uważaną być może.

Piechota rosyjska nazajutrz znajdowała się w zupełnej dezorganizacyi i wedle wszelkich wiarogodnych podań prawie wszystkie bataliony były rozprzężone i pomieszane, i gdyby nie karność nadzwyczajna tego wojska i pomoc kozaków, najokropniejsze stąd skutki dla Rosyi wyniknąć mogły. Fra-cuskie wojsko tak ciężkiej próby nie byłoby wytrzymało; do­wodem przegrana Waterloo. Kilka dni po bitwie piechota ro­syjska, nie będąc pogonią parta, przyszła do należytego po­rządku ; i wszędzie, gdzie nam stawiła czoło, z równą jak pierwej potykała się stałością, żadnego chorego, ani marud era nie zostawiając za sobą.

W piechocie francuskiej uskarżano się na straty od szrapneli, gatunku kul wydrążonych, które nabite prochem, pękając rozrzucają ołowiane kule na podobieństwo kartaczy.

— 126 —

Ten nowy rodzaj pocisków udzielony był Rosyanom przez Anglików.

Dnia 8. września około południa, furaźery nasze, szu­kając strawy dla koni w pobliskich wioskach, napadnięci zo­stali od kozaków, którzy ich spłoszyli i do obozu zapędzili. Powstał stąd zgiełk i wołanie do broni, które się powtórzyło na linii francuskiej; lecz wkrótce dowiedziano się o przyczy­nie tego alarmu i wszystko do spokojnośei wróciło.

Wrażenie, jakie bitwa możajska po sobie żołnierzowi zostawiła, nie było wcale pocieszające; po tylu stratach w po­chodach i w bitwie, jakież to były odniesione korzyści, gdzież chorągwie, gdzie działa zdobyte, gdzie niewolnicy? Podobnych trofeów armia prawie żadnych nie zdobyła, prócz kilkadziesię-ciu dział zdemontowanych, zostawionych w szańcach. Na tem cafa korzyść! Wojsko rosyjskie na pozór nienaruszone, nie' straciwszy ani jednego polowego działa, zniknęło z naszych oczów pod zasłoną lekkiej jazdy, zostawiając Napoleona w nie­pewności, czy nie raczej ku Kałudze aniżeli ku Moskwie obró­ciło się. Zamiast więc radości pewien rodzaj osłupienia ogar­nął umysły wojska. Odtąd przestano o powodzeniach myśleć, i tylko nowe trudy i przyszłe klęski zaczęły się marzyć.

Dnia 8. września przed wieczorem zaczęliśmy posuwać się zwolna za cofającym się nieprzyjacielem, i wkrótce wynu-źywszy się z zarośli na otwarte pole, ujrzeliśmy jego straż tylnią na pochyłości pod miastem Możajskicm, ucierającą się z francuską jazdą. Ze stanowiska naszego, i widziałem dokła­dnie uszykowane linie jazdy rosyjskiej, zakryte chmarą koza­ków, a w dolinie po za Możajskiem tłumy piechoty, szbko ustępujące z liczną artyleryą i powózkami. O pół mili od Mo-żajska, 5. korpus rozpalił swoje ognie i urządził się na noc. Nam szczęśliwym trafem dostała się pieczeń barania, dość rzadki specyał podówczas, kiedy wojsko na pobojowisku za­bite konie już piekło.

Następnych dni książę Poniatowski, zajmując zawsze prawe skrzydło wielkiej armii, posuwał się ku Moskwie, nie

— 127 —

spotykając nigdzie innych większych oddziałów prócz natrę­tnych zawsze kozaków, na Fomińskoje dnia 9-go września, gdzie dostaliśmy się na trakt, z Kaługi przez Borowsk pro­wadzący ku Moskwie.



Na tej drodze zwolna postępując nie doznaliśmy ża­dnego oporu i z większą aniżeli wprzód łatwością, potrzeby nasze z kraju wybieraliśmy. Z Fomińskoje szliśmy na Burt-sowo, Charopowo i dnia 13. obozowaliśmy pod Łyhową o 22 wiorst od stolicy. Wielka armia postępowała jak zwykle, w je­dnej kolumnie głównym traktem smoleńskim. Wicekról włoski ze swoim korpusem szedł na Roużę i Zwenigród.

Zdawało się wszystkim, iż Kutuzow bez stoczenia dru­giej bitwy nie wpuści nas do stolicy. Jakoż w rzeczy samej przygotowania do niej porobił w obozie, który mocnymi szań­cami obwarował. Lecz to była tylko zręczna demonstracya dla pokrycia ważniejszego planu. Tu bowiem postanowił opu­ścić stolicę, wyprowadzić z niej mieszkańców, i zwrócić się z całą armią na trakt kałuski, skąd zagrażał komunikacyi ze Smoleńskim.

Hostopczyn, gubernator Moskwy, spaleniem miasta uzu­pełnił ten plan, tak dla nas zgubny; nie tylko nas bowiem pozbawił zasobów tego zamożnego miasta, lecz winę spalenia Moskwy na nas złożywszy, wystawił nas w oczach narodu ru-kiego za barbarzyńców, za podpalaczy i gwałcicieli wszel­kich praw ludzkich i boskich, i przez to klasy nieoświecone narodu podburzył do wojny świętej za religię i cara.

W tym stanie rzeczy dnia 14. września otrzymaliśmy rozkaz wyruszania ze stanowitka pod Łykową i zbliżenia się ku stolicy. Wszelkie zachowano ostrożności w tym marszu, każdy sie bowiem tego dnia bitwy spodziewał. O 10 wiorst od miasta natrafiliśmy w bok drogi na pole, nadzwyczajnie piękną marchwią zasadzone, którą wielu nas zasiliło się, nie myśląc o tem. iż za dwie godziny wynosić nam będą ananasy i konfitury kijowskie z pałaców opuszczonych bojarów rosyj-skii-h. Lasek nie wielki zakrywał nam jeszcze widok stolicy.



— 128 —

Wychodząc z niego na wzgórze, zwane Worobiejskie góry, czyli Góra wróbli, przedstawiła nam się nagle panorama tego ogromnego miasta. Każdy z nas uderzony tym nadzwyczajnym widokiem, zatrzymał się i zawołał z radością i zachwyceniem: Moskwa! Moskwa! otóż cel naszych usiłowań.

Nim przystąpimy do opisania dalszych zdarzeń, nie za­wadzi kilka słów poświęcić samemu miastu.

Widok Moskwy zdaje się być nowym i dzi­kim dla każdego cudzoziemca. Olbrzymie to miasto zabudowane jest nieregularnie i ma kształt prawie okrągły. Wystawione było bez żadnego planu i porządku na wzgórzach pomiędzy rzekami Moskwą i Negliną. Tu widać ogromne bu­dowle, zajmujące tyle miejsca, ile niektóre miasta prowincyo-nalne; tam kościoły i kaplice wybudowane w najdawniejszym stylu bizantyjskim, obok lichych domów drewnianych, a czę­stokroć puste place zarosłe trawą i krzewinami; stąd pocho­dzi wyrażenie się księcia de Ligne o Moskwie, iż zdaje się, jakby paręset bojarów zabrało się z pałacami swymi wiej­skimi i okolicznemi siołami i mieszkańcami, i tu za umuwio-nym znakiem osiadło razem. Ulice są długie, szerokie, lecz zawsze kręte i źle brukowane; po przedmieściach znajdują się i takie, które nakształt gościńców i grobel, pokładane są deskami przybitemi do belek. Około każdego prawie domu czy pałacu, a osobliwie na przedmieściach, leżą wielkie ogrody an­gielskie lub warzywne, które całemu miastu postać ogromnej raczej wsi, jak miasta eurepejskiego nadają. Wśród tej zielo­ności błyszczy tysiąc kopuł i wież pozłacanych nakształt ma­łych balonów. Obwód miasta Moskwy jest większy od obwodu każdego innego miasta, wyjąwszy Londynu, ma bowiem 40 wiorst czyli 6 mil w rozwinięciu. Ludność jego nie odpowiada tak wielkiej przestrzeni; licząc ją w lecie do 300.000, a w zi­mie do 400.000 dusz. Różnica ta stąd pochodzi, iż panowie moskiewscy mieszkają tylko w zimie w mieście i sprowadzają z sobą liczne orszaki, tudzież, iż zwyczajem jest po prowin-

"Wsponmienia jenerała Klemensa Kołaczkowskiego.

nia Pawła I. odnowiono i wyporządzono pokoje, lecz napró-żno usiłowano uczynić je godnemi jakiego monarchy. Sam tylko skarbiec zasługuje na niejaką uwagę. W bliskości sta­rożytnego pałacu carów znajduje się gmach, zwany grano-witaja pałata, którego konstrukcya dziwaczna i azyatycka bardziej zadziwia jak podobać się potrafi. Należy do najda­wniejszych pomników tego starożytnego grodu i czasy Iwana (iroźnego dobrze przypomina. Oprócz tych gmachów potężnych Kremlin zawiera tylko kilka cerkwi i monasterów, mianowi­cie: katedrę Wniebowzięcia, Uspenskij sobór, monaster tżu-dowski, monaster woznesenski, kościół Archanioła Michała i sławną wieżę św. Iwana, która jak olbrzym panuje nad całym Kremlinem i blaskiem pozłacanej kopuły, do balonu podobnej, z wielkim błyszczącym krzyżem u wierzchu o kilka­naście wiorst postrzegać się daje. W tej sławnej wieży widać także dzwon, mający 40 stóp i 9 cali obwodu, a ważący 3.531 pudów, czyli 142.040 funtów. Dawniej w pobliskiej dzwonicy był taki dzwon, który ważył 12.000 pudów, czyli 482.000 funtów, lecz w roku 1737 w czasie pożaru dzwonicy urwał się i utkwił w ziemi, skąd go dotychczas jeszcze nie' wydobyto. Wspomnieć ta jeszcze trzeba o sławnej bramie Spaskiej, czyli Zbawiciela, prowadzącej z Kreml ina do pię­knego rynku czerwonego (krasnaja płoszczad), przez którą nikt, sam car nawet nie przechodzi, nie odkrywszy głowy.

Druga część nazywa się Kitąj gorod, czyli Chińskie mia­sto, przezwane w ten sposób od czasów Mongołów, mających jak wiadomo stosunki z Chinami. Ta część dość foremnie i prawie tylko z kamienia zbudowana, rozciąga się pomiędzy rzekami Moskwą i Negliną, i odgraniczona od Kremlinu mu­rem, wyżej opisanym. Wchodzi się do niej z Kremlinu Spaską bramą. Część ta nierównie jest większa od pierwszej, znajduje się w niej: drukarnia, giełda i wszystkie sklepy kupieckie na dole pod arkadami w obszernym budynku, zwanym Gostinnoj dwór. Do najpiękniejszych ozdób tej części miasta bezwątpie-nia należy kościół Wasili błagennoj (błogosławionego Bazyla),

— 131 —

o kilka kroków bramy Spaskiej, w południowej stronie czer­wonego placu (krasnaja płoszczad) położony, który po Krem-linie najbardziej zwraca na siebie uwagę i najważniejszym jest zabytkiem z czasów Wasilów i Iwanów; niemniej zasłu­gują na wspomnienie bronzowe pomniki Minina i Pożarskiego tych dwóch dzielnych obywateli, którzy, gdy cały naród pod­dawał się władzy Władysława IV., obudzili w nim ducha na­rodowego i na czele zebranych na prędce hufców walcząc, odparli naszych przodków.



Trzecia cześć nazywa się Biełgorod czyli białe miasto, które to imię pochodzi od dawnego muru z kamieni białych, którym była otoczona, a którego widać jeszcze niejakie ślady. Stanowi ona granicę Kremlina z jednej strony a Kitajgoroda z drugiej. W tej części leży gmach uniwersytetu i mnóstwo kościołów; również znajduje się ogromny gmach, przeznaczony na schronienie i wychowanie sierot i podrzutków.

Nakoniec czwarta część, która otacza wszystkie inne, jest Zemłoj gorod, czyli miasto ziemne, tak nazwane z po­wodu szańców, które je otaczają. Oprócz tego znajdują się jeszcze słobody, czyli przedmieścia, których jest trzydzieści. Wyjąwszy kilka kościołów i pałaców, reszta wydaje się jakby wioski, do których żadne interesa nie sprowadzają cudzo­ziemca, chyba czasem tylko do przedmieścia nazwanego Nie­miecką Słobodą, gdzie mieszkają rzemieślnicy zagraniczni.

Rzeka Moskwa płynie przez miasto, któremu dała swoje nazwisko. Spławna jest tylko na wiosnę, albowiem natenczas roztopy śniegów.i deszcze zimowe wzbierają jej wody; win­nym zaś czasie samemi tylko tratwami płynąć po niej mo­żna. Neglina i Zura, wpadające do rzeki Moskwy w samem mieście, są małymi strumykami, które w lecie zupełnie wy­sychają. Na tych trzech rzekach znajdujemy wiele mostów drewnianych i kamiennych, dla ułatwienia związku pomiędzy róźnemi częściami miasta. Po za murami i okopami tego ol­brzymiego miasta znajdujemy jeszcze wiele monasterów i pa­łaców. Pomiędzy niemi odznaczają się pałac Petrowski, mo-

9*

— 132 —

naster Nowoj Dewicze, od którego ogromny plac przy nim leżący Dewicze pole przezwany; monastery Matki Boskiej Dońskiej, św. Daniela, ś\v. Simona, Nowospaskoi, Pokrowskoi, Androniew i inne, które prawie wszystkie obwiedzione są mu­rami i przypominają walki z Tatarami i Polakami.

Ulice w Moskwie utrzymywane są bardzo nieczysto, czemu winien niedostatek bruku w wielu miejscach; zewnę­trzna postać domów niema żadnego gustu i upstrzona jest rozmaiłem i ozdobami, kolumnami, frontonami, posągami, na­śladowanymi ze stylu greckiego i t. p. W domach bojarów, możniejszych panów, przepych największy; znajdujemy w nich obszerne biblioteki, muzea obrazów, zbiory kosztownej broni, gabinety medalów, sale koncertowe, teatralne; oranżerye treibhauzy, ananasarnie; stajnie i wozownie napełnione są wschodnimi i angielskimi końmi i powozami. Ludność słu­żebna takiego domu składa się czasem z kilkuset osób obojej płci, w ubiorze codziennym muzyków, prowadzących życie nąjgnuśniejsze, których stan niewoli przywiązuje na zawsze do familii bojarskiej, w której zapisani.

Miasto Moskwa, chociaż o sześć stopni bliżej południa leży aniżeli Petersburg, doznaje jednakowoż tak tęgich mro­zów jak i to miasto. Są takie zimy, w których ciepłomierz Reamura pokazywał 30 do 32 stopni niżej zera. Największy upał dochodzi do 32 stopni. Lato jest daleko piękniejsze ani­żeli w Petersburgu i przez cały ciąg roku mniej deszczu pada.

Mieszkańcy Moskwy zachowali narodowy skład twarzy i ubiór. Lud prosty »czornoj naród« (czarny naród) przezwa­ny, co do sposobu życia i ubioru w niczem się nie różni od zwykłego muzyka (chłopa), czyli krestianina; cała jego fa­milia mieszka w jednej izbie ogrzanej, albo raczej okopconej dymem. Żywność ich jest także jednakowa; składa się z su­szonych ryb, suchych grzybów, chleba, ogórków, kapusty, czosnku, a w dnie świąteczne z mięsa, pirogów: lubią pić kwasy i herbatę, posty ściśle obserwują i w czasie tychże mleczywa ani jaj nie używają. Łóżek nie znają; w zimie na

— 133 —

piecach, w lecie na ławkach sypiają, wszyscy prawie nało­gowo pijaństwu oddani. Kupcy i mieszczanie (grażdanin), mie­szkają wygodniej, ubiór noszą długi azyatycki, nakształt ka­ftana z sukna, (podczas gdy chłopi w zimie w kożuchach, w lecie zaś w płóciennych kolorowych bluzach, ściśniętych pasem, chodzą); brody długie zachowują jak i chłopi; co do stołu, te same mają przysmaki co i pierwsi; u możniejszych znaleźć można najprzedniejsze wina greckie, wędliny, ryby wytworne, kawiory, drogie herbaty i t. d. i t. d. Narodowe potrawy i napoje mają jednakże u nich pierwszeństwo.



Żony ich nąjnieczynniejsze prowadzą życie i rzadko się pokazują. Stosunek ich do męża jest prawie podobny do sto­sunku kobiet na wschodzie. Namiętnie lubią tak jak one ką­piele parne, widowiska i przepych w ubiorach.

Jest rzeczą pewną, iż już w roku 11-17 kronikarze wspo­minają Moskwę, która od założenia swego różnych klęsk do­znawała. Pod panowaniem Dymitrego Dońskoj roku 1366. pa­nowało powietrze, które większą część ludności wytępiło. — W tym samym roku pożar okropny obrócił w perzynę części miasta Kremlinu, Popad, Zagorodie i Zareckie, z drzewa ów­cześnie zbudowane.

Pod tym samym wielkim księciem, roku 1382. Toktu-mowicz, chan tatarski, zdobywa podstępem Moskwę i płomie­niom na pastwę oddaje.

Roku 1547. pod panowaniem cara Iwana IV., Moskwa prawie zupełnie zgorzała, a w roku 1602. za panowania Bo-rysa (iodunowa, okropnego głodu doznała; 127.000 ludzi pa­dło ofiarą.

Lecz najokropniejszą klęskę poniosła Moskwa od Pola­ków pod (iąsiewskim dnia 29. marca 1611 roku, którzy dla obrony własnej od zbuntowanego ludu podpalili miasto, a sami w Kitajgorodzie i Kremlinie się obwarowali. Reszta miasto poszła z dymem w przeciągu trzech dni. Do 100.000 mie­szkańców różnego stanu i wieku, śmierć w gruzach znalazło.

— 134 —

Roku 1771, za panowania Katarzyny II., powietrze mia­sto nawiedziło i okropne w ludności sprawiło spustoszenie, bo 50.000 ludzi wymarło. — Nowa a może większa jeszcze klęska miała to miasto pochłonąć. Dnia 14. września około godziny 2. popołudniu weszliśmy do Moskwy przedmieściem kałuskiem. Dywizya jazdy w przedniej straży, piechota w pq-rządku za nią. Postępowano zwolna, z wszelkiemi ostrożno-ściaml, które nakazywało położenie nasze. Część miasta, którą przechodziliśmy, po większej części była drewniana, z lichych niskich domków złożona. Przedmieście było nierównie pię­kniejsze. Po obu stronach szerokiej drogi, w pięknych ma­lowniczych ogrodach i podwórzach widać było przepyszne dworce bojarów rosyjskich. Lecz jak pierwsze, tak i ostatnie były zupełnie wyludnione. Gdzieniegdzie tylko widzieć było można policyantów lub muzyków moskiewskich z otrętwiałą lub pijaną twarzą, snujących się po ulicach i przypatrujących ciekawie naszemu wojsku. Przednia straż zbierała pojedyn­czych żołnierzy ruskich, także pijanych lub znużonych, któ­rzy się odłączyli od swoich pułków, i tych pod straż piechoty oddawała.

Nie dochodząc do Biełgorodu spotkaliśmy naprzeciwko nas jadącego w dorożce wyższego oficera rosyjskiego w mun­durze bez szlif i bez szpady, okrytego ozdobami i krzyżami, który nam się zdał na łaskę. Nazwał się kzięciem Wisapur i mianował się pułkownikiem w odstawce. Sposób zdania się jego i nazwisko dziwne indyjskie, wzbudziło nieufność. Od­dano go pod straż i polecono kapitanowi inżynierów Valentin d' Hauterive, aby miał nad nim czujne oko. Nazajutrz dowie­dzieliśmy się, że był właścicielem pięknego domu w Mos­kwie. Zaprowadził doń kapitana d' IIauterive i pod jego okiem kosztowniejsze rzeczy z domu swego pozabierał, konia pię­knego perskiego dozorcy swemu darowawszy. On to pierwszy objaśnił nas względem zamiaru wyludnienia miasta i spalenia onegoż na rozkaz gubernatora, hrabiego Rostopczyna. Tego samego już wieczora skutki tego rozkazu w odleglejszych od

— 135 —


nas częściach miasta dały się uczuć. Z Góry wróblej widzie­liśmy kłęby dymu wznoszące się na przedmieściach; te po­chodziły z wysadzonych magazynów prochowych i pracowni ogni wojennych, które artylerya rosyjska przed wyjściem za­paliła. W nocy pojedyncze pożary dowodziły coraz bardziej, iż zamiar spalenia miasta nie był urojonym. Przy łunie tych ogni przepędziliśmy noc na przedmieściu Riazanskiem, nie roz­bierając się i zachowując wszelką ostrożność. Żołnierze nasi, obficie opatrzeni w żywność w domach bojarskich zdobytą, całą noc gotowali i posilali się. Niektórzy herbatę gotowali gęsto i słoniną krasili, inni rozsądniejsi, o przyszłość pamię-tniejsi, w pożywniejsze wiktuały zaopatrywali się. Nad ranem wszedłem w środek miasta i znalazłem się w Kitajgorodzie, wśród żołnierzy gwardyi francuskiej, wytaczających beczki wina z piwnic i dobrze już podochoconych. Około godziny 9. z rana dostałem się Spaską bramą do Kremlinu, i kupca ro­syjskiego spotkawszy, dałem mu się oprowadzać po gmachach carskich. 0 godzinie 10. cesarz z gwardyą przyboczną wszedł do Kremlinu. Widok tak pięknego wojska wprowadził w zdu­mienie mego przewodnika. Obejrzawszy się w tej części mia­sta, udałem się do gościnnego dworu, czyli bazaru, gdzie były składy opuszczone kupców rosyjskich. Pożary pojedyncze co­raz groźniejszymi się stawały; już ogień podłożony przez po­licyantów i złoczyńców, wypuszczonych w tym celu więzień, zbliżał się do bazaru. Korzystając z chwili, gdzie jeszcze przy­stęp był wolny, wszedłem do sklepów i pierwsze lepsze futro z wilków i cokolwiek żywności w herbacie, cukrze, kawie, krup i ryżu zabrawszy, powróciłem do stanowiska naszego na przedmieściu Riazanskiem, około południa. Zastałem tam woj­sko nasze pod bronią, sposobiące się do dalszego pochodu. Wielu oficerów i żołnierzy nosiło na sobie ślady nocnych ban­kietów. Nawet jenerał naszej artyleryi Pelletier i oficerowie francuscy: Mallet, Bonlemps i inni dobrze podochoceni byli i w bulliotę grali. Dowiedziałem się, że całą noc ponczem z araku i ananasów posilali się. Pelletier ciągle wołał »pie<




1   2   3   4


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna