Pułkownik Chambray, w swojem dziele



Pobieranie 306.53 Kb.
Strona3/4
Data07.05.2016
Rozmiar306.53 Kb.
1   2   3   4
f

i szklanki nie puszczał z ręki. Nasz jeniec wczorajszy, książę Wisapur dzielił tę ochotę, wszakże przytomniejszym zdawał się od drugich i pilnie uważał na każde słowo. »Kiedyż ujrzę tego wielkiego człowieka!" co chwila powtarzał i prosił, ażeby go do głównej kwatery odprowadzono, ażeby się mógł wido­kiem Napoleona nasycić. Tak dziwne żądanie w tej chwali wzbudziło jeszcze bardziej podejrzenie. Uczyniono jednak za­dość jego życzeniu i w rzeczy samej odprowadzono go do sztabu głównego cesarskiego. Nie wątpiliśmy, że był szpiegiem zostawionym przez Rosyanów, dla uważania naszych poru­szeń. Później okazało się jednak, żeśmy się na nim omylili. Po wyjściu bowiem Francuzów z Moskwy, wróciwszy do swo­ich został aresztowany, pod sąd oddany, i nieostrożność swoją w stosunkach z nami przypłacił wysłaniem na Sybir.

Dnia 15. września o godzinie 3. popołudniu wyruszy­liśmy w pochód za ustępującem przed nami wojskiem rosyj-skiem. Król neapolitafiski objął komendę nad przednią strażą francuską i nas do tejże wcielił. Jenerał Sebastiani po śmierci jenerała Montbruna objął dowództwo nad jego korpusem ja­zdy, a w miejsce jego jenerał dywizyi Lefebre Decenotte, puł­kownik strzelców konnych gwardyi, otrzymał komendę na­szej dywizyi jazdy, złożonej z i. i 5. pułku strzelców kon­nych, z 13. huzarów i 12. ułanów, i bateryi o sześciu dzia­łach artyleryi konnej. Postępowaliśmy traktem riazańskim ku Pankom i Rronicy. Marsz nasz oświecała łuna pożaru Mos­kwy. Widziałem tylko początek tego okropnego pożaru, nie-mógłbym więc jako świadek naoczny opisać zdarzenia, które tak wielki wpływ wywarło na losy tej wojny. Segur, Gham-pray i Bulurlin wyczerpali w swoich opisach wszystkie szcze­góły tego wypadku; odsyłam czytelnika do tych dzieł. Nie-masz w nich nic przesadzonego.

Pożar trwał przez dnie: 16., 17. i 18. września z gwał­townością niepohamowaną, pomimo czynnego ratunku ze strony Francuzów. Lecz uprowadzenie sikawek przez Rostop-czyna odjęło wszelką możność ocalenia miasta. Dnia 19-go

ogień począł wolnieć; dnia 20. ustał zupełnie. Kremlin oca­lony został, lecz dziewięć dziesiątych części miasta zgorzało i połowa kościołów.

Dnia 20. cesarz, którego gwałtowność ognia zmusiła do opuszczenia Kremlina i schronienia się do pałacu Petrow-skiego na przedmieściu, mógł wrócić do Kremlina i tam za­łożył swoją główną kwaterę.

Tymczasem Kutuzów poruszeniem swojem na trakcie riazańskim zwiódł zupełnie króla neapolitańskiego; bowiem dnia 16. przeprawił się przez rzekę Moskwę pod Miaczkowem, i pod zasłoną rzeki Pachry zwrócił się marszem flankowym ku Podolskowi; stamtąd udał się dnia 19. pod Krasnoją Pa-chrę na trakcie starym kałuskim i stanowisko swoje oszań-cował, zostawiwszy naprzeciw Murata korpus z jazdy i ko­zaków złożony, dla obserwacyi jego poruszeń. — Król nea-politański w niewiadomości tego ważnego obrotu posunął się do miasta Bronicy i tam główną kwaterę swoją założył.

Nasz 5. korpus pod Pankami mosty zastał zrócone i na­prawiwszy je, postępował dalej ku rzece Moskwie, zasłaniając prawe skrzydło króla Neapolitańskiego.

Mieliśmy przed sobą tylko oddziały kozaków, które zda­wały się na to przeznaczone, ażeby nam fałszywy pokazać kierunek pochodu nieprzyjacielskiego wojska. Doszedłszy do rzeki Moskwy król przekonał się o swoim błędzie i zwrócił się ku Podolskowi.

Nie dochodząc do Panków, odebrałem rozkaz pełnienia służby oficera sztabowego przy jenerale dywizyi Lefebre De­cenotte; zdaje mi się, iż zmiana ta w służbie mojej nastą­piła dnia 16. września.

Jenerał Lefebre Decenotte był człowiekiem młodym, li­czył bowiem lat dopiero 35. Znany był w armii z świetnej odwagi, lecz nie uchodził za oficera doświadczonego ani roz­tropnego. Dał tego dowody w roku 1809, kiedy z kilkoma szwadronami pułku swego strzelców konnych gwardyi prze­płynął rzekę Cea pod Benavente w Hiszpanii wobec 4-.000

— 138 —

jazdy angielskiej i obskoczony przez nią dokoła, dostał się do niewoli, straciwszy część pułku. Niedawno powrócił z niewoli angielskiej i tu była pierwsza komenda jego po tym przy­padku. W sztabie jego znalazłem kapitana francuskiego Dau-tan'a, pełniącego służbę adjutanta; kapitana ze sztabu pol­skiego, Łętowskiego; porucznika adjutanta Alberta Grzymaję i porucznika inżynierów Hincza. Szefem sztabu dywizyi był pułkownik Strzyżewski, z kampanii roku 1809 dobrze zasłu­żony oficer. Brygadami dowodzili: książę Sułkowski i hrabia Tadeusz Tyszkiewicz. Pułkami: 4-tym strzelców pułkownik Dulfuss; 5-tym strzelców Kornatowski; 13-tym huzarów, Te-liński; 12-tym ułanów, Ryszczewski; artyleryą konną kapitan Romański. Cała ta dywizya nie liczyła więcej jak 1.600 koni i te już bardzo osłabione.



Dnia 2ł. września 5. korpus zajął miasto Podolsk; król neapolitański z jazdą i legią nadwiślańską nazajutrz, to jest 25. września, złączył się z nami.

Dnia 28. września stanęliśmy obozem pod wsią Nem-czyno, o kilka wiorst od traktu z Podolska do Czarykowa. Przednia straż nasza, złożona z jazdy, posunęła się pod Kra-snoją Pachrę, w miejsce, gdzie przed kilku dniami stała w obo­zie oszańcowanym główna armia Kutuzowra. Jenerał Wasilezy-kow z huzarami gwardyi i kozakami ukryty za laskiem wbok Krasnoi Pachory, uderzył niespodzianie na dwa szwadrony r>-go pułku strzelców konnych, które się pod obóz podsunęły i zmusił ich do odwrotu. Jazda nasza wsiadła na koń i od­parła ten atak. Forpoczty nasze zajęły napowrót wieś Kra-snoje. Dywizya jazdy i sztab stanęły we wsi Kuzieniewo. Dy-wizye 16. i 17. obozowały w prawo wsi Nemczyna. Główny traki z Moskwy do Kaługi przechodzi przez Krasnoją Pachrę. Rzeka Pachra zakrywała to stanowisko obronne. Wielka re­duta zamknięta na wzgórzu i dwie mniejsze baterye po pra­wej stronie reduty usypane, utwierdzały to z natury mocne stanowisko. Dwa laski na prawem skrzydle i głęboki parów przed redutą położony zakrywał front i skrzydło prawe. Łąka



ł

— 140 —

stron uderzył na naszą jazdę, lecz silnie odparty został ogniem naszych dział i atakiem dwunastego pułku ułanów i szwa­dronu piątego pułku strzelców. Po kilkakroć atak ten przy­puszczony został z jego strony, lecz zawsze skutecznie od­party; za nadejściem naszej piechoty cofnął się do swego stanowiska za wsią, które dla niego waźnem było, bo zasła­niało wielki gościniec, do Kaługi prowadzący, na którym cała jego armia w masie się znajdowała. Książę Foniatowski roz­pozna wszy położenie nieprzyjaciela, wysłał zaraz dwa ba­taliony dla opanowania wsi i zajęcia lasku; w środku zaś stanowiska swojego kazał postawić kilka dziaf, obsadziwszy piechotą las wielki za sobą, po prawem i lewem skrzydle. Brygada jazdy Tyszkiewicza z artyleryą konną stanęła na prawem skrzydle, ku głównej drodze kałuskiej; brygada księ­cia Sułkowskiego została w odwodzie bliżej środka. Skoro wieś Czyryków i lasek mały zajęte zostały, nieprzyjaciel trzema pułkami jazdy atak przypuścił do artyleryi naszej w środku ustawionej. Lecz książę Sułkowski na czele trzech szwadronów tak szczęśliwie i skutecznie na jazdę nieprzyja­cielską uderzył, iż nietylko ją odparł, ale nadto znaczną klę­skę zadał; mianowicie pułkowi ułanów rosyjskich. Wówczas dopiero nieprzyjaciel rozwinął wszelkie swoje siły dla wypar­cia nas ze stanowiska. Wieś była kilkakrotnie atakowana, teraz przez świeże wojska, które ciągle z naszej strony od-partemi były.

W lasku także, który liczne kolumny nieprzyjacielskie napełniać zaczynały, gdy w niezmiernie przewyższającej sile, mając przed sobą i po bokach mnóstwo strzelców, brzegów jego doszły i wychodzić na równinę poczęły: rozkazał książę Poniatowski piechocie naszej pójść na bagnety, a księciu Suł-kowskiemu z trzema szwadronami z boku uderzyć. Tu nastą­piło bliskie bardzo zwarcie się z -nieprzyjacielem, który zna­czną poniósłszy stratę, odpartym został napowrót ku laskowi. Ogień działowy i ręcznej broni trwał w tem miejscu do go­dziny 8. wieczór. Nasza piechota brzeg lasku utrzymała. —

— 1-łl —


Gdy się to dzieje w środkn i na lewem skrzydle, nieprzyjaciel w 3.000 koni i 10 dział, nieustannie usiłuje wpaść w prawy bok naszego korpusu, ale waleczność brygady Tyszkiewicza, złożonej z 4. i 12. pułków, oraz dwóch szwadronów 13. pułku odparła wszystkie ataki. Nad wieczorem, gdy już się zmierz­chało, jazda nieprzyjacielska ostatni atak z całą siłą, z ogro­mnym krzykiem przypuściła na front i prawe skrzydło brygady Tyszkiewicza, lecz jazda nasza, zachowując swój szyk nierozer-wany i krótkie czyniąc natarcia, nie zapędzając się za daleko, za pomocą artyleryi konnej potrafiła utrzymać się na stanowi­sku. Wrzawa i wzajemne natarcia trwały do godziny 8. wie­czór. Noc ciemna i ulewa przerwała bitwę, przez sześć godzin zacięcie trwającą. Z naszej strony straciliśmy 30 oficerów, po­między tymi kapitana artyleryi Oskierkę, 160 żołnierzy zabi­tych i 300 rannych. Nieprzyjaciel około 500 rannych zostawił wt naszem ręku, z których wielu tej nocy umarło.

Przez całą noc staliśmy pod bronią, niesłychanie znu­żeni i zgłodniali, bez ognisk dla bliskości nieprzyjaciela. Dnia 30-go września nad ranem nieprzyjaciel zniknął z naszycli oczów, zostawiwszy przed nami czaty kozackie. Zaczęliśmy dopiero ognie zakładać i kociołki zastawiać. Wysuszywszy się cokolwiek oddałem się przez kilka godzin pożądanemu spoczynkowi.

Nazajutrz dnia 1. października wyruszyliśmy traktem kałuskim ku Woronowowi. Piękną tę majętność właściciel hrabia Rostopczyn sam zapalić kazał. Zastaliśmy tylko gruzy i pismo następujące, na słupie przybite:

»Przez ośm lat upiększałem tę majętność, w której ży­łem szczęśliwie na łonie mojej familii. Mieszkańcy tego miej­sca, których liczba wynosi 1730 ludzi, opuszczają je za zbli­żeniem waszem, a ja zapalam mój dom, ażeby nie był skalany obecnością waszą. Francuzi! opuściłem dla was dwa domy w Moskwie i ruchomość, pół miliona rubli wartującą. Tu same popioły znajdziecie!*

Podpisano: Feodor hr. Rostopczyn.

— 142 —

Główna armia rosyjska, która do dnia 30. września stalą w pozycyi pod Babenkowem, o 5 wiorst tylko od pola bitwy czarykowskiej, cofnęła się dnia 1. października o 16 wiorst dalej do Spass - Kuplia i tam stanęła obozem. Miłoradowicz dnia tego, zakrywając odwrót, cofnął się do Babenkowa.

Dnia 3. października jenerał Sebastiani, który szedł na czele przedniej straży 2. korpusu jazdy, boczną drogą od Wo-ronowa do Spass-Kouplia, bez należytego rozpoznania i oświe­cenia drogi, napadnięty został niespodzianie przez jazdę nie­przyjacielską. Lekkie pułki przedniej straży przewrócone zo­stały i pędzone kilka wiorst drogi przez kozaków, którzy im paręset ludzi i koni urwali. Pułk dziesiąty huzarów polskich pod komendą pułkownika Umińskiego i inne pułki do tej bry­gady należące, zredukowane w poprzednich bitwach, mocno tu ucierpiały. Błąd ten, popełniony przez jenerała Sebastia-niego, nie nauczył go większej ostrożności. Dnia 18. paździer­nika miał nowy dać dowód swojego niedoświadczenia.

Dnia 4. października król neapolitański zastał ijruirniiia." 4T'n3 stra^ rosyjską w szyku bojowym nad rzeką Czerniczną, o 5 wiorst od Spass-Kupli. Spotkanie było nader żywe, jazda nasza uszykowana w dwóch liniach z artyleryą konną rozłożoną przed frontem, potykała się z naj­większą spokojnością, odpierając ataki licznej jazdy rosyj­skiej, bardziej ogniem armatnim i ogniem karabinowym, ani­żeli natarciem własnem. Dla wzmocnienia naszej jazdy kiika batalionów piechoty, uszykowane w czworoboki, wysunęły się przed front i ogniem rotowym zniweczyły wszystkie ataki nieprzyjaciela. Piękny to był widok; z jednej strony chmury jazdy rosyjskiej, z różnej broni złożonej, rzucające się na-kształt nawały na nasze linie, a z drugiej spokojność w sze­regach naszych, przerywana tylko rolowym ogniem piechoty i jazdy. Tym sposobem jazda nasza, zmęczona i osłabiona tak długim pochodem, a szczególnie bitwą możajską, ochronioną została. Reszta piątego korpusu na lewem skrzydle franciiskiem w kolumnach ściśniętych, czekała sposobności uderzenia na

nieprzyjaciela. Lecz tylko artylerya konna kilka razy mogła dać ognia. Bitwa, w której tylko jazda nieprzyjacielska, było jej 5 do 6.000, brała szczególniej udział, trwała do późnej nocy. Po ustąpieniu nieprzyjaciela trąby francuskiej jazdy na znak zwycięstwa odezwały się na całej linii.

Około godziny 9. wieczorem uciszyło się wszystko i po rozstawieniu czatów zaczęto rozpalać ognie. Nazajutrz dnia 5. października rozpoznałem z blizka nasze stanowisko.

Rzeczka Czerniczną, płynąca w głębokim jarze do Nary, od ujścia w tę rzekę do wsi Hieny, w długości blisko jednej mili zakrywała front. Prawe skrzydło opierało się o Narę. Wioski: Biełowa, Pałaski, Kaszeja, Petrowa, Hiena, leżały po obydwóch stronach Czerniezny. Od Hieny strumyk Dzesna w głębokim parowie płynący od wsi Czezerynki i Dmitrówki do Czerniezny resztę frontu zakrywał. Lewe skrzydło, złożone z dwóch korpusów jazdy pod jenerałem Sebastianim, docho­dziło do Czeczerynki i rozłożone było naokoło tej wsi. Ar­tylerya tego korpusu na wzgórzu za wsią ustawiona, bez ża­dnej asekuracyi piechoty, dowodziła niedoświadczenia jenerała Sebaslianiego. Lewe skrzydło było zupełnie, jak to mówić się zwykło, w powietrzu; nie miało żadnego pewnego opar­cia i wystawione było na wszystkie przedsięwzięcia śmiałego nieprzyjaciela.

Przed frontem tej pozycyi, pomiędzy wsiami Czeczerynką a Petrową na lewem brzegu Czerniezny, jast lasek brzozowy, 1200 kroków długi a (500 szeroki, na wyniosłości. Na brzegu tego lasku rozłożyła się nasza piechota, artylerya w kącie wy­skakującym, jazda po skrzydłach. Tym sposobem piąty korpus znajdował się przed główną pozycyą i oddzielony był od niej głębokim parowem. Na prawej stronie był drugi parów, do Czerniezny schodzący, który zasłaniał nas od tej strony. Na­przeciw lewego skrzydła francuskiego i frontu naszego ciągnął się las obszerny, od wsi Dmitrówki ku pozycyi przedniej straży rosyjskiej. Ten las leżał o 2000 kroków od nas. Zaniedbano obsadzić go piechotą. Linia widet naszych znacznie była na-



Ui

przód wysunięta, w niektórych miejscach o 2000 sążni, a bli­sko pół mili od nas odległa. Dla wsparcia jej wysłano dwa bataliony 3. pułku piechoty z dwoma trzyfuntowewi armatami, pod komendą walecznego pułkowrika Blumera, które zajęły pojedyncze laski w tej stronie leżące. Z tego wysuniętego sta­nowiska można było jak na dłoni rozpoznać obozy przedniej straży rosyjskiej i opodal od niej, po za wsią Tartityno, głó­wne obozy wielkiej armii rosyjskiej za Narą. Park arlyleryi i bagaże 5. korpusu stanęły przy wsi Rogowo, zakryte dwoma parowami i na prędce zbitemi kobylicami. Batalion piechoty dodany im był ku zasłonie. Cała rozległość frontu naszego od Czeczerynki do ujścia Czerniczny w Narę, wynosiła blisko 1 Y„ mili: oczywiście była za wielką na nasze szczupłe siły. Położenie nasze w tem stanowisku nie było najbezpieczniej­sze. Gała nasza siła tu zebrana składała się z 1., 2., 3. i 4. korpusów jazdy francuskiej, zredukowanych do 8.000 koni,' z legii nadwiślańskiej 3.000 ludzi, z dywizyi Dufoura, 1. kor­pusu do 2.500 ludzi i z 5. korpusu, złożonego z 5.500 pie­choty i 1.500 koni: ogółem 20.500 ludzi. 187 dział, przyda­nych lej małej sile, obciążyły nas bardziej w pochodzie, ani­żeli nam pomagały.

Ten nieliczny korpus, z wyborowego wprawdzie wojska złożony, rzucony był naprzód o 70 wiorst, czyli o trzy mar­sze od Moskwy, bez żadnej rezerwy. Przed sobą mieliśmy o kilka wiorst tylko główną armię rosyjską, liczącą jeszcze 70.000 ludzi i co dzień wzmacniającą się licznymi rekrutami, milicyami i kozakami dońskimi, których 23 pułków starych, pod hetmanem Płatowem przybyło do obozu. Nic łatwiejszego nie było naczelnemu wodzowi rosyjskiemu, jak rozbić nasz mały korpus i zadać mu ciężką klęskę. Lecz nie leżało to w planie przebiegłego starego wodza. Postanowił dać wypo­czynek wojsku swojemu; tym sposobem bespieczniejszymi nas uczynić i przedłużyć nasz pobyt jaknajdłuźej pod Moskwą, aż do nadejścia pierwszych mrozów. Wiedział on dokładnie przez jeńców i cudzoziemskich zbiegów o naszem krytycznem

— 145 —


położeniu; wiedział o braku żywności i furażów, a po słabo­ści ataków naszej jazdy, która już nie inaczej, jak tylko pod zasłoną licznej artyleryi i czworoboków piechoty walczyć mo­gła, sądził, jak wielkie musi być osłabienie koni naszych. — Nie była to jazda z czasów Zygmuntowskich, która w 7000 koni pod Żółkiewskim na polach kluczyńskich rozbiła potęgę 40.000 Moskali, wzmocnionych zaciągami i posiikowemi woj­skami szkockiemi, francuskiemi i szwedzkiemi. Jakoż w isto­cie jazda francuska, osobliwie kirasyery i karabiniery, smutny przedstawiała widok. Ogromne ich konie wynędzniałe, wychu­dzone i odsiedzone, ledwie jeźdźców swoich z ciężką zbroją dźwigać i kłusem tylko małym poruszać się mogły.

Wszystka żywność i furaże w obrębie naszej pozycyi zabrane były przez nieprzyjaciela. Na prawem skrzydle Nara tamowała wysyłki, przed frontem obozy rosyjskie. Trzeba ich było szukać o parę mil za nami i przed lewem skrzydłem. Lecz w tej stronie liczne podjazdy kozaków', ukryte w zasadz­kach, ciągle napadały na naszych furażerów i codzień nam urywały po kilkadziesiąt mniej ostrożnych ludzi.

Służba oficerów sztabowych w tych okolicznościach stała się nader uciążliwą. Konie nasze nie miały wypoczynku. Cały dzień przepędziwszy na rozpoznaniach i pochodach, w nocy nie mieliśmy czem ich posilić. Częstokroć tylko liście drzew, pod któremi obozowaliśmy, można im było podać. Dwa ko­nie wierzchowe z Warszawy przyprowadzone, musiałem na­reszcie porzucić przed Moskwą jeszcze; w dobrach opuszczo­nych rosyjskiego bojara zabrałem ze stadniny trzyletnią klacz nieujeżdżoną, która mi jedna już tylko została. Dla służącego musiałem dokupić małego wytrzymałego podjezdka, a później od adjutanta jenerała Lefebre Decenotte nabyłem za kilka łui-dorów siwego konia, dość mocnego. Na tych to koniach tru­dną moją służbę pełniłem. Co się tyczy żywności, niedostatku jeszcze nie czułem. Jenerał Lefebre hojnie nas wszystkich po­dejmował, a kucharz jego przezorny miał w jukach swoich i furgonów jenerała zapasy żywności i wina na kilka tygodni.

W tem pamiętnem dla mnie stanowisku na rzeką Czer-niczną wytrwaliśmy od dnia 5. do 18. października. Mieszka­liśmy w barakach, zapuszczonych parę stóp w ziemię. Dach z chrustu i darni zabezpieczał nas od deszczu. Barak podo­bny był dosyć ciepły; nieciliśmy w nim ogień, z którego dym otworem odchodził. Około 12-go października pierwsze szrony i ranne przymrozki dały się uczuć. Futro, zabrane z Moskwy, zaczęło mi czynu: dobre przysługi, jemu to winien jestem obronę późniejszą od większych mrozów, w czasie pamiętnego odwrotu.

Na linii wideł wszystko było spokojne; zdawało się ja­koby rozejm zatrzymał nieprzyjacielskie kroki. Przez zobo-pólną tajemną umowę żaden strzał nie padł na tejże linii. Król neapolitański w polskiej aksamitnej zielonej czamarce, z czworograniastą czapką na głowie, przejeżdżał się po linii lorpoczt i odbierał pokłony od kozaków, którzy czapki przed nim zdejmując, wołali: kral, kral! Nastąpiło nawet króla Mu­rata spotkanie na linii widet z jenerałcm rosyjskim Benning-senem, gdzie o nadziei rychłego zakończenia kroków nieprzy­jacielskich była także mowa. Wiadomo nam było, iż pułkownik ze sztabu cesarskiego, Berthemi, wysłany został z ramienia cesarskiego do jenerała Kutnzowa, z żądaniem wolnego prze­jazdu do Petersburga dla jenerała Laurislona. Zaczęło jeszcze bardziej wierzyć w zawieszenie broni, a nawet w rychły po­kój, mający koniec położyć naszym cierpieniom. Lecz nadzieja ta, podniecana przez oficerów rosyjskich, niczein innem nie była, jak tylko nowem sidłem, zastawionem na naszą zgubę przez Kułuzowa. Kiedy obóz jego w dostatki opływał i wzma­cniał się coraz bardziej, tak, iż nareszcie do lOO.O(K) ludzi pod bronią liczyć w nim było można; my w ciągłym niedo­statku, i ludzie i konie codzień tracili, i widocznie na siłach słabnęli. Zawieszenie broni, lak obłudnie dotrzymywane na linii widet, nie miało żadnego znaczenia po skrzydłach. Tam co­dzień urywano nam furażerów naszych, tak dalece, iż nie było można inaczej, jak pod zasłoną mocnych oddziałów wysyłać

— 147 —

ich o milę od obozu. Dotychczas piechota nasza zachowała po trzy bataliony w każdym pułku. Lecz bataliony te liczyły tylko po 300 ludzi, i żadnej taktycznej siły już nie miały. Książę Poniatowski uznał potrzebę zredukowania liczby bata­lionów z trzech na dwa. w każdym pułku. Tym sposobem każda dywizya składała się z sześciu batalionów po 450 ludzi. Nadjechał też w tym czasie jenerał dywizyi Zajączek, wyle­czony z rany, pod Smoleńskiem odebranej, i objął dowództwo IK-tej dywizyi; jenerał Kniaziewicz zachował dowództwo nad dywizyą 18-stą.



Dnia 9. października odebrałem polecenie ze sztabu głó­wnego, rozpoznania ściślejszego pozycyi naszej i sporządzenia planu tejże dla króla neapolitańskiego. W dniach 9. i 10. pa­ździernika zająłem się tą robotą, wspólnie z kapitanem Va-lentin d'Hauterive i dozorcą inżynierów Rosmanem, i plan stosowny przedstawiłem. Zachowałem dotąd kalk na olejnym papierze tej pracy naszej.

Dnia 17. przybył do obozu naszego konwój z żywnością i wódką, wysłany z Moskwy. Rozdano tegoż dnia pierwszą i drugą wojsku. W obozach francuskich żołnierze zgłodniali rzucili się na tę żywność i oddali się przez całą noc napo­jom przysłanym. Wielu nawet olicerów, zapomniawszy o swo­jej powinności, przepędziło noc na biesiadzie, i zrana dnia lf> byli prawie niezdatni do służby. Osobliwie w korpusie drugim Sebasfianiego zaniechano wszelkiej ostrożności i zwyczajnych rannych patroli nie wysłano.

U nas przeciwnie, od godziny H. zrana, cała jazda stała przy okiełznanych koniach, czekając powrotu patroli; pie­chota pod bronią, arlylerya przy swoich oddziałach. Patrole powróciły nie społkawszy nieprzyjaciela, jednakże lasu o 2000 metrów od nas leżącego dokładnie nie przejrzały. O godzinie O. zrana jeszcze cichość panowała; konnica zaczęła rozkieł-znywać konie, piechota broń w kozły rozstawiła i do gotowa­nia rannego zabierała się, kiedy nagle kilka wystrzałów arma­tnich z pod lasku, naprzeciw nas leżącego, zagrzmiało. Dzień

10*


się dopiero zaczynał. Na ten odgłos całe wojsko rzuciło się do broni. Już kozacy ze zwykłym okrzykiem: >koli, koli! hurra.l< wpadli do obozu piechoty i kozły broni przewracać zaczęli, kiedy ich woltyżery nasi spostrzegli.

W oka mgnieniu wojsko stanęło w szyku bojowym, kon­nica posunęła się naprzód, artylerya zaś nasza odpowjadać zaczęła nieprzyjacielskiej. Na lewem skrzydle chmura jazdy rosyjskiej napadła na drugi korpus Sebastianiego i zabrała w pierwszym zapędzie 38 dział bez asekuracyi, za wsią Cze­ezerynką stojących, i cały ten korpus w wielki wprawiła nie­ład. Wielu oficerów i żołnierzy, pogrążonych w śnie po no­cnej biesiadzie, nie zdołało dopaść koni. Reszcie udało się ze­brać i sformować za wsią. Książę Poniatowski rozkazał kilka dział zwrócić ku wzgórzom nad wsią Czeezerynką i w masę jazdy rosyjskiej granaty puszczać. Strzały te skutkowały i za­pęd jej nieco wstrzymały. Rozpoczęła się porządniejsza bitwa. Kolumny 2-go i 3-go korpusu rosyjskiego, pod jenerałem Bag-gowuth, zaczęły występować z lasu przed nami leżącego, pod protekcyą luźnej arfyleryi, i szybkim krokiem następowały na naszą pozycyę. Książe Poniatowski, ażeby zyskać czas dla przeprowadzenia piechoty swojej z lasku brzozowego przez parów za nami leżący, na prawy brzeg rzeki Czerniczny, które to poruszenie było koniecznem dla skoncentrowania sił naszych i zapobieżenia, aby nas nieprzyjaciel zupełnie nie oskrzydlił: rozkazał księciu Sułkowskiemu natrzeć na czele brygady swojej, z 5-tej strzelców i 13-tej huzarów złożonej, na zbliżające się kolumny piechoty nieprzyjacielskiej. Te zwi­nąwszy swoich lyralierów, miały czas na sformowanie czwo­roboków. Jazda nasza nie zatrzymując się, wykonała atak kłusem i dwa czworoboki rozbiła. Tu podziwiać było trzeba zaciętość, z jaką młoda, piechota rosyjska walczyła. Widziałem leżących na ziemi i rannych strzelców, którzy podnosili się za nami i do nas strzelali. Musiano ich dobijać, ażeby szkodliw-szymi się nie stali. Pod zasłoną tych szarż piechota nasza zakrywszy się tyralierami, którzy w lasku brzozowym się za-

trzymali, przebyła parów bez straty. — Książę Sułkowski, prowadząc jazdę naszą do ataku, odebrał postrzał w nogę; jeden z moich dobrych znajomych, Edward Potworowski, podporucznik w piątym pułku strzelców konnych, przestrze­loną miał także nogę. Przeprawiając się przez parów, jenerał Letebre Decenotte, ugodzony był w piersi kulą karabinową, która się oparła o blachę na pasie patrontaszowym. Zawołał: je suis mort. i wznak się rzucił. Objąłem go w moje ręce i rozerwawszy mundur, widziałem, że to tylko kontuzya. ("Je w est rien General, powiedziałem mu i otrzeźwiwszy cokol­wiek wódką z flaszy mojej, odprowadziłem o kilkaset kro­ków. Nieprzyjacielskie strzelcy żywo następowali. Mając pa­łasz dobyty poczułem, że kula karabinowa utkwiła mi w po­chwie. Kilka chwil przedtem adjulant jenerała Lelebre, na­zwiskiem Dautan, stracił konia od odłamu granatu. Wszyscy oficerowie sztabu otrzymali mocne kontuzye albo lekkie rany. Jenerał Lelebre Decenotte cokolwiek później miał konia za­bitego od granatu. Co do mnie, miałem surdut kilka razy przedziurawiony kulami, i w pochwie od pałasza znalazłem wygniecioną kulę karabinową. Tymczasem kolumny piechoty rosyjskiej z 7-go i 8-go korpusu złożone, pod jenerałem Ra-jewskim postępowały ku frontowi pozycyi naszej, poprzedzone liczną artylerya. Przypomnieli sobie wówczas wszyscy pułk trzeci piechoty, pod komendą pułkownika Blumera, zostawiony w obserwacyi na ostatnim krańcu lasów. Wszyscy go mieli za stracony. Tymczasem Blumer, skoro spostrzegł porusze­nie nieprzyjacielskie, zebrał swoje dwa bataliony i brzegiem lasu trzymając się, postępował w ściśniętych kolumnach ku nam. Z początku wzięli go Rosyanie za własne wojsko, lecz spostrzegłszy omyłkę, zaczęli jazdą i artylerya żywo na niego nacierać. Blumer nie straciwszy na chwilę przytomności, gdy się na polo równe dostał, uformował czworoboki, które się wzajemnym ogniem broniły: i wytrzymawszy kilka ataków, doszedł nareszcie do Czernicznej, przebył parów główny, w który ta rzeczka płynie i z niewypowiedzianą radością

— 150 —

przyjęły został przez nas. Działa swe nawet ocalił. — Kryty-czniejsza chwila tego dnia dla nas, a osobliwie dla piątego korpusu minęła; siły nasze zewsząd koncentrowały się na trakcie woronowskim. Ataki jazdy rosyjskiej na lewem skrzy­dle , które aż do naszych parków pod Spaś Kuplią doszły, zatrzymane zostały przez drugi korpus jnzdy, który się porzą­dnie nareszcie sformował i walecznie kilka razy ataki do niej przypuścił.

Nie można jednak było długo zatrzymywać się na po-zycyi nad Czcrniczną. Oczywistą rzeczą było, że całą rosyj­ską armię przed sobą mieliśmy. Uformowawszy więc piechotę naszą w czworoboki, zaczęto wolno ustępować pod zasłoną artyleryi i jazdy ku Spaś Kuplia. Legia nadwiślańska podo­bnież w czworobokach porządnie się cofała. Nareszcie około godziny t-szej z południa stanęliśmy na pozycyi pod Spaś Kuplia, zupełnie połączeni, w należytym szyku bojowym pro­stopadle do drogi, prowadzącej z Woronowa, mając las pół­milowy za sobą. W tem stanowisku ogień armatni jeszcze szedł żywo z obudwóch stron; czworoboki nasze jeszcze po razy kilka odpierać musiały szarże jazdy nieprzyjacielskiej. Nareszcie i te ustały, i nieprzyjaciel od dalszych ataków od­stąpił; około 3. godziny po południu ogień ucichł zupełnie i korpus nasz zaczął się cofać przez las, oddzielający od Woronowa.

Straciliśmy w tej potrzebie blisko 1000 ludzi zabitych, pomiędzy którymi jenerałowie Lory i Fiszer, szef sztabu na­szego, który odebrał postrzał karabinowy w głowę, i do 1000 niewolnika, prócz tego 38 armat i bagaże z drugiego korpusu, tudzież bagaże króla neapolitańskiego.

Strata piątego korpusu, przez śmierć jenerała Fiszera dotkliwszą się stała, wynosiła około 500 ludzi w zabitych, rannych, lub wziętych do niewoli.

śmierć jeno- Jenerał dywizyi Fiszer należał do rzędu tych

raia dywizji oficerów, których szczęście, jak to zwykło się mó­wić, było zaklęte. Zabrany do niewoli rosyjskiej

z naczelnikiem Kościuszką pod Maciejowicami, zawieziony był do Petersburga, i tam w cytadeli kilka miesięcy przepędziw­szy, wysłany został później na wygnanie, w prowincye odle­glejsze państwa. Po śmierci cesarzowej Katarzyny, puszczony na wolność przez syna jej Pawła I., znalazł sposobność do­stania się do legionów polskich we Włoszech. Przeznaczony do obrony Mantuy z częścią legii Dąbrowskiego, po kapitu-lacyi tej twierdzy, dostał się do austryackiej niewoli. Zamie­niony później, wstąpił do legii polskiej naddunąjskiej pod Kniaziewicza rozkazy, i odbył z nim kompanię roku 1800. Ranny w tej wojnie, po zakończeniu jej traktatem lunewil-skim, powrócił na łono familii do Prus południowych, tera­źniejszego Księstwa Poznańskiego i wszedł w śluby małżeń­skie z panią Kwilecką. Przepędziwszy lat kilka spokojnie na wsi, roku 1806., za ukazaniem się francuskiej wielkiej armii, pospieszył ofiarować swoje usługi Napoleonowi. Roku 1809., był szefem sztabu księcia Poniatowskiego i odebrał niebezpie­czną ranę pod Raszynem. Jenerał dywizyi Fiszer uchodził za dobrego oficera piechoty i organizatora najzdatniejszego na­szego wojska. Był surowym przestrzegaczem karności woj­skowej i energią swoją w służbie naprawiał to, co miękkość księcia Poniatowskiego częstokroć; zepsuła: był nadzwyczajnie czynnym i odważnym w boju, lecz ciągłą intrygą i popedli-wością swoją odrażał wielu i był powszechnie nielubiany przez niższych oficerów. Wzrost miał niski, twarz pociągłą, zwyczajnie zaperzoną, nos wielki, włosy jasne, łopatkę jedną wyższą. Zginął od kuli karabinowej, która w głowę go trafiła, w 45. roku życia swego.

Dnia 19. października zrana stanęliśmy na pozycyi pod Woronowem; nieprzyjaciel nie następował za nami w prze­konaniu, że wsparci jesteśmy przez wielką armię. Chciał bo­wiem uniknąć; stanowczej bitwy. Piechota nasza stanęła za wsią Woronowem, jazda jenerała Lefebre Decenotte przed Woronowem. Zajęliśmy z jego sztabem jeden z pozostałych od pożaru domów od przyjazdu kałuskiego.

Dnia lti. października o godzinie 2. po południu, cesarz Napoleon zajęty był przeglądem jednego z korpusów swoich, gdy adjutant, wysłany zrana przez króla neapolitańskiego, przy­niósł mu wiadomość o ogólnym ruchu wojska rosyjskiego. Przerwał natychmiast rewię i wydał stosowne rozkazy. Tego samego wieczora cała wielka armia wyszła z Moskwy i sta­nęła obozem na trakcie kałuskim. Nazajutrz dnia 19-go pa­ździernika francuska armia była w wielkim ruchu na tymże trakcie i przyspieszonym marszem dążyła do Woronowa na odsiecz królowi neapolitańskiemu.

po-e<łrn<-k mó' ^ c'"'u !••*■ m'a^m nader nieprzyjemne zaj-

/. kapitanom ście z adjutautem Jenerała Lefebre Decenotte, ka­pitanem Dautan, z powodu służby. Od wymówek grzeczniejszych przyszło do słów ostrych. Nareszcie, gdy się coraz bardziej uniosił, dobyłem na niego pałasza i pchnąć go chciałem. Obecni oficerowie sztabowi rozbroili nas. Wskutek tej kłótni wyzwałem go natychmiast i wezwawszy na sekun-danla kapitana inżynierów Valenlin d'Haulerive, potykałem się z nim tego samego rana na pałasze i lekką ranę w rękę mu zadałem. Na tym się skończyła ta rozprawa. Po odbytym pojedynku żądałem od pułkownika Maletta, dowódzcy mego, aby mi inne dał przeznaczenie, i pożegnawszy jenerała Lefe­bre l)ecenot(e, który mi wszelką sprawiedliwość; oddał za po­stępowanie moje przy boku jego w czasie bitwy dnia 18. pa­ździernika, gdzie go na chwilę nie odstąpiłem i prawie sam przy nim pozostałem w czasie największego niebezpieczeń­stwa; powróciłem do sztabu głównego księcia Poniatowskiego. W kilka dni potem kapitan Dautan, w utarczce pod miastem Medyną, roznosząc rozkazy swego jenerała, skłóty został przez kozaków, o kilkadziesiąt kroków przed frontem naszej jazdy. Dnia 20. października korpus piąty opuścił swoje stano­wisko pod Woronowem i uboczną drogą, na Rykowo, zwrócił się na trakt z Moskwy do Borowska prowadzący. Spolkaliśmy na tym trakcie wielką armię, maszerującą w tym samym kie­runku na Borowsk ku Mało - Jarosfawiecowi. Piechota mlala

— 153 —


piękną postawę, osobliwie gwardya cesarska; konnica tej gwardyi zupełnie wypoczęta w Moskwie, jeszcze groźną oka­zywała postać. Lecz widok kilku tysięcy jazdy spieszącej, po­ciągów niezliczonych artyleryi, z trudnością postępujących, a nadewszysfko mnóstwo nieprzejrzane bagażów i teleg, kil­koma rzędami, pod eskortą pojedynczych ludzi oderwanych od szeregów, a zajmujących szerokość traktu, wiele dawały do myślenia, i smutny koniec całej wyprawy rokowały!

Doszedłszy do wsi Fominskoje, o 25 wiorst od Borow­ska, przecięliśmy główny trakt kałuski i zwrócili się do Werci. Tam stanęliśmy obozem dnia 22. Książę Poniatowski, wsku­tek odebranych rozkazów, wysłał z Werci jenerała Lefebre Decenotte z dywizyą swoją ku Medyni, dodawszy mu pułk '15-sty piechoty.

Dnia 25. października jenerał Lefebre pod Medyną spo-Ikał kilka pułków kozackich pod pułkownikiem Iłowańskim, którzy naprowadziwszy jazdę naszą na groblę, przez nieostro­żność jenerała Lefebre ciężką, jej zadali klęskę. Straciliśmy w tej nieszczęśliwej akcyi najlepszą część dywizyi, 5 armat artyleryi konnej i jenerała Tyszkiewicza, który się doslał do niewoli. Wszyscy przytomni oficerowie na to się zgadzali, że nigdy kozaków nie widzieli tak ślepo i tak odważnie naciera­jących, i gdyby nie przydane dwa bataliony piechoty 15. pułku, ani jedna noga naszej jazdy nie byłaby uszła z tej potyczki. Tak więc złe rozporządzenie dowódzcy może udaremnić wa­leczność najlepszego żołnierza. Lecz i to przydać potrzeba na obronę jazdy naszej, że konie jej do żadnego szybkiego obrotu już nie były zdolne. Było to pierwsze nasze niepowodzenie od początku kampanii, które strata pięciu dział tem dotkliw-szem czyniła.

Tego samego dnia wieczorem, wiadomość o tem nie­szczęściu doszła do naszego obozu i wszystkich smutkiem na­pełniła. W piechocie naszej liczono już tylko 4 000 ludzi zdol­nych do boju, wjeździe zaledwie 000 koni; prócz pięciu dział pod Medyną zabranych, wszystkie inne prowadzono za sobą;



artylerya nasza przez doświadczonych oficerów prowadzona, zaopatrzyła się w furaż i konie swoje ukuła ostro. Po kró­tkim pobycie pod Wercią i .legorowskojem f>. korpus dnia 28. października rozpoczął swój odwrót z lego ostatniego miejsca ku (Iżackowi. W wilię pierwsze mrozy dały się uczuć. Dnia 28. października, dzień był posępny, sadź gęsta zakrywała pola. Zima moskiewska wielkim krokiem następowała na na­szą zgubę.

Dzień ten 28. października był dla mnie prawdziwie fe­ralnym. Wysłany bowiem służący mój za furażem z dwoma powodowymi końmi nie powrócił więcej. Zabrany




1   2   3   4


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna