RÓwnoumagicznienie



Pobieranie 0.87 Mb.
Strona1/16
Data07.05.2016
Rozmiar0.87 Mb.
  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   16
RÓWNOUMAGICZNIENIE

Jest to opowieść o tym, czym jest magia i dokąd zmierza, a co waż­niejsze, skąd przychodzi i po co. Poniższa historia nie pretenduje jednak do odpowiedzi na wszystkie te pytania.

Może jednak pomóc w wyjaśnieniu, dlaczego Gandalf nigdy się nie ożenił i dlaczego Merlin był mężczyzną. Ponieważ jest to również opo­wieść o seksie, choć raczej nie w sensie, atletyczno-gimnastycznym, czy też w sensie „policz wszystkie nogi i podziel przez dwa". Chyba, że po­stacie całkowicie wyrwą się spod kontroli autora. Co jest możliwe.

Jednakże przede wszystkim jest to opowieść o świecie. Oto on. Przyj­rzyjmy się uważnie, gdyż efekty specjalne kosztowały naprawdę sporo.

Rozbrzmiewa basowa nuta. Ten głęboki, wibrujący akord sugeru­je, że sekcja dęta lada chwila zagrzmi fanfarą na cześć kosmosu, albo­wiem scena przedstawia czerń dalekiej przestrzeni i tylko kilka gwiazd migocze niby łupież na kołnierzyku Boga.

I nagle pojawia się: większy od największego, najgroźniej uzbrojo­nego gwiezdnego krążownika z wyobraźni producenta filmowych wido­wisk: żółw, długi na dziesięć tysięcy mil. To Wielki ATuin, jeden z rzad­kich okazów we Wszechświecie, gdzie rzeczy mniej są tym, czym być powinny, a bardziej tym, czym ludzie je sobie wyobrażają. Niesie na swej pooranej meteorami skorupie cztery gigantyczne słonie, a te na swych ogromnych grzbietach dźwigają wielki krąg świata Dysku.

Kiedy przemieszcza się punkt widzenia, w świetle maleńkiego, orbitującego słońca obserwator dostrzega cały świat. Są tu kontynen­ty, archipelagi, morza, pustynie, łańcuchy górskie, a nawet niewielka, centralna pokrywa lodowa. Tutejszych mieszkańców, co oczywiste, nie interesują klasyczne globalne teorie. Ich świat, otoczony ze wszystkich stron oceanem przez wieczność przelewającym się w kosmos w jednym nieprzerwanym wodospadzie, jest płaski jak geologiczna pizza, cho­ciaż bez anchois.

Taki świat - istniejący wyłącznie dlatego, że bogowie lubią sobie pożartować - musi być miejscem, gdzie działa magia. I oczywiście seks.



Nadszedł wśród burzy i od razu można było w nim poznać maga. Po części z powodu długiego płaszcza i rzeźbionej la­ski, ale przede wszystkim dlatego, że krople deszczu zatrzy­mywały się kilka stóp nad jego głową i parowały obficie.

Działo się to w pięknej burzowej okolicy, w Górach Ramtopu, krai­nie ostrych szczytów, gęstych lasów i wąskich rzecznych kotlinek tak głę­bokich, że kiedy światło dnia docierało wreszcie do podłoża, czas mu już było się zbierać. Poszarpane strzępki chmur lgnęły do mniejszych szczytów poniżej górskiej ścieżki, którą - ślizgając się w błocie i potyka­jąc - podążał mag. Kilka kóz z niejakim zaciekawieniem obserwowało go przez zmrużone oczy. Niewiele trzeba, żeby zaciekawić kozy....

Czasami zatrzymywał się i podrzucał swą ciężką laskę. Zawsze spa­dała wskazując ten sam kierunek, a mag wzdychał, podnosił ją i podej­mował trudny marsz.

Burza szła między wzgórzami na nogach z błyskawic, pokrzykując i warcząc.

Mag zniknął za zakrętem i kozy powróciły do przeżuwania.

Gdy nagle coś jeszcze zwróciło ich uwagę. Zesztywniały, szeroko otworzyły oczy i rozdęły nozdrza.

Było to dziwne, ponieważ ścieżka pozostała pusta. Jednak kozy wciąż obserwowały, jak coś przechodzi, póki nie zniknęło z pola widzenia.


Wieś skuliła się w wąskiej dolince pomiędzy porośniętymi la­sem stromymi zboczami. Nie była to duża wioska i nie uka­zywała jej żadna mapa okolicy. Ledwie była widoczna na ma­pie wioski.

Właściwie było to jedno z tych miejsc, które istnieją wyłącznie po to, żeby ktoś mógł z nich pochodzić. Wszechświat jest ich pełen: za­gubionych wiosek, omiatanych wiatrem miasteczek pod szerokim nie­bem czy odosobnionych górskich chat. Jedyny ich ślad w historii to fakt, że są miejscami absolutnie zwykłymi, gdzie zaczęło się dziać coś absolutnie niezwykłego. Często upamiętnia to niewielka tablica pa­miątkowa głosząca, że wbrew wszelkiemu ginekologicznemu prawdo­podobieństwu ktoś bardzo sławny urodził się na ścianie.

Mgła kłębiła się między chatami, kiedy mag przekraczał wąski mo­stek nad wezbranym potokiem i kierował się do kuźni. Te dwa zdarze­nia nie miały ze sobą nic wspólnego. Mgła kłębiłaby się i tak: była mgłą bardzo doświadczoną i doprowadziła kłębienie do poziomu sztuki.

W kuźni, oczywiście, zebrało się sporo ludzi. Jest to miejsce, gdzie można zawsze liczyć na dobry ogień i kogoś do pogawędki. Wieśniacy przysiedli w ciepłym mroku. Kiedy zbliżył się mag, wyprostowali się gwałtownie i próbowali przybrać inteligentny wyraz twarzy, na ogół bez większych sukcesów.

Kowal uznał, że nie musi przestrzegać takich form. Skinął magowi, ale było to powitanie równych sobie... a przynajmniej równych z punktu widzenia kowala. W końcu byle jaki mniej więcej kompetentny kowal poznał magię bardziej niż przelotnie. Tak mu się przynajmniej wydaje.

Mag skłonił się. Biały kot śpiący obok paleniska ocknął się nagle i spojrzał na niego badawczo.

-Jak się nazywa ta wieś, panie? - zapytał przybysz. Kowal wzruszył ramionami.

- Głupi Osioł.

- Głupi...?

- Osioł - powtórzył kowal takim tonem, jakby wzywał gościa, żeby spróbował sobie z tego zażartować. Mag zamyślił się.

- Ta nazwa ma pewnie swoją historię - stwierdził w końcu. -W innych okolicznościach chętnie bym jej wysłuchał. Ale chciałbym porozmawiać z tobą, kowalu, o twoim synu.

- Którym? - spytał kowal.

Wśród gapiów rozległy się śmiechy. Mag uśmiechnął się także.

- Masz siedmiu synów, prawda? A sam jesteś ósmym synem? Twarz kowala zmartwiała. Obejrzał się na wieśniaków.

- No dobra, przestaje padać - rzekł. - Uciekajcie stąd wszyscy. Ja i... - spojrzał na maga i podniósł brwi.

- Drum Billet- wyjaśnił mag.

- ...i pan Billet mamy do omówienia ważne sprawy. Skinął młotem i publiczność opuściła kuźnię, po drodze ogląda­jąc się jeszcze na wypadek, gdyby mag zrobił coś ciekawego.

Kowal wyjął spod blatu dwa stołki. Z szafki obok pojemnika z wodą wyciągnął butelkę i do dwóch bardzo małych kieliszków nalał przej­rzystego płynu.

Obaj mężczyźni usiedli i przez chwilę obserwowali deszcz i mgłę kłębiącą się nad mostem. Wreszcie odezwał się kowal:

- Wiem, o którego syna wam chodzi. Babcia Weatherwax jest te­raz przy mojej żonie, ósmy syn ósmego syna... Faktycznie, coś prze­mknęło mi przez myśl, ale nie zwracałem na to uwagi. No tak... Mag w rodzinie, co?

- Szybko się pan zorientował - zauważył Billet.

Biały kot zeskoczył z legowiska, przebiegł po podłodze i jednym susem znalazł się na kolanach przybysza. Tam zwinął się w kłębek. Cienkie palce maga z roztargnieniem gładziły jego sierść.

- No tak... - powtórzył kowal po raz drugi. - Mag w Głupim Ośle, zgadłem?

- Możliwe, możliwe - przyznał Billet - Oczywiście najpierw musi pójść na Uniwersytet Naturalnie, może sobie tam doskonale poradzić.

Kowal dokładnie rozważył tę ideę i uznał, że bardzo mu odpowia­da. Nagle coś przyszło mu do głowy.

- Chwileczkę... Próbuję sobie przypomnieć, co mówił mój ojciec. Podobno mag, który wie, że ma umrzeć, może tak jakby przekazać swoją tak jakby magiczność tak jakby następcy. Zgadza się?

- Nie słyszałem jeszcze równie skrótowego opisu, ale owszem.

- Czyli macie tak jakby umrzeć?

- Tak jest.

Kot mruczał cicho, gdy wąskie palce drapały go za uchem.

Kowal zakłopotał się wyraźnie.

-Kiedy?


Mag zamyślił się na moment.

- Za jakieś sześć minut - stwierdził.

-Och.

- Proszę się nie martwić. Prawdę mówiąc, oczekuję już tego. Sły­szałem, że to zupełnie bezbolesne. Kowal pomyślał chwilę.



- A kto wam powiedział? - zapytał.

Mag udał, że nie dosłyszał. Obserwował most, czekając na znaczącą turbulencję wśród mgły.

- Do rzeczy - odezwał się kowal. - Wytłumaczcie mi lepiej, jak się wychowuje maga, bo, widzicie, w naszej okolicy nie ma ani jednego i...

- Wszystko samo się ułoży - wyjaśnił uprzejmie Billet. - Magia mnie tutaj doprowadziła i magia się wszystkim zajmie. Jak zwykle zresztą. Czyżbym słyszał krzyk?

Kowal spojrzał w sufit. Poprzez szum potoku przebił się odgłos pary nowych płuc pracujących z pełną mocą.

Mag uśmiechnął się.

- Niech go tu przyniosą - polecił.

Kot usiadł nagle i spojrzał zaciekawiony w szerokie wrota kuźni. Kiedy podniecony kowal wołał kogoś z pięterka, kot zeskoczył i ruszył wolno przed siebie, mrucząc głośno jak piła.

Ze schodów zeszła wysoka siwowłosa kobieta, dźwigając opatulo­ne kocem zawiniątko. Kowal podprowadził ją szybko do miejsca, gdzie siedział mag.

-Ale... -zaczęła.

- To bardzo ważne - oświadczył poważnym tonem kowal. - Co te­raz, panie?

Mag podniósł laskę. Była długości człowieka i grubości ręki w prze­gubie, pokryta rzeźbionymi znakami, które zdawały się zmieniać w oczach kowala. Całkiem jakby nie chciały, żeby zobaczył, jak wyglądają.

- Dziecko musi ją chwycić - wyjaśnił Drum Billet. Kowal skinął głową i pogmerał pod kocem, aż znalazł maleńką różową dłoń. Przysunął ją delikatnie do drewna. Paluszki chwyciły laskę.

- Ale... - powtórzyła akuszerka.

- Wszystko w porządku. Babciu - przerwał jej kowal. - Wiem, co robię. Jest czarownicą, panie. Nie zwracajcie na nią uwagi. Dobrze. Co teraz?

Gość milczał.

- Co mam teraz zro...

Kowal urwał nagle. Pochylił się, by spojrzeć na twarz maga. Drum Billet uśmiechał się, ale trudno powiedzieć, co go tak rozbawiło.

Kowal oddał dziecko zirytowanej akuszerce. Potem z szacunkiem odgiął zaciśnięte na lasce wąskie, blade palce.

Laska była dziwna w dotyku, trochę śliska, jakby naelektryzowana. Samo drewno pociemniało, ale rzeźbione znaki były jaśniejsze. Oczy bolały, kiedy człowiek próbował dokładnie się im przyjrzeć.

- Zadowolony jesteś z siebie? - spytała akuszerka.

- Co? A tak, szczerze mówiąc tak. A bo co?

Odchyliła róg koca. Kowal spojrzał i nerwowo przełknął ślinę.

- Nie... - wyszeptał. - On mówił...

- A co on mógł o tym wiedzieć? - prychnęła pogardliwie Babcia.

- Powiedział, że to będzie syn!

- Nie wygląda mi to na syna, drogi chłopcze. Kowal opadł na stołek i ukrył twarz w dłoniach.

- Co ja narobiłem? -jęknął.

- Dałeś światu pierwszego żeńskiego maga - odparła akuszerka. -I cio telaź, maciupcia moja?

-Co?


- Mówiłam do dziecka.

Kot mruczał głośno i prężył grzbiet, jakby ocierał się o nogi stare­go przyjaciela. Co dziwne, ponieważ nikogo tam nie było.

- To było nierozsądne - odezwał się głos tonem, którego nie mógł usłyszeć żaden ze śmiertelnych. - Założyłem, że magia wie, co robi.

MOŻE I WIE.

- Gdybym tylko mógł coś na to poradzić...

NIE MA POWROTU. NIE MA POWROTU, oznajmił głos głębo­ki i ciężki jak zatrzaskujące się wrota krypty.

Smużka nicości, która niedawno była Drumem Billetem, zastano­wiła się przez chwilę.

- Przecież ta mała będzie miała mnóstwo kłopotów. TAKIE PRZECIEŻ JEST ŻYCIE. TAK MI MÓWIONO. NATURAL­NIE. SAM NIE MAM O TYM POJĘCIA.

- A co z reinkarnacją?

Śmierć zawahał się.

NIE SPODOBA CI SIĘ, stwierdził. UWIERZ MI NA SŁOWO.

- Słyszałem, że niektórzy robią to bez przerwy.

KONIECZNE JEST PRZESZKOLENIE. MUSISZ ZACZYNAĆ NI­SKO I POWOLI PRZESUWAĆ SIĘ CORAZ WYŻEJ. NIE MASZ PO­JĘCIA, JAKIE TO STRASZNE BYĆ MRÓWKĄ.

- Aż tak źle?

NIE UWIERZYŁBYŚ. A PRZY TWOJEJ KARMIE TRUDNO OCZE­KIWAĆ AŻ MRÓWKI.

Dziecko wróciło do matki, a kowal posępnie wpatrywał się w ście­kające z okapu kuźni krople wilgoci.

Drum Billet z roztargnieniem podrapał kota za uchem i pomyślał o swoim życiu. Trwało długo, co jest jednym z przywilejów zawodu maga. Dokonał wielu rzeczy, z których nie zawsze był dumny. Najwyż­sza już pora...

CZAS NAS GONI, przypomniał Śmierć.

Mag spojrzał w dół, na kota, i po raz pierwszy uświadomił sobie, jak dziwacznie wygląda zwierzę.

Żywi często nie zdają sobie sprawy z tego, jak skomplikowany jest świat, kiedy człowiek już umrze. To dlatego, że śmierć uwalnia umyśl z kaftana bezpieczeństwa trzech wymiarów, a także odcina go od cza­su, który w końcu jest tylko jeszcze jednym wymiarem. W związku z tym kot ocierający się o niewidzialne nogi maga był niewątpliwie tym samym kotem, którego mag widział kilka minut temu, ale całkiem wyraźnie był też maleńkim kociakiem, tłustym, na wpół ślepym kocurem i wszystkimi etapami pomiędzy nimi. Jednocześnie. Ponieważ za­czynał jako maleństwo, przypominał teraz białą, kotokształtną mar­chewkę. Ten opis musi wystarczyć, dopóki ludzie nie wprowadzą od­powiedniejszych czterowymiarowych przymiotników.

Kościsty palec Śmierci stuknął lekko Billeta w ramię.

CHODŹMYJUŻ, SYNU.

- Czy nic nie mogę zrobić?

ŻYCIE JEST DLA ŻYWYCH. ZRESZTĄ ZOSTAWIŁEŚ JEJ SWOJĄ LASKĘ.

- Tak, to prawda.


Akuszerka nazywała się Babcia Weatherwax. Była czarownicą. W Ramtopach nikomu to nie przeszkadzało i nikt nie mówił o czarownicach złego słowa. W każdym razie, jeśli chciał się rano zbudzić w tej samej postaci, w jakiej kładł się do łóżka.

Kowal spoglądał zadumany w deszcz. Czarownica zeszła po scho­dach i położyła mu pomarszczoną dłoń na ramieniu. Podniósł głowę.

- Co robić, Babciu? - zapytał. W jego głosie zabrzmiała całkiem niechciana, błagalna nuta.

- Co zrobiłeś z magiem?

- Położyłem go w komórce na drewno. Można tak?

- Na razie wystarczy - potwierdziła. - A teraz musisz spalić laskę.

Oboje obejrzeli się na ciężką laskę, opartą o ścianę w najciemniej­szym kącie kuźni. Zdawało się niemal, że się im przygląda.

- Przecież jest magiczna - wyszeptał kowal.

- No więc?

- Czy będzie się palić?

- Nie spotkałam jeszcze drewna, które by się nie paliło.

- Przecież tak nie można.

Babcia Weatherwax zatrzasnęła szerokie wrota i zmierzyła go gro­źnym wzrokiem.

- Wysłuchaj mnie, Gordo Kowalu! - rzekła. - Kobiety nie mogą być magami! To dla kobiet nieodpowiednia magia, te czary magów:

same księgi, gwiazdy i geometria. Ona nigdy się tego nie nauczy. Czy kto słyszał kiedy o magu-kobiecie?

- Są czarownice - stwierdził niepewnie kowal. - I podobno rów­nież czarodziejki.

- Czarownice to zupełnie inna sprawa - burknęła Babcia Weather­wax. - Ich magia pochodzi z ziemi, nie z nieba. Mężczyźni w życiu nie potrafią jej zrozumieć. A co do czarodziejek - dodała - to nie próbują być lepsze niż im wypada. Posłuchaj mojej rady: spal tę laskę, pocho­waj ciało i pilnuj, żeby nic takiego się więcej nie powtórzyło.

Kowal niechętnie skinął głową, podszedł do paleniska i dmuchnął miechami, aż poleciały iskry. Potem wrócił po laskę.

Nie chciała się ruszyć.

- Nie chce się ruszyć!

Pot wystąpił mu na czoło, kiedy raz za razem szarpał za drewno. Pozostało niewzruszone

- Daj, ja spróbuję - powiedziała Babcia i wyciągnęła rękę. Coś trza­snęło i zapachniało przypaloną cyną.

Pojękując cicho kowal przebiegł przez kuźnię do przeciwległej ściany, gdzie do góry nogami wylądowała Babcia.

- Dobrze się czujecie?

Jej oczy przypominały dwa błyszczące gniewnie diamenty.

- A więc to tak... - powiedziała. - Rozumiem.

- Co niby tak? - Kowal niczego nie rozumiał.

- Pomóż mi wstać, durniu jeden. I przynieś siekierę. Ton jej głosu sugerował, że okazywanie nieposłuszeństwa byłoby

posunięciem dalece nierozsądnym. Kowal przeszukał nerwowo stos

złomu i po chwili znalazł stary dwuręczny topór.

- Dobrze. A teraz ściągaj fartuch.

- Dlaczego? Co chcecie zrobić? - przestraszył się kowal, który za­czynał już tracić kontakt z rzeczywistością. Babcia westchnęła zniechęcona.

- To jest skóra, ty idioto. Mam zamiar owinąć nią uchwyt. Dwa razy nie dam się złapać na tę samą sztuczkę.

Kowal zrzucił ciężki skórzany fartuch i wręczył pokornie czarownicy. Owinęła stylisko i raz czy dwa na próbę machnęła toporem w powietrzu. Potem - pajęcza sylwetka w blasku gorejącego paleniska - podkradła się i sieknąwszy z wysiłku i emocji, uderzyła ostrzem w sam środek laski.

Coś szczęknęło. Zabrzmiał dźwięk podobny do wrzasku kuropa­twy. Potem głuchy stuk.

I cisza.


Nie poruszając głową kowal bardzo powoli uniósł rękę i dotknął ostrza topora. Nie tkwiło już na stylisku. Wbiło się we wrota, tuż obok jego głowy, przy okazji ścinając maleńki skrawek ucha.

Sylwetka Babci wydawała się lekko rozmyta od wibracji po uderze­niu w absolutnie nieruchomy obiekt Wpatrywała się w odłamek drew­na w ręku.

- Nnno dobbbbbrzrzrze - zająknęła się. - Wwww takiiimmm rrrazzzzie...

- Nie - przerwał jej stanowczo kowal. Potarł skaleczone ucho. -Cokolwiek chcecie zaproponować, nie. Zostawcie to. Przysypię ją ja­kimiś śmieciami. Nikt nie zauważy. Zostawcie. Przecież to tylko kij.

- Tylko kij?

- A macie jakieś lepsze pomysły? Może taki, po którym nie stracę głowy?

Babcia spojrzała na laskę, która sprawiała wrażenie, jakby nie zwra­cała na nią uwagi.

- Nie w tej chwili - przyznała Babcia. - Ale daj mi tylko odrobinę czasu...

- Dobrze, dobrze. W każdym razie mam teraz trochę roboty, ja­kichś magów do pogrzebania... Sami wiecie, jak to jest. Zza tylnych drzwi wyjął łopatę i zawahał się.

- Babciu...

-Co?

- Wiecie, jak lubią być chowani magowie?



-Tak!

- No to jak?

Babcia Weatherwax zatrzymała się u stóp schodów.

—Wcale!


Jakiś czas później łagodnie zapadła noc. Resztki powolnego światła Dysku spłynęły z doliny, a blady, spłukany deszczem księżyc zabłysnął na usianym gwiazdami niebie. W mrocznym sadzie obok kuźni rozlegały się z rzadka brzęki szpadla o kamień, a czasem stłumione przekleństwa.

W kołysce na pięterku pierwsza kobieta-mag tego świata śniła o czymś nieistotnym.

Biały kot drzemał na swojej osobistej półce niedaleko paleniska. W ciepłej, ciemnej kuźni jedynym dźwiękiem był trzask węgli stygną­cych pod popiołem.

Laska stała w kącie, tam gdzie chciała pozostać, otulona cieniami odrobinę bardziej czarnymi, niż zwykle bywają cienie.

Czas płynął, co jest w zasadzie jego obowiązkiem.

Coś brzęknęło cicho i poruszyło się powietrze. Po chwili kot usiadł i zaczął przyglądać się z zaciekawieniem.


Nadszedł świt. Tu, w Ramtopach, świt zawsze robi duże wra­żenie, zwłaszcza kiedy burza oczyściła powietrze. Z doliny, gdzie leżała wieś Głupi Osioł, rozpościerała się panorama pomniejszych gór, zabarwionych purpurą i pomarańczem w zalewa­jącym je z wolna porannym blasku (z wolna, ponieważ w silnym polu magicznym Dysku światło podróżuje w tempie raczej spacerowym). Dalekie równiny nadal były rozlewiskiem cienia. Jeszcze dalej słabą iskierką rozbłyskiwało czasem morze.

Właściwie roztaczał się stąd widok aż do krańca świata. Nie była to poetycka metafora, ale realny fakt, jako że świat był zdecydowanie płaski. Wiadomo też, że płynął w kosmosie na grzbie­tach czterech słoni, które z kolei podróżowały na skorupie Wielkiego A'Tuina, Ogromnego Żółwia Niebios.

W dolinie wioska Głupi Osioł budziła się do życia. Kowal wszedł wła­śnie do kuźni i stwierdził, że jest wysprzątana lepiej niż przez ostatnie kil­kaset lat, wszystkie narzędzia leżą na właściwych miejscach, ktoś zamiótł podłogę, a w palenisku płonie ogień. Kowal siedzi teraz na kowadle, prze­niesionym na drugi koniec izby, obserwuje laskę i usiłuje myśleć.


Przez całe siedem lat nic się właściwie nie wydarzyło. Tylko jedna z jabłoni w sadzie obok kuźni urosła wyraźnie wyższa od pozostałych. Często wspinała się na nią dziewczynka ze szparą między przednimi zębami, o kasztanowych włosach i rysach twarzy obiecujących, że w przyszłości stanie się, jeśli nawet nie pięk­na, to przynajmniej atrakcyjnie interesująca.

Nazwano ją Eskarina - bez szczególnego powodu. Po prostu jej matce spodobało się brzmienie tego słowa. Babcia Weatherwax obser­wowała ją pilnie, nie zauważyła jednak żadnych znaków działania ma­gii. To prawda, dziewczynka częściej, niż zwykle dziewczynki wspinała się na drzewa i w ogóle dokazywała, ale takiej, która ma w domu tylu braci, wiele można wybaczyć. Czarownica uspokoiła się zatem i zaczy­nała już wierzyć, że magia nie zapuściła korzeni.

Magia jednak ma w zwyczaju czekać w ukryciu niby grabie leżące w trawie.


Znowu nadeszła zima i była ostra. Chmury niczym wielkie tłu­ste owce zawisły nad Ramtopami. Zasypywały kotliny śnie­giem, a lasy zmieniały w milczące, mroczne groty. Przełęcze były nieprzejezdne i karawany miały powrócić dopiero na wiosnę. Głu­pi Osioł stała się niewielką wysepką ciepła i światła.

- Martwię się o Babcię Weatherwax - odezwała się przy śniadaniu matka Esk. - Nie widziałam jej ostatnio.

Kowal spojrzał na nią ponad łyżką owsianki.

-Ja tam nie narzekam - stwierdził. - Ona...

- Ona ma długi nos - wtrąciła Esk.

Rodzice zmierzyli ją gniewnymi spojrzeniami.

- Nikt cię nie prosił o takie uwagi - oświadczyła surowo matka.

- Ale tato powiedział, że ona stale wtyka swój...

- Eskarino!

- Przecież mówił...

- Powiedziałam!

- Tak, ale tato mówił, że...

Kowal wyciągnął rękę i dał jej klapsa. Niezbyt mocno, zresztą na­tychmiast zrobiło mu się przykro. Synowie dostawali ręką albo pasem, kiedy tylko zasłużyli na lanie. Problem z córką nie polegał na zwykłym nieposłuszeństwie, ale na jej irytującym zwyczaju drążenia tematu dys­kusji długo po tym, kiedy powinno się go już zakończyć. Kowala za­wsze doprowadzało to do pasji.

Dziewczynka wybuchnęła płaczem. Kowal wstał, zły na siebie i za­kłopotany. Głośno tupiąc pomaszerował do kuźni. Rozległ się trzask i głuchy stuk.

Znaleźli go nieprzytomnego na podłodze. Potem utrzymywał, że uderzył głową o framugę drzwi. To dziwne, ponieważ nie był zbyt wy­soki i zawsze swobodnie pod nimi przechodził. Był jednak całkowi­cie pewien, że cokolwiek się zdarzyło, nie miało żadnego związku z podejrzanym błyskawicznym poruszeniem w najciemniejszym ką­cie kuźni.

Wydarzenia naznaczyły jakoś ten dzień. Stał się dniem potłuczo­nych naczyń, dniem ludzi wchodzących sobie w drogę i trapionych złym humorem. Mama Esk upuściła dzbanek, który należał jeszcze do jej babki, a na stryszku nadgniła cała skrzynka jabłek. W kuźni ogień nie chciał się rozpalić, a komin nie ciągnął. Jaims, najstarszy syn, po­śliznął się na drodze i zwichnął rękę. Biały kot, czy może jeden z jego potomków, jako że koty prowadziły własne, dyskretne i skomplikowa­ne życie w stodole obok kuźni, wlazł do komina nad kuchnią i nie chciał wyjść. Nawet niebo przygniatało wszystkich niczym stary mate­rac, a powietrze mimo mrozu wydawało się duszne.

- Dość już tego! Mam dosyć! - krzyknęła mama Esk. - Cern, ty z Gultą i Esk moglibyście sprawdzić, jak się czuje Babcia i... gdzie Esk?

Dwaj najmłodsi chłopcy wyjrzeli spod stołu, gdzie bili się bez prze­konania.

- Poszła do sadu - wyjaśnił Gulta. - Znowu.

- No to zawołaj ją i ruszajcie.

-Ale jest zimno!

- Zaraz będzie padać śnieg!

- To tylko mila, droga jest czysta, a jak spadł pierwszy śnieg, to kto tak się wyrywał na dwór? Idźcie już i nie wracajcie, dopóki się nie uspo­koicie.




  1   2   3   4   5   6   7   8   9   ...   16


©absta.pl 2019
wyślij wiadomość

    Strona główna