Pułkownik Chambray, w swojem dziele



Pobieranie 306.53 Kb.
Strona4/4
Data07.05.2016
Rozmiar306.53 Kb.
1   2   3   4
ewme został przez kozaków eskortujących nas, i żadnej o nim nie miałem więcej wiadomości Zo­stałem więc przy jednym tylko podjezdku i odtąd sam my­śleć musiałem o żywieniu i opatrywaniu go. — Mantclzaki z rzeczami także przepadły; został mi się tylko większy man-telzak w furgonie sztabowym inżynierskim, w którym także było nieco żywności, przysposobionej w Moskwie.

Odtąd nasz odwrót przybierał tę postać, którą nam Se-gur, Chambray i liulurlin, a osobliwie pierwszy w tak żywych oddali kolorach.

Dnia BO. października przedstawiło się oczom naszym pole bitwy Możajskiej. Widoczne lam były siady olbrzymiej walki z dnia 7. września; niepochowane trupy, szkielety koni, ułamki łóż i wozów amunicyjnych okrywały pobojowisko. — Smutny ten widok zdawał się jakby przepowiednią tych cier­pień i klęsk, które nas spotkać miały.

Wojsko nasze polskie, słabe co do liczby, maszerowało jeszcze porządnie; konnica z każdym dniem się zmniejszała, lecz artylerya, której przezorniejsi dowódzcy kazali wszystkie swoje konie ostro okuć, zaopatrzyli się w żelazo i węgle, i znaczniejsze zapasy owsa ze sobą prowadzili, przebywała z łatwością wszystkie trudniejsze przesmyki, przy których francuska artylerya traciła zaprzęgi i działa.

— ir>5 —


Widzieliśmy przy każdej' przeprawie wysilenia nadzwy­czajne artylerzystów francuskich, dla wyratowania dział swo­ich, lecz płasko okuke ogromne ich korie napróżno się wysi­lały, ażeby armaty i wozy pod górę wyciągnąć. Po nadludz­kiej pracy oficerów i żołnierzy, musiano porzucać jedne jak i drugie; armaty więc zagwożdżano, wozy amunicyjne wysa-sadzono w powietrze, konie porzucano. To wszystko zatrzy­mywało pochód następujących i utrudniało im przeprawę.

Tym sposobem droga od Możajska do Smoleńska, po której postępowaliśmy, zasłaną została końmi i ułamkami dział i wozów, i to wszystko skało się łupem postępujących za nami kozaków.

Brak żywności i furażu na samym trakcie smoleńskim, przymuszał wojsko szukać ich po obydwóch stronach drogi, w odległości jednej do dwóch mil. Z początku czynność ta odbywała się porządnie i zbrojno, lecz skoro nieład i niekar-ność wkradła się w szeregi, każden bez komendy zaczął na swoją rękę zdobywać żywność i furaże. Co chwila widziano pojedynczych ludzi, głuchych na przestrogi oficerów swoich, odrywających się od swoich batalionów, lub z braku sił zo­stających się w tyle. Jedni i drudzy wpadali w ręce kozaków, czychającycli na tę zdobycz. Wkrótce liczba żołnierzy pilnu­jących orłów swoich w sposób przerażający się zmniejszyła, mianowicie: w korpusie wice-króla, z Włochów złożonym; w korpusie Davousta i w korpusie marszałka Neya. — Nie­długo oficerowie poszli za przykładem żołnierzy i zaczęli o sobie myśleć. Nareszcie jenerałowie zostali bez brygad, mar­szałkowie bez korpusów.

I tak naprzyklad dochodząc do Wiazmy, liczba żołnie­rzy zdatnych do boju wynosiła tylko: 1. korpus Dayousfa1) J 3.000 ludzi; 3. korpus Ney'a (5.000 ludzi: -i. korpus wło-

') Korpus J>avousla na początku kampanii liczył liO.000 ludzi, wychodząc z Moskwy 27.000 ludzi, pod Wiaznią l;i.<)00 ludzi, a pod Horezyną 1.200 ludzi.

chy 12.000 iudzi; 5. Korpus Poniatowskiego 3.500 ludzi; 1. i 3. korpus jazdy i jazda lekka 3.000 ludzi. Razem 37.500 ludzi.

W liczbie tej jazda zaledwie mogła być użytą, dla sła­bości koni; artylerya wprawdzie była liczną, lecz z tego sa­mego powodu z trudnością postępowała i tylko na pozycyi dała się użyć. (iwardya i ósmy korpus westfalski (1.200 ludzi nie są tu liczono) wyprzedziły nas bowiem na trakcie dro-gobuskim.

Dnia 3. listopada, korpus piąty polski, pod komendą je-nerała dywizyi Zajączka, w zastępstwie księcia Poniatowskie­go, który wskutek zwichnięcia nogi nie mógł konia dosiąść i w powozie za nami jechać musiał, zbliżył się zrana do Wiazmy. Połączone tam cztery korpusy, w liczbie wyżej ozna­czonej, stoczyły bitwę z korpusem jenerała Miłoradowicza, dowodzącego przednią strażą Kutuzowa. Bitwa ta dla zmę­czenia żołnierza, braku żywności i nieporządku, który się za­kradł do korpusu Davousta, niepomyślnie dla nas wypadła. Korpus piąty, wystawiony na ogień przemagający artyleryi ro­syjskiej i częste natarcia jazdy, stracił w tym dniu kilkaset ludzi i jedno zdemontowane działo. Jenerał Pelletier dowo­dzący artylerya naszą, zbliżywszy się zanadto do kolumn rosyjskich, wraz adjutantem Zwanem wzięty był do niewoli w stanie podobno nietrzeźwym.

Lecz straty dnia tego nie były tak wielkie, jak skutki dezorganizacyi coraz większej w szeregach naszych. Na dro­dze od Wiazmy do Smoleńska mrozy zaczęły być mocniejsze i niedostatek żywności i furażu dolegliwszy. Przeprawa przez Wop, kosztowała wice-króla całą artyleryę i bagaże czwartego korpusu; brygada z dywizyi jenerała Baragnay d'Hillier za­braną została przez nieprzyjaciela; nareszcie odebrano wiado­mość o zajęciu Witebska na tyłach naszych. Tyle katastrof, obok strat, które wielka armia z przyczyny wzmagających się mrozów ponosiła, mogły zwalczyć jej ducha i przygotować ostateczny upadek.

Ddia 10. listopada stanęliśmy pod Smoleńskiem przy 12-stopniowym mrozie. Dni następnych 11., 12. i 13. mieliśmy 17 stopni. Rozłożyliśmy się na przedmieściu, na prawem skrzy­dle miasta, z tej samej strony, z której przypuszczaliśwy na­sze ataki. Co do mnie i kilku kolegów moich, zajęliśmy cha­łupę ciepłą i tam przez jeden dzień wypoczywaliśmy po tylu trudach. Korzystając z bliskości miasta, zaopatrzyłem się cokolwiek w żywność.

Dnia 12-go listopada korpus piąty, stojący na trakcie mścisławskim, o dwie mile drogi od Smoleńska, zwrócił ku Krasnemu za Wołkowo.

Po wypoezyku przez jeden dzień i dwie nocy, opuściłem Smoleńsk dnia 12. po południu i udałem się do Krasnoje, gdzie dnia 13. wieczorem stanąłem i zasiałem już niektórych oficerów naszych z pułkownikiem Malletem, ulokowanych w dobrym domku drewnianym, w ulicy bocznej od smoleń­skiej drogi. W mieście stał batalion gwardyi cesarskiej, któ­rym komenderyjący oficer zajął kościół na cmentarzu, środek rynku i kilka murowanych domów tegoż rynku obsadził. Ta ostrożność uratowała nas od zguby. Przepędziwszy noc z 13. na 14. października, o godzinie 4. zrana zaczęliśmy gotować nasz ranny posiłek, wiem strzały karabinowe i armatnie w le­wej stronie miasta przerwały miłe nam zatrudnienie. Chwy­ciliśmy za broń i pospieszyli na rynek, dla połączenia się z batalionem gwardyi cesarskiej, który ogniem z cmentarza odpierał nieprzyjacielskich strzelców. Był to korpus party­zancki, pod komendą jenerała Ożarowskiego. Po kilku strza­łach armatnich i żywym ogniu broni ręcznej, oddział ten zrażony niespodziewanym oporem, cofnął się z ulic i zajął pozycye pod Konikową. Nad wieczorem dnia 14. korpus piąty, złożony zaledwie z 1.500 ludzi pod bronią, stanął pod Kra-snem. Jenerał Zajączek zajął ze sztabem swoim dom dre­wniany na rynku, od smoleńskiego zajazdu. Pułki przeszły za miasto i obozowały na prawym brzegu traktu Orszy. Noc była nadzwyczajnie mroźna. W pierwszej wielkiej izbie domu

— 158 —

tego natłoczyło się przeszło pięćdziesięciu oficerów, ze sztabu i piechoty, i tam leżąc jedni na drugich, przepędziliśmy noc całą w gorącu i zaduchu okropnym; pod naszemi oknami kilku żołnierzy zmarzniętych zrana zasialiśmy.

Dnia 15. za nadejściem pierwszych kolum gwardyi, wy­ruszyliśmy ku Liadzie. Baterya rosyjska, ustawiona na lewej stronie drogi, witała nas kulami swemi podczas tego poru­szenia. Przeszliśmy więc na stronę miasta od Liad, bez straty i spokojnie maszerowaliśmy wielkim traktem, pomiędzy dwoma rzędami niebotycznych brzóz ku Liadzie. Temperatura dnia tego złagodziła się nieco i dla nas Polaków nie była nawet nieprzyjemną.

W Liadzie witali nas pierwsi żydzi polscy; widok ich czarnych długich sukien, czapek futrzanych i pejsów rozwe­selił nas cokolwiek.

Dnia 1(>. stanęliśmy w Dubrownie, w przedniej straży wielkiej armii. Nazajutrz, dnia 17. listopada, Napoleon ze szczątkami swych wojsk, zaledwie 20.000 ludzi pod bronią wynoszącymi, odważył się zaczepnie działać przeciw armii księcia KuLuzowa do 80.000 ludzi liczącej. Nie mieliśmy udziału w tej bajecznej bitwie; tego dnia bowiem dochodzi­liśmy do Orszy. Napoleon wycolawszy sie szczęśliwie z pod Krasnego, przybył na noc dnia 17. pod Liady.

Korpus Neya, zakrywający odwrót na głównym trakcie od Smoleńska, odcięły został od nas przez jenerała Miłorado-wicza i zdawał się być stracony. Lecz dzięki odwadze i wy­trwałości dowódzcy, w ciągu kilku dni polem połączył się z nami pod Orszą. Stracił konie, działa, bagaże i kilka ty­sięcy ludzi. Odwrót Neya i przeprawa przez Dniepr, do naj-świetniejszytii dzieł tej kampanii bez wątpienia należały.

Zabawiwszy dzień jeden, to jest 18. listopada w Orszy, wyruszyliśmy dnia 19. o dwie mile na trakt miński. Zosta­wiono kilku oficerów w Orszy, z poleceniem zbierania poje­dynczych ludzi i zaprowadzenia ich do głównej kwatery. Tym sposobem szeregi nasze powiększone zostały kilkuset ludźmi.

— 159 —


Lecz przywyknięcie do maszerowania i szukania na swoją rękę żywności nie dało się przezwyciężyć u wielu, innych; po­mimo, że magazyny w Orszy dla nich były otwarte, woleli w osobnych kupkach pozostać, w obawie, aby zdobyczy i ży­wność, które powózkami prowadzili od Moskwy, nie postra­dać, a ponieważ broni nie porzucili, mogli napaści pojedyn­czych kozaków odpierać z łatwością. Ci żyli w obfitości, kiedy żołnierze orłów pilnujący, innego nie mieli pożywienia, jak mięso z koni na trakcie porzuconych. Teni to tłómaczyć mo­żna, dlaczego szeregi nasze z każdym dniem się zmniejszały, tak dalece, iż korpus piąty, dochodząc do Orszy, nie liczył więcej nad 1.200 ludzi.

Co do mnie, odbyłem cały pochód od chwili utracenia koni i bagażów, na podjezdku, dla którego musiałem starać się o furaż na każdym noclegu. Żywiłem się jak mogłem, aż do Smoleńska, to gotując wspólnie z kolegami żywność, któ-rąśmy w furgoniku prowadzili ze sobą od Moskwy, to udając się do łaski pułkownika Bontempsa, komendanta pułku arty-leryi, który w furgonach swoich miał ciągle dostatek wszyst­kiego i często mnie do siebie zapraszał. Przeciwko zimnu, opatrzony byłem ciepłem futrem z wilków, temu winienem ocalenie moje. Nogi mniej dobrze były opatrzone, podobnież i głowa, kapeluszem stosowanym okryta.

Dochodząc do Krasnoji, koń mój tak mocno się odgra-dził, iż z trudnością dalej prowadzić go mogłem; minąwszy Liady, musiałem go porzucić i pieszo przebyć drogę do Orszy i stąd do Berezyny. Marsz ten ostatni dał mi się szczególnie we znaki. Dnia 19. bowiem temperatura zupełnie złagodniała: raptowna odwilż przemieniła trakty w błotne kałuże, które liczne wozy i annały wkrótce zupełnie rozjeździły. Musiałem w lekkiem obuwiu postępować po tem błotnislem morzu i nie­raz tak byłem zmęczony, iż zacząłem o sobie powątpiewać. W chwili takiej, kiedy wysilony siadałem na boku drogi dla w^ypoczęcia, spotykam pułkownika Malleta w dobrej bryczce, zaprzężonej w trzy silne konie; wołam na niego, przedsta-

— 160 —

wiam stan mój i proszę, ażeby się nademną zlitował i na bryczkę zabrał. Lecz człowiek ten bez serca, niepomny na dawne .stosunki, odmówił mi wręcz tej pomocy i zimno spoj­rzawszy, kazał mnie minąć. W kilka chwil później, nadszedł pociąg wozów i armat, polskich. Pułkownik artyleryi Walew-ski, widząc moje położenie, zlitował się przecież nademną i pozwolił mi siąść na armatnim łożu. Tym sposobem prze­byłem trudną cześć drogi od Tołoczyna do Bobru. Dnia 22. doszliśmy do Tołoczyna, a dnia 23. do Bobru. Pod tym mia­stem doszła nas wiadomość o zajęciu Borysowa przez korpus Czyczagowa i o klęsce, poniesionej przez dywizyę jenerała Dąbrowskiego, przy obronie mostu na Berezynie; nareszcie o zbliżaniu się od Witebska korpusu Wittgensteina.

Położenie szcząlków wielkiej armii stało się przez to tak krylycznem, iż tylko niesłychanym błędom, popełnionym przez dowódzców nieprzyjacielskich przypisać było można szczęśliwe przeprawienie się nasze przez Berezynę pod ytu-dziauką. Dnia 20. listopada jenerał Dąbrowski po nieszczęśli­wej potyczce pod Koydanowem, w której stracił cały niemal oddział jenerała Kos.-^ckiego, slanął w nocy w okopach pod Borysowem z trzema batalionami piechoty, kilkoma szwadro­nami jazdy i dwudziestoma działami. Nieobznajomiony dokła­dnie z miejscowością, czekał do rana, ażeby uszykować woj­sko swoje na pozyeyi. Lecz dnia 21. o godzinie (i. zrana zaa­takowany został niespodziewanie przez dywizyę jenerała Lam­berta, mającą w odwodzie dywizyę Langerona, stanowiącą przednią straż admirała Czyczagowa. Bitwa rozpoczęła się nąjzaeietsza. Jenerał Dąbrowski widząc dobrze, iż od zacho­wania mostu zależało ocalenie wielkiej armii, bronił pozyeyi jak najsilniej; w czasie boju otrzymaw.szy posiłek dwóch ba­talionów pod jenerałem Pakoszem, wracających z pod Bobruj -ska, zapewnił sobie nimi tyły i przeprawę przez most bere-zyński. Bitwa toczyła się przez cały dzień, nareszcie Langeron wzmocniony świeżemi batalionami, przypuścił ogólny atak na osłabione długą bitwą linie polskie, przełamał je i wyparł za

— 101 -


Berezynę, ze stratą 2.000 ludzi, jednego orła i trzech dział. Jenerał Dąbrowski w tej bitwie to wszystko uczynił, czego od doświadczonego i walecznego wodza spodziewać się tylko można było, lecz uledz musiał przemagającym siłom i sam jeden z ostatnich przeszedł przez most na Berezynie.

Po zajęciu Borysowa przez nieprzyjaciela, cesarz zmu­szony był szukać, innego puklu przeprawy. Wybrano w tym celu wieś Sludziankę, o dwie mile powyżej Borysowa. I'o kilku demonstracyaeh powyżej i poniżej, celem uwiedzenia jenerała Czyezagowa, zaczęto sławiąc'- mosty dnia 2(> listopada

0 godzinie (i zrana pod osłoną artyleryi drugiego korpusu

1 gwardyi, rozstawionych na wzgórzach, panujących nad Be-


rezyną i wobec korpusu nieprzyjacielskiego pod jenerałem
Gzaplicem, stojącym na wzgórzach pod Brykowem. Tegoż dnia
cała wielka armia włącznie z gwardyami, korpusem OudinoTa
i Vietora, wynosiła już tylko 2(.l.7ił0 ludzi pod bronią. Między
tymi było Polaków około H.OOO, mianowicie: korpus piąty pod
jenerałami: Zajączkiem i Kniaziewiczem, dywizya Dąbrow­
skiego, jazda tej dywizyi, dywizya (iiraid'a składająca się z i. 7
i (.t pułku piechoty, i legia nadwiślańska. i\iosty zbudowano
na kozłach z lekkiego inaleryalu, pochodzącego z domów wsi
Studzianki. Lewy przeznaczony był dla pociągów i jazdy,
prawy dla piechoty. Budową zajęli się jenerałowie Kile od
artyleryi i O.hasseloup od inżynieryi; pontonierzy francuscy
i kompania saperów polskich z dywizyi Dąbrowskiego, po­
święcili się lej ciężkiej robocie, wymagającej zanurzania się
po pas w rzece, krą płynącej. Większa część tych ludzi padła
ofiarą swojego poświęcenia. Napoleon od godziny 7 zrana siał
przy mostach i wszystkich zachęcał. Most po prawej stronie
był golów o godzinie 1. w południe. Zaraz po nim delilował
korpus drugi Oudinofa z 5.C>00 piechoty i l.-1(X) jazdy, z dy-
wizyą Dąbrowskiego, i atakował oddział (Izaplina. Po krótkiej
ularczce Czaplic cofnął się ku Borysowu. Tym sposobem
droga do Wilna, na Zemhin i Pleszczenice otwarta, dla nas
została. Mosl Iowy gotowy był o trzy godziny później. W cza-

sie budowy mostów Ozyczagow, uwiedziony demonstraeyami Napoleona, zwróconą miał uwagę ku niższej Berezynie i spo­dziewając się przeprawy w okolicy miasta Berezyny, z wię­kszą częścią sił swoich wyruszył ku Szabaszewieom, w stronę przeciwną. Dopiero po odebraniu raporln od jenerała Cza-])lica o istotnym stanie rzeczy, pospieszył do Borysowa i sta­nął dnia 2S z rana z całą swoją armią, liczącą 17.000 ludzi i i).000 jazdy, na trakcie, prowadzącym z Borysowa do Zem-bina, naprzeciw korpusu Oudinofa.

W dniu 2(i. nad wieczorem przybyłem pieszo i bardzo znużony do Studzianki. Spotkałem tam przyjaciela i kolegę, Prądzyńskiego. Jakież było jego zdziwienie i smutek na wi­dok szczątków naszego korpusu i wielkiej armii; co za ró­żnica od czterech miesięcy! Wojska, dawniej tak świetne, tak potężne, w stanie najopłakańszym przedstawiały się jego oczom. W pośród masy zdezorganizowanej i bezbronnej, maszerowały pojedyncze plutony pilnujące orłów swoich, i te nazywano korpusami 1. ,5. 4. i 5. wielkiej armii!' Jazdy już wcale nie było, zbiedzone jej oddziały, do cieniów podobne, w całej tej bezładnej zgrai rozrzucone były. Tylko korpus piąty zacho­wał większą część artyleryi swojej'; część bowiem odstąpić mu­siał korpusowi czwartemu, z Włochów składającemu się, który między Smoleńskiem i Orszą pozostawił na drodze. (Iwardya cesarska tylko przedstawiała masę, do wojska podo­bną. Tłum ten konnych, pieszych i na wozach żołnierzy, ciu­rów, maruderów i powózek postępował w milczeniu. Na twa­rzach bladych, wychudłych, okopconych dymem ogniska, ze­szpeconych długą brodą, malowało się odrętwienie lub roz­pacz. Wszelkie usiłowania, aby powrócić szeregom tych łudzi, oderwanych od pułków i zdatnych jeszcze do broni, były na­daremne. Nie było do tego środka. Węzły karności zupełnie były zerwane. Oficer, jenerał i żołnierz, jeden los dzielili; ró­żnica pomiędzy nimi ustała. Klęska tak wielka, tak wielki' niedostatek wszystkich zrównoważyły. Pomimo to, co do

— 163 —

mojej osoby nie poddawałem się rozpaczy, tak jak drudzy, i z wielką spokojnośc:ą radziłem sobie, jak mogłem. Jednakże różnica w mojej powierzchowności wzbudziła współczucie w poczciwem .sercu Prądzyńskiego; rozpłakał się na mój wi­dok; opatrzył mnie w żywność i konia dobrego odstąpił, miał ich bowiem kilka, zdobytych w utarczkach pod Bobruj-skiem. Dnia więc 27. przyjechałem konno, lubo z trudnością wielką przez lewy most za artyleryą korpusu piątego i dosta­łem sie szczęśliwie na brzeg przeciwny. Bagno od mostów aż do wzgórza, panującego nad przeprawą, było zamarznięte. Przed dwoma dniami, w czasie odwilży, przejść po niem było niepodobna.



Połączyłem się tego wieczora z dywizyą Da-Bihva ua(] Bc browskiego i noc. przepędziliśmy razem z Prądzyń- ro/.yn.-j dnia 2* skim, okryci moim futrem, w lesie sosnowym na hst°Padfl-prawej stronie drogi, prowadzącej do Borysowa. Dnia 2X.

  1. godzinie 7. zrana nieprzyjaciel atakował nas całą siłą. Mar­
    szałek Ney po Oudino'cie, rannym w dniu 26., objął komendę
    nad nami. Dywizya Dąbrowskiego przeszła na lewo drogi

  2. rozrucona w tyraliery, bez żadnego wsparcia ani odwodu,
    potykała się przez cały dzień z chmarą nieprzyjacielskich ty­
    ralierów; jenerał Zajączek z resztkami korpusu piątego, wy-
    noszącemi zaledwie 1.200 ludzi, walczył na prawej stronie;
    legia nadwiślańska przyszła mu w pomoc. Artyleryą nasza
    stała na drodze: jazda w miejscach, gdzie las rzadszy dozwa-
    laf się jej poruszać, dzielnie szarżę przypuszczała, rozbiła pie­
    chotę rosyjską i parę tysięcy jeńców, najwięcej rannych, za­
    brała. Ogień zacięty wrzał z obydwóch stron. Raz Rosyanie
    przyparci rozpaczliwymi atakami naszej piechoty i jazdy, co­
    fali się ku swoim rezerwom; drugi raz nasi przed siłą prze-
    magającą ustępowali i zebrawszy się w kupki, z podwójną
    natarczywością szli znowu naprzód.

(Idy sie to działo, na prawym brzegu Berezyny marsza­łek Victor z jedną dywizyą polską (iirard'a, później wzmoc­niony dywizyą jenerała Daendels'a i kilkuset jazdy pod jene-

— 164 —

rałem Fournier'eni, odpierał / wielka stałością na lewym brzegu ISerezyny alaki korpn.su Witlgenszleina. Trzecia dywi-zya korpusu pod jenerałem Parlonay'em, w nocy z dnia 27. na 28. odciętą zostawszy pomiędzy Studzianką a Uorysowem, zmuszona była broń złożyć przed korpusem WiU.genszl.eina-Nieszczęśliwy len wypadek utrudnił bardziej obronę mostów z lewego brzegu. Napoleon z (S.100 starej i młodej gwardyi siał nieporuszony pod Brysowem, gotów nieść pomoc, gdzieby się tego potrzeba, okazała.

Około godziny II. zrana, jenerał Dąbrowski ranny zo­stał w rękę, w której trzymał szablę Sobieskiego i opuścić musiał pobojowisko. Cokolwiek później Kniaziewicz odebrał kon-iuzyę w nogę, a jener.iłowi Zajączkowi kula armatnia urwała nogę. Zaniesiono go do biwaku cesarskiego i tamże opatrzony był przez doklora Larroy'a w przytomności cesarza. Około godziny 1. w południe koń padł podemną, przestrzeloną mając szczękę od kuli karabinowej: podniosłem go i widząc, ze s:ę da uratować, odprowadziłem w tył i oddałem służącemu Prądzyńskiego, który widząc mnie spieszącego, a mając jesz­cze kilka luźnych koni, podał mi drugiego. Około godziny 4. po południu ogień zaczął wolnieć na całej linii. Rosyanie nie mogąc nas przełamać, zaczęli tyralierów strąhywać i biwaki na linii bojowej swojej zakładać.

W czasie bitwy znaczna cześć bagażów, parków i poje­dynczych maruderów defilowała przez mosly: budowane ze słabego inalcryału. często pud ciężarem uciekających łamały się i naprawy potrzebowały. I'ochód bezbronnej zgrai zatrzy­many przeto został kilka razy; w bliskości moslów ciżba co­raz większa sie stawała. Nareszcie, gdy kule Witlgen.szle.iiia. zaczęły padać między ten tłum, wszyslko się zerwało, chcąc; dosięgnąć moslów. Powstał ogromny zgiełk, gdy mosty przez straż tylną zajęte zostały. ,luż było zapóźno do uratowania lej masy bezbronnych ludzi. Za nadejściem pierwszych od­działów rosyjskich, osłupienie ogarnęło wszystkich. f)o 2o.iKM)

— 1.H5 -

ludzi i ogromna ilość wozów dostała się w ręce nieprzy­jaciela ').

Noe z 28. na 29. listopada po bitwie, przepędziłem na bagnach zamarznie! yeh nad rzeczką (layną, przy stogach siana. Znalazłem cokolwiek kaszy w sakwach, na koniu Prą-dzyńskiego i tą posiliłem się po ciężkiej pracy. Nazajutrz dnia 29. wyruszyłem w dalszy pochód. Droga prowadziła sze­regiem nieprzerwanych mostów, w długości 300 sążni, ku miasteczkowi Zembinowi. Nieprzyjacielskie oddziały krążące w okolicy, zaniedbały spalenia tych mostów, klóre stano­wiły dla niedobitków jedyną przeprawę. Tym sposobem zosta­liśmy uratowani. Na drodze spotkałem cesarza z królem Ne-apolitańskim, w zamkniętej karecie jadącego wolno, wśród pieszej gwardyi. Marszałek Davoust i książę Nevchatelski ]>er-thier, siedzieli za powozem w ubiorach, dawnej ich wielkości wcale nie przypominających. Pierwszy po stracie korpusu przed-slawiał obraz najopłakańszy. Widać było na jego twarzy cier­pienie i osłupienie zarazem. Postępując zwolna i wyprzedzi­wszy kolumnę cesarską, doszedłem do miasteczka Zembina.

Dnia 30. listopada stanąłem nareszcie w Pleszczoniey. Zastałem tam rannego jenerała Dąbrowskiego, spoczywającego w domu drewnianym, w którym w wilię dnia marszałek Oudinol, ranny także dnia 27. z innymi rannymi olicerami i żołnierzami, mianowicie z włoskim generałem dywizywi Pino, zabarykadowawszy sie, wytrzymali atak ze strony jene­rała rosyjskiego Łanskoja, na czele lekkiego oddziału jazdy z dwoma, działami, odeprzeć; go potrafili- Dom nosił jeszcze na sobie ślady walki. Kilka kuł armatnich przedziurawiły go bowiem na wylot.

Cesarz Napoleon slanął dnia 28. grudnia w Mołodecznic i tu poslanowił opuścić armię i wrócić do Paryża.

'i Okropne sceny |>i/,y mostach, opisane są dokładnie w dziełach Chanibray'a i Hiikirlina. Nie będąc, ich świadkiem, pominąć takowe: musze.



— 166 —

do do mnie, .sprzągłszy konia mego z koniem oficera IVmo\vskiego i nabywszy lekkie sanki, puściłem .się wśród okropnego mrozu do Wilna na Mołodeczne, Smorgonię, sła­wną pomiędzy Litwinami z akademii niedźwiedziej, Oszmianę. Hyhomię — i stanąłem w stolicy litewskiej dnia 7. grudnia.

Wiadomość o naszych klęskach jeszcze nie była zupeł­nie doszła do miasta. Nikt się nic spodziewał takiego pogro­mu. Dostałem kwaterę u poczciwego obywatela, gdzie sobie przez dzień jeden wypocząłem i wykąpałem się; a pomimo lego iż niema nie niebezpieczniejszego, jak kąpiel po 25-stopnio­wym mrozie, nie zaszkodziłem zdrowiu. Tu także zasiałem księcia Poniatowskiego, jenerała Dąbrowskiego, pułkownika P.atilenstraucha i innych wyższych oficerów, którzy nas wy­przedzili. Pokrzepiwszy się przez jeden dzień i opatrzywszy w cokolwiek bielizny i pieniędzy z łaski pułkownika Stani­sława Chłapowskjego, adjutanta przy Dąbrowskim, puściłem się dnia 9. grudnia zrana w towarzystwie podpułkownika Ur-mowskiego na Ponary do Kowna. Artylerya nasza i wszyst­kie pojedyncze oddziały poszły w kierunku Olity. Drogę tę także obrał książę Poniatowski ze swoim sztabem. Dnia 11, przybyłem do Kowrna i nie zatrzymawszy się w tem mieście, przeprawiłem się przez zamarznięty Niemen i stanąłem na noc w Aleksocie wraz z jenerałem Dąbrowskim, w domu posła (iodlewskiego, który nas z gościnnością staropolską i z otwar-temi rękami przyjął. Była to pierwsza noc prawdziwego wy­poczynku po tak wielkich znojach. Lecz i tu nie można było długo pozostać, nie chcieliśmy być pochłonięci ciżbą zdezor­ganizowanej armii. Ruszyliśmy więc dalej lasami, okrywaj ą-cemi północną cześć augustowskiego województwa i dla skró­cenia sobie drogi, przerząwszy się przez cześć wschodnich Prus około Johanisbergu, przez Pułtusk i Sierock, stanęliśmy w Warszawie dnia 20. grudnia. Cesarz dnia 10. grudnia już przejeżdżał:.przez Warszawę, w towarzystwie jenerała Caulin-conr'a i kapitana Wąsowicza, i po krótkiej rozmowie z wyż­szymi władzami i arcybiskupem de Praelt, nadzwyczajnym

— 167 —


posłem swoim przy konfederaeyi, wyruszył do Drezna. Książę Poniatowski w trzy dni później, to jest dnia 13. przybył także do Warszawy. Zaczęły się ściągać do stolicy wszystkie poje­dyncze oddziały, artylerya, jazda, oderwańcy, i t. d., kfó-rzy w zbyt-szybkim odwrocie potrafili ocalić swoje życie od mrozów i następujących kozaków. Zaledwie (J.(KM) ludzi i l.o bezbronnych w większej części, powróciło z kopitsu pią­tego, 32.000 ludzi wynoszącego w czasie przeprawy pizez Nie­men, prócz oddziałów- jazdy, rozrzuconych w wielkiej armii. Legia nadwiślańska, gwardya konna Krasińskiego, dywi-zya polska z korpusu Victora, dywizya grenadyerow z kor­pusu Macdonald'a, innymi szły (taktami. Litewskie pułki pie­sze, nowo sformowane pod jenerałem Giedroyciem, pułko­wnikiem C.zapddm, tiiełgudem i t. d., zwrócone zostały do Modlina.

Po niewielkim spoczynku zaczęto myśleć o środkach zreorganizowania tej bezładnej masy. Użyto na l.o kadrów pie­choty i zakładowych szwadronów jazdy. Artylerya prawie wszystkie działa swoje szczęśliwie doprowadziła i z chlubnem poświęceniem jedna tylko zachowała porządek w ludziach i za­przęgach. Dowodził nią waleczny pułkownik (iórski. Park ar-tyleryi i oddziały saperów: pierwszy pod rozkazami pułko­wnika P>ontemps'a, bez wielkiej straty, w należytym porządku przybyły do Warszawy.

Z powracających żołnierzy, z kadrów piechoty i z re-krulów, których deparlamenta przez P.osyan nie zajęte, dostar­czyły, uformowano sześć nowych pułków pieszych. W za­kładach jazdy po zarekwirowaniu kilku tysięcy koni, znale­ziono tyle jeszcze ludzi i koni, iż dołączywszy pozosta­łych jeźdźców: sześć pułków konnych, mianowicie: 1., .">., o'., 8., 12. i 13 jazdy uformować było można, lubo niekom­pletnych.

Jenerał Dąbrowski w Kaliszu i okolicach zebrał kadry swojej dywizyi i przyłączywszy do nich świeży pobór, sfor­mował dwa pułki piechoty i dwa pułki jazdy. Nareszcie



— 108 —

w pierwszych dniach stycznia roku 1813. zwołane zoslało pospolite ruszenie w departamentach, nie zajętych przez nie­przyjaciela. Na lo wezwanie w departamentach na lewym brzegu położonych, w przeciągu sześciu tygodni stanęło około 8.000 jazdy na koniach mierzynach, uzbrojonych w lance z chorągiewkami, pałasze i pistolety, i wszyscy umundurowani. Departament poznański dostawił 2.000 koni w mundurach granatowych z amarantowymi wyłogami lub wypustkami. Departament kaliski 2.000 koni w granatowych z niebieskimi przyborami, pod komendą slarego pułkownika łJiernackiego-Departament krakowski 2.(MX) w ubiorze krakowskim, właści­wym chłopom w okolicach lYoszowie i Szkalmierza. Ile do­starczyły depariamenla inne, nie jest mi wiadomo. Owo po­spolite ruszenie; złożone było z samych chłopów — zbłą­dzono w tem, iż na dowódzców nie dano im starszych ofice­rów i podoficerów'. Właściciele ziemscy bez doświadczenia, zastąpić ich byli zmuszeni. Lecz nie było czasu do uporząd­kowania i wymustrowania lego naprędce zebranego żołnierza. Chociaż wysilenie iakie po wystawieniu 0.000 żołnierza, bar­dzo ciążyło na obywatelach, przecież bez szemrania, z naj­większą ocholą, każdy się garnął do oręża, lub dostawiał na­kazanych: ludzi i konie. Lecz za to w krótkim czasie nieład i zniechęcenie wkraść się musiały w szeregi. Za pierwszą wiadomością o przejściu Wisły przez Rosyan, dezereya się rozpoczęła i w dwa tygodnie ledwie się 2.000 koni z lego całego pospolitego ruszenia przy chorągwiach znalazło! --



KONIEC KSIĘGI I.


1   2   3   4


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna